Kategorie
Felietony

O „Power Rangers” A. Shakary i J. Kahna słów kilka…

W czasach Internetu pół roku to niemal wieczność. Newsy, filmy i zdjęcia pojawiają się, przeżywają swoje krótkie pięć minut sławy i znikają, na wieki ginąc w odmętach Sieci, pogrzebane pod kolejnymi gigabajtami danych. Drukowane czasopisma żyją przy tym jakby na marginesie głównego nurtu, zbierając najciekawsze informacje i publikując je z wielotygodniowymi, a czasami wielomiesięcznymi opóźnieniami, przypominając o istnieniu tego, o czym żyjące chwilą społeczeństwo sieciowe zdążyło już zapomnieć.

Nie inaczej jest z tekstem Emila Strzeszewskiego „Nowe przyszło”, opublikowanym w „Czasie Fantastyki” 2/2015. To niewielki, raptem jednostronicowy artykuł, poświęcony opublikowanemu w Sieci przed pięcioma miesiącami, krótkometrażowemu filmowi „Power Rangers”, stworzonemu przez Adiego Shankara i Josepha Kahna. Artykuł dla mnie zaskakujący pod wieloma względami: nie tylko dlatego, że po miesiącach przypomina o powoli zapomnianym już filmie, ale przede wszystkim z powodu tego w jaki sposób odnosi się do jego serialowego protoplasty.

2

Spośród wielu zastrzeżeń wymienianych przez autora artykułu z jednym nie mogę się nie zgodzić: „Power Rangers” (serial) był, jest i pozostanie na zawsze kiczowaty. W dokładnie taki sam sposób, w jaki kiczowate, ale zarazem urocze i przyjemne w odbiorze są wszystkie seriale sentai, super sentai, filmy o Godzilli, czy kaijū-eiga w ogóle. Dla jednych – do których zalicza się chyba również Emil Strzeszewski – może być to wadą, dla innych – osób takich jak ja – zaletą. Chociaż nasze spojrzenia na tę kwestię są najwyraźniej rozbieżne, to nie one skłoniły mnie do napisania tego tekstu. Znacznie bardziej zaskoczyło mnie to, że artykuł sarkastycznie traktuje to, co było najmocniejszą stroną serialu (o wielu jego elementach nie wspominając przy tym w ogóle), niejako w domyśle przedstawiając film A. Shankara i J. Kahna jako jego zupełne przeciwieństwo.

Takie podejście do tematu wydaje mi się głęboko niesprawiedliwe. To prawda: dla wielu obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków, przyzwyczajonych do współczesnego sposobu prowadzenia akcji, wspomnienie „Power Rangers” wzbudza co najwyżej uśmiech głębokiego politowania. W połowie lat 90. serial był jednak czymś wyjątkowym i dołożył wcale niemałą cegiełkę do rozwoju zachodnich seriali dla młodzieży.

Przede wszystkim spojrzeć trzeba tu na konstrukcję narracji. Pomimo tego, że większość odcinków toczyła się według utartego schematu – problem nastolatków, pojawienie się potwora, transformacja, przyzwanie zordów, zniszczenie potwora, rozwiązanie problemu nastolatków – już pierwsza seria „Mighty Morphin Power Rangers” wprowadziła koncepcję historii rozłożonej na wiele odcinków. „Green with Evil” – bo o tym mowa – była rewelacyjną opowieścią rozpisaną na aż pięć epizodów (z tylu odcinków składał się w USA tydzień emisyjny „Power Rangers”). W serialach dla dorosłych podobne zabiegi stosowane były już dobrą dekadę wcześniej, „Green with Evil” wprowadziło jednak tę koncepcję również do seriali młodzieżowych. Pomysł ten scenarzyści kontynuowali w kolejnych sezonach, a za nimi poszli twórcy innych seriali dla dzieci i młodzieży. Film A. Shakara i J. Kahna nie wprowadza znikąd rozbudowanej fabuły do opowieści o Rangersach – ona była tam od zawsze, tam – w pewnym sensie – narodziła się.

1

Nie można również powiedzieć, żeby aktorzy występowali „udając że znają kung-fu i karate”. Jednym z kluczowych elementów doboru obsady w pierwszych sezonach serialu była umiejętność wykonywania przez aktorów ich własnych, unikatowych numerów kaskaderskich (przynajmniej w scenach, gdy aktorzy nie są w strojach Rangersów – tamte nagrywane były przez inną grupę aktorów, co było niezbędne przy tak napiętej ramówce). Stąd też w oryginalną szóstkę głównych bohaterów wcielili się m.in. dwaj mistrzowie sztuk walki (Jason David Frank i Austin St. John), tancerz (Walter Emanuel Jones) i gimnastyczka (Amy Jo Johnson). Był to prawdopodobnie jedyny amerykański serial tego okresu posiadający tak rozbudowaną choreografię, nagrywaną niemal bez cięć (długie ujęcia kamery w czasie walk do dzisiaj budzą szacunek dla aktorów).

Zgadzam się w pełni, że film A. Shakara i J. Kahna przedstawia rzeczywistość, w której Rangersi „utracili niewinność”. Są złamani życiem, nie potrafią poradzić sobie z własnymi problemami, dorośli do tego, żeby zrozumieć, że świat nie jest tak czarno-biały jak im wmawiano. Ale to również można było dostrzec już w oryginalnym serialu – „Power Rangers In Space”, szósta seria, złamała kolejną zasadę seriali dla młodzieży, wprowadzając postacie ambiwalentne, na czele z Ecliptorem, tworem mrocznej energii, rozdartym pomiędzy służbą władcy ciemności – Dark Spectre’owi – honorem i głęboko skrywaną miłością do swojej przybranej córki. Jeśli którykolwiek z antagonistów pojawiających się przez pierwsze sezony serialu naprawdę zasługiwał na odkupienie i dalsze życie to właśnie on. I – paradoksalnie – to on, jako jeden z nielicznych, w finale serii ginie. Życie nie jest uczciwe i rzadko wybacza – nawet w serialach dla dzieci.

3

Specjalnie na potrzeby tego tekstu obejrzałem krótkometrażowych „Power Rangers” jeszcze dwukrotnie. Trudno nie zachwycić się oprawą wizualną, grą aktorską i efektami specjalnymi, bawią nieliczne inside-jokes (szczególnie: „Nigdy nie byłeś częścią drużyny”, wycedzone przez Kimberly w kierunku Rocky’ego*). Ten film – przynajmniej dla mnie – nie jest jednak ani lepszy, ani gorszy od oryginału. On jest po prostu inny.

* Steve Cardenas, aktor wcielający się w rolę serialowego Rocky’ego DeSantos, był prawdopodobnie najbardziej niepokornym członkiem obsady – regularnie spóźniał się na plan, wykłócał z twórcami i nigdy nie traktował poważnie granej przez siebie roli.

Kategorie
Literatura

Nowi ludzie – recenzja książki

nowi_ludzieNa tegorocznym Polconie miał premierę nowy zbiór opowiadań Rafała Kosika, Nowi ludzie. Jest to już druga, po Obywatelu, który się zawiesił, antologia opowiadań polskiego fantasty, kojarzonego przede wszystkim z młodzieżowym cyklem Feliks, Net i Nika.

Nowi ludzie to mieszanka mainstreamowego s-f i thrillera z lekką domieszką horroru, połączonych jednym wspólnym mianownikiem: zagładą. Temat różnie pojmowanej apokalipsy i ludzkiej tragedii przewija się przez wszystkie opowiadania Kosika, nierzadko trafiając w czułe punkty współczesnego Europejczyka: problemy z muzułmanami, szumnie deklarowane wolności obywatelskie czy postępującą alienację, wywołaną rozwojem technologii informatycznych. Chociaż część z rozwiązań przyjętych przez autora można określić jako naiwne i trudne do zaakceptowania nawet w fantastyce, to nie pozostawia on żadnych wątpliwości, że nasza cywilizacja musi ulec zagładzie. Nieważne czy w wyniku wojny, uderzenia w ziemię meteorytu, czy dlatego, że ludzie stracą ze sobą kontakt – świat, który znamy musi upaść i wcale nie jest pewne, czy przeżyje to ktoś, kto będzie mógł poprowadzić ludzkość dalej. O ile w ogóle będzie można w przyszłości mówić o jakiejkolwiek ludzkości.

Pod płaszczem (post)apokaliptycznych wizji, Kosik kryje krytykę współczesnego świata Zachodu, szczególnie ostrą w starszych opowiadaniach, powstałych w okolicach zamachu terrorystycznego na WTC i rozpoczęcia wojny w Afganistanie. Autor odważnie rozprawia się ze współczesnym liberalizmem, ale nie tylko – tak naprawdę krytykuje bowiem wszystkie nadmiernie radykalne i wypaczone doktryny polityczne: Od dawna było jasne, że Zachód rozwali się sam, od wewnątrz, przerostem luksusu, nadmiarem wolności obywatelskich, przekraczającą granice absurdu tolerancją i tą nieustanną fontanną nieograniczonych możliwości; Fundamentaliści, faszyści, lewacy, anarchiści, ekolodzy, antyglobaliści… Trudno zliczyć tych, którzy chcieli upadku systemu. Pomysłów na to, co potem, nie miał nikt. W tytułowych Nowych ludziach tendencje współczesnej Europy sprowadzone zostały do poziomu absurdu: każdy człowiek chce być dyskryminowany, gdyż w ten sposób łatwiej uzyskać zwrot podatku, czy dobrą posadę. Jeśli ktoś nie jest dyskryminowany, w praktyce okazuje się stać niżej w hierarchii, niż ci, którzy rzekomo mają gorszą od niego pozycję startową.

Rzecz jasna trudno wymagać od autora, aby każde opowiadanie było naprawdę nowe, nie zawierało wykorzystanych już wcześniej motywów i rozwiązań fabularnych. Niemniej, Kosikowi udaje się w nowy i atrakcyjny sposób podejść do tak – zdawałoby się – oklepanego tematu jak postapo.

Nowi ludzie to bardzo dobry zbiór opowiadań, według niektórych znacznie lepszy od Obywatela, który się zawiesił. Kosikowi można co prawda zarzucić pewną naiwność, trudno jednak odmówić mu wyczucia w prowadzeniu akcji i oryginalności (Wielki błękit). Nie jest to na pewno lekka lektura, zdecydowanie jednak warta polecenia każdemu, kto fascynuje się w literaturze podobną tematyką.

Tytuł: Nowi ludzie
Autor: Rafał Kosik
Wydawca: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 408
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Dziewczyna w stalowym gorsecie – recenzja książki

dziewczyna

Współczesne powieści osadzone fabularnie w XIX wieku mają w sobie coś niezwykłego. Jakoś tak się przy tym złożyło, że to również okres szalenie zaniedbany w fantastyce – poza steampunkiem, trudno w gruncie rzeczy wskazać na jakiś podgatunek, który ściślej związany byłby z ostatnim wiekiem cywilizacji. A szkoda, bo to w końcu epoka, która debiutowała romantykami (z Faustem Goethego na czele), a u swego końca wydała chyba najbardziej rozpoznawalne monstrum na świecie – potwora Frankensteina. Dziewczyna w stalowym gorsecie to co prawda znowu zaledwie steampunk, jednak patrząc na wypowiedzi autorki, reklamującej swoją książkę jako skrzyżowanie Ligi Niezwykłych Dżentelmenów z X-Menami, można było dojść do wniosku, że spojrzymy na fin de siècle z nieco innej perspektywy.

When there’s trouble you know who to call…

Rok 1897, Londyn. Szesnastoletnia Finley Jayne stara się znaleźć stabilną pracę jako służąca w jednym z arystokratycznych domów. W ciągu ostatnich miesięcy, raz po raz była wydalana z kolejnych posiadłości, z powodu kłopotów, które sama sprawiała. Finley niewiele mogła jednak na to poradzić. W obliczu strachu i zagrożenia budziła się w niej druga – o wiele silniejsza i groźniejsza – osobowość, której dziewczyna nie była w stanie kontrolować. Gdy już zaczęła myśleć, że w domu państwa August-Raynesów znalazła posadę, której nie straci w ciągu kilku tygodni, doszło w jej życiu do kolejnej tragedii: niewiele od niej starszy syn pracodawców próbował ją zgwałcić. Dziewczyna, kierowana swoją mroczną stroną wychodzi cało, omal nie zabijając jednak napastnika. W środku nocy ucieka z domu Raynesów i wpada pod koła pędzącego motoru.

Po kilku godzinach Finley budzi się w nieznanym sobie pokoju. Dowiaduje się, że jest w domu Griffina Kinga, jednego z najbardziej wpływowych arystokratów w królestwie. Znacznie bardziej szokująca jest dla niej wiadomość, że wszyscy mieszkańcy domu Kinga, posiadają równie niezwykłe moce jak ona sama. Pan domu to telepata, potrafiący przenosić swoją świadomość do Eteru – wymiaru duchów; jego ciotka – Kordelia – również z łatwością manipuluje umysłami ludzi, a scyborgizowany przyjaciel Sam, okazuje się jeszcze silniejszy i niebezpieczniejszy niż Finley. Komplet super-mocy z czasem uzupełniają, potrafiąca rozmawiać z maszynami – Emily, i obdarzony niezwykłą szybkością, amerykański kowboj – Jasper Renn. Niezwykła grupa stawia sobie za cel powstrzymanie Machinisty, terrorysty odpowiedzialnego za agresywne zachowanie automatonów – powszechnie wykorzystywanych robotów – i okaleczenie w przeszłości Sama.

Teen Titans!

Inspiracje z których czerpała Kady Cross widoczne są na pierwszy rzut oka: wspomniani już X-Meni i Liga Niezwykłych Dżentelmenów, książki Juliusza Verne’a i opowiadania Roberta Louisa Stevensona. Oczywiście, podobieństw i pomniejszych zapożyczeń doszukiwać można się więcej. Ja, na przykład, przez większość książki miałem nieodparte skojarzenia z animowanymi Młodymi Tytanami (stąd też w tekście takie, a inne śródtytuły). Szczególnie Finley, ze względu na swoją podwójną naturę, bardzo kojarzyła mi się z Raven, a głupkowaty Jasper (nijak nie pasujący do wiktoriańskiej Anglii) z równie nieprzystosowanym społecznie Bestią.

Niestety, Dziewczyna w stalowym gorsecie nie wychodzi obronną ręką z żadnych porównań tego typu. Postacie stworzone przez Cross są płaskie i nijakie – zupełnie, jakby autorka oczekiwała, że czytelnik będzie przejmował się ich losami tylko dlatego, że zostali osadzeni w roli bohaterów pozytywnych. Zmarnowany potencjał czuć szczególnie w postaciach Finley i Sama, które z założenia chyba miały odróżniać się od reszty grupy pewną szarością. Ostateczny efekt pozostawia jednak sporo do życzenia – głównej bohaterce daleko do Jean Grey i Mrocznego Feniksa, nie mówiąc już o bezpośredniej inspiracji, czyli doktorze Jekyllu i panu Hydzie (którzy też zresztą w książce są wspomniani). Alter-ego Finley nie przeraża, ani nie budzi niesmaku – to nie pozbawione wszelkich hamulców, naznaczone piętnem szatana uosobienie mrocznej strony człowieka, ale odrobinę prowokująca dziewczyna, która nawet w czasach wiktoriańskich, nie zostałaby zupełnie poddana ostracyzmowi towarzystwa (chociaż na pewno napiętnowana). Czyżby grupa docelowa nie pozwoliła na stworzenie mroczniejszej i wiarygodniejszej postaci? Cóż, może Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a nie jest lekturą dla wszystkich, ale już Glen Murakami stworzył Młodych Tytanów dla jeszcze młodszych odbiorców, a jego Raven jest bohaterką bez porównania bardziej złożoną i przerażającą.

Jeszcze gorzej prezentuje się postać Sama, która nie jest nawet zbyt uproszczona, ale po prostu źle napisana. O ile, Finley była dla mnie przez większą część książki nijaka, o tyle Sam irytował (raczej niezamierzenie) tworzonymi przez siebie sztucznymi problemami i pseudofilozoficznymi rozważaniami nad tym, co stanowi wyznacznik człowieczeństwa.

From they’re mansion they can see it all!

No, prawie wszystko. Mniej więcej w 1/4 książki, średnio wyrobiony czytelnik wie już z całą pewnością kim jest i do czego dąży Machinista, ale na dogonienie go przez bohaterów przychodzi mu czekać jeszcze przez prawie trzysta stron. Postaci takie jak Emily, Grffin i Kordelia tracą tym samym jeszcze bardziej na wiarygodności (chociaż przykładem skrajnej głupoty jest tu akurat Sam). Jak wierzyć w ich niezwykłą inteligencję, skoro nie są w stanie rozpracować przestępcy, który sam pcha im się w ręce?

Do minusów doliczyć należy również spore przestoje w akcji – przez 1/3 czasu nie dzieje się tu prawie nic. Od momentu przybycia Finley do posiadłości Kingów aż do przypadkowej wizyty Griffina i spółki w Pałacu Buckingham, czytelnik jest świadkiem dwóch tragicznie rozpisanych wątków miłosnych (a raczej: trójkątów). Pomijając to, że pasują one do realiów epoki, jak nie przymierzając pięść do nosa, to są po prostu tak przeraźliwie nudne, że mogłyby zostać wycięte i wydane osobno w jakieś serii harlequinów (pierwotnie zresztą Steampunk Chronicles zostały wydane przez Harlequin Teen, co jest dość znamienne). Dwie osobowości Finley, do pewnego momentu – jak u Jekylla i Hyde’a – coraz bardziej są rozdzielające i żyjące niezależnie od siebie, ale aż proszą się o porządny wątek kryminalny. Wystarczyłoby pozostawić czytelnika i jasną Jayne w niepewności, co robi wyrywająca się na wolność ciemna strona jej osobowości, i pozwolić im razem z pozostałymi bohaterami dociekać prawdziwych intencji dziewczyny. Wątek taki zresztą pojawia się przy okazji wizyty peelara w domu Griffinów i śledztwa w sprawie śmierci Felixa Augusta-Reynesa. Dziewczyna nie ma pojęcia, co robiła poprzedniej nocy, miała za to doskonały motyw i możliwość popełnienia zbrodni. Zabiła?, nie zabiła? Kady Cross nie pozostawia czytelnika długo w niepewności – szybki telepatyczny skan mózgu i wynik jest już dla wszystkich oczywisty, a obiecujący wątek idzie w odstawkę na rzecz flirtu dobrej Finley z dobrym facetem, i złej Finley ze złym facetem…

When they’ll catch there won’t be any doubt – you’ve been beaten by the teens!

Pomimo kontrowersyjnej decyzji autorki, co do wyboru preferowanych wątków, słabego zarysowania postaci i przewidywalności, całość czyta się zaskakująco dobrze. Trudno, co prawda wskazać jakieś konkretne plusy (może oprócz lekkiego języka), Dziewczyna w stalowym gorsecie jest jednak niewątpliwie całkiem przyjemną lekturą, po którą można sięgnąć nastawiając się na niezobowiązującą lekturę. Pierwszy tom dostaje ode mnie solidną trójkę z plusem (chociaż daleko mi do grupy docelowej) i czekam na kolejny, który wg zachodnich portali, jest nieco lepszy niż obecny. Ci, którym Dziewczyna w stalowym gorsecie przypadnie do gustu, a język angielski nie jest straszny, sięgnąć mogą po e-book The Strange Case of Finley Jayne dostępny na Amazonie za 1.99$. Jest to krótkie, stustronicowe opowiadanie, stanowiące wprowadzenie do właściwej historii. Nie miałem okazji się z nim jeszcze zapoznać (recenzja wkrótce), ale zachodni recenzenci, którzy otrzymali opowiadanko za darmo razem z Dziewczyną… oceniają je o wiele wyżej niż właściwą książkę.

Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie [The Steampunk Chronicles]
Autor: Kady Cross
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 436
Ocena: 3+
Kategorie
Literatura

Partials. Częściowcy – recenzja książki

partials

Na początku powiem wprost: otrzymując do recenzji kolejną książkę od Jaguara, nie spodziewałem się od niej niczego dobrego. W gruncie rzeczy poza Wielką Wojną Diabłów i książkami Johna Flanagana nie kojarzę żadnego tytułu, który mógłby uchodzić za swego rodzaju must have, a który mógłbym z czystym sumieniem polecić czytelnikom. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy wziąłem się za lekturę książki Dana Wellsa. Co prawda, nie dorównuje on pisarsko drugiemu wielkiemu Wellsowi, ale jak widzicie w stopce, książka okazała się wcale nie najgorsza.

Akcja Partials osadzona została w połowie XXI wieku. Dwie dekady wcześniej rząd amerykański stworzył tzw. Częściowców (tytułowych Partials; swoją drogą tłumacz mógł pokusić się o lepszy przekład), biomaszyny, silniejsze i sprawniejsze od zwykłych ludzi. Ich zadanie było proste – wygrać wojnę izolacyjną na terenie Chin. Broń idealna, która bez wahania wykonała każdy rozkaz i podjęła się każdego zadania. Problem w tym, że Amerykanie nie mieli pomysłu, co zrobić z nimi po wojnie – setki tysięcy zwycięskich super-żołnierzy po powrocie do kraju zostało zepchniętych na margines społeczny, bez perspektyw życiowych i szans na normalną pracę. Nic więc dziwnego, że doszło do buntu – w przeciągu kilku tygodni Częściowcy opanowali kraj, likwidując wszystkie punkty oporu.

Zwycięscy Częściowcy nie obrócili jednak swoich stwórców w niewolników, gdyż w trakcie walk doszło do uwolnienia tajemniczego wirusa RM, który w kilka dni zabił 99% mieszkańców Ziemi. Kilkadziesiąt tysięcy ocalałych z Nowego Jorku przeniosło się na Long Island, odgradzając się od opanowanego przez Częściowców świata polami minowymi i zasiekami. Ocaleni nie mieli jednak powodów do radości. Już po kilku miesiącach okazało się, że morderczy wirus wcale nie przestał działać i zabija kolejne setki noworodków. W ciągu czternastu lat dzielących bunt Częściowców od rozpoczęcia akcji książki, lekarze nie posunęli się w swoich badaniach nad RM nawet o krok – nie przeżyło ani jedno dziecko urodzone po Wybuchu. Nie widząc innej nadziei na przetrwanie gatunku, senat decyduje się na wprowadzenie obowiązku zachodzenia w ciąże przez coraz to młodsze kobiety, licząc na to, że któraś urodzi dziecko odporne na wirusa, mogące stać się źródłem szczepionki. Grupka nastolatków, która nie chce zostać sprowadzona do roli zwykłych zwierząt rozpłodowych, postanawia walczyć z opresyjnym senatem i znaleźć inny sposób na pokonanie wirusa.

Partials to niemal typowa książka postapo. Niemal, bo jak wszystkie książki Jaguara hołduje pewnemu specyficznemu stylowi, który albo się lubi, albo nienawidzi. Z jednej strony mamy, typowy dla postapokaliptycznych opowieści, dość ciężki, przytłaczający klimat i wizję świata, z którą nie bardzo chcielibyśmy się w rzeczywistości zetknąć (no, przynajmniej częściowo – ale o tym jeszcze za moment). Jednak z drugiej strony rażą nieco postacie czternasto-, piętnasto- i szesnastolatków ratujących świat, którego nie potrafią ocalić dorośli. Nie zrozumcie mnie źle – wiem, że książka dla młodzieży rządzi się swoimi prawami i pisze się ją nieco inaczej, niż powieści dla dorosłych, pewne niezmienne zasady ma również postapo. Niemniej autor, który do walki ze śmiertelnym wirusem wystawia niespełna szesnastoletnią dziewczynę, mającą za sobą raptem kilkumiesięczne szkolenie medyczne w szpitalu, musi spodziewać się ostrej krytyki. Pół biedy, gdyby Kirze jedynie wydawało się, że prowadzi rewolucyjne badania, a w rzeczywistości okazało się, że próbuje jedynie metod, które przed nią sprawdzili już lepiej wykwalifikowani lekarze (co było chyba ideą Wellsa przez pierwszą połowę książki). Ale nie – okazuje się, że nastolatka na co dzień zupełnie przeciętnie radząca sobie ze swoimi obowiązkami w szpitalu, jest w stanie prowadzić zaawansowane badania morfologiczne i wirusologiczne, o których przez czternaście lat nie pomyśleli specjaliści w danych dziedzinach. Specjaliści, którzy zajmowali się tylko tym jednym problemem, bo przecież brak lekarstwa na RM, to koniec ludzkości w przeciągu kilkudziesięciu lat…

W wizji świata stworzonej przez Dana Wellsa są jednak plusy. Long Island w niczym nie przypomina miast jakie znamy z Fallouta, czy Mad Maxa. To nie ruiny pośrodku postnuklearnej pustyni, ale słabo zamieszkany ośrodek władzy, w którym ludzie żyją niemal tak samo jak przed Wybuchem. Nadal funkcjonują szpitale i służby porządkowe, gdzieniegdzie zobaczyć można działające jeszcze samochody, a jego mieszkańcy uczą się, studiują i pracują jak dawniej. Chwała autorowi za to, że postanowił wyjść poza szablony typowe dla gatunku.

Właściwie, gdyby nie podkreślana co chwila przez autora Ustawa Nadziei, zmuszająca kobiety do zachodzenia w ciążę, i nieco bardziej rozwinięty w drugiej połowie książki wątek s-f w postaci Częściowca Samma, to akcja Partials (po niewielkich przeróbkach) mogłaby się równie dobrze toczyć współcześnie, w dowolnym miasteczku w USA, i opowiadać o problemach przeciętnych nastolatków.

Na plus książki zdecydowanie nie oceniałbym za to podkreślanego w innych recenzjach wątku władzy totalitarnej. Nie jest on ani szczególnie odkrywczy (chociaż nie musi – niewiele nowego da się już w tym temacie wymyślić), ani szczególnie dobrze zrealizowany (a to już akurat konieczne). Ot, mamy kilku senatorów, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać sprawowaną przez siebie władzę. Szczerze mówiąc, to kilka scen z ich udziałem można by bez problemu usunąć, bez większej szkody dla książki. A może nawet i z korzyścią, bo moment, w którym główna bohaterka jest przekupywana przez senatorów, można porównać z kuszeniem Anakina przez Palpatine’a w Zemście Sithów. Jak to po seansie filmu podsumował Evilmg: Tylko czekałem, aż zacznie mu dawać cukierki, żeby wreszcie przeszedł na Ciemną Stronę.

Pomimo powyższych zarzutów Partials czyta się zaskakująco dobrze. Chociaż pełno tu nastolatków ratujących świat i głupkowatych dorosłych, to nadal niezłe s-f. Może nie dla wszystkich (do głównej bohaterki narzekającej z jednej strony na złe życie i za bardzo kochającego ją chłopaka, a z drugiej buszującej po opuszczonych sklepach w poszukiwaniu markowych ubrań po prostu trzeba przywyknąć), ale zdecydowanie warte polecenia wszystkim tym, którzy znają i lubią książki od Jaguara. Idealna lektura na wakacyjne wyjazdy, gdy nie ma czasu sięgnąć po dużą lekturę.

Tytuł: Partials. Częściowcy
Autor: Dan Wells
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 416
Ocena: 4-
Kategorie
Literatura

Brainman – recenzja książki

brain

Na początku będzie (mam nadzieję) oczywistość: życie recenzenta jest trudne. Pół biedy, jeśli do recenzji dostanie coś, co jest oczywistym hitem albo kompletnym gniotem. Wtedy sprawa jest prosta. O wiele gorzej, jeśli dostaje on do swoich rąk produkt, będący typowym średniakiem, o którym na dobrą sprawę nic mądrego nie można napisać.

Jak łatwo się domyślić, recenzowany tutaj Brainman jest takim właśnie przeciętniakiem, z którym nie wiadomo do końca co zrobić: nie zasługuje na peany, ale objechanie go z góry na dół również byłoby ogromnie nieuczciwe wobec autora. Żeby lepiej przedstawić problem dodam, że przez ponad trzy lata pisania recenzji na łamach Tawerny RPG po raz pierwszy dostałem w swoje ręce książkę, której przeczytanie zajęło mi prawie miesiąc, a napisanie recenzji kolejnych kilka tygodni. Z recenzją zwlekałem tak długo, że mając szansę na napisanie jednego z pierwszych artykułów w Polsce, swoją opinię o książce wyrażam prawdopodobnie jako ostatnia osoba z darmowym egzemplarzem Brainmana i leżącą przed oczami recenzją Jakuba Winiarskiego, opublikowaną w kwietniowym numerze Nowej Fantastyki.

Zanim przejdę do rzeczy, kilka słów o autorze. Nieznany szerzej Dominik W. Rettinger, jest polskim autorem licznych scenariuszy do filmów kinowych i seriali telewizyjnych. Na swoim koncie ma m.in. Układ Warszawski, Ekipę i Milion dolarów. Nie jest to więc autor bez jakiegokolwiek doświadczenia i chociaż Brainman jest pierwszą książką na jego koncie, to już choćby ze względu na jego nietypowe korzenie warto zwrócić na niego uwagę.

Opowieść Rettingera toczy się dwutorowo. Z jednej strony śledzimy losy dwóch wielkich kosmicznych cywilizacji, od wieków toczących bój o prymat we wszechświecie – wojowniczych i ekspansywnych Zet oraz walczących o pokój O; z drugiej zaś obserwujemy walkę dwóch równie diametralnie różniących się od siebie ziemskich studentów: spokojnego i zdolnego Nicka Gowina oraz bogatego, uwielbianego przez wszystkich i potężnego Johna Clondike’a. Konflikt pomiędzy Zet i O, toczący się od milleniów, a dotyczący właściwego użycia potęgi mózgu istot żywych (Zet uważają, że wszystkich należy obrócić w niewolników, podczas gdy O są zwolennikami powolnego otwierania umysłów, które pozwoliłoby wszystkim korzystać z pełni ich możliwości), wchodzi powoli w ostateczną fazę: triumfujący w całym kosmosie Zet namierzają wreszcie rodzinną planetę O i przygotowują się do zadania decydującego ciosu.

Tymczasem w pobliżu Ziemi dochodzi do pozornie nieznaczącego starcia pomiędzy myśliwcami zwiadowczymi obu cywilizacji: piloci O zmuszeni zostają do lądowania na niemal dzikiej dla nich planecie A-180, przy okazji wpadając w środek bójki o dziewczynę pomiędzy Nickiem i Johnem. Kosmici usypiają studentów i prawdopodobnie ich krótka i nieprzewidziana wizyta na Ziemi nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby młody i niedoświadczony pilot nie uległ nagłej pokusie uruchomienia pełnego potencjału mózgu Nicka. Niezauważony przez swojego kolegę wkrada się ponownie na pokład naprawionego myśliwca i odlatuje w kierunku rodzinnej planety.

Po kilku minutach, na Ziemi pojawia się również pilot Zet – wyczuwając niezwykłą aktywność umysłu jednego z mieszkańców planety, postanawia przyjrzeć się bliżej całej sprawie. Gdy tylko dostaje się na miejsce zamieszania, od razu orientuje się co zrobił jego przeciwnik i postanawia przeciwdziałać, obdarzając Johna bezwzględną potęgą Brainpower – w pełni otwartego umysłu, pozbawionego jakichkolwiek zahamowań moralnych.

W tym miejscu zaczyna się ponad trzystustronicowy pokaz supermocy głównych bohaterów: obudzeni w szpitalu studenci natychmiast zaczynają wykorzystywać niemal nieograniczone możliwości jakie dają im wykorzystywane w stu procentach mózgi. Początkowa rywalizacja o dziewczynę, szybko przemienia się w walkę pomiędzy Johnem i Nickiem o losy całej planety, która nieoczekiwanie wpłynie na losy całego wszechświata.

Problem z książką Rettingera jest dla mnie jeden: o ile samo streszczenie fabuły wygląda zachęcająco i zapowiada widowiskową akcję, to wykonanie może pozostawiać już nieco do życzenia. Walki z użyciem super mocy, loty ponad rozszalałym oceanem i kapitalna scena z eksplozją nuklearną na dnie Rowu Mariańskiego wyrzucającą na powierzchnię amerykański okręt atomowy pasowałaby raczej do jakiejś superprodukcji pokroju Avengersów czy Iron Mana, niż do książki s-f.

Szczególnie, że Brainman niewiele więcej jest w stanie wymagającemu czytelnikowi zaoferować. Teoretycznie ciekawy motyw odwiecznej walki dobra ze złem jest spłycony do granic możliwości i straszliwie przewidywalny: już po kilku stronach od przebudzenia Nicka i Johna doskonale wiemy jak to wszystko się zakończy i jaką rolę będą pełnili obaj Amerykanie w starciu kosmicznych cywilizacji. W całej powieści zwrot akcji jest tak naprawdę jeden, chociaż i on nieszczególnie porywa.

Podobnie sprawa wygląda z budowanym przez Johna Clondike’a państwem totalitarnym. Przejmujące kontrolę nad całym światem mocarstwo nie wywołuje żadnych emocji: czytelnik nie widzi wielkiej różnicy pomiędzy USA demokratycznymi, a poddanymi dyktaturze Brainmana (co akurat niekoniecznie było zamiarem autora). Jeśli ktoś czytał kiedyś (teoretycznie przerażający) thriller Vaterland Harrisa, w którym III Rzesza wygrała II wojnę światową i niepodzielnie rządziła Europą, u Rettingera poczuje się jak w domu. W obu przypadkach bohaterowie nieustannie mówią o ucisku i inwigilacji, ale dla odbiorcy są one zupełnie niezauważalne.

Całkowicie zgadzam się ze wspomnianym już Jakubem Winiarskim, że Brainman jest typowym czytadłem. Zupełnie nie rozumiem jednak jego stwierdzenia, że jest to historia, która każe zastanowić się nad ograniczeniami naszego gatunku, przywarami, a także naturą emocji – postacie Johna i Nicka stworzone zostały w sposób tak prosty (co nie znaczy: prostacki), że równie dobrze można słowa te przypisać do niemal każdej opowieści s-f czy fantasy. Problem w tym, że motyw ten przedstawiony był o niebo lepiej w setkach, jeśli nie tysiącach książek i opowiadań, a w Brainmanie jest w zasadzie niezauważalny. U Rettingera nie liczy się psychologia – ta książka żyje takimi scenami jak rozpadający się Biały Dom czy równany z ziemią Paryż.

Niewątpliwym urokiem Brainmana jest to, że potrafi niejako śmiać się z samego siebie – chociaż występujący u Rettingera humor czasami kulał i nie zawsze mi się podobał, to na odnotowanie zasługuje fakt, że książka momentami jest poważna aż do przesady, wyśmiewając wszystkie marne opowiastki s-f klasy już nawet nie jako klasy B, ale przynajmniej D. W mojej opinii to za mało jednak, żeby uznać ją za książkę bardzo dobrą, do której wracałoby się wielokrotnie (a w ten właśnie sposób rozumiem ocenę oscylującą w granicach szkolnej piątki w Nowej Fantastyce). Ot, zwykły przeciętniak, jakich na rynku wiele. Dixit.

Tytuł: Brainman
Autor: Dominik W. Rettinger
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 400
Ocena: 3+
Kategorie
Literatura

Najeźdźcy – recenzja książki

najezdzcy

Jakiś czas temu w moje ręce wpadł drugi tom Wyrzutków, nowej serii Johna Flanagana, autora niemal kultowego już w naszym kraju cyklu książek Zwiadowcy. Tom pierwszy, chociaż zupełnie mnie nie porwał, czytało mi się całkiem przyjemnie, więc bez większego ociągania się, usiadłem do lektury Najeźdźców i po raz kolejny pozwoliłem Flanaganowi zabrać mnie w podróż po lodowych morzach Północy…

Akcja książki zaczyna się kilka tygodni po zakończeniu historii opowiedzianej w tomie pierwszym: Andomal, największy skarb Skandian, został zrabowany przez piratów, a na ich poszukiwanie wyrusza drużyna shańbionych nastolatków pod wodzą półaralueńczyka Hala. Odzyskanie zrabowanego z ich winy klejnotu jest ich jedyną szansą na normalne życie. Ale jakie szanse ma mała i niedoświadczona drużyna w starciu z potężnym okrętem wojennym i kilkudziesięcioma piratami?…

Fabułę Najeźdźców można określić jako epic fantasy w pigułce. Niemal dokładnie połowa książki to zabawa w chowanego na otwartym morzu i przygotowanie do konfrontacji z wrogiem, podczas gdy druga część to opis wielkiej bitwy pomiędzy Skandianami a Madziarami. Dlaczego wielkiej, a nie po prostu wielkiej i po co całe to wyróżnienie? Otóż Flanagan dokonał rzeczy, którą do tej pory uważałem po prostu za niemożliwą – potyczkę, w której po obu stronach walczy w sumie niespełna dwustu ludzi, autor rozciągnął do rozmiarów porównywalnych niemal z bitwą pod Helmowym Jarem. Żeby była jasność – nie traktuję tego jako zarzut, bo jak zwykle całość jest bardzo ładnie spięta i wszystko całkiem logicznie się ze sobą wiąże. Po prostu sama idea rozwijania małej bitwy do tak olbrzymich rozmiarów, jest dość zabawna i chyba warta podkreślenia.

Nie da się jednak nie zauważyć, że w powieści kuleje nieco wiarygodność wydarzeń: ja rozumiem, że to nie jest książka dla dorosłych i z przyczyn dla mnie oczywistych Flanagan wprowadza różne umowności, ale niektóre fragmenty czyta się z naprawdę mieszanymi uczuciami. Na przykład taka bitwa: w czym śmierć pirata jest lepsza od śmierci Skandianina? Poza tym, że niemal wszyscy Madziarowie są całkowicie anonimowymi postaciami, a wielu Skandian znamy z więcej niż tylko imienia, to chyba niczym. Tymczasem w bitwie, będącej zwieńczeniem tomu, giną niemal wszyscy piraci, a po stronie tych dobrych rannych zostaje zaledwie kilka osób…

Podobnie jak w Drużynie, tutaj znów najbardziej raził mnie język, jakim posługują się bohaterowie. Może to tylko moje zrzędzenie, ale słowa, zwroty i pojęcia, o których w średniowieczu nikt nawet nie miał prawa słyszeć, w ustach nastoletnich Skandian bardzo utrudniają wsiąknięcie w klimat całej opowieści.

Pomimo całego narzekania, Najeźdźcy nie są jednak książką złą. Ba! Gdy już przymknie się oko na język i pewną naiwność, książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Pewnie nie tylko nie jest to odkrywcze, a jest wręcz przewidywalna (a raczej nieprzewidywalna w swojej przewidywalności: autor wie, że spodziewamy się takiego a nie innego zakończenia, więc po kilkudziesięciu stronach, podsuwa nam inny pomysł na finał, żeby zakończyć książkę tak jak myśleliśmy na początku i nas zaskoczyć), ale to w sumie zarzut, który postawić można, niestety, wielu dzisiejszym (i nie tylko) książkom. Idealna lektura do poczytania w pociągu lub tramwaju, albo jako przerywnik pomiędzy większymi i poważniejszymi tytułami.

Tytuł: Najeźdźcy
Seria: Drużyna, tom 2
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Rok: 2012
Stron: 400
Ocena: 4-
Kategorie
Literatura

Marzenie Talithy – recenzja książki

978-83-265-0464-8_NashiraNie oceniaj książki po okładce to powiedzenie, chyba każdy słyszał. Od lat wchodząc do księgarni powtarzam to sobie jak mantrę i… zawsze robię na odwrót. Na odwrót, ale chyba ze skutkiem przeciwnym niż planowali marketingowcy. Przykład? Na pięknie zdobionej okładce widnieje dumny napis: Ponad 2,6 miliona sprzedanych egzemplarzy! Wierzę w to? Jasne, że nie – po przeczytaniu takiej reklamy, książka jest u mnie od razu skreślona. Problem w tym, że przez takie myślenie można czasami ominąć całkiem niezłą książkę. Tak jak w tym przypadku.

Historia opowiedziana w Marzeniu Talithy, której autorką jest Licia Troisi, na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot, mamy dobrą, nieco naiwną i wojowniczą księżniczkę, która nijak nie dogaduje się ze swoim ambitnym i apodyktycznym ojcem, i której bardziej po drodze z niewolnikami służącymi w pałacu, niż z dworakami. Gdy umiera jej siostra, od dziecka przeznaczona do sprawowania funkcji politycznych w żeńskim klasztorze, ojciec Talithy postanawia wysłać ją na miejsce zmarłej. Przyzwyczajona do wolności dziewczyna, od początku buntuje się przeciwko wykorzystywaniu jej do powiększenia władzy znienawidzonego ojca i wraz ze swoim niewolnikiem postanawia uciec z klasztoru bez względu na koszty.

Może to tylko złudzenie, a może to ja czytam ostatnio za dużo fantastyki i coraz trudniej jest mi znaleźć coś naprawdę wyjątkowego, niemniej fabuła opowiedziana w Marzeniu Talithy jest bardzo prosta, i bez trudu można wskazać wiele tytułów operujących tymi samymi schematami. Władca zsyła córkę do klasztoru, która się buntuje razem ze swoim niewolnikiem, odkrywając wielką tajemnicę, która może doprowadzić do zagłady całego świata. Jednakże uciekają, a ścigają ich ludzie władcy. Historia posuwa się uparcie do przodu, od jednego punktu do drugiego, unikając wszelkich zbędnych i komplikujących wątków pobocznych. Trzeba przyznać, że ta prostota ma swój urok, jednak osoby szukające naprawdę ambitnej lektury, powinny sięgnąć po coś zdecydowanie innego.

Na plus całej opowieści należy jednak zaliczyć zarysowanie charakterów głównych postaci, a w szczególności Talithy. Licii Troici udało się stworzyć bohaterkę wiarygodną, o nieco idealistycznej naturze, która musi poradzić sobie ze skonfrontowaniem swoich dziecinnych wyobrażeń o świecie z brutalną rzeczywistością. Z rzeczywistością, w której niewolnicy umierają z głodu i pragnienia w ciasnych uliczkach miast, bo swoim pochodzeniem nie zasługują na nic lepszego. Z rzeczywistością, w której pokonany w walce przeciwnik nie schodzi z ringu, ale umiera, powoli wykrwawiając się z szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Przemiana Talithy jest w trakcie lektury niemal niezauważalna . W pewnym momencie czytelnik po prostu orientuje się, że śledzi losy zupełnie innej, zobojętniałej na wszystko osoby. Zupełnie jak w życiu.

Pomimo tego, że fabuła nie wyróżnia się niczym szczególnym i nie zaskakuje, Marzenie Talithy czyta się bardzo przyjemnie. Trudno tak naprawdę powiedzieć dlaczego, ale na pewno sporo w tym zasługi lekkiego języka autorki i szybko przewijających się wydarzeń, nie pozwalających oderwać się od książki aż do samego zakończenia. Jasne, Troici można zarzucić schematyczność i pewną naiwność niektórych rozwiązań (aby uwierzyć w ucieczkę Talithy i Saipha z rąk łowców nagród, potrzeba naprawdę dużo dobrej woli), nie zmienia to jednak faktu, że powieść jest całkiem przyjemną lekturą na długie zimowe wieczory, pozwalającą pomarzyć o lecie za oknem. Czekam na następny tom.

Tytuł: Marzenie Talithy
Seria: Królestwa Nashiry, tom 1
Autor: Licia Troici
Wydawca: Zielona Sowa
Rok: 2012
Stron: 400
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Wyrzutki – recenzja książki

wyrzutkiPrzed trzema laty swoją polską premierę miał młodzieżowy cyklu Johna Flagana Zwiadowcy, który okazał się być rewolucją na tutejszym rynku fantasy dla nastolatków. Do dzisiaj, sprzedano w Polsce ponad dwieście tysięcy egzemplarzy tej serii. W maju tego roku, nakładem wydawnictwa Jaguar, ukazał się w Polsce pierwszy tom nowego cyklu Flagana pt: Wyrzutki. Czy warto po niego sięgnąć?

Głównym bohaterem pierwszego tomu Wyrzutków jest Hal Mikkelson, bystry i zręczny szesnastolatek, syn rodowitego Skandyjczyka oraz Araluenki. Z powodu swego pochodzenia, Hal nie ma łatwego życia, ponieważ niemal na każdym kroku spotyka się z dyskryminacją ze strony mieszkańców swej osady jako obcy i gorszy. Pomimo tego odrzucenia musi on, jak każdy nastolatek chcący wejść w dorosłość, przystąpić do grupowych zawodów, które potwierdzą jego dorosłość. Ku swemu zaskoczeniu, Hal wkrótce przekonuje się, że wśród jego rówieśników nie brak takich, jak on sam, wyrzutków, którymi przyjdzie mu pokierować w czasie trzymiesięcznych zmagań o miano najlepszej skandyjskiej drużyny.

Gdyby chcieć opisać nową książkę Flagana jednym słowem, byłaby to: przyjaźń. W zasadzie, każda z tych prawie pięciuset stron Drużyny, dokłada małą cegiełkę w budowie wielkiej apologii prawdziwej i bezwarunkowej przyjaźni, która nie uznaje żadnych podziałów: zarówno tych formalnych, jak i ukrytych w łonie każdej społeczności. Z każdym kolejnym rozdziałem, czytelnik śledzi więc to, jak odrzucona przez swych rówieśników, grupa chłopców zbliża się do siebie, jak rośnie ich wzajemne zaufanie do członków tej grupy i jak każdy z nich, pod wpływem towarzyszy, umacnia poczucie swojej wartości.

Oczywiście, tak skonstruowana historia podąża jednym, jasno wytoczonym szlakiem i jest nadzwyczaj przewidywalna, lecz nie tylko nie przeszkadza to w lekturze, a wręcz ułatwia w skupieniu się na losach drużyny Czapli i śledzeniu tego, co w Wyrzutkach jest najważniejsze, czyli rytuału przejścia w dorosłość głównych bohaterów. Liczba wątków pobocznych jest zresztą znikoma, niemal żaden z nich nie doczekuje się rozwiązania w finale opowieści i wyraźnie widać, że Flagan po raz kolejny szykuje swoim wiernym czytelnikom, dłuższy cykl (oficjalnie zapowiedziano trylogię). Nie zamierza poddawać się ograniczeniom, w postaci domykania na siłę poszczególnych elementów historii w obrębie jednego tomu.

Tworzona z powodzeniem i wciągająca opowieść, wiele traci jednak na używanym przez autora języku. Z jednej strony, stara się on stworzyć wiarygodny, średniowieczny świat mieszkańców Północy, z drugiej zaś, wkłada w usta swych bohaterów słowa, które w najlepszym przypadku zakrawają o anachronizmy. W efekcie, czytelnik otrzymuje opowieść o młodych mieszkańcach Skandii sprzed wieków, którzy rozmawiają niczym współcześni nastolatkowie. Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać kilka stron dowolnej, współczesnej książki dla młodzieży i powrócić do Wyrzutków; różnice są naprawdę trudno dostrzegalne.

Mimo wszystko, po Drużynę warto sięgnąć. Pomimo zgrzytania zębów, które przynosi czytanie anachronizmów Flagana, książka pozostaje nadal doskonałą opowieścią o młodzieńczym ritte de passage, przyjaźni i wzajemnym zaufaniu. Może i jest odrobinę za bardzo naiwna, może i głównym bohaterom zbyt łatwo przychodzi osiąganie kolejnych stawianych im celów, rzadko jednak zdarza mi się sięgnąć po książkę o północy i niespodziewanie zorientować się, że minęły już dwie godziny, a ja, pomimo stanowczego sprzeciwu organizmu, przeczytałem kolejne kilkadziesiąt stron. Drużynę zdecydowanie warto przeczytać, choć na rynku wydawniczym łatwo znaleźć dużo lepsze tytuły.

Tytuł: Wyrzutki
Seria: Drużyna, tom 1
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Rok: 2012
Stron: 480
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Zły Anioł – recenzja książki

wielka-wojna-diablow-tom-4-zly-aniol-b-iext7141206

Miesiące oczekiwań, niecierpliwość czytelników i recenzentów, ale oto jest – ostatni tom rewelacyjnego młodzieżowego cyklu fantasy Wielka Wojna Diabłów, który się wreszcie ukazał! Czy sprostał wysokim oczekiwaniom, jakie pozostawiły po sobie poprzednie tomy? Sprawdźmy!

Historia opowiedziana w Złym Aniele jest bezpośrednim rozwinięciem wątku znanego z poprzedniego tomu. Akcja zaczyna się więc dramatycznie, w czarnym kościele, wzniesionym obok Doliny Szubienic, gdzie odbywa się pierwszy pogrzeb w historii Piekła – przez tłumy żegnany jest stary odźwierny, czyli Moczybroda. Milczący w czasie ceremonii, Filip, cierpi podwójnie. Z jednej strony chciałby godnie uczcić zmarłego przyjaciela, natomiast z drugiej zdaje sobie sprawę, że jeśli chce uwolnić z rąk Azjela, porwaną Satinę, musi działać szybko i zdecydowanie. Pozbawiony wszelkiej nadziei na ponowne spotkanie z przyjaciółmi, ucieka w przebraniu z krainy potępionych i udaje się samotnie w poszukiwaniu dziewczyny…

Równie źle sytuacja wygląda dla Lucyfera. Zdaje on sobie doskonale sprawę z faktu, że każda noc przybliża ostateczną konfrontację pomiędzy nim a nowym pretendentem do tytułu Księcia Ciemności. Na dodatek wynik nadchodzącego starcia przestaje być tak oczywisty, jakim był do tej pory. Nikt nie wie, co planuje Ajzel w ciemnościach Otoki, ale nagle zerwany kontakt z Niebem, nie skłania do pozytywnego myślenia. Władca Nowego Piekła zdaje się mieć w swym ręku wszystkie atuty… ale czy Lucyfer na pewno jest tak osamotniony jak wszyscy sądzą?

Od momentu ukazania się Ucznia diabła, wszyscy zastanawiali się, w jaki sposób Kenneth B. Andersen spróbuje zakończyć swój cykl? Możliwych rozwiązań akcji było sporo, bo autor do tej pory nie miał tendencji do zamykania rozpoczętych przez siebie wątków. W Złym Aniele wiele spraw wymagało wyjaśnienia, między innymi co się stało z ojcem Filipa? Gdzie jest Satina? Dlaczego w zaświatach można umrzeć? No i przede wszystkim, w jaki sposób Azjel zamierza zdobyć Piekło z jego niedostępnymi murami?

Kończąc recenzję Śmierci w pigułce napisałem, że Andersenowi udało się z powodzeniem sprzedać po raz kolejny ten sam produkt. Tym razem byłbym mniej entuzjastycznie nastawiony, dlatego że teoretycznie Zły Anioł powiela wszystkie zalety i nieliczne wady poprzedników. W praktyce jednak, brakuje w nim tego bliżej nieokreślonego czegoś, co obecne było w poprzednich tomach. Być może chodzi o to, w jaki sposób autor traktuje swoich bohaterów? W trakcie lektury wyraźnie czuć, że wszystkie postacie są jakby ogłupione. Przykładem jest chociażby Lucyfer, Książę Ciemności, nie zdający sobie sprawy z tego, w jaki sposób można wykorzystać Arkę Przymierza? Filip, który jednego dnia czyta o zdobyciu Jerycha, a drugiego nie pamięta już, kto był z tym związany (co zabawniejsze postać ta przewija się przez cały czas w dialogach i jest kluczowa dla całej opowieści)? Wątki detektywistyczne świetnie sprawdziły się w przypadku Ucznia diabła i Kostki Śmierci, ale w Złym Aniele są często, niestety, po prostu naciągane, co bardzo źle rzutuje na ogólny odbiór historii.

Odrobinę rozczarowuje również zakończenie. Można było je sobie wyobrażać na różne sposoby, zastanawiając się w jaki sposób Andersen wykorzysta budowany przez trzy tomy trójkąt zależności pomiędzy Filipem, Satiną i Azjelem? Problem w tym, że po lekturze poprzednich części cyklu, nikt chyba nie przypuszczał, że autor zdecyduje się na tak nijakie rozwiązanie akcji. Należy również pamiętać, że daje ono autorowi dość duże pole do popisu w przypadku potencjalnej kontynuacji. Zakończenie pojawia się nagle, jednak nie wyjaśnia wielu kwestii i jest zdecydowanie zbyt lakoniczne. Czytelnik ma prawo czuć niedosyt.

Po powyższych minusach można stwierdzić, że po książkę nie warto w ogóle sięgać, nawet za darmo. Moim zdaniem, zakończenie nie jest najlepsze, ale mimo wszystko polecam lekturę, ponieważ Andersen tworzy na bardzo wysokim poziomie. Zły Anioł to świetna historia przygodowa, w której z niecierpliwością oczekujemy tego, co za chwilę się wydarzy. Na pewno nie posiada tylu zwrotów akcji co Uczeń diabła, ale trzyma w napięciu, a także bawi. Niestety, zakończenie historii przedstawionej we wszystkich tomach nie jest tym, czego oczekuje wymagający czytelnik. Jednakże warto sięgnąć, aby sprawdzić to samemu. Nie wierzę w to, że całkowicie ktoś się rozczaruje, a potwierdza to ocena niżej.

Tytuł: Zły Anioł
Seria: Wielka Wojna Diabłów, tom 4
Autor: Kenneth B. Andersen
Wydawca: Jaguar
Rok: 2012
Stron: 360
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Edda – recenzja książki

edda-b-iext7515926I stało się. Oto minął kolejny rok szkolny, a setki tysięcy uczniów udało się po raz kolejny na w pełni (nie)zasłużone wakacje. Spędzą je różnie – na koloniach, obozach, większość pewnie w swoich domach. Bez względu na formę wypoczynku warto byłoby jednak pomyśleć o zaopatrzeniu się w porządny zestaw lektur do przeczytania. Czy wydana przed kilkoma tygodniami Edda jest dobrym do tego kandydatem? Sprawdźmy!

Akcja ostatniego tomu Kronik Awatarów osadzona została w kilka miesięcy po obaleniu Czarnej Królowej i przejęciu przez Zjawę rządów w Sadze. Jak się okazuje, zlikwidowanie straszliwego terroru poprzedniej władczyni nie przyniosło pełnego bezpieczeństwa mieszkańcom wirtualnego świata. Saga rozwija się co prawda doskonale, na horyzoncie pojawia się jednak nowe zagrożenie zewnętrzne – okazuje się, że Epic i Saga nie były jedynymi programami, w których rozwinęły się samoświadome istoty. Lord Scanthax, ostatnia myśląca jednostka ze świata Eddy, wiedzie w kierunku Sagi gigantyczną armię bezwolnych NPC, zostawiając za sobą śmierć i zniszczenie . Największym atutem Scanthaxa nie jest jednak ani jego przebiegłość, ani siła wojsk, lecz tajemnicza Penelopa – awatar ostatniej ludzkiej użytkowniczki Eddy – potrafiąca skryptować otaczające ją wirtualne środowisko. Aby powstrzymać przybliżającą się zagładę Sagi, w celu porozumienia się ze Scanthaxem, wyrusza grupa dobrze znanych nam już bohaterów: Zjawa, Milan, Athena oraz Erik, wraz ze swoimi ludzkimi towarzyszami. Jednak czekające ich zadanie nie będzie łatwe, a występujący od pierwszych chwil rozłam w drużynie zdaje się jedynie zmniejszać szanse na szczęśliwe zakończenie całej historii…

Przebieg wydarzeń w Eddzie jest, z grubsza rzecz biorąc, taki sam jak w pierwszej części cyklu: zbiera się grupa (prawie) niepokonanych bohaterów, wyruszają wspólnie w drogę, napotykają przeszkodę, pojawia się postać poboczna, która pomaga wykonać zadanie itd., itp., aż do finałowego starcia. Z racji tego nie będę po raz kolejny rozwodził się nad takim, a nie innym zamysłem autora – o tym poczytać możecie w recenzji Epica, moje zdanie w tej kwestii niewiele się zmieniło przez ostatnie parę miesięcy. Zamiast tego skupię się na tym, co wyróżnia Eddę na tle całości i dlaczego warto (albo i nie) poświęcić jej te kilka godzin potrzebnych na lekturę.

Przede wszystkim ostatni tom Kronik Awatarów jest znacznie dojrzalszy od swoich poprzedników. Wprowadzając postać samotnej Penelopy, Kostick w subtelny sposób zmusza do zastanowienia się nad tym, czym jest samotność i jak ważny dla każdego człowieka jest kontakt z innymi ludźmi. Współczujemy Penelopie jej losu, chcemy aby znalazła sposób na skontaktowanie się z innymi nie-wirtualnymi istotami, ale w miarę rozwoju akcji również zaczynamy się jej odrobinę bać, rozumiejąc, że dorastanie u boku wyrachowanego lorda Scanthaxa mimowolnie odcisnęło na dorastającej dziewczynie piętno. Z drugiej jednak strony, wrażenie psuje pewna infantylność tej postaci. Rozumiem, że Penelopa nigdy nie miała możliwości porozmawiania z istotą ludzką i za wszelką cenę dążyła do jakiegokolwiek kontaktu, jednak jej spotkanie z drużyną Erika wydaje się co najmniej naciągane. Zamek lorda Scanthaxa, miejsce ze wszystkich stron otoczone przez wrogów, jaskinia lwa i bezgranicznie ufny kontakt zainicjowany przez rzucenie: Cześć! Jestem człowiekiem, a wy?. Zapewne część czytelników się oburzy i uzna, że Edda nie jest książką dla dorosłych i trzeba wybaczyć jej pewne uproszczenia, ja jednak nigdy nie uznawałem tego za satysfakcjonujące usprawiedliwienie. Prostszy język – tak, to rozumiem. Jeśli jednak autor decyduje się na poruszanie takich, a nie innych tematów i wątków, jego zadaniem jest również satysfakcjonujące ich rozwiązanie. Saga pod tym względem nie zawodziła, Edda zaś wraca do pewnej nieporadności Epica w przedstawianiu relacji międzyludzkich.

Abstrahując od powyższego, na plus należy mimo wszystko policzyć autorowi niespotykaną do tej pory odwagę w kreowaniu sytuacji trudnych i bolesnych. Ani w Epicu, ani w Sadze nie mieliśmy tak naprawdę do czynienia z wydarzeniami, które mogłyby w sposób nieodwołalny wpłynąć na bohaterów. Edda przedstawia regularną wojnę i trudno byłoby obyć się autorowi bez ofiar. Dość napisać, że tym razem śmierć poniosą nie tylko awatary ludzi, ale również niektórzy dobrze nam znani bohaterowie wirtualni… Nie udało się Kostickowi co prawda utrzymać poważniejszego nastroju w obliczu śmierci każdej z postaci, jednak nieprzewidywalność dalszych wydarzeń bardzo pozytywnie wpływa na ocenę końcową powieści.

Gdy przed kilkunastoma tygodniami recenzowałem Sagę prorokowałem, że Edda utrzyma zwyżkową tendencję serii i będzie małym hitem s-f. Cóż, raz się udaje, raz nie – nikt tu nie jest zawodowym jasnowidzem. Pod kilkoma względami Edda jest, co prawda, doskonalsza od Sagi, powiela jednak również część błędów Epica, przez co jest może i ciekawą propozycją na długie i z natury nudne podróże pociągami, z trudem jednak broni się w starciu z wieloma innymi tytułami s-f dla młodzieży. Ot, przeczytać można, najlepiej pożyczając od kogoś, ale jeśli się nie uda – niewielka strata. To typowa lektura na jeden raz.

Tytuł: Edda
Seria: Kroniki Awatarów, tom 3
Autor: Conor Kostick
Wydawca: Telbit
Rok: 2012
Stron: 420
Ocena: 4-