Złym okiem: Stołeczne konwentowanie

Przyznam, że na Avangardę do Warszawy pojechałem niejako przypadkiem, gdyż bardziej była to eskapada w celu zobaczenia się ze znajomymi, niż stricte wypad na tę imprezę. Niemniej na konwencie byłem i miałem okazję czynnie wziąć udział w… programie…

No tak, program. Ja, jako zatwardziały erpegowiec, mogę powiedzieć, że program był nader skromny, a przynajmniej niewiele z punktów programu trafiało w moje gusta. Trudno powiedzieć czy to zarzut, bo z moich obserwacji wynika, że miłośnicy mangi i anime bawili się przednio. Szkoda jednak, że i ja nie potrafiłem się w tym odnaleźć.

Ale zacznijmy od początku. Kiedy przybyłem do stolicy byłem pełen zapału i wigoru. Podróż, choć długa przebiegła sprawnie i kiedy wreszcie znalazłem się na miejscu, nie pozostało mi nic jak tylko skierować się w stronę konwentowej szkoły. A ta, trzeba przyznać, znajdowała się dość blisko, tak, że nawet na piechotę bardzo sprawnie i szybko można było tam dotrzeć. Rozwieszane po drodze avangardowe plakaty tylko ułatwiły orientację.

Niestety nieziemskie upały sprawiły, że cała wędrówka upłynęła mi pod znakiem potu i dyszenia (olbrzymi plecak też dorzucił swoje trzy grosze). Na miejscu przywitała mnie kolejka, nieduża, ale dane konwentowiczów były wprowadzane do komputera przez jedną osobę, co skutecznie wydłużało oczekiwanie.

Kiedy wreszcie nadeszła moja kolej otrzymałem kolorową i bardzo ładną plakietkę, która zrobiona była naprawdę dobrze i schludnie. Później okazało się, że ze względu na bogatą kolorystykę każdej wersji identyfikatora z daleko trudno było odróżnić czy zbliża się do mnie twórca programu, konwentowicz, czy Organizator. Na szczęście ci ostatni posiadali charakterystyczne koszulki, dzięki którym bardzo łatwo dawało się wyłowić ich z tłumu… ekhm… z grupy.

Oprócz identyfikatora otrzymałem także barwny i znakomicie wykonany informator. Jeżeli chodzi o niego, to był wykonany zgodnie ze wszystkimi arkanami sztuki – czytelny, przejrzysty i bardzo ładny. Co ciekawe, nawet gdy ktoś nie odebrał informatora, albo go zgubił, mógł swobodnie wszystkie informacje znaleźć na tablicy ogłoszeń, która była równie przejrzysta i na bieżąco aktualizowana.

Tłumów na konwencie nie było – przeciwnie, podczas gdy sale prelekcyjne świeciły pustkami, na korytarzach także nie spotykało się zbyt wielu osób. Można to zrzucić na kark sal z grami komputerowymi czy szeregu turniejów (np. Mistrzostw Polski w Crystalicum), ale to i tak nie tłumaczy pustek.

Generalnie muszę powiedzieć, że na tym konwencie bawiłem się słabo. Dużo czasu spędziłem leżąc na wszechobecnych kanapach, co było spowodowane na równi brakiem atrakcyjnego dla mnie programu, jak i gorącem i związanym z nim rozleniwieniem. Poza tym zdarzały się ciekawe punkty programu – wieczorne karaoke, czy liczne LARPy. Gdy jednak szukałem czegoś dla siebie wciąż napotykałem na tytuły kreskówek, czy komiksów, które nie mówiły mi absolutnie nic.

Mimo wszystko czasu spędzonego na Avangardzie w żadnym wypadku nie uznam za zmarnowanego. Niestety nie ze względu na sam konwent, ile na znajomych z którymi dane mi było się spotkać. Na postawione pytanie, czy zjawię się na kolejnej odsłonie tej imprezy, nie potrafię już odpowiedzieć. Z jednej strony ze znajomymi mogę się spotkać zupełnie prywatnie, z drugiej zaangażowanie i pracę organizatorów było widać aż nadto i nie wierzę, żeby ten zapał nie mógł pchnąć ich do zorganizowania konwentu wiele lepszego od tegorocznego. Czy jednak będzie następna Avangarda? O to trzeba by zapytać samych Orgów…

BAZYL Opublikowane przez:

Zaczął od tekstowego Hobbita na Commodore 64, a potem poszło już z górki. O tamtej pory przebił się przez wszystkie chyba rodzaje fantastyki – i nie przestaje drążyć tematu dalej.

Jeden komentarz

  1. BAZYL
    13 sierpnia 2006
    Reply

    W ramach ciekawostki

    Dodam, że nasza redakcyjna koleżanka zajęła trzecie miejsce w Mistrzostwach Polski w Crystalicum.
    Pogratulować…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *