Kategorie
Opowiadania

Monika, część 2

Nadszedł kolejny wieczór. Adam wracał od swojego znajomego. Był to jeden z tych letnich wieczorów, który wyciągał na dwór każdego, niezależnie od wieku. Wiał przyjemny, lekki wiatr; nie było gorąco, ponieważ do południa padał deszcz.

Adam szedł spokojnym krokiem wdychając świeże powietrze. Z niewielkich słuchawek wiszących przy kołnierzyku koszulki sączyła się jakaś muzyka, ale Adam jej nie słuchał. W ogóle zapomniał, że walkman jest włączony. Dawno nie był tak zamyślony. Dręczyło go wspomnienie poprzedniego wieczoru, pragnął spotkać Monikę, jak najszybciej.

Dlaczego ona była taka? Co takiego się wydarzyło, że nie chciała o tym mówić?

Przez głowę Adama przebiegały jeden za drugim rozmaite wnioski, które wydawały mu się to mniej, to znowu bardziej prawdopodobne. Starał się chłodno przeanalizować dotychczasowe spotkania. Kiedy tak przypominał sobie chwile, które spędził w jej towarzystwie, w każdym przypadku uderzała go nie tyle jej skrytość i tajemniczość, ale bardziej to, że starała się unikać jego dotyku, bliższego kontaktu. „Może… może ma przykre doświadczenia związane z chłopakami?” – pomyślał.

Ten pomysł wydał mu się dość prawdopodobny. Zaczął po cichu podejrzewać, że Monika padła kiedyś ofiarą przemocy ze strony chłopaka, być może bardzo jej bliskiego. „Pewnie dlatego teraz jest tak ostrożna” – podsumował swoje rozważania Adam. „Nie dziwie się jej – zraziła się, więc trudno będzie zapracować na jej zaufanie. A o sobie nie mówi bo się wstydzi przeszłości, to jasne. Tylko jak ją przekonać, że może być ze mną szczera?”.

Tymczasem Adam zaczął znów myśleć o tym, by spotkać się z Moniką. Marne miał jednak na to widoki – nie wiedział, gdzie mieszka, nie znał jej nazwiska, nie mógł więc nawet spróbować jej poszukać. Dwa razy już tego dnia zaglądał do parku ale nie zastał jej na jej ulubionej ławce. Musiał liczyć na szczęśliwy traf. Gdzieś na ulicy. W nieznanej mu godzinie. Dlatego chyba właśnie niemal cały czas spędził poza domem nie licząc dwóch godzin rano, godziny, którą poświęcił na obiad i około piętnastu minut, które zajęło mu poszukanie w bałaganie na biurku baterii do walkmana.

Przechodził właśnie niedaleko dyskoteki. Od niechcenia obrzucił ją spojrzeniem, ale nie zobaczył niczego niezwykłego. Na pozór.

Ot, jeden chłopak rzygał tuż przy drzwiach, drugi nieco dalej. W szeroko otwartym wejściu widać było sylwetki dwóch bramkarzy na tle łagodnych, mieszających się świateł, czerwonego i niebieskiego. Za rogiem budynku, dość daleko od ulicy, stało kilku młodych facetów. Adam pewnie byłby poszedł dalej gdyby nie niepewność. Musiał rozwiać swoje wątpliwości.

Chłopak przeszedł na drugą stronę ulicy. Teraz widział mniej więcej wyraźnie – pięciu chłopaków w dresach i z łańcuchami zwieszającymi się z karków grubszych, niż Adam był w pasie, stało dookoła jakiejś dziewczyny. Czy to była… ona?!

Mały przykucnął lekko. Wykorzystując ciemność i drzewa podbiegł cicho, po czym stanął po drugiej stronie wielkiego pnia i słuchał.

– Zabiję dziwkę! – ryknął gruby, zachrypły głos – Co ona sobie myśli?!

– Co ty, nie przesadzaj, stary – rzekł inny, cichszy i spokojniejszy głos.

– Co kurwa nie przesadzaj, co?! Myśli, że może ze mnie chuja robić?!

Adam zmarszczył brwi. Co taka dziewczyna jak Monika mogła zrobić takim typom?

– Nie pierdol, Szymy, on ma rację, trzeba jej coś zrobić, żeby se zapamiętała! – przytaknął właścicielowi grubego głosu jakiś bez wątpienia młody chłopak.

– Ktoś cię pytał?! To zamknij się, bo cię strzelę! – krzyknął zapewne wspomniany „Szymy” (Adam nie był pewien), zaraz jednak zniżył ton.

– Rafał, będziesz się taką szmatą przejmował? No co ty, chodź już, browar ci postawię.

Ten jednak nie dawał za wygraną.

– Ty mnie nie uspokajaj, dobra?! Ja już wiem, co jej zrobię – wycedził Rafał cicho takim głosem, że ciarki przechodziły po plecach – kosę jej wpierdolę miedzy żebra, to jej zrobię!!!

Adamowi pociemniało w oczach, a w głowie zawirowało. Gdyby nie był w tej chwili oparty plecami o drzewo pewnie by się przewrócił.

– Jak chcesz, porąbańcu, ale mnie przy tym nie będzie! – zadeklarował Szymon. – Chcesz, żeby cię zamknęli za głupią dziwkę jakich milion to droga wolna, tnij sobie ją, ja spadam!

– A spierdalaj, zasrańcu! Sam sobie poradzę!

– To sobie radź, na razie! – odkrzyknął Szymon i wsiadł do samochodu stojącego przed dyskoteką, by ruszyć po chwili z piskiem opon.

Adam przestraszył się w duchu. „Co ja zrobię?!” – pomyślał. „Tamtych czterech, nawet ten młody, pół życia spędzili na siłowni”.

Wyjrzał na chwilę zza drzewa. Trzech szemrało coś niewyraźnie za plecami wysokiego, potężnie zbudowanego chłopaka, pewnie Rafała, właściciela owego grubego głosu, on sam zaś stał oparty rękoma o ścianę. Przed nim, ponad o głowę niższa, stała Monika przywarłszy plecami do ściany. Dziewczyna odważnie patrzyła mu w oczy, ale nie odzywała się ani słowem.

Adam wahał się. Miał dwa wyjścia – czekać aż wielkolud być może ochłonie, albo… No właśnie, „albo”. „A jeśli nie ochłonie?” – pytał się siebie Adam w myślach. „Co wtedy? Rzucić się na niego i dostać za nią nożem po brzuchu?”.

Chłopakiem wstrząsnął dreszcz. Ostatecznie jednak zbierał się w sobie i uśmiechał blado. „To najwspanialsza istota, jaką dane mi było poznać. Za kogo dać się zabić, jeśli nie za nią?”.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie będzie lepiej, jeśli po cichu opuści swoją „placówkę” i poprosi o pomoc bramkarzy, bardzo szybko odegnał jednak tą myśl od siebie. „Jeśli mnie zobaczą, jak wychodzę zza tego drzewa to ten wariat może spanikować i jeszcze ją zabije” – pomyślał. „A zanim przekonam tych idiotów bramkarzy, że za rogiem kilku gości chce zabić dziewczynę, oni pewnie już dawno to zrobią”.

Mały wyjrzał znów; odezwał się chłopak z nożem:

– Uwierzycie?! Suka nic mi nawet nie powiedziała! – krzyknął do swoich znajomych odwracając na chwilę wzrok od Moniki. – I pewnie dalej nic nie powie! – dodał znów utkwiwszy wzrok w dziewczynie.

Chwilę trwała cisza, w trakcie której napięcie rosło do niewyobrażalnego poziomu. Adam pragnął, by stało się cokolwiek: spadła gałąź, liść; by zawiał wiatr i poruszył workiem foliowym leżącym niedaleko, byleby tylko coś się stało, coś ruszyło.

– Dość pieprzenia. Koniec z tobą, szmato! – burknął gruby głos.

„Dobra, trudno, mam przesrane” – westchnął Adam i wyskoczył zza drzewa.

– Zostaw ją! – wykrzyknął niepewnie.

Czterech chłopaków w dresach odwróciło się w jego stronę i patrzyło na niego z osłupieniem.

– A co tobie?! – zapytał najwyższy, stojący nieco za pozostałymi trzema, chowając tym samym nóż za plecy.

– Chcę tylko powiedzieć, żebyś nie robił jej krzywdy – wyrzucił z siebie Adam usiłując opanować drżenie dłoni.

Trzej dresiarze postąpili kilka kroków w jego kierunku, a Rafał wyszedł zza ich pleców. Monika, wyczuwając okazję do ratunku, zaczęła bezszelestnie przesuwać się w kierunku ulicy.

– A ty co tu?! Też chcesz po ryju?!

– Nie chcę kłopotów… Proszę tylko, żebyś nie robił nic… tej dziewczynie.

Monika nadal skradała się ku ulicy.

– Co się wpierdalasz, co?! – odezwał się jeden z trzech chłopaków dotychczas się nie udzielający, najniższy ze wszystkich. – Jemu też trzeba mordę obić – wyskrzeczał do pozostałych.

Adam postąpił tymczasem krok do przodu wiedząc, że prowokując daje Monice więcej czasu, a sam w razie potrzeby powinien zdążyć uciec. Zdecydował też, że powinien przyjąć pewien sposób myślenia.

– Po prostu ją zostawcie, okej? – rzekł, tym razem już spokojnie. – Nie znam jej, może i to szmata i dziwka, ale po co robić sobie przez nią kłopotów? Jak zrobiła coś głupiego – dobra, trudno, takie już są dupy. Nóż to trochę przesada.

Trzech dresów spojrzało po sobie. Rafał jednak wybuchnął śmiechem.

– A tobie co tak zależy? Nie masz co robić wieczorami, musisz bronić cudzych dziwek?

Mały czuł się niewyraźnie w obliczu takich wypowiedzi pod adresem Moniki, ale w tej chwili nie mógł sobie pozwolić na kulturalne wywody. Nurtowało go jednak, co taka dziewczyna jak ona miała wspólnego z takim marginesem, jak oni.

– Co, teraz głuchy?! – przypomniał o sobie gruby głos. – Nie masz co robić, pytam? – kontynuował wymachując rękoma.

Monika była już prawie przy krawędzi ulicy.

– Stary, może faktycznie… po co w końcu… – mruczał coś niewyraźnie jeden z chłopaków.

Innym razem Adam zapewne wybuchnąłby śmiechem na widok wyrazu twarzy prymitywa, którego szczytowym osiągnięciem życiowym było, w najlepszym przypadku, noszenie majtek na dobrej stronie, teraz jednak zastanawiał się, jaka będzie reakcja człowieka, który jeszcze niedawno stał z nożem w ręku i zamierzał zamordować niewinną dziewczynę.

– Nie pierdol głupot! – wykrzyknął Rafał i obejrzał się obojętnie na znajomego, zaraz jednak wlepił w Małego, niższego od niego o głowę, groźne, choć nieco mętne spojrzenie. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy choć z każdą sekundą Adam czuł, że to nie był dobry pomysł.

– Ty skurwysynu! – eksplodował nagle wściekłością Rafał rzucając się na Adama i opluwając się przy tym. Tego jednak on nie widział.

Zerwał się do biegu, zanim jeszcze dresiarz dokończył wyraz. Rafał puścił się za nim, ale pościg nie trwał długo; po chwili zatrzymał się nie mogąc się równać z Adamem zarówno szybkością, jak i, tym bardziej, trzeźwością. Rzucił więc kilka wyzwisk i okładając ze złością jednego ze swoich kolegów wszedł do dyskoteki. Tymczasem Adam dopadł rogu budynku stojącego po drugiej stronie ulicy i, ciągle biegnąc, obejrzał się. „No, nawet żyję!” – pomyślał i przebiegł jeszcze kawałek w kierunku centrum miasta.

Nagle roześmiał się, był to jednak śmiech nerwowy i desperacki. Chwilę nie mógł się opanować, wreszcie jednak uspokoił się i usiadł na niewielkim hydrancie. „O jasna cholera, ale się bałem” – wyszeptał. Jego ciało, wcześniej bardzo napięte, nagle rozluźniło się; ręce opadły mu i zwieszały się po bokach sięgając chodnika, a on sam pochylił się do przodu. Spokój i cisza, które panowały w tej chwili, wręcz drażniły go; wydawały mu się czymś nieprawdopodobnym przy strachu, który przeżył nie dawniej, jak trzy minuty wcześniej.

Z niewielkiego baru mieszczącego się kilka budynków dalej wyszło dwóch policjantów i wsiadło do radiowozu.

„Boże, jakie ten świat ma sens?” – pomyślał Adam. „Przecież to takie głupie – tu dwóch gliniarzy zamawia sobie po pieprzonym hamburgerze, a dwie ulice dalej czterech psycholi zabiłoby dziewczynę. Albo mnie” – dodał i przeszedł go dreszcz. Czuł dotkliwe zimno. „To chyba z tych nerwów” – mruknął cicho czując, że opanowują go drgawki.

Wstał by się trochę rozruszać. Zrobił kilka kroków, pomachał rękoma gdy nagle zdał sobie sprawę z tego, że całkowicie zapomniał o Monice. Zanim jednak na poważne zaczął się nad tym zastanawiać usłyszał zza siebie pytanie:

– Nic ci nie jest?

Poznał ten głos od razu, a jego brzmienie sprawiło, że całkiem się uspokoił, a dreszcze ustały.

– Nie, nic, a tobie? – odpowiedział spoglądając w cudowne oczy Moniki.

– Wszystko w porządku – odpowiedziała dziewczyna.

Na twarz Adama wstąpił wyraz ulgi, zaraz jednak zniknął ustępując miejsca uwadze.

– Czego oni od ciebie chcieli?

– Niczego, nic. Proszę, nie mówmy o tym – odparła Monika lekko i ruszyła powoli.

Chłopak zmrużył podejrzliwie oczy.

– Nic? – zapytał. – Wiem, że teraz można dostać za to, że idziesz nie po tej stronie chodnika, ale… To ma związek z twoją przeszłością?

W umyśle Adama zrodziło się bowiem nagłe podejrzenie, że być może Monika nie od zawsze była takim ideałem, jak teraz, a sytuacja, której był uczestnikiem, to ciągnący się za nią cień przeszłości.

Dziewczyna w odpowiedzi zatrzymała się i poważnie spojrzała Adamowi w oczy co sprawiło, że język zamarł mu w ustach.

– Naprawdę nic – zaprzeczyła stanowczo, aczkolwiek dodając po chwili łagodnie – nie przypominaj mi już proszę o tym wydarzeniu, chcę o tym zapomnieć jak najszybciej, dobrze?

– Jasne, nie ma problemu – odparł Adam topiąc się pod spojrzeniem Moniki i uznając jej słowa za święte. Został w jego duszy wprawdzie cień nieufności, pewne nie wiadomo na czym oparte uczucie, że coś jest nie tak, zarazem jednak nie potrafił wątpić w szczerość tej dziewczyny, za którą oddałby życie.

– Gdzie idziesz? – zapytał. – Do domu?

Monika zawahała się przez chwilę, zaraz jednak odparła:

– Odprowadź mnie na Górewicza.

– Z chęcią, mam bardzo po drodze. W zasadzie to mieszkam na tej ulicy – poprawił się chłopak. Zaczął zaraz przy tym w duchu wyliczać sobie nazwiska wszystkich ludzi, jakich wiązał ze swoją ulicą starając się jednocześnie skojarzyć któreś z nich z Moniką. Na próżno jednak.

Po krótkim spacerze dotarli na miejsce. Niedaleko nich, na ławce, siedziało kilku drobnych pijaczków podśpiewując sobie z cicha, każdy zresztą co innego.

– A dokładniej to gdzie mieszkasz? – odezwał się Adam.

– Idę na drugą stronę ulicy – odparła Monika wymijająco.

Ulica Góreckiego była bowiem przedzielona szerokim pasem zieleni z ławkami po każdej stronie stojącymi pod dwoma rzędami nieco nierówno posadzonych drzewek.

Adam zaczął już lubić tajemniczość tej dziewczyny. W dużej mierze, to właśnie ona sprawiała, że Monika tak bardzo go pociągała, ale, z drugiej strony, jakże ciekawiej byłoby, gdyby wiedział o niej choć trochę, troszeczkę więcej… Nagle przypomniał sobie wydarzenia poprzedniego dnia.

– Monika…

– Tak?

– Ja… chciałbym cię przeprosić za wczoraj… znaczy za wczorajszy wieczór.

Monika tylko spojrzała na niego z niedowierzaniem, po czym wyciągnęła ręce by go ucałować, zaraz jednak cofnęła je i splotła palce za plecami.

– Nie masz za co mnie przepraszać, a tym bardziej po tym, co dziś zrobiłeś – rzekła. – To tylko i wyłącznie moja wina.

– Nieprawda, za bardzo na ciebie naciskałem – powiedział z przekonaniem Adam. – Z tobą jednak tak nie można, jesteś… jesteś po prostu inna, wyjątkowa… i tak też trzeba z tobą postępować – wyjątkowo.

Dziewczyna tylko westchnęła, a w jej oczach pojawił się znany Adamowi smutek.

– Monia, coś…

– Nie jestem żadnym wyjątkiem – nie pozwoliła chłopakowi dokończyć. – Po prostu… ja muszę taka być.

– Nie rozumiem…

– Zrozumiesz, kiedyś ci opowiem, obiecuję. Tak bym chciała, żeby było inaczej, ale… Boże – mówiła właściwie do siebie – dlaczego nie poznałam cię wcześniej?

Adam stał nie wiedząc, co ma uczynić. Chciał coś powiedzieć, ale bał się nawet odezwać; Monika po raz pierwszy wydała mu się inna – była piękna, oszałamiająco piękna, ale też w pewien sposób… napawająca niepokojem. Ona tymczasem chyba spostrzegła to zakłopotanie.

– Idź już do domu – powiedziała. – Musisz odpocząć.

– Wszystko w porządku? – odezwał się z trudem Adam.

– Nie, ale i tak mi nie pomożesz… nie w tej chwili.

– Dobrze, skoro tak… pa.

– Do jutra.

– Spotkamy się? – zapytał z nadzieją w głosie tak wyraźną, że jemu samemu zrobiło się głupio.

– Na pewno.

– To na razie…

– Cześć…

Adam odwrócił się i ruszył środkiem ulicy do domu. Nie oglądał się nawet za Moniką – nie czuł już tej wdzierającej się w umysł ciekawości. Pragnął jednak poznać ją lepiej, znów zastanawiał się, jak wyglądają jej matka czy ojciec; interesowało go, czy ma siostrę (cóż to by było, gdyby okazała się równie piękna!), co lubi jadać, gdzie częściej bywa… Rozmyślał, jakie ma zainteresowania – może to tylko typowa dziewczyna? Może lubi pooglądać MTV, raz w tygodniu albo ze dwa pojeździć konno, przejrzeć katalog z kosmetykami, podzwonić do kilku koleżanek i, w końcu, przegadać wieczór przy piwie w jakimś miłym barze?

Nie!

„Ona nie mogła być równie trywialna!” – powiedział Adam, gdy już znalazł się we własnym pokoju. „Kto wie, czy nie skleja modeli samolotów? I taką już w życiu spotkałem, a i ona nie była najdziwniejsza spośród całej reszty. No bo co z Andżeliką, tą drobną dziewczyną z taką wprawą majstrującą przy motorze Żaby? Co z Asią – zapamiętałą pisarką opowiadań, i dłuższych, i krótszych? Kto wie, czym Monia się zajmuje” – pomyślał. „W ogóle, co to za dziewczyna!”.

Rzeczywiście, gdy tak Mały zaczął rozmyślać nad Moniką nie mógł jej porównać z jakąkolwiek dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkał. Żadna nie była do tej pory tak tajemnicza, słodka, tak diabelnie interesująca. Wydawała mu się przy tym duchem, jakby istotą nie z tego świata gdy tak pojawiała się na ulicy i zmierzała do nikąd. „Zachwycająca” – podsumował rozmyślania i zasnął w ubraniu nie tykając kolacji czekającej na jego powrót na stoliku.


Adam obudził się rześki i wypoczęty. Ponieważ w domu już nikogo nie było rychło rozbrzmiały w nim rytmy Boba Marleya i w ogóle reggae (według Małego była to idealna muzyka na lato oraz, nie przebierając, także na inne pory roku). Znając jego upodobania do podkręcania wartości podpisanej jako „volume” do maksimum sąsiedzi musieli już chyba znać na pamięć słowa każdej piosenki.

Adam szybko ubrał się, zjadł lekkie śniadanie i, opłukawszy twarz z resztek snu zimną wodą, wybiegł z domu. Przypomniał sobie bowiem rozmowę ze znajomym właścicielem jednego z kiosków, który mówił, że zostały już tylko cztery egzemplarze ulubionej gazety. Teraz więc szybkim krokiem połykał główną ulicę miasta zastanawiając się, dlaczego nie poprosił znajomego o zachowanie jednego numeru dla niego. Nagle usłyszał mocny i wyraźny głos:

– Hej, Adi, już ludzi nie poznajesz?!

Adam obejrzał się. Z drugiej strony ulicy szedł ku niemu Żaba.

– Cześć – odezwał się Adam ściskając rękę przyjaciela.

– No witam, witam – odparł Kamil. – Co tak wcześnie na nogach?

– Mogę spytać o to samo – rzekł z przewrotnym uśmiechem Adam. – Ja, póki co, wyskoczyłem po gazetę.

– Ja też, a matka męczyła mnie jeszcze, żebym kupił jej jakieś ziemniaki czy inne jajka – mruknął Żaba znudzony. – Aaa – ożywił się nagle – ta twoja Monika o ciebie pytała!

Adam zrobił wielkie oczy.

– Monika? Ciebie?

– A mnie. Była u mnie z kilka razy…

„No jasne” – zaśmiał się w duchu Adam szczerze rozbawiony. „Robi mi sceny płaczu, gdy ją spytam o jej adres, a sama wyciąga mój od Żaby. Bo niby skąd by wczoraj wzięła pomysł, żeby ją odprowadzić na Górewicza?”.

Żaba tymczasem kontynuował.

– Wiesz, może faktycznie się myliłem, ona rzeczywiście ma coś w sobie – powiedział robiąc minę złodzieja, który grzebiąc komuś w kieszeni pyta o pogodę. – Ja też miałem z nią wieczór do dyspozycji i trochę czasu i… no, można się do niej przekonać.

Adam zachmurzył się teraz wbijając ręce w kieszenie, Kamil miał bowiem opinię niezrównanego podrywacza. Mały poczuł się wręcz zagrożony choć, co prawda, i do niego dziewczyny lgnęły.

– Nie, no, nie przejmuj się, jest twoja – pokiwał głową Żaba odgadując myśli przyjaciela. Jest fajna, ale to jedna z wielu – rzekł spoglądając na Adama dumnym wzrokiem. – Ale fakt, Kusza może zawrócić w głowie.

– Kusza? – zapytał Adam zdziwiony.

– No, Kusza – odparł Kamil nie całkiem wiedząc, o co chodzi – „Kuszyńska”, tak ma na nazwisko.

– To ty nie mówisz o Monice?! – wykrzyknął Adam nie do końca sensownie, a z pewnością nie dla kogokolwiek poza nim samym.

Żaba zmarszczył czoło w jemu właściwy sposób i zaczął się zastanawiać, na jakąż to wczoraj gigantyczną imprezę Adam go nie wkręcił. Zaraz jednak począł w duchu dziękować przyjacielowi za tą nieświadomą przysługę, bo nieźle doprawdy musiało się dziać, skoro Adam miał rankiem takiego „muła”.

W tym sęk jednak, że Adam nie miał muła.

– Myślałem, że mówimy o kimś innym! – rzekł próbując wyjaśniać, na próżno zresztą. Myśl o wielkiej balandze nie opuszczała już jednak Żabowego umysłu.

– Ja w każdym razie mówiłem o Kuszyńskiej. Też Monice, jak by ktoś pytał – rzekł Żaba z przekąsem.

– Jezu, przecież wiem – odezwał się Adam łapiąc się za głowę. – Dobra, mniejsza z tym. Kiedyś ci wyjaśnię dokładniej, zresztą może dziś do ciebie wejdę. A na razie śmigam po gazetę. Na razie.

– Na razie – odparł Żaba, pod nosem dodając jeszcze: „słaby ma łeb, oj słaby!”.


Adam tymczasem zmierzał ku kioskowi krokiem jeszcze szybszym niż wcześniej. „Kusza, dobre! Nie miałbym do kogo nawijać!” – skwitował rozmowę przechodząc przez ulicę przecinającą deptak. Zaraz jednak stanął jak wryty. „Co jest?!” – zaszumiało mu w głowie, „przecież mówimy o Kuszyńskiej, tak? W takim razie kto był u mnie wtedy?!” – zapytał sam siebie Adam. „Niezłe jaja”.

„Nie, musieliśmy się teraz podwójnie pomylić” – stwierdził po namyśle. „Najpierw gra imion: pomyliły się dziewczyny nam obu, a później jeszcze Żaba pomotał i podpiął Kuszyńską pod tą osobę, co nie trzeba”.

Z wolna ruszył dalej. Rozmyślał powoli nad rozmową z Kamilem i starał się przeanalizować każde jej słowo, nikle też pojawiało się w jego głowie wspomnienie sierpniowej soboty. Coś mu nie pasowało, coś zaczęło go dręczyć. „Muszę z nią pogadać” – zadecydował przechodząc przez kolejną ulicę. Po drodze kiwnął znajomemu i, po przejściu jeszcze kilkudziesięciu metrów, znalazł się wreszcie przed swoim kioskiem. Sprzedawca podał mu już gazetę bez słów a Adam zapłacił pasowne. Po przejrzeniu jednak „spisu streści” i rzuceniu okiem na niektóre artykuły westchnął rozczarowany. „Schodzą na psy” – burknął porównując zawartość z ceną widoczną na okładce. Zwinął gazetę w rulon i skręcił w boczną ulicę. Idąc i zastanawiając się nad następnymi numerami pisma, które kupował już od kilku lat, nagle poczuł niezrozumiały niepokój. Serce mu waliło, a mięśnie pod skórą delikatnie drżały. Nie rozumiał, co się dzieje, ale szybko wypatrzył coś, co go przeraziło, choć nie wiedział dlaczego: kilkadziesiąt metrów od niego ulicą szła Monika. Szła zaczytana w swojej nieodłącznej książeczce.

Nie widząc jeszcze dokładnie, ale już czując, co się stanie, Adam zaczął biec.

Najpierw zrobił jeden niemrawy krok, później drugi. Wreszcie, jakby poczuwszy jakiś impuls, puścił kupioną gazetę i rzucił się gwałtownie ku Monice. Wydawało mu się, że czas jakby z każdym jego susem zwalniał bieg – ludzie odwracali się za nim powoli, dwójka dzieci podskakiwała niczym astronauci na księżycu…

Wybiegł zza rogu ulicy…

Niemal instynktownie spojrzał kątem oka w lewą stronę – zobaczył nadjeżdżający samochód. „Skąd o tym wiedziałem?!” – przemknęła myśl tak szybko, jak piorun przecina niebo.

I nie myślał już o niczym więcej.

Świat toczył się dalej.

Samochód nadal jechał.

On wciąż biegł.

„Monika!” – wyrwało się z jego płuc, a miał przy tym wrażenie, że krzyk ten ma taką moc, że zatrzyma samochód.

Nie zatrzymał.

Monika podniosła wzrok znad książki i spostrzegła samochód. Nagłe przerażenie odmalowało się na jej twarzy, a powietrze wypełnił jej krzyk, pełen bólu i skargi na świat: Adam, nie!!!

Już wtargnął na jezdnię.

Zaraz, już za ułamek sekundy…

Pisk opon przeciął powietrze nieznośną nutą.

Adam rzucił się; widział, jak jego ręce zbliżają się do sukienki Moniki… jeszcze tylko odrobinę, jeszcze centymetr…

Słyszał ponad wszystkim warkot silnika tylko tego jednego samochodu, który wydawał mu się rykiem bezlitosnej bestii.

„Co jest, kur?!…” – błysnęło w jego głowie, kiedy nagle poczuł przerażającą siłę uderzenia. Tak gładkie i wdzięczne kształty auta stały się nagle twardym pancerzem i morderczym taranem.

Z jego ust wytoczył się zduszony jęk.

Ciało bezwładnie przetoczyło się po masce samochodu.

Przez rozbitą szybę w jego twarz wpatrywał się sparaliżowany strachem kierowca.

Głuchy odgłos giętej blachy…

Drugie uderzenie. O asfalt.


Otworzył oczy. Ona mu kazała.

Ona stała nad nim.

Ta sama, a jakże odmieniona. Jej oblicze tchnęło smutkiem, ale i spokojem i łagodnością. Wokół niej drgała delikatna poświata, światło niepodobne do żadnego innego – tak jasne, niemal oślepiające, a zarazem miękkie i ciepłe, jakby mleczne.

– Niebo? – wykrztusił Adam.

Nie czuł bowiem bólu, a dookoła panowała cisza. Krew z rozbitej głowy zlepiła mu włosy na czole.

Rozejrzał się. Spostrzegł, że leży przed jakimś samochodem, pochylonym jeszcze lekko od hamowania. W powietrzu unosił się błękitny dymek po spalonych oponach. Na chodnikach pełno było ludzi, wszyscy jednak zastygli i wpatrywali się w niego nieruchomymi oczyma. Kilka centymetrów od chodnika tkwił zawieszony w przestrzeni gołąb, a z jego skrzydła wystawało jedno z piór, które zaraz miał zgubić.

Czas zatrzymał się, zamarł w oczekiwaniu.

– Czy ja umarłem? – zapytał ją nie mogąc się podnieść.

– Nie, będziesz żył – usłyszał odpowiedź.

Nagle Adam przypomniał sobie ułamki sekund przed uderzeniem, które pozbawiło go przytomności. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Monika przytknęła palec do swoich ust i przyklękła obok niego.

– Powiedz to – wyszeptała pochylając się nad nim.

Adam zmarszczył brwi.

– Wiesz, co mam na myśli.

Chłopak wahał się.

– Powiedz, zanim dowiesz się prawdy.

– Jak… – jęknął – to znaczy…

– Nie mogę cię okłamywać i nie zrobiłam tego ani razu – powiedziała Monika cicho – ale jeśli tylko powiesz te dwa słowa, dokona się mój los, a ty poznasz prawdę.

Adam zamknął oczy. Nic nie rozumiał. Czuł, jak pustkę, którą miał w głowie, powoli wypełniała ona. Najpierw tylko na granicy odczuwania, z czasem jednak coraz bardziej ogarniała jego umysł. Nagle poczuł ten sam przebłysk, to samo uczucie, które nawiedziło go, gdy wracał z nią z kina. To, co w sobie wtedy odkrył. To uczucie wypełniało go, rosło w siłę, nie pozwalało mu myśleć o czymkolwiek innym. Miał wrażenie, że przetacza się przez niego gigantyczna fala, której żadna część jego świadomości nie mogła się oprzeć. Usłyszał ponownie:

– Powiedz to.

I już się nie wahał.

– Monika – rzekł słabym głosem – Ja… kocham Cię.

Kiedy mówił te słowa z każdą chwilą narastała jasność wokół niej i w niej samej. Gdy zaś skończył światło z jej drobnego ciała eksplodowało z mocą, a on zamknął oczy. Usłyszał wtedy głos:

– Spójrz!

I spojrzał.

Spojrzał na jej twarz, choć jej blask go oślepiał. Wyrażała czystą radość, czyste szczęście… Było to oblicze, którego nie zapomniał już nigdy. Nie mógł pojąć, w czym bierze udział. Nagle spostrzegł, że Monika nie stoi, lecz delikatnie unosi się nad ziemią.

Zrozumiał.

Nabrał powietrza, by się roześmiać, ale nagle zaniósł się płaczem.

– Więc tak…?

– Niestety – powiedziała ona – Przykro mi.

– Jak to możliwe? Nie mogę uwierzyć! – kręcił głową Adam. – Jak sprawiłaś, że się nie zorientowałem?

– Ty to sprawiłeś, Adamie. Swoją wiarą. Swoim pragnieniem.

Zamyślił się. W jego głowie rozbrzmiały dziesiątki głosów naraz, przesuwały mu się przeróżne obrazy. Nagle to wszystko nabierało nowego znaczenia.

Nie wiedział dlaczego, ale najpierw przypomniał sobie pierwsze rozmowy.

– Nie zauważyłem cię tu wcześniej.

– Kiedyś częściej tu przychodziłam, teraz tylko raz na jakiś czas zajrzę…

– Pewnie masz chłopaków na palety, co?

– Może kiedyś, ale to już dawno…

Później jego umysł przebił niczym włócznia szyderczy wyraz twarzy barmana i jego słowa.

– Nie mogę uwierzyć – sapnął Adam – To niemożliwe!

– A jednak – odpowiedziała – „Tych urodzin nie zaliczyłbyś do udanych…”, pamiętasz?

– N-no tak, ale…

I Adam znów zapadł się we wspomnienia. Przypomniał sobie, jak Monika reagowała na otoczenie, jej zachowanie. W głowie dudniły mu słowa starszego człowieka z okna żółtej kamienicy.

– Znaczy się – jej rodzice? – powtórzył Adam, ale zauważył, że Monika patrzy na niego pytająco.

Wpadł na nowy pomysł.

– A ci faceci, którzy chcieli cię zabić? – zapytał z desperacją w głosie. – Przecież oni cię widzieli!

– Nie, nie widzieli mnie i nie mnie chcieli zabić.

– Jak to nie?!

– Nie mnie – wyjaśniała spokojnie. – Oni rozmawiali o kimś całkowicie innym.

– I tak dobrze to wyszło?!

Odpowiedziało mu milczenie, będące jeszcze wyrazistszą odpowiedzią niż jakiekolwiek przekonywania.

Adam pokręcił głową nie mogąc tego wszystkiego ogarnąć. Naraz pomyślał też, że tych czterech mogło rzeczywiście zamordować jakąś biedną dziewczynę, a on mógł przecież zawiadomić policję… z drugiej jednak strony – co powiedziałby gliniarzom? Że słyszał jakąś rozmowę?

– Nadal niedowierzasz? – ciągnęła Monika – A drzwi od pokoju? Na urodzinach?

W głowie Adama stanęła sytuacja, jak dziś:

– Adam, śpisz?

Pukanie w szybę.

– Nie, już nie. Już wstaję.

– Chcesz to jeszcze leż, ale otwórz drzwi, bo chcę posprzątać trochę ławę…

– To jeszcze nie dowód! Nie pamiętam twojego wyjścia, równie dobrze mogłem wtedy zamknąć drzwi i też nie pamiętam! – odparł Adam próbując się podnieść.

– Wciąż się zapierasz? Dlaczego nie chcesz uwierzyć?

– Jak to „dlaczego”?! Jak mogłem… pokochać…

Monika uniosła się jakby odrobinę wyżej nad ziemię.

– Nie, w życiu w to nie uwierzę! – odezwał się Adam.

– Nie zmuszę cię – wzruszyła ramionami.

Mały spojrzał na nią z najwyższym zdumieniem.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Nie mogłam – odparła, a na jej twarz na chwilę wrócił smutek. – Gdybym ci powiedziała nie byłoby najmniejszej szansy na to, że coś do mnie poczujesz.

– Skąd wiesz?

– Proszę, nie rozśmieszaj mnie – rzekła tonem lekkiej irytacji. – Próbowałam mówić wielu przed tobą. Próbowałam… i co? Nic z tego nie wychodziło! Owszem, darzyli mnie współczuciem, starali się odkrywać fakty z mojego życia, na swój sposób pomóc mi… Powiedz sam, szczerze, czy gdybyś wiedział to zakochałbyś się we mnie?

– Nie wiem… – rzekł Adam zrezygnowany. – Chyba nie…

– Widzisz! A ja nie mogłam… stracić ciebie.

– Dlaczego? Co przez to rozumiesz?

– Masz wiarę – odpowiedziała – wierzysz w rzeczy, które inni odrzucają w przedbiegach.

– Wierzę? Przecież przekonujesz mnie…

– To nic – machnęła świetlistą ręką – naturalne, że nie możesz tego pojąć od razu, ale ważne, że w ogóle dopuściłeś tę myśl do siebie.

– Czy ja wiem – westchnął chłopak. – Na dobre skojarzyłem cokolwiek wtedy, przed uderzeniem, gdy moje ręce… Gdy się ocknąłem to już tego nie byłem pewien.

Adam poczuł, że zaczyna słabnąć.

– Dlaczego… dlaczego ktoś musiał cię pokochać?

Monika westchnęła, a jej twarz wyrażała głęboki ból.

– Jak w ogóle umarłaś?

– Popełniłam samobójstwo. Skoczyłam z mostu z tym pamiętnikiem – powiedziała, a na jej dłoni nagle pojawiła się niewielka książeczka – Dlatego zawsze, kiedy się objawiam, to z nim. Podobno tylko go znaleziono…

– Dlaczego to zrobiłaś?

– Dziś sama żałuję – odparła powoli. – Nie pamiętam już prawie swojego życia. Widzisz… po śmierci, jeśli twoja dusza nie zazna spokoju, zaczynasz ją tracić na rzecz ciemności. Bardzo szybko. Dlatego tak ważny jest czas, który jest ci dany, by odnaleźć spokój. I ty mi w tym pomogłeś.

– Jak? – powiedział Adam cicho.

– Ciążyło na mnie przeznaczenie – odparła zamykając oczy, po czym ciągnęła. – Byłam za życia bardzo… po prostu bawiłam się chłopakami, żadnego nie traktowałam poważnie. Ale jeden naprawdę mi się spodobał. To był typ, za którego dziś nic bym nie dała, ale wtedy oczarował mnie… Nie wiedziałam, że w tym samym czasie ktoś się we mnie kochał. Jakiś chłopak, dziś już z trudem pamiętam jego imię… Kochał mnie. Ale ja byłam ślepa, a kiedy tamten, na którym mi zależało, zostawił mnie i zrobił ze mnie… W każdym razie wtedy poszłam na most i przeklinałam cały świat. Mówiłam, że nikt mnie nigdy nie kochał…

– A to było kłamstwo.

Monika przytaknęła ruchem głowy.

– Kiedy umarłam usłyszałam jedynie głos, który z mocą oznajmił, że dusza moja będzie pozostawiona między żywymi aż po dzień, kiedy będzie mi dane usłyszeć „kocham cię”, albo też wcześniej ciemność mnie pochłonie.

– Więc to już koniec?

– Tak, to już koniec – oznajmiła Monika uroczyście.

Adamowi zakręciło się w głowie.

– Monia, ja… mówiłaś, że nie umrę…

– I nie umrzesz. Zaraz cię zmorzy, ale się ockniesz, a dookoła będzie wielki chaos – odparła z uśmiechem.

Mały poczuł ulgę, ale nagle poczuł się oszukany.

– Ja naprawdę cię kocham.

Spojrzała na niego, a z jej oczu lał się blask.

– W takim razie jeszcze się kiedyś spotkamy. I nie będzie już między nami tajemnic. Żadnych.

Adam uśmiechnął się z trudem.

– A co jest tam?

– Sama nie wiem, jeszcze tam nie byłam – opowiedziała unosząc się powoli. – A teraz żegnaj. Muszę już odejść.

– Proszę, zaczekaj…

– Nie mogę – pokręciła głową. – Będę na ciebie czekać. Żegnaj.

– Żegnaj… – odpowiedział już szeptem.

Poczuł, jak ziemia się pod nim zapada. Na jego oczy, choć otwarte, spadał jakby pył, by po chwili zasłonić mu świat. Przestał odczuwać cokolwiek.


– Nie!!! – dotarł do niego męski głos. – Jakie żegnaj, młodzieńcze? Walcz, walcz!!!

Adam otworzył oczy i zobaczył, że dookoła pełno jest ludzi, a przy nim stoi jakiś starszy człowiek z siwą czupryną i w okrągłych okularach. Poruszył się i poczuł przeszywający ból ramienia, pleców i w ogóle wszystkiego.

– Przepraszam – odezwał się po chwili. – To nie było do pana.

– Ciągle majaczysz – oceniły usta pod siwymi wąsami. – Ale wyjdziesz z tego. Będzie dobrze. Będzie dobrze, chłopcze.

Mały go nie słuchał. Szukał wzrokiem Moniki.

Szukał…

Uwierzył.

Kategorie
Opowiadania

Monika, część 1

– Boże, ale gorąc – mruknął Adam ocierając spocone czoło.

Był środek lata. Słońce przypiekało, jak mało kiedy, powietrze było nieruchome, a tu i ówdzie leniwie latały natrętne muszki. Na jednej z głównych ulic stały jeden za drugim ogródki piwne zwane po ludzku „parasolkami”.

– Muszą mieć niezłe obroty dzisiaj – rzekł chłopak i pogrzebał w kieszeni spodni. Z ulgą wymacał w niej zimny metal. – Chyba sam dam im trochę zarobić – uśmiechnął się do siebie.

Dookoła miasto tonęło w promieniach słońca. Wszystko było przeraźliwie jasne, tak więc szerokie, zielone parasolki zachęcały do siebie choćby namiastką cienia. Adam przekroczył niski płotek i stanął w niewielkiej kolejce. Wyciągnął drobne z kieszeni i podniósł wzrok.

– Kamila – uśmiechnął się chłopak. – Co ty tu robisz?

– Przyda się trochę na wakacje dorobić, nie? – odparła zapytana i wyciągnęła plastikowy kubek. – Duże czy małe?

– Duże, duże – powiedział z aprobatą Adam.

Chłopak usiadł na jednej z nielicznych wolnych ławek. Pociągnął długi łyk i zimnym kubkiem przejechał sobie po czole. „Wakacje”, mruknął do siebie, „co w nich takiego pięknego? Kasa się kończy… siedzę na ławce i czuję, jak koszulka lepi mi się do pleców”. Nagle słońce, które raziło go lekko w oczy, przysłoniła jakaś postać. Adam spojrzał na nią i uniósł brew z zainteresowaniem.

Przed nim stała niewysoka, ale zgrabna dziewczyna. Zarys jej ciała był dobrze widoczny, bo ubrana była w lekką i przewiewną sukienkę, która niewiele miała tajemnic przed słońcem. Śliczna, spokojna twarz… drobne usta… i oczy. Tych oczu nie dane mu już było zapomnieć do końca życia. Niesamowitej barwy, która przywodziła na myśl to ciepłe morza, to czysty błękit bezchmurnego nieba… Porażały go swoją głębią, jakimś niewypowiedzianym smutkiem, ale także przyciągały pięknem, którego nie dane było opisać człowiekowi, choćby i miał on najbieglejszy język.

– Mogę usiąść? – zapytała, a Adam otrząsnął się i wstał.

– Jasne. Siądź jeśli chcesz po tej stronie, mniej grzeje – zaproponował i usiadł na przeciwnej ławce.

– Dzięki – uśmiechnęła się dziewczyna – Monika – przedstawiła się.

– Adam. „Mały”, jeśli wolisz.

– Sympatyczne przezwisko.

– Powiedzmy – mruknął i wpatrzył się w dziewczynę.

Słońce igrało po jej złocistych włosach, upiętych w uroczego kucyka. Jakiś czas siedzieli w ciszy.

– Zwróciłam na ciebie uwagę już jakiś czas temu – powiedziała po chwili Monika – Często tu bywasz, prawda?

– Fakt, czasem wstąpię – odpowiedział Adam nieco zmieszany – Nie zauważyłem cię tu wcześniej.

Monika uśmiechnęła się niewyraźnie do swoich myśli.

– Kiedyś częściej tu przychodziłam, teraz tylko raz na jakiś czas zajrzę.

– No tak… – rzekł Adam, zaraz jednak poczuł, że wypadałoby przejąć sprawę w swoje ręce – A czym to zwróciłem twoją uwagę?

– Ciężko powiedzieć mi samej, przecież cię nie znam – powiedziała dziewczyna gładząc włosy – Wyglądasz mi po prostu na spoko gościa.

Adam roześmiał się.

– No, to faktycznie mnie nie znasz, skoro tak mówisz, ale dzięki, miło słyszeć – powiedział.

Śmiech jednak szybko go opuścił. Od Moniki biła niesamowita powaga, niemal przeraźliwa w jej wieku, a wyglądała mu na może z osiemnaście lat, więc na co najwyżej rok więcej od niego.

– Mów, co chcesz, dziewczyny wiedzą swoje – powiedziała po kilku sekundach pełnych napięcia – Potrafimy wyczuć, kto jest w porządku.

– Skoro tak mówisz – odparł Adam niepewnie.

Poczuł, jak robi mu się chłodno, a jego ręce zaczynają drżeć. Zdziwił się bardzo, bo nigdy specjalnie nie denerwowały go takie rozmowy. To przez jej spojrzenie. Drążyło go. Chciał coś powiedzieć, coś lekkiego, banalnego, ale cały czas myślał tylko o jej spojrzeniu. O jej oczach.

Dziewczyna jednak w końcu spuściła z niego wzrok, a on sam poczuł taką ulgę, jaką czuje pewnie pies wyprowadzony wreszcie na spacer.

– Sprawiasz… niesamowite wrażenie – powiedział wreszcie Adam.

– Niesamowite, mówisz – powtórzyła smakując słowo w myślach – Jak mam to zrozumieć? Niesamowite, znaczy jakie? To niekoniecznie musi być coś pozytywnego.

To pytanie zakłopotało go.

– Tak w zasadzie to nie wiem… twoje spojrzenie… Otacza cię jakaś aura – powiedział Adam po chwili zastanowienia – Pewnie masz chłopaków na palety, co? – wyskoczył nagle uśmiechając się i łykając piwa.

Kiedy denerwujące spojrzenie zelżało od razu poczuł się pewny siebie jak zwykle.

– Nie powiedziałabym – odparła odwzajemniając uśmiech – Może kiedyś, ale to już dawno.

Adam kiwnął jednemu z kolegów, który właśnie przeszedł niedaleko. Zauważył przy tym, że Kamila i jej dwóch kolegów zza „baru” przygląda mu się z zainteresowaniem. Nie zwrócił jednak na nich większej uwagi, lecz spojrzał na Monikę.

– Czym się interesujesz?

– O tym może kiedy indziej – odpowiedziała. – Mogę ci zadać jedno pytanie?

– Możesz, oczywiście, najwyżej nie odpowiem – rzekł beztrosko Adam kryjąc się za swoim specyficznym poczuciem humoru, w rzeczywistości jednak ciekawość zżerała go od środka. „Ciekawe, o co ona może zapytać?”.

– Więc… więc czego oczekujesz od dziewczyny?

Adam osłupiał.

– Słucham?!

– Dobrze słyszałeś, widzę po twojej minie – zmrużyła oczy w uśmiechu – Pytałam, czego oczekujesz od dziewczyny? Czego szukasz w tej, którą chciałbyś, by była twoją jedyną?


„Mały” siedział zaszokowany. Nigdy wcześniej nie słyszał z ust dziewczyny podobnego pytania! To znaczy może i słyszał, ale nigdy nie zadano mu go tak bezpośrednio, tak prosto, tak… bezczelnie? W każdym jednak razie – postanowił przyjąć wyzwanie.

– Więc tak – zaczął Adam by nie przedłużać ciszy, ciągle zastanawiając się, co powiedzieć – Przede wszystkim ja nie potrafię z dziewczyną chodzić. No, może niezupełnie… Potrafię, znaczy się, ale nie tak, jak one tego oczekują. Wiesz – powiedział Mały znajdując w sobie resztki pewności – ja nie lubię chodzić z dziewczyną tak, bo wypada mieć się z kim pokazać. Ja nie potrafię być w tak płytkim związku, więc przede wszystkim oczekuję przyjaźni, takiej pełnej znajomości, zaufania i w ogóle – pomagał sobie gestykulując – To jest dla mnie najważniejsze: być przyjacielem, dopiero później chłopakiem.

Skończył. Powtórzył sobie w myślach wszystko to, co przed chwilą powiedział i doszedł do wniosku, że wybrnął z sytuacji całkiem nieźle. Zdziwił się sam przed sobą wprawdzie, że był taki otwarty i szczery, ale w tamtej chwili bardzo był z siebie dumny, że pokazał, na co go stać. Oczekiwał nie wiadomo czego, jakiejś pochwały ze strony Moniki za taką odpowiedź i nie zawiódł się. Wprawdzie nic nie usłyszał, ale za to wypatrzył na jej kamiennej, choć ślicznej twarzy, jakby rysę zwątpienia. To mu wystarczyło.

– Podobało się? – mruknął zaczepnie.

– Owszem, nie spodziewałam się takich zwierzeń – powiedziała dziewczyna.

Nagle do rozmowy dołączył się jeszcze trzeci głos.

– Sorry, że ci przerwę, stary – zachichotał – ale chyba mógłbyś już iść.

Adam spojrzał, czyje to były słowa. Z szyderczym uśmieszkiem wpatrywał się w niego jeden z barmanów.

– A czemu, jeśli można?

– Chyba dzisiejszy upał nie służy twojej głowie – odparł drugi, stojący obok – No dalej, dość już dzisiaj tego piwka. Jeśli nie wyjdziesz za chwilę to będziemy cię musieli wyprowadzić. Odstraszasz nam klientów.

– Ale o co wam chodzi, co? Siedzę sobie spokojnie i nic nie robię!

– No oczywiście, tylko sobie rozmawiasz – syknął pierwszy – Dopij to piwo i spadaj.

Adam spojrzał ze zdziwieniem na Monikę, ale ona tylko potrząsnęła głową i odparła:

– Faktycznie, ja też już zaraz idę, więc może pójdziesz? Po co robić sobie kłopotów.

Chłopak wstał i wyciągnął okulary przeciwsłoneczne z kieszeni lekkiej, rozpiętej koszuli.

– Nie wiem, o co im chodzi – mówił – Spotkamy się jeszcze?

– Z pewnością, możesz na to liczyć – rzekła kiwając mu na pożegnanie.

Poszedł. Od tamtego dnia nie widział jej przez następny tydzień, a choć w jego głowie pozostawało ciągle jej wspomnienie, to jednak jego świadomość już o niej zapomniała. Tymczasem ich kolejne spotkanie miało miejsce na rynku.

Spieszył się wtedy do znajomego, tak więc myślał, że ich rozmowa potrwa ledwo kilka minut. Mimo to spędził z Moniką na ławce ponad dwie godziny i ani się obejrzał, a odezwała się jego komórka natarczywie oznajmiając, że umówione spotkanie powinno wreszcie mieć miejsce. Opuszczał ją z oporem, choć sam nie wiedział, dlaczego. Nie znał jej, niewiele mówiła o sobie. Rozmawiali na tematy, których chęci poruszania nigdy się u siebie nie dopatrywał, a na które wypowiadał się z tym większą przyjemnością, im bardziej były one osobiste.

Trzeba otwarcie przyznać, że Adam się bał. Sam się sobie dziwił, że nagle, nie wiadomo dlaczego, odsłania swoje wnętrze przed osobą, której znał ledwo imię. Monika była bowiem bardzo tajemnicza. Zawsze chętnie słuchała, udzielała rad, zadawała trudne pytania, które wymagały przemyślanych odpowiedzi. Jemu jednak to odpowiadało. Była to specyficzna znajomość, której podświadomie pragnął. Dość miał już w życiu doświadczeń z mało rozgarniętymi laskami kochającymi się wielce w każdym członku lokalnej drużyny siatkówki po kolei, tudzież w równie mało inteligentnych, wyżelowanych dresiarzach, których jedynym atutem była kasa.

Nie. Ona była inna. Rozmowa z nią dawała mu jakąś niepojętą satysfakcję, dziwną przyjemność płynącą nie wiadomo z czego. Tęsknił do niej już w chwili, kiedy zamieniał z nią pierwsze słowo, a uczucie to rosło tym bardziej, że nie wiedział nigdy, kiedy znowu ją zobaczy. Z czasem jednak sytuacja nieco się poprawiła. Bardzo rzadko, ale jednak, zaczęli się umawiać. Najczęściej w parku lub w innych, spokojnych miejscach, gdzie mało kto mógł im przeszkodzić.


Zbliżała się sobota, to jest trzynasty sierpnia. Dla Adama był to dzień bardzo znaczący, wtedy bowiem planował z kilkoma kumplami urządzić wspólne, to jest swoje i znajomego urodziny, które wypadały w dość bliskim odstępie czasu. Nie miała to być jednak kolejna szalona impreza, a jedynie cicha noc poświęcona na popijaniu powoli piwa i oglądanie kilku nowszych filmów. Mały zastanawiał się, czy nie zaprosić na ten wieczór przypadkiem Moniki. Wydawała mu się idealna do tego towarzystwa, a kumple też zamierzali przyprowadzić swoje bliższe lub dalsze znajome. Z tą właśnie myślą szedł Adam przez park na umówione kilka dni wcześniej spotkanie. Z daleka już dostrzegł Monikę siedzącą na ich stałej ławce.

– Cześć! – wykrzyknął radośnie siadając obok niej.

– Hej – odparła dziewczyna – Widzę, że humor dzisiaj niezły.

– Rzeczywiście, nawet lepiej niż zwykle, a przecież i tak na co dzień nie jest źle – powiedział Adam i przeciągnął się na ławce.

Czuł się szczęśliwy: słońce grzało, ale nie przypiekało; wiał lekki wiatr; siedział obok dziewczyny, którą uwielbiał.

– Planujesz coś na sobotę? – zapytał Adam.

– W tym tygodniu? – odpowiedziała pytaniem – Nie, w tym nie.

– To świetnie! Nie miałabyś ochoty wpaść na moje urodziny?

Monika była wyraźnie zakłopotana.

– Słuchaj… nie odbierz tego źle, ale nie mam zbytnio ochoty… imprezy mnie nie bawią.

– Domyślałem się. Nie zapraszam cię jednak na imprezę – kontynuował Adam – Miałem na myśli raczej spokojny wieczór w gronie kilku znajomych i z paroma dobrymi filmami.

– Nie wiem… – wykręcała się Monika – nie znamy się jeszcze za dobrze… W ogóle to nic tak nie planowałam, ale być może będę zajęta.

Mały spojrzał na Monikę rozczarowany.

– Jeśli nie chcesz: nie ma sprawy, wystarczy powiedzieć.

– Nie o to chodzi, naprawdę bym chciała… – zająknęła się – Po prostu… wierz mi, gdybym przyszła, to tych urodzin nie zaliczyłbyś do udanych.

– Dlaczego? – chłopak nie dawał za wygraną – Będzie świetnie, zobaczysz. Jeśli chcesz, przyjdź z koleżanką.

– Tu naprawdę nie o to chodzi – rzekła Monika, smutek odmalował się na jej twarzy – Jeszcze jest za wcześnie.

– Za wcześnie? Ale na co?

– Nieważne… muszę już iść, wybacz.

Adam zaklął w duchu. „Delikatniej, stary, delikatniej, byłeś zbyt nachalny!”.

– Przepraszam, przesadziłem – rzekł ze skruchą – Naprawdę przepraszam, ale bardzo chciałem, byś przyszła.

– Wiem. To moja wina, ale teraz tego nie zrozumiesz.

– Dlaczego? Skąd wiesz? Spróbuj mi wyjaśnić…

– Nie! – wykrzyknęła Monika stanowczo, a w jej głosie pojawił się ton, którego jeszcze u niej nie słyszał – Już mówiłam: jeszcze nie pora. A teraz naprawdę: muszę już iść.

– Jeśli zmienisz zdanie, to poszukaj mnie na Długiej, pierwszy dom od strony miasta. Taki dość duży.

Adam wbił wzrok w ziemię. „Palant, głupi buc”, obrzucał się wyzwiskami. „Po co waliłeś tak prosto z mostu?!”.

Zaraz jednak opanował się. „Może chociaż odprowadzę ją do domu” – pojawiła się w jego głowie myśl. Wstał, otrzepał spodnie i ruszył szybkim krokiem w kierunku, w którym odeszła Monika. Przeszedł kilkadziesiąt kroków i nagle spostrzegł ze zdumieniem, że nie widzi jej na ścieżce. Wytężył wzrok, ale nie dostrzegł na dróżce żadnego ruchu. „Gdzie ona poszła?” – zastanawiał się. Przebiegł jeszcze jakiś kawałek gdy znów się zatrzymał. Rozejrzał się i dostrzegł, że na lewo prowadzi jeszcze jedna ścieżka. „Może tu skręciła” – pomyślał. Postanowił jednak, że lepiej już będzie, jeśli zawróci do miasta. „Co mi z tego, że dojdę do niej w połowie drogi?”.


– Mały! – ryknął z okna Kamil ponaglając nadchodzącego Adama. – Dawaj, dawaj, już się browar chłodzi!

Gdy Adam wszedł do domu pierwsze kroki skierował ku lodówce swojego gospodarza.

– No, to popieram – pokiwał głową z uznaniem na widok pięćdziesięciu piw, które wypełniły niemal cały dół lodówki.

Kamil, jak przystało na gospodarza, w dodatku dość zamożnego, zatroszczył się o godziwe zaopatrzenie na wieczór.

– Wiesz, myślę, że wystarczy – rzekł Kamil, którego znajomi nazywali „Żabą”. – Jak na osiem osób to chyba w sam raz.

– W zupełności – potwierdził Adam.

Niebawem zaczęli się schodzić znajomi. Jak to jednak bywa, nie wypadało przyjść z pustymi rękoma, dlatego też urodzinowy stół po wizycie jednego z kumpli wzbogacił się jeszcze o kilka co bardziej znaczących w procenty napojów.

– Hej, hej – śmiał się Adam – Ponoć miała to być spokojna impreza!

Mimo wszystko jednak było dość spokojnie. Alkohol lał się z umiarem, więc humor poprawiał się stopniowo, by osiągnąć swoje apogeum w okolicach północy, może trochę później. Koło drugiej wszyscy poczuli się jednak dość senni, a z racji tego, że mieszkanie Kamila mnogie było w pokoje, wobec tego dwie pary znalazły dla siebie przytulny kącik.

Dla Adama nie oznaczało to nic dobrego, bo w tej chwili został sam. Dwóch najlepszych kumpli siedziało właśnie ze swoimi dziewczynami, gospodarz uparcie przed monitorem „rozgryzał” nową piłkę nożną; siódmy znajomy, o nieco słabszym „potencjale”, przysnął z głową na stole, a jego dziewczyna, zniesmaczona, postanowiła iść do domu.

Mały stracił nagle cały humor. Zamknął drzwi od pokoju na zamek i rzucił się w otchłań swoich niewesołych myśli. Siedział ponury samotnie wpatrując się w ciemności pokoju. Zastanawiał się, czy Monika by przyszła, gdyby rozmowa potoczyła się inaczej, mniej bezpośrednio. Siedział tak w ciszy przerywanej tylko czasem dźwiękami rozgrywanych „meczów”. Naraz poczuł, że sam też robi się senny. Głowa zaczęła mu opadać na pierś, a myśli krążyły wokół poduszki. Przez głowę przemknęła mu jeszcze myśl: „szkoda, że nie przyszła. Byłoby wspaniale…”.


Adam otworzył oczy. Początkowo niewyraźnie, lecz z każdą chwilą co raz lepiej, widział przed sobą zarys sylwetki siedzącej na drugim końcu rogówki. Przetarł oczy i usiadł. Na tyle, na ile pozwalało to ocenić skąpe światło w pokoju, siedziała przed nim dziewczyna.

– Cześć, Adi – odezwała się postać.

Mały nie miał wątpliwości. To była Monika.

– Więc jednak przyszłaś? – wyszeptał Adam – Czemu tak późno?

– Wcześniej nie mogłam, a teraz też przypadkiem… Po prostu przechodziłam niedaleko i pomyślałam, że wpadnę – powiedziała dziewczyna.

– I dobrze zrobiłaś – pokiwał głową Adam i skrzywił się lekko. Poczuł, że piwo i inne, niestety mniej już szlachetne trunki, ciągle krążą w jego żyłach – A reszta co, jak…

– Wszyscy śpią – przerwała chłopakowi Monika. – Przyszłam już jakiś czas temu, ale nie mogłam cię obudzić, tak słodko spałeś.

Dziewczyna poprawiła się nieco na miejscu. Teraz widział ją wyraźniej – wątły blask księżyca sączący się przez okno padał na jej jak zwykle spokojną twarz. Gdy tak się w nią wpatrywał wydawała mu się niby anioł; otaczała ją delikatna, blada poświata, a jej włosy lśniły subtelnie.

– Znów zasnąłeś? – zapytała Monika.

– Nie, nie… – oprzytomniał Adam.

Spojrzał odważnie dziewczynie w oczy.

– Jesteś… piękna – powiedział po chwili.

To wszystko, na co w tej chwili było go stać.

Monika uśmiechnęła się lekko bez cienia zakłopotania i odwzajemniła spojrzenie.

Trwało to chwilę, po czym Adam spuścił głowę.

– Jesteś chyba jedyną osobą na świecie, której nie mogę spojrzeć dłużej w oczy – zaśmiał się Adam – Jak ty to robisz?

Monika wzruszyła tylko ramionami i spojrzała na niego niewinnie.


Mały przetarł oczy. Obudził go jakiś dźwięk… Starał się pozbierać myśli. Niewiele pamiętał z nocnych rozmów. Był niemal nieprzytomny, co nie dziwne zważywszy na to, że wcześniejsze noce też nie należały do przespanych choćby w połowie. Przypomniał sobie, że Monika opowiadała mu po raz pierwszy o swojej przeszłości. „Szkoda, że niewiele z tego zapamiętałem” – rzekł do siebie Adam. Głębiej zapadły mu w pamięć jedynie wzmianki o chłopaku Moniki, który ją opuścił, a którego kochała. „Nie powinienem był się do niej przysuwać” – stwierdził po chwili Mały przypomniawszy sobie nagle chwilę, gdy próbował zbliżyć się trochę do dziewczyny. „Niepotrzebnie ją do siebie zrażam!” – skarcił się w myślach.

– Adam, śpisz? – dotarło do Małego pytanie zza drzwi poprzedzone mało delikatnym puknięciem w szybę.

– Nie, już nie – odparł Adam i poklepał się po twarzy na rozbudzenie – Już wstaję.

– Chcesz to jeszcze leż, ale otwórz drzwi, bo chcę posprzątać trochę ławę – powiedział Kamil i złapał za klamkę.

Adam podniósł się. Chwilę walczył, by utrzymać pion, po czym podszedł do drzwi i przekręcił zamek. Kamil wszedł do pokoju z dużym, foliowym workiem i zabrał się za sprzątanie ze stołu.

– Dzięki, że wpuściłeś Monikę – rzekł Adam kładąc się spowrotem na kanapę.

– Nie ma sprawy – kiwnął ręką Kamil. – Ale chwilę później już bym jej nie otworzył, bo zaczynało mnie mulić. Długo u ciebie była?

– Ja wiem, nie – próbował ocenić Adam. – A przynajmniej nie tak długo, jak bym chciał.

– No, no, radzę ci się tym tak przy wszystkich nie chwalić – zaśmiał się Żaba, a jego śmiech, choć w niczym nie przypominający rechotu, jak mogłoby sugerować przezwisko, rozbrzmiał echem po mało zapełnionym meblami pokoju.

– A to czemu?

– Wiesz, różnie jest z ludźmi – skwitował Kamil wrzucając do worka puszkę. – Po co mają gadać. W końcu to… specyficzna laska.

– Niech sobie gadają, mam to gdzieś. – rzekł Adam beztrosko – Ona jest… niesamowita, wiesz?

Kamil spojrzał ze zdziwieniem na Małego.

– Ładnie tobą zakręciła, jak widzę – mruknął po chwili. – W ogóle zawsze z ciebie nie mogłem: tu jedna, tam druga, a po drodze jeszcze trzecia. Jak ty to robisz?

– Raczej jak one to robią – uśmiechnął się Adam. – Ja nigdy o to nie zabiegam. Po prostu przechodzą przez moją głowę jak burza i już – wywrócił oczami. – Ale mówię ci: Monika jest inna.

– Mówisz? – mruknął Kamil z powątpiewaniem. – Jak dla mnie taka sobie. Przeciętna z urody, charakter też taki sobie…

– Chyba nie wiesz, co mówisz! – obruszył się Adam. – To kroczący cud natury!

Żaba machnął tylko ręką.

– Dobra, dobra, jak tam sobie myślisz. Są gusta i guściki.

– Na serio, powinieneś ją lepiej poznać, a od razu zmienisz zdanie – upierał się przy swoim Mały. – A teraz, jeśli można, chętnie bym się jeszcze zdrzemnął.

– Dobra, śpij, ale jeszcze z górą dwie godziny, potem musicie się zmywać.

– Wystarczy – powiedział Adam ziewając i nakrył się kocem.


Reszta dnia minęła Adamowi dość szybko. Gdy przyszedł do domu było trochę po południu. Poczekał godzinę na obiad, który przez panujący upał i burzę w żołądku zjadł z poważnymi oporami, po czym położył się spać. Gdy się obudził koło osiemnastej mama powiedziała mu tylko, że „dzwonił jakiś kolega, ale się nie przedstawił”. Adam domyślił się, że to był Sławek, któremu ten winny był dwie płyty. „Jutro do niego pójdę” – obiecywał sobie Mały. „Póki co chyba wyskoczę do miasta. Może kogoś spotkam? A nuż Monikę?”.

Jak Adam postanowił, tak też zrobił, ale błądząc prawie dwie godziny po mieście nie spotkał nikogo znajomego. Zniechęcony, wrócił w końcu do domu pogrążony w swoich myślach. Często przewijał się w nich temat Moniki.


Później, w trakcie rozwijania się znajomości, zastanawiał się, co właściwie o niej wie. No właśnie, co wiedział? Z takich zasadniczych, podstawowych informacji prawie nic – tylko imię. Nie mógł pojąć, dlaczego ta dziewczyna była tak tajemnicza. Wprawdzie wychodził z założenia, że jeśli będzie chciała, to i tak mu powie coś o sobie, ale dziwił się, dlaczego Monika nie chce zdradzić nazwiska, nie mówi, gdzie mieszka, mało wspomina o tym, co robi na co dzień, a jedynie ogólnikowo rzuca wydarzeniami z przeszłości. „Pewnie życie jej nie rozpieszcza” – powiedział do siebie Adam i westchnął.

Może to właśnie, między innymi, tak bardzo go w niej interesowało? To, że nie wiedział o niej prawie nic. To, że każda z nią rozmowa była absolutnie inna od tych, jakie przychodziło mu toczyć z dziewczynami. Monika nie mówiła o kosmetykach, nie plotkowała o znajomych, nie porównywała swojego tyłka do tyłka Britney Spears… Rozmawiał z nią o życiu, jego sensie, problemach; rozważał z nią kwestie wiary, czy istnieje życie po śmierci, a może wieczna pustka… Pracował przy niej nad swoją osobowością i to najbardziej go cieszyło. Gdy z nią rozmawiał czuł się niesamowicie – starał się objąć rozumem wspaniałość tej dziewczyny, tej drobnej postaci, która tyle miała w sobie mądrości. Monika była tą jedną z nielicznych osób, która sprawiała, że Adam czuł się przy niej nagle kimś prostym, mało znaczącym i wręcz głupim. To jednak było w niej pociągające…


– Musi się udać, musi – mamrotał Adam drżącymi rękoma grzebiąc w plecaku.

Zdarzyło się bowiem, że idąc parkiem do znajomego wypatrzył na ławce Monikę. „Chyba się nie obrazi za głupie zdjęcie?” – zastanowił się Mały przez chwilkę, ale gdy wymacał pośród bałaganu aparat podekscytowanie wzięło górę. Sprawdziwszy stan baterii, Adam zaczął się skradać powolnym krokiem. Zszedł ze schodów i, starając się iść za drzewami, powoli podchodził swoją „ofiarę”. Ocenił uważnie sytuację – dziewczyna pochłonięta była w lekturze jakiejś książki. Jednym, długim susem Adam wyskoczył zza grubego pnia drzewa i, po okrzyku „uśmiech!”, błysnął flesz.

– Co ty robisz?! – krzyknęła Monika.

– Daj spokój, to tylko zdjęcie – odparł Adam chowając aparat do pokrowca.

– Dlaczego to zrobiłeś, Adam, przecież mówiłam ci, że nie lubię zdjęć.

– Właśnie, dlaczego nie lubisz zdjęć? – odpowiedział pytaniem na pytanie chłopak.

– Nie jestem fotogeniczna.

– Daj spokój, jesteś śliczna i tak też wychodzisz na zdjęciach.

– A dużo ci jeszcze zostało filmu? – zapytała dziewczyna.

Adam spojrzał na aparat.

– Z dziesięć zdjęć.

Monika zamyśliła się na chwilę, po czym westchnęła.

– Szkoda, że to zrobiłeś.

– Eee tam, co w tym złego? – machnął ręką chłopak. – Mówię Ci, wyjdziesz ślicznie.

– Żeby wszystko było takie proste – mruknęła cicho Monika, ale tego Adam nie słyszał.

Adam ucichł. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by rozładować napięcie.

„Mam!” – wykrzyknął w duszy. „Zaproszę ją do kina!”.

– Co byś powiedziała, gdybym zaprosił Cię do kina?

– A kiedy byś chciał?

– Może pojutrze? Oczywiście wieczorem.

– Będę zajęta, wybacz – odparła.

– No to może dzień później? Albo jutro? – wymieniał Adam widząc niezdecydowanie na twarzy dziewczyny. – No, nie bądź zła za to zdjęcie, jeśli chcesz tak bardzo to każę go nie wywoływać.

Monika mrugnęła oczami ze zdziwieniem.

– Naprawdę? Zrobisz to?

– Jeśli tak bardzo ci zależy…

– Jesteś kochany! – wykrzyknęła wstając. – W takim razie kiedy? Pojutrze, mówisz?

– Ty przewrotna bestyjko! – zaśmiał się chłopak. – Dobrze, pojutrze, dwudziesta pierwsza.

– Więc jesteśmy umówieni. A teraz muszę już iść.

– Już? Myślałem, że pogadamy chociaż przez chwilę.

– Coś mi wypadło, przyszłam tylko na chwilkę ci o tym powiedzieć.

– Skoro musisz… szkoda.

– Też żałuję, ale nie mogę zostać. Pa – rzekła Monika odchodząc i posłała Adamowi całusa.

– Może chociaż odprowadzę cię do domu?

– N-nie, nie idę do domu, muszę gdzieś zajrzeć, a to już niedaleko, nie opłaca się nawet.

– Jak wolisz. Narazie.

– Pa.

Poszła. Adam stał przez chwilę wpatrzony w ławkę, na której siedziała. Mimo, że myśl o kinie zaświtała mu w głowie dopiero przed kilkoma minutami, to już miał w głowie gotowy plan na wieczór za dwa dni. „Może jeszcze przed kinem ją gdzieś złapię? Wyciągnę do jakiegoś pubu na wieczór… a po kinie też może się uda”.

Wtem nad głową Małego rozświetliła się żarówka.

„Dowiem się, gdzie mieszka!” – wpadł nagle na pomysł chłopak. Puścił się biegiem w kierunku, w którym odeszła dziewczyna. Niebawem też ujrzał ją samą. Szła powoli nie oglądając się na nic, ze wzrokiem utkwionym w niewielkiej książeczce. „Jakoś mi się wierzyć nie chce, że idzie teraz tylko gdzieś sobie zajrzeć” – pomyślał.

Początkowo Adam zachowywał daleko posuniętą ostrożność. Poruszał się skokami pomiędzy to drzewem, to samochodem; to przy jakiejś bramie, to po drugiej stronie ulicy blisko kilku osób. Z czasem jednak zauważył, że nie ma się czego obawiać. Monika musiała często chodzić tą drogą bo tylko raz podniosła spojrzenie znad książki. Adam szedł więc pewnie i spokojnie kilkanaście metrów za nią. Spojrzał na zegarek – dochodziła siedemnasta. „Chwila!” – wykrzyknął Adam wracając do „śledzenia”. „Gdzie ona jest?!”.

Kiedy bowiem chłopak spojrzał na powrót na ulicę nie dostrzegł już dziewczyny. Przyspieszył nieco kroku ciekawy, czy Monika być może skręciła w uliczkę za rogiem. Tam jednak jej nie było. „Wobec tego musiała wejść do tego domu” – domyślił się Adam. Omiótł budynek spojrzeniem. Była to stara kamienica, jakich wiele było w mieście, ta jednak była bardzo dobrze utrzymana i tym się wyróżniała spośród innych. Jasny, podchodzący pod pomarańcz tynk wydawał się być idealny w obliczu upalnego lata.

Adam podszedł do drzwi. Przejrzał listę lokatorów na rozlatującym się domofonie i pokręcił głową nieoczekiwanie dla samego siebie wybuchając śmiechem. Bo niby skąd miał wiedzieć, która pozycja to właśnie to, która go interesuje? Monika nigdy nie powiedziała mu, jakie nosi nazwisko. Rozweselony swoją głupotą ruszył do domu. „Przynajmniej wiem, w którym domu mieszka” – podsumował. Nie wiedział, że Monika obserwowała go w tej chwili z okna.


Nadszedł oczekiwany wieczór. Adam pół dnia zastanawiał się nad tym, jak ma zachować się w kinie. Myliłby się bowiem ten, kto uważałby, że chłopak zapraszający dziewczynę do kina idzie oglądać film! Owszem, film to miły dodatek, ale przecież tak naprawdę liczy się absolutnie co innego. I tu pojawiał się dylemat – czy zachować spokój, starać się opanować, czy może… no właśnie. Zakazany owoc zawsze smakuje lepiej od tego, którego zdobycie nie stanowi żadnego problemu, a właśnie z owym rajskim owocem kojarzyła się Adamowi Monika. Kiedy tak przywoływał z pamięci wszystkie chwile, jakie z nią spędził doszedł do wniosku, że nawet jej nigdy nie dotknął. To oczywiście tylko wzmogło jego pożądanie.

Seans minął jednak Adamowi szybko i bez specjalnych rozterek. Monika przyszła do kina kilka minut przed rozpoczęciem filmu, ale niemal do ostatniej chwili siedziała w toalecie zjawiając się w momencie, kiedy na sali zgasły już światła. Adam tymczasem postanowił sobie, że zachowa spokój. Zdawał sobie sprawę z tego, że Monika to dziewczyna nieprzeciętna, z którą nie można tanio pogrywać. Chwilę przed tym, jak pojawiła się Monika zagadnęła Adama jego niedawno rozpoczęta znajomość, z którą jednak nie chciał mieć zbyt wiele wspólnego.

– Koło ciebie jest wolne? – zapytała dziewczyna.

– Zuza, cześć! – odrzekł Adam na widok znajomej z udawanym entuzjazmem – Właściwie to zaraz ktoś powinien przyjść.

– Gdyby jednak ten ktoś nie przyszedł to siedzę z tyłu – powiedziała Zuza i mrugnęła porozumiewawczo.

– Dobra, będę pamiętał – mruknął Adam uśmiechając się mdło i ciesząc się w duchu, że rozmowa nie potrwała dłużej.

Na tym jednak dla Małego kontakt z Zuzą tego wieczoru się nie skończył, choć, na szczęście, nie przyszło mu już toczyć z nią rozmów. Gdy już po filmie Adam wychodził z Moniką z kina na końcu wielkiego tłumu, Zuza rzuciła mu niemiłe spojrzenie. Chciała także coś powiedzieć, ale jej koleżanki popchnęły ją ku wyjściu.

– Znasz tamtą dziewczynę? – spytała Monika. – Wyglądało na to, że ona ciebie tak.

– Tak, znam, nudziara, jakich mało – westchnął Adam przypominając sobie początek wakacji, kiedy to poznał Zuzę na jednej z imprez. – Nie znając cię w ogóle jest w stanie po pięciu minutach zacząć ci opowiadać swój życiorys.

Monika zachichotała cicho.

– Może po prostu jest otwarta dziewczyna?

– Nie żartuj – obruszył się Adam. – A te jej „prawdziwe” historie… nie masz pojęcia, ile ona już przeżyła!

– W takim razie rzeczywiście ci współczuję znajomości.

– Naprawdę, masz czego, jak rzadko kiedy – kiwnął głową Adam.

Przeszli kawałek w kierunku miasta. Ulica była prawie pusta, bo większość mieszkańców bawiła się właśnie na rynku, gdzie lokalne radio zorganizowało akcję charytatywną. Tylko gdzieniegdzie przechodziły grupki młodych ludzi, dla których disco-polo proponowane na rynku nie stanowiło specjalnej atrakcji.

– Okej, będę już szła – powiedziała w końcu Monika. – Dzięki za wieczór, film mi się bardzo podobał.

– Nie ma sprawy, przyjemność leży po mojej stronie… Może dzisiaj uda mi się odprowadzić cię do domu? – zapytał chłopak, ale bez specjalnej nadziei.

Niestety, Monika go nie zaskoczyła odpowiedzią. Adam poczuł, jak wzbiera w nim napięcie. Poczuł, że musi uwolnić to wszystko, co go dręczyło przez cały czas. Pokręcił tylko głową, ale zebrał się w sobie i zapytał:

– Monia, nie obraź się, ale dlaczego jesteś taka tajemnicza?

Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.

– Nie udawaj zaskoczonej, proszę – skrzywił się Adam. – Nie wiem, kim… – zająknął się.

„O Jezu, wszystko spieprzę!!!” – pomyślał i zdrętwiał, zaraz jednak odzyskał głos. Niestety (a może na szczęście?) takim już był człowiekiem, że musiał powiedzieć to, co pomyślał. Więc mówił…

– Nie wiem, kim dla ciebie jestem – powtórzył – ale ja wiem, kim ty jesteś dla mnie – rzekł. A jesteś… jesteś kimś wyjątkowym… takiej dziewczyny jak ty jeszcze nie spotkałem…

Monika nadal patrzyła na niego bez słowa, ale wyraz jej twarzy zmienił się. Już nie było na nim zdziwienia, pojawił się natomiast smutek i coś na kształt bólu.

Adam nie potrafił tego wyrazu dokładniej opisać gdy kilka godzin potem znalazł się w domu. W tamtej jednak chwili zmieszał się. Nigdy wcześniej nie widział twarzy tak wymownej, tak bogatej w wyrazy i… ślicznej. Każdy najmniejszy ruch jej brwi, ust, zmiana napięcia skóry na policzkach – wszystko to zauważał i dostrzegał w tym niewypowiedziane piękno.

– Widzisz, Monia… staram się być spokojny, delikatny… tłumię się w sobie, staram się dla ciebie być kimś zupełnie innym, niż jestem… ale wiem, do czego to prowadzi. Ty też musisz to wiedzieć! – wykrztusił z wysiłkiem Adam – Przecież nie zapraszam cię do kina, bo lubię filmy z Georgem Clooney’em, nie spotykam się z tobą w parku, bo lubię oglądać zieleń… nie zapraszam cię na urodziny, bo chcę mieć jeszcze jedną osobę do piwa…

– Więc po co się ze mną spotykasz? – odpowiedziała spokojnie Monika.

Adam zatoczył się jakby do głowy nagle uderzyło mu mocne wino.

– Jak to po co… – wyszeptał ze zdumieniem.

– No po co? Jeśli nie po to, by obejrzeć film, podziwiać zieleń czy żebym pomogła ci przy piwie, to po co?

Chłopak nabrał powietrza, otworzył usta… i nic. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– Powiedz – rzekła.

Adam oparł się na biodrach, ale stał z głową spuszczoną ku ziemi.

– Powiedz – powtórzyła, ale teraz w jej głosie słychać było jakby prośbę.

Chłopak pokręcił znów głową i zaśmiał się z lekka.

– No powiedz!! – wykrzyknęła, ale w jej krzyku nie pobrzmiewał gniew. Powietrze przecięło wołanie przepełnione nie złością, lecz błaganiem i rozpaczą.

Tego jednak Adam nie wychwycił. Zbyt był zamroczonym tym, co w sobie odkrył.

– Nie powiesz, prawda?

Adam spojrzał na nią bystro spod grzywy włosów.

– Niby co mam ci powiedzieć? – syknął. – To raczej ty powinnaś mi powiedzieć coś…

– Na przykład co? – przerwała.

– Cokolwiek! – wybuchnął niespodziewanie chłopak. – Nie wiem, cokolwiek! Nie znam nawet twojego nazwiska, zasranego nazwiska!!

– Ty mi swojego nie musiałeś podawać, mi takie coś nie przeszkadza.

– A mi tak!! – krzyczał Adam chodząc dookoła – nic o tobie nie wiem, kompletnie nic! Znam cię już ponad miesiąc, a jedyne, co mi powiedziałaś, to imię! Czy proszę o wiele?! Cholera, wiem, że to nie takie istotne, ale chciałbym wiedzieć o tobie coś więcej… Nie wiem… choćby gdzie mieszkasz, gdzie się uczysz, czym się interesujesz, czy masz brata, a może siostrę, a może masz tylko małego kudłatego pieska! Ja ci o takich rzeczach opowiadałem! Nie ufasz mi?! Chyba nie zrobiłem do tej pory nic złego, nie?! Staram się być jakimś zasranym ideałem, próbuję nie myśleć zbytnio o tobie, choć to przecież niemożliwe! Nie wiem, co cię kiedyś spotkało… Co sprawia, że jesteś taka… Świetnie mi się z tobą rozmawia, ale czasami nie mam ochoty na filozofię a po prostu na zwykłą dziewczynę!!

Adam spojrzał na Monikę ponownie: stała obezwładniając go swoim spokojem.

Nagle zauważył, że po jej jakby skamieniałym policzku popłynęła łza.

„O Boże, co ja narobiłem?!”.

– Monia…

– Powiedziałeś, co chciałeś – odpowiedziała dziewczyna spokojnie ocierając łzę. – Wybacz, muszę iść.

– Ale ja… – rzekł niezdarnie Adam próbując złapać Monikę za rękę. Ta jednak odskoczyła zdumiewająco szybko i rzekła zdławionym głosem:

– Nie waż się więcej tego robić! Nie dotykaj mnie!

– Ja… przepraszam…

– Wiem, Adam… to ja… to nie… To nie takie proste, jak bym chciała.

– Ale o co chodzi? – spytał Adam skołowany do reszty. – Co nie jest takie proste? Dlaczego jesteś taka ostrożna? Czego się boisz?

– Za dużo pytań – mruknęła dziewczyna. – Obiecuję, że kiedyś wszystko będzie dla ciebie jasne, ale trochę musisz jeszcze wytrzymać. Moja przeszłość to… to bardzo przykra sprawa. Nie mogę o tym opowiadać, ot tak – dodała z przygnębieniem. – Naprawdę, muszę już iść. Na razie.

Adam stał z rękoma zwieszonymi po bokach. Nie wiedział, co zrobić. Nie chciało mu się iść do domu, nie chciał też stać w tym miejscu. Chodzić po mieście też nie miał ochoty. „Wiedziałem, spieprzę wszystko, spieprzę!!” – wykrzyknął wściekle gdy był już pewien, że Monika go nie usłyszy. „Kurwa!” – przeklął soczyście kopiąc w znak drogowy. „Po co mi to było?! No po jasną cholerę?!”.

W tym momencie poczuł, że musi jeszcze raz zobaczyć Monikę tego wieczoru. Wiedział, że musi z nią jeszcze porozmawiać. Przeprosić ją, choćby powiedzieć tylko to jedno słowo, ale musiał.

Puścił się biegiem w kierunku domu, który odwiedził dwa dni wcześniej. Biegł ile sił, starając się przy tym trzymać się ulic, których Monika możliwie nie wybrałaby.

Wreszcie dopadł do żółtej kamienicy. Rozejrzał się dzikim wzrokiem po ulicy, nikogo jednak nie dostrzegł prócz jednego staruszka siedzącego w oknie na drugim piętrze kamienicy. Adam zastanowił się, czy Monika mogła dojść do domu przed nim ale szybko wykluczył tą możliwość. Biegł tak, że teraz brakowało mu już tchu, w dodatku w dużej mierze wybierał skróty między głównymi ulicami.

Usiadł na schodzie i, łapiąc oddech, spojrzał w niebo. Gwiazdy świeciły jasnym i czystym blaskiem, a księżyc przyglądał mu się ze zdziwieniem. „I co się tak gapisz?” – rzekł do niego Mały przecierając czoło i poprawiając koszulę na ramionach. „Już byś coś lepiej poradził a nie tylko czekasz na gotowe przedstawienie”.

Nagle Adam poczuł się przedziwnie. Miał wrażenie, jakby to on właśnie był środkiem wszechświata. Miał wrażenie, że wszystko skoncentrowało się dookoła niego – patrzył się na niego księżyc, ulica, pusta i martwa, także wstrzymała się w oczekiwaniu; nawet wiatr ustał i papierki z dziurawego kosza na rogu ulicy leżały na chodniku zastygłe.

Wszystkie te myśli i wiele innych wirowały wokół głowy Adama. W pewnym momencie zorientował się jednak, że czeka już zastanawiająco długo. Przez głowę przebiegła mu myśl, że być może Monika jednak dotarła już do domu, ale jakoś nie wydawało mu się to prawdopodobne. Może więc faktycznie tu nie mieszkała?

Jego rozmyślania przerwał głos.

– Czekasz na coś, młodzieńcze?

Adam otrząsnął się i wytrzeszczył oczy w niebo. „Księżyc”? – zapytał sam siebie, a srebrny towarzysz nocy jakby przytaknął znikając na chwilę za niewielkim obłoczkiem.

– Hej? – zawołał znowu głos – A może jesteś jakimś nowym sąsiadem?

W tym momencie Adam przypomniał sobie o staruszku w oknie.

– Nie, nie jestem. Właściwie to szukam kogoś – rzekł Adam wstając i spoglądając w okno na drugim piętrze.

– Kogo? – zainteresował się dziadek. – Może będę w stanie pomóc?

– Nie znam jej nazwiska… to młoda dziewczyna. W moim wieku, niewysoka, jasne włosy, niebieskie oczy. Chyba tu mieszka.

Starszy człowiek zamyślił się na chwilę, ale po chwili pokręcił przecząco głową.

– Nikt taki już tu nie mieszka.

– Już…?

– Mieszkała tu jeszcze rok temu dziewczyna o podobnym wyglądzie. Ale się wyprowadzili. Znaczy się jej rodzice. Dobrzy to byli ludzie, nie mogę powiedzieć, szkoda…

– A, przepraszam, a zagląda tu jeszcze? Może ma tu kogoś znajomego albo rodzinę?

– Nie, od tamtego czasu jej nie widziałem, ale to…

– Dziękuję za pomoc, do widzenia – rzucił Adam i ruszył w miasto.

– Cóż, skoro ci się tak spieszy – rzekł staruszek i schował się wewnątrz zamykając okno. – Już i tak późno..

Adam zrobił jeszcze rundkę wokół rynku. Zabawa powoli dobiegała końca, musiało więc być już blisko dwunastej, na kiedy to planowano zakończenie imprezy. „Nie mieszka już tam” – zastanawiał się. „W takim razie gdzie? I czemu tam zagląda? Może ma tam jakąś starą przyjaciółkę?” – pytał sam siebie Adam, ale nie znał na te pytania odpowiedzi, jak to zwykle bywa.

Na ten dzień miał już stanowczo za dużo wrażeń. Gdy przyszedł do domu mieszkanie było puste i nie zastał nikogo. Poszedł więc do łazienki, wziął zimny prysznic i zwalił się na łóżko. Chwilę wprawdzie jeszcze rozmyślał o wydarzeniach, jakie miały miejsce, ale sen szybko ściągnął w dół jego powieki. Spał jak kamień.

Kategorie
Literatura

Ostatni powiernik pierścienia – recenzja

ostatni-powiernik-pierscienia-tom-2-b-iext4829856

Wpadło mi ostatnio trochę gotówki, więc zacząłem rozmyślać, na co by ją można stracić. A że od dłuższego czasu chodziła mi po głowie miejscowa księgarnia urąbałem łeb śwince skarbonce i sprężystym krokiem ruszyłem w jej kierunku. Nie minęło kilka minut a siedząc znów w cieplutkim domciu ze zwierzęcym rykiem dobyłem zakupu z reklamówki. Oto i ona – nowa książka do kolekcji…

Obiektem moich zainteresowań stała się już jakiś miesiąc temu książka autorstwa K.J. Yeskova. Samo nazwisko pewnie umknęło by mojej uwadze, ale tytuł – już nie. Brzmiał on „Ostatni Władca Pierścienia”, a nieco nad nim krwistoczerwonym kolorem uwidoczniono napis – „Historia Śródziemia oczami Wroga”. Okładka wydała mi się całkiem zgrabna – emblemat Oka Saurona na czarnym sztandarze upewnił mnie, że autorowi chodzi o „właściwe” Śródziemie. Na odwrocie książki parę słów sugerowało zaś, że książka bez wątpienia nawiązuje do postaci z „Władcy Pierścieni”, jaką był Faramir, a całość jest utrzymana w „odpowiednim”, że się tak wyrażę, klimacie. Niecały miesiąc później zabrałem się więc do lektury.

Muszę przyznać, że w ogólnym rozrachunku się nie zawiodłem! Dlaczego „w ogólnym” – o tym za chwilę. Na razie konkrety. Książka liczy nieco ponad pięćset stron więc widać od razu, że trochę czasu zabrać powinna. Tak też się stało. Tłumaczenie podobało mi się raczej średnio, a to dlatego, że podjęli się go państwo Ewa i Eugeniusz Dębscy. W podstawach podobne jest ono do tłumaczenia Marii Skibniewskiej, której zawdzięczamy m.in. pierwsze wydania „Silmarillionu” i „Władcy Pierścieni”, jednakże jest pewna rozbieżność w imionach. Otóż wg pani Marii wszystkie nazwy własne (tak imiona jak i nazwy geograficzne) były przekładane jednakowo – z cząstką „th”, natomiast w „Ostatnim Władcy…” „th” występuje tylko w nazwach własnych – brzmienie imion zostało „wygładzone”. Nie jest to wielka wada (a dla kogoś, kto ze Śródziemiem kontakt zaczyna właśnie od tej książki zgoła żadna), nie mniej jednak mi, jako zagorzałemu wielbicielowi twórczości mistrza Tolkiena, każda zmiana trochę psuła obraz całości.

Zostawmy jednak kwestie tłumaczenia, bo nawet najlepsze tłumaczenie nic nie da, jeśli książka słaba. Autor stanął na wysokości zadania. Widoczne jest, oczywiście, że nie mamy do czynienia z samym Tolkienem, nie mniej jednak poziom jego twórczości nie uwłaszcza godności mistrza, czego się obawiałem w trakcie dokonywania zakupu. Akcja utworu zaczyna się w momencie znanym dobrze z „Władcy…”, to jest, gdy zburzono Barad dur, a Sauron został obalony. Jednak, jak informuje napis na okładce, książka jest relacją Wojny o Pierścień oczyma Wroga, a konkretniej rzecz ujmując oczyma orka Cerlega i kilku jego współtowarzyszy, tak więc sprawdza się tu krążące między ludźmi powiedzonko o prawdzie – że prawdę każdy ma własną.

Zdziwiłem się niemało przeczytawszy pierwszych kilkadziesiąt stron, gdyż z dobrych bohaterów Trylogii, których pokochałem za sprawą Tolkiena, zrobiono podstępnych i niegodziwych typków, którzy na dodatek ustępowali inteligencją przeciętnej kafelce z łazienki (może jedynie Faramira oszczędzono), jednak coś w duchu mi podpowiadało – przecież tak musi być, baranie! W końcu tę historię opowiada strona przeciwna, więc nie powinieneś się dziwić! Okazało się później, że ów tajemniczy głos wewnątrz mnie miał całkowitą rację. Nie wiem, jak się sprawy za naszą wschodnią granicą układają i skąd pan Yeskov posiadł wiadomości o torturach, działaniu siatek szpiegowskich i propagandzie, jednak to, co zaprezentował w „Ostatnim Władcy Pierścienia” pobiło moje wszelkie oczekiwania.

Najpierw przeżyłem lekki szok związany ze zmieszaniem z błotem osób, których uważałem za bohaterów, ale potem coraz bardziej przekonywałem się do książki. Autor powinien moim zdaniem zostać szefem propagandy w czasie jakiegoś konfliktu zbrojnego, bo po pierwszej setce stron miałem ochotę całować stopy Saurona Miłościwego. Żartuję, to oczywiste, jednak nikt jeszcze nie ukazał orków, trolli i innych istot z drugiej strony barykady w tak odmiennym od stereotypów świetle. Kiedy już się przyzwyczaiłem do nowych poglądów, zacząłem się zastanawiać nad Trylogią. Jeśli Yeskov tak a nie inaczej prezentuje orków, a Tolkien tak a nie inaczej napisał „Władcę…”, to kto ma rację? Mistrz mógł wszak też odpowiednio upiększać elfów i inne rasy Zachodu, by czytelnik stanął po ich stronie. Nie mam mu tego, rzecz jasna, za złe, ale po przeczytaniu nowej książki zmieniłem trochę poglądy na temat Śródziemia. Może faktycznie to nie było tak? Może Tolkien był propagandzistą w służbie Zachodu?

„Ostatni Władca Pierścienia” ma jedną niezaprzeczalną zaletę – może tę książkę czytać nawet osoba, która średnio lubi świat stworzony przez Tolkiena. Jest magia, owszem. Są też elfowie, trolle, orkowie i inne rasy związane z fantasy, niemniej jednak wielka część utworu to opis rozgrywek, których autorzy scenariusza przygód słynnego Jamesa Bonda by się nie powstydzili. Nie wiem, w jakim stopniu Yeskov opierał się na prawdziwych zasadach działania obcych wywiadów, a co powstało w jego wyobraźni. To nieważne. Sukcesem autora jest natomiast niewątpliwy fakt, iż dla szaraka jak ja i wielu innych to, co przedstawił w książce jest fantastycznie przekonujące i złożone. Wszystkie części układanki dokładnie pasują do siebie i dobitnie uświadamiają czytelnikowi, że jeden człowiek jest tylko częścią całej pajęczyny, że nie ma szans sam, że jest tylko jednostką…

Fabuła książki jest również ciekawa. Nie będę jej zdradzał, bo odkrycie choćby części może zepsuć całą zabawę. Powiem tylko, że spotkamy się z wieloma postaciami z Trylogii, tj. z Aragornem Elessarem, Aruen Undomiel, Gandalfem Szarym, Sarumanem Mędrcem, księciem Faramirem i jego wybranką, Eowyną. Będziemy też świadkami rozmowy jednego z głównych bohaterów z Nazgulem, Sharka-raną. W „Ostatnim Władcy…” znajdziemy palantiry, czyli kamienie widzenia, Zwierciadło Galadrieli. Poznamy szczegóły zawiłej polityki elfów z Lorii i będziemy obserwować tętniący życiem Umbar…

Cała historia może nieco zawiła, lecz logiczna, co jest chyba najcenniejsze w dobrej książce. Poza tym Yeskov umiejętnie uczynił z bohaterów utworu naszych przyjaciół. Ork Cerleg – znakomity tropiciel i dumny dowódca. Człowiek Haladdin – inteligentny uczony wyprzedzający swoją epokę i „główny mózg” drużyny. Troll Kumai – niezrównany pilot i inżynier. Gondorczyk Tangorn – wspaniały szermierz i przykład romantycznego rycerza, który odda wszystko za sprawę i honor. Wyliczać mogę bez końca. Przyznaję się bez bicia – autentycznie przywiązałem się do tej czwórki (niezależnie od ich pochodzenia) i naprawdę było mi przykro, gdy kilku z nich wypełniając misję zapłaciło cenę najwyższą…

Nadchodzi to, co w recenzji jest nieuchronnie – końcowe podsumowanie. Jeszcze raz więc w nim powtórzę – książka, którą miałem przyjemność czytać jest perfekcyjnym przykładem zawiłej intrygi szpiegowskiej. Zawiera także to, za co kochamy Śródziemie – różnorodność ras, przepiękny świat. Prócz samej fabuły „Ostatni Władca…” jest również pięknym przykładem umiejętnego wykreowania bohaterów, których losy śledzi się z prawdziwym zainteresowaniem wmawiając sobie z uporem oczarowanego dziecka – „jeszcze tylko jedna strona i na pewno kończę!” Krótko więc rzeczę na koniec – jeśli lubisz klimat fantasy, uwielbiasz dzieła Tolkiena w każdej postaci (choć to nie jest konieczne) i masz te parę złotych biegnij szybko do księgarni, bo jeszcze cię ktoś uprzedzi. Naprawdę!

Tytuł: Ostatni powiernik pierścienia (Ostatni Władca Pierścienia)
Autor: Kirył Jeskow
Wydawca: Red Horse
Rok wydania: 2007
Stron: 288 + 288
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Księga jesiennych demonów – recenzja

ksiega-jesiennych-demonow_jaroslaw-grzedowiczPolska literatura horroru kuleje. Już dawno nauczyłem się, że jeśli chcę przeczytać jakieś dobre opowiadania utrzymane w klasycznym, nie udziwnionym (na przykład w stronę science-fiction) klimacie grozy, do tego osadzone akcją w swojskiej Polsce, to lepiej zacząć szukać na sieci i po w rozmaitych zinach, bo w księgarniach nie ma na co liczyć.

I nic się w tej materii nie zmieniło, pewnie zresztą prędko się nie zmieni. Niemniej przechadzając się niedawno przed półkami z moją ulubioną literaturą wypatrzyłem wśród pozycji Fabryki Słów książkę zatytułowaną „Księga jesiennych demonów”, autorstwa niejakiego Jarosława Grzędowicza. Okładka – cóż, widać rękę ludzi Fabryki…, bo choć można jej zarzucić kicz, to jednak przykuwa oko i skłania, by się książką zainteresować dłużej.

A zainteresować się warto. Jarosław Grzędowicz nie jest wprawdzie autorem szeroko znanym (jak napisał wydawca Księga jesiennych demonów to jego pierwszy zbiór opowiadań grozy), a jego nazwisko kojarzy się głównie z Fenixem (był redaktorem naczelnym od 1993 roku), nie ma to jednak nic do rzeczy. Liczy się bowiem kunszt literacki, jaki prezentuje. Ten zaś jest naprawdę wysokiej klasy.

W zasadzie trudno powiedzieć, co tak wciąga w opowiadaniach Grzędowicza. Być może jest właśnie tak, jak napisał Andrzej Pilipiuk na odwrocie książki: „każde zdanie jest jak stare wino – długo dojrzewało w głębokich lochach, zanim dane nam było ich skosztować…”. Coś jest w tym na pewno. Sposób, w jaki pisze Grzędowicz trafi chyba do każdego czytelnika, bo zetknąłem się dotąd z niewieloma autorami, którzy tak perfekcyjnie potrafili snuć opowieść o rzeczach pozornie banalnych, robiąc to zwykłym, a jednocześnie barwnym i pełnym uroku językiem przeciętnych ludzi, jakich wielu spotykamy na ulicy. Być może talent autora bierze się z jego specyficznego warsztatu – Grzędowicz jest bowiem dziennikarzem-freelancerem, a w tej branży dogłębna znajomość ludzi ogromnie procentuje. Jak widać – nie tylko w tej.

Co ciekawe, opowiadania Grzędowicza nie należą do jakichś szczególnie wstrząsających (choć opis ludzkich pochodni w oponach…). Ich siła leży w czymś innym – przede wszystkim we wspomnianym, doskonałym języku autora i w jego imponującej znajomości ludzkich obaw i głębokich lęków. Chociaż są one w gruncie rzeczy uniwersalne dla każdego człowieka, Grzędowicz dokonuje trafnego wybiegu, czyniąc bohaterami swoich opowiadań zwykłych, szarych ludzi, jakich wielu w sąsiedztwie. Właśnie dlatego praktycznie każda z historii wydaje się być tak bliska, tak prawdopodobna – mogłaby się rozegrać nawet za ścianą, wśród ludzi, których mijamy na ulicy, z którymi współpracujemy, żyjąc w błogiej nieświadomości i niczego nie podejrzewając. Sfrustrowani, borykający się z brakiem pieniędzy czy zwyczajnymi, osobistymi rozterkami, bohaterowie Grzędowicza przypominają nas samych i wielu naszych znajomych. Kiedy trudy życia przygniatają ich, a zszargane nerwy trzymają ostatkiem sił, budzą się ich demony. Aż ciśnie się na usta pytanie, kiedy i w jakich okolicznościach obudzą się nasze…

Słowa uznania należą się Grzędowiczowi także za pomysłowość. Jest to zarazem inwencja bardzo frapująca, bo chociaż opowiadania nie należą do zaskakujących – wprawny czytelnik zazwyczaj dość szybko jest w stanie przewidzieć zakończenie – jednak same pomysły na historie zdumiewają (vide psychoterapeuta leczący… Boga), a i niektóre momenty opowieści sprawiają, że trudno nie nabrać szacunku dla imaginacji autora.

„Księga jesiennych demonów” pozostawia po sobie spory niedosyt. Codzienny, a jednak wspaniały język, błyskotliwy, ironiczny humor, klimat opowieści snutych wśród przyjaciół przy ognisku (przedostatnie opowiadanie a’la urban legend), ciekawe pomysły – to najkrótsze podsumowanie „Księgi…” Zbiór opowiadań Grzędowicza to pozycja oczywiście czysto rozrywkowa. Nie zmienia to faktu, że pozostaje tytułem godnym polecenia.

Zawartość:

  1. Prolog
  2. Klub absolutnej karty kredytowej (nominacja do nagród Elektrybałta i Sfinxa)
  3. Opowieść terapeuty
  4. Wiedźma i wilk
  5. Piorun
  6. Czarne motyle
  7. Epilog
Tytuł: Księga jesiennych demonów
Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2003, 2007
Stron: 416
Ocena: 4
Kategorie
RPG

Choroby w fantasy RPG

Jesień już za oknami, gdy piszę te słowa. Czasem pojawia się słońce, ale zwykle przez większą część dnia pada deszcz. Bywa, że leje, ale na ogół tylko kropi. To właśnie o tej porze roku zachowanie zdrowia sprawia największe problemy. Powszechne są krótkie przeziębienia, które na kilka dni ścinają nas z nóg bądź, w lekkich przypadkach, katarem i kasłaniem utrudniają codzienne życie.

Niedawno oglądałem film zatytułowany „Epidemia”. Widziałem go nie pierwszy raz, ale zabrałem się za niego z wielką chęcią. Film jest bowiem dobrze nagrany, wciągający, nieco… szokujący? W każdym razie ten obraz oraz obecna pogoda spowodowały, że wpadłem na pomysł kolejnego tekstu.

Co, prócz wrednego urzędu podatkowego, natrętnej teściowej, upierdliwego znajomka z najbliższego otoczenia utrudnia nam życie najbardziej? Choroby. To one potrafią sprawić, że ledwo stojąc na nogach myślimy tylko o tym, gdzie się położyć i w co wydmuchać nos. Najwięksi siłacze, najtęższe umysły i pospolici zjadacze ryżu – wszyscy ci ludzie stają się równi w obliczu choroby. Są słabi, rozkojarzeni, brakuje im energii do życia. A przecież mówię tu tylko o tych najbardziej błahych przypadkach, przeziębieniu, grypie (która, notabene, ostatnio robi się co raz groźniejsza), nie wybiegam ponad to. A jakieś poważniejsze choroby?

Zastanawiałem się niedawno, jak to jest z tym RPG. Zawsze fascynowało mnie ono nie tylko jako rozrywka, ale głównie jako imitacja życia, drugie wcielenie. Oczywiście gra a szczytne ideały znacząco się różniły, ale pomarzyć zawsze można, a z sesji na sesję można się poprawiać. No, ale trzeba najpierw wiedzieć, w jakim zakresie. Ja na przykład chciałbym, żeby RPG było jak najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Aby tak było, trzeba się skupić na kilku aspektach, które same w sobie są tematami na osobne teksty, w tym zaś interesuje mnie kwestia chorób i różnych dolegliwości ludzkich. Nasi eRPeGowi bohaterowie to postacie z krwi i kości, prawda? Wywodzą się z różnych ras, najpopularniejsze z nich to elfowie, krzatowie (krasnoludowie bądź krasnoludy), hobbici i ludzie. Kwestię elfów muszę w tym tekście pominąć, bo w znaczącej ilości światów fantasy są oni rasą odporną na większość lub wszystkie choroby; pozostałe rasy charakteryzują się mniejszą lub większą nań odpornością.

Jak jest z nami, ludźmi, w naszym świecie? Cóż, średnia życia to jakieś sześćdziesiąt lat, u kobiet z reguły trochę więcej, ale różnie bywa. Chorujemy dość często, ale medycyna stoi na wysokim poziomie, tak więc z reguły równie szybko udaje nam się z choroby wybrnąć (oczywiście wykluczyć należy z tego „szablonu” państwa Trzeciego Świata). Czasem konieczna jest hospitalizacja, ale, ogólnie rzecz biorąc, nie jest źle. A jak było kiedyś? Weźmy takie średniowiecze – przeciętna długość żywota nie przekraczała czterdziestu, może nieco więcej lat, a większość młodych kandydatów na bohaterów ginęła o wiele młodziej, nie zawsze przekraczając dwudziestkę. Ginęła, to fakt, ale co, jeśli przeżyli? Rozmaite choroby, wybuchające często epidemie, które dziesiątkowały całe miasta i zabijały pomniejsze wioski, pospolite dzisiaj lub niemal nie znane dolegliwości doprowadzały do śmierci lub kalectwa. A nasi herosi? Martwią się tylko tym, by starczyło im mieczy w plecakach i eliksirów leczniczych za pazuchą.

Wiem, że istnieje magia, bez której fantasy wiele by straciło, ale czy rozwiązuje ona wszystkie problemy? Przecież magia to zjawisko generalnie dość rzadkie, a śmieszą mnie „magiczne eliksiry na wszystko”, które można dostać u każdego wędrownego kramarza po cenie niższej niż kosztuje przeciętny parobek. Taki obrót sprawy zdecydowanie spłyca rozgrywkę, bo o nic nie trzeba się martwić – postacie w samych majtasach najlepiej lub nawet bez nich (gęba mi się uśmiecha, jeśli to kobiety), po uprzedniej kąpieli, zdobywają szczyty górskie, po czym jadą do ciepłych krajów zbić niedobrego maga, no i w końcu docierają do domu. Bilans – parę draśnięć, ot co.

Nawet w naszym współczesnym świecie choróbska to spore utrudnienie. Ni stąd, ni zowąd dopada nas grupka wrednych wirusów i mamy problem. A przecież nie musimy przy tym ciachać mieczem, wisieć na skale trzymając się jedną ręką zbocza, a drugą przyjaciela. W środku bitwy nie musimy się skupić, by rzucić zaklęcie, dzięki któremu w ducha cherlawego chłopa zostanie tchnięta esencja agresji. Pamiętajmy, że w średniowieczu nie było racjonalnej medycyny, opierano się na zabobonach i bezsensownych rytuałach, tak więc skuteczność leczenia była… no, powiedzmy, że „niewielka”. A magia? W czasach, gdy naczelnym hobby większości wieśniaków i miastowych było szukanie czarownicy czy czarownika pośród sąsiadów, powszechnie wierzono w magię, choćby się tego nie wiem jak wypierano. Dlaczego w światach fantasy mag zawsze jest prawdziwym magiem? Dlaczego to nie po prostu sprytny hochsztapler korzystający na głupocie i ufności miejscowych? Niech chorych bohaterów chłopi zaprowadzą do „naczelnego cudotwórcy regionu”, który sprzeda im za grubą kasę sproszkowanego penisa myszy, który tak pomoże na infekcję, jak ślepy ślepemu przeprowadzając go przez jezdnię. Zagalopowałem się jednak, bo doszedłem do tego, że postacie już są chore.

No właśnie, w RPG choroby to niezwykle rzadka sprawa. Owszem, występują, ale na ogół nie dotyczą bohaterów, a jedynie osób, z jakimi mają oni styczność. Bohaterowie są wynajmowani, by zdobyć lekarstwo, by przetransportować chorego do lekarza, by przywieźć lekarza… A dlaczego oni sami nie chorują? W ogóle, sprawa obrażeń, jakie odnoszą postacie, jest już wysoce podejrzana. Przecież czasem złamany palec bywa udręką, a co dopiero poharatane całe ręce? Trzeba przy tym pamiętać, że my mamy gips czy też inne tworzywa, które nam usztywniają kończynę, a kiedyś? Ewentualnie nastawiano i, jak ktoś pomyślał, usztywniano kijkami. Przypadki prawidłowych zrośnięć były dość rzadkie… A w RPG? Chyba jeszcze nie było sytuacji, że naszemu Ulrykowi źle zrosła się ręka i jest ona teraz nieco mniej władna… Obrażenia natomiast to czysta poezja. Wszelkie zranienia, otwarte rany – przecież to zero dezynfekcji, rany są uciskane brudnymi szmatami, a mimo to nie ma zakażeń. Postarajmy się choć czasem, by ręka komuś spuchła na jakiś czas utrudniając, dajmy na to, strzelanie z łuku.

Pomijam już kwestię, że na ogół rany goją się zatrważająco szybko… Same choroby – z tym już można zrobić parę niezłych akcji. Począwszy od drobnych do całkiem poważnych, jak choćby ślepota czy głuchota. Coś z tych drobnych? Mogą być małe, ale męczące pasożyty, drobny katar, gorączka. Co każda z dolegliwości może powodować? Owsiki nadpobudliwość, nerwowość, rozkojarzenie. Katar to szczególnie wredna sprawa na maga. Wyobraźmy sobie taką sytuację – czarodziej już jakieś pięć minut mruczy inkantację potężnego zaklęcia by w końcu zakończyć questa i zasypać ten wąwóz, przez który przechodzi właśnie oddział Wojowników Chaosu. Niestety, nagłe kichnięcie przerywa mu. Drugi raz tego zaklęcia próbować rzucić nie może… Inna sprawa – właśnie ma polecieć fireball, gdy z nosa naszego groźnego maga bucha długa świeca i, na skutek dreszczu po kichnięciu, kula leci w kierunku innym, niż ten sobie zaplanował. Zresztą także i wojownikowi, wielkiemu i bezlitosnemu, katar może utrudnić życie. Wspominałem o świecy – gdzie jeszcze można ją wykorzystać?

Przypuśćmy, że mają miejsce pertraktacje pomiędzy bohaterem a kimś ważnym. Chce on sprawić jak najlepsze wrażenie, gdy nagle możny miasta zauważa dyndającego z nosa herosa… żelka, że tak powiem… A gorączka? Wysoka temperatura często powoduje różne majaki, może też być powodem dreszczy, co utrudniłoby złodziejowi powstrzymanie drżenia rąk. Możliwości jest naprawdę wiele. Nie zapominajmy przy tym o zasadzie, że nie leczenie choroby jest bardzo groźne, a przecież nasi bohaterowie nie leżą grzecznie w łóżeczkach, tylko po deszczu i na wichrze wędrują przez świat.

Cięższe dolegliwości? Hmm, trzeba być ostrożnym. Zarazić czymś postać gracza to nie problem, gorzej jest go wyleczyć. O ile teraz mamy odpowiednie leki, o tyle pamiętać należy, że kiedyś ich nie było. Na ogół więc zakończeń infekcji czymś naprawdę groźnym nie ma za wiele, bo na ścisłość trzy – bohater zostanie uleczony przez maga za ciężki wór złota, sam przetrzyma chorobę, ale zostaną mu po niej wyraźne ślady, względnie się na nią uodporni (jak w przypadku ospy) lub… no tak, umrze.

Dobrym pomysłem na przygodę jest wrzucenie bohaterów w sam środek epidemii. Niech zobaczą agonię miasta, w którym pozornie życie nadal się toczy, niech ujrzą umierających na ulicach, wózki dwukółki pełne ciał, wszędzie znamiona choroby. Niech jeden z nich zachoruje lub, dajmy na to, we wiosce, w której nikt nie słyszał o elfach, on jeden na coś nie choruje… Zły czarownik, bez dwóch zdań. A gdyby tak, wzorem „Epidemii”, król chciał zniszczyć zarażone miasto by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się choroby? Miasto zamknięto szczelnym pierścieniem armii, dookoła stoją machiny z naczyniami pełnymi nafty, łucznicy gotują się do wypuszczenia chmary płonących strzał… Bohaterowie tym czasem odnaleźli sposób na powstrzymanie zarazy. Wystarczy kropla mleka od świętego stworzenia mieszkających niedaleko tubylców…

Nie tylko zarazy dziesiątkowały kiedyś ludność. Warto pamiętać, że zmiany klimatu to również śmiertelnie niebezpieczna kwestia. Co się stało z plemionami Indian amerykańskich? Zdziesiątkowały ich choroby przywleczone przez białych. Podczas budowy kanału panamskiego, co miało przecież miejsce stosunkowo niedawno, zginęło ponad dziesięć tysięcy ludzi. Powód? Moskity. Pomysł z konkretnym stworzeniem roznoszącym chorobę może być ciekawy – niech do wioski dotrze informacja, że tajemniczy gatunek nietoperza to nosiciel zarazy. Logiczne będzie, jeśli wieśniacy ochoczo zabiorą się za eksterminację wszelkich nietoperzy od wioski począwszy, na następnej miejscowości kończąc. Nie jest to zbyt dobry pomysł, bo niedaleko mieszka grupa druidów, którym pomysł zmniejszenia populacji latających myszy raczej się nie podoba i nie pozwolą, by do tego doszło, choćby to oznaczało walkę…

Tak więc, jak widać, z chorobami można nawiązać wiele ciekawych scenariuszy czy nawet całych kampanii. Mimo jednak tego, że nawoływałem do rozpowszechnienia chorób w światach fantasy, nie należy również przesadzać. Nieco podejrzana i śmieszna w oczach Graczy będzie grypa co sesję i szybko doprowadzi do znudzenia pomysłem. A zwłaszcza, gdy będziemy kładli postacie pokotem przez głupi katar… Gdy jednak wykorzystać to z należytym umiarem i wyczuciem, przyjemność z gry może być większa, a na pewno będzie to pewne urozmaicenie.

Kategorie
Muzyka

Rammstein dla starożytnych – recenzja 300 O.S.T.

300front1Zack Snyder w 300 pokazuje nową jakość obrazu. Tyler Bates w soundtracku udowadnia, że muzyka do „historycznego” filmu wcale nie musi być historyczna.

To jeden z lepszych soundtracków jakie słyszałem. Wcale nie dlatego, że jest oryginalny, bo nie jest. Powiedzmy sobie szczerze – to nie jest dzieło sztuki. Muzyka z 300 nie ma przekazu sama w sobie, nie zachwyca jako osobny twór. Batesowi daleko do takich mistrzów, jak np. Peter Gabriel (Ostatnie kuszenie Chrystusa, Ptasiek, Rabbit Proof Fence). Z powodzeniem może za to rywalizować z takimi sławami muzyki filmowej jak Hans Zimmer.

Dlatego, że ścieżka dźwiękowa z 300 to doskonała, rzemieślnicza robota, soundtrack w iście hollywoodzkim stylu. A to znaczy, że kupując płytkę otrzymujemy kawał dobrej muzyki, która zapadła nam w pamięć w kinie, bo czyż po seansach filmowych nie powtarzaliśmy godzinami w myślach kawałków z Twierdzy, nie nuciliśmy motywu przewodniego ze Speeda? Muzyka Batesa to właśnie coś takiego – dobra, mocna muzyka filmowa, która grzmiąc w kinie mocnym Dolby wali w głowę niczym młot bojowy i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Moc soundtracku z 300 tkwi w jego rozmaitości, ale i… przewidywalności. Rozmaitości, bo 25 kawałków, które składają się na ścieżkę dźwiękową, to spory wachlarz nastrojów; zaczniemy od snującego się, czającego klimatu grozy (Tree of the Dead, ale także, np., No Sleep Tonight), zanurzymy się w brzmieniach zmysłowych, ekstatycznych (Cursed by Beauty, ale też wyborne Xerxes Tent), przejdziemy przez pompatyczne, wprawiające podłogę w drżenie (a sąsiadów w ciężką kurwicę) mocne, męskie chóry (Come and Get Them), by zakończyć na psychodelicznych, dynamicznych, przepełnionych arabskim zawodzeniem ilustracjach scen walki (To Victory). W każdym z tych wydań „tematycznych” Bates spisuje się świetnie. Jego soundtrack jest zresztą doskonałym miksem stylów. Grając niepokojąco przypomina Świt Żywych Trupów (co nie dziwi; do tego filmu muzykę robił również Bates); chwilę później w uszy uderzają agresywne, gitarowe uderzenia. To naprawdę do 300 pasuje, choć takiej muzyki można by się prędzej spodziewać w Matrixie czy Equilibrium. Kompozytor jednak na tym nie poprzestaje – szybko dorzuca instrumenty orientalne, wprowadza wibrujące, hipnotyczne bębny, przeplata to wszystko arabskimi wokalami. Efekt jest bardzo smakowity.

No dobrze, a przewidywalność? Ano, w przypadku tego soundtracku to też zaleta. Jak wspominałem, jest to muza hollywoodzka w każdym calu; tym samym nie ma w niej wiele zaskakującego, to po prostu świetnie wyważona produkcja masowa, rozrywkowa, jak zresztą cały film. Produkcja jednak wyborna, dzięki swojej przewidywalności dobrze wpadająca w ucho i zadomawiająca się w nim na długi czas. A tego właśnie od muzyki filmowej oczekuję; tego, i żeby słuchało się jej z przyjemnością także poza filmem, na przykład w mp3, podczas wieczornego joggingu czy na sesji. Soundtrack z 300 wpisuje się w to doskonale.

Lista utworów:

  1. To Victory
  2. The Agoge
  3. The Wolf
  4. Returns a King
  5. Submission
  6. The Ephors
  7. Cursed by Beauty
  8. What Must a King Do?
  9. Goodbye My Love
  10. No Sleep Tonight
  11. Tree of the Dead
  12. The Hot Gates
  13. Fight in the Shade
  14. Come and Get Them
  15. No Mercy
  16. Immortals Battle
  17. Fever Dream
  18. Xerxses Tent
  19. Tonight We Dine in Hell
  20. The Council Chamber
  21. Xerxes Final Offer
  22. A God King Bleeds
  23. Glory
  24. Message for a Queen
  25. Remember Us
Tytuł: 300 O.S.T.
Autor: Tyler Bates
Wybrana filmografia: Niesamowita Częstotliwość, Królestwo Niebieskie, Świt Żywych Trupów, Bękarty Diabła, Stay Alive
Rok wydania: 2007
Ocena: 5
Strona www: www.warnerbrosrecords.com/300soundtrack (wraz z krótkimi przykładami)
Kategorie
Filmy

Matrix pod Termopilami

300-1To, co się dzieje na ekranie podczas projekcji 300, to poezja. Jeszcze nigdy w historii przemysłu filmowego walka nie była tak widowiskowa.

Los Leonidasa i garstki jego żołnierzy jest jedną z pierwszych, a zarazem jedną z najbardziej inspirujących lekcji historii, której uczy się w szkole młody człowiek. I choć 300 Zacka Snydera z historią nie ma nic wspólnego, to jednak trzeba mu oddać jedno: przedstawia bohaterskich Spartan takich, jakimi chcielibyśmy ich widzieć. Filmowi brakuje tylko iskry, która spaliłaby nas do końca. Ale po kolei, bo przede wszystkim…

BAZYL: Film niewątpliwie robi wrażenie, ale jest to zasługa bardziej zdjęć i efektów specjalnych niż fabuły czy reżyserii. Jako „superprodukcja” pozostawia pewien niedosyt, ale jako odskocznia od zgiełku rzeczywistości i ekranizacja komiksu – dzieło bardzo dobre. Oglądałem z przyjemnością.

Luinil: Pamiętaj, duże dobre kino, wygodne fotele, dźwięk surround i zapomnisz na chwilę o bożym świecie.

…tak, TO trzeba zobaczyć w kinie! Tylko tam naprawdę można nacieszyć oczy feerią obrazów, którą bombarduje nas 300! Znajomy dziennikarz radiowy powiedział, że 300 ogląda się jak teledysk. Rzeczywiście, to „produkt rozrywkowy” w najdoskonalszym tych słów znaczeniu. Techniki, które zastosował realizator zdjęć żywcem przypominają te z najdroższych wideoklipów. Film porywa dynamiką i powala na kolana jakością zdjęć. Oku kamery nie uchodzi żaden szczegół; wydaje się, że znamy pochodzenie każdej rysy na pancerzach Spartan, że śledzimy każdy cios, każde drgnięcie mięśni. W ferworze walki kamera zdaje się zaglądać walczącym prosto w twarz. Gdy trzeba – jest rozedrgana, dzika, „z ręki”; razem ze Spartanami odpiera napór Persów; chwilę później już płynie majestatycznie, kadrując charyzmatyczną postać Leonidasa (wyborny Gerard Butler) w całym majestacie. Kilkuminutowa sekwencja w zwolnionym tempie, w której ten, niczym wirtuoz, po prostu idzie i finezyjnie wyrzyna w pień perskich wojowników, zwyczajnie zapiera dech. Dominują mrok i sepia, kamera nie szczędzi „ziarna”; walka, ukazana ze smakiem, jest krwawa i prawdziwa.

A to dopiero początek.
399
Luinil: Nowa jakość… nie jest tak przerysowany jak „Sin City”, a jednak wiesz, że to jest komiksowa opowieść, wiec akceptujesz niesamowitości. A film jest niesamowity… mało tego – aktor grający króla Leonidasa to nie kto inny, jak nasz Beowulf. Faramir się tam nawet przewija… Najpiękniejsze sekwencje walki jakie kiedykolwiek widziałam.

EmpE: panom od efektów specjalnych bez większych oporów bym się pokłonił, a gdyby przy wyjściu z kina ktoś wręczył mi soundtrack z filmu na płytce ucieszyłbym się bezsprzecznie.

300 to także potężna muzyka – koniec z poważnymi, filharmonicznymi uderzeniami, 300 atakuje agresywnym industrialem, którego nie powstydziłby się Rammstein. Zresztą muzyka to ogromny atut filmu: zmiksowanie arabskich instrumentów i wokali, szczypta mocnych chórów, odrobina bałkańszczyzny i mocne riffy dają piorunujący efekt (patrz recenzja 300 O.S.T.)! W natłoku sztampowej, niczym nie wyróżniającej się muzyki filmowej miło wreszcie usłyszeć coś mocnego. Nie, żeby ten soundtrack był oryginalny: on jest po prostu diablo dobry.

Falka: Ech, a ja do kina dopiero w poniedziałek idę… W każdym razie już teraz mogę napisać, że film jest ql – koleżanka narzekała na niego i jako wady wymieniła te wszystkie rzeczy, które chcę zobaczyć i przez które tak bardzo chcę go zobaczyć: dużo sieczki, komiksowość, nosorożce i facetów w majtkach.

Kolejnym plusem 300 jest poczucie smaku, z jakim go nakręcono. Po pierwsze – naprawdę czuć, że jest to ekranizacja zeszytów Franka Millera (m.in. Sin City; patrz tekst Legenda w estetyce pop Pity w tym numerze Tawerny). Skadrowanie niektórych scen sprawia, że mamy momentami wrażenie, jakby przed naszymi oczami przesuwały się obrazy z komiksu. Trudno to opisać, ale Snyderowi naprawdę udało się uzyskać estetykę rysunkowych historii. W 300 „komiksowość” filmu jest dla mnie ewidentna i ujmująca, w przeciwieństwie na przykład do Spidermana. Zresztą ukłon w stronę Millera reżyser robi na końcu – gdy wyświetlane są napisy końcowe, jako tło służą właśnie obrazy z jego komiksu.
300-2
Po drugie – 300, jak na hollywoodzką superprodukcję, to film niezwykle piękny. Snyder udowadnia, że czuje zarówno film dynamiczny i brutalny (przed 300 nakręcił przecież udany Świt żywych trupów), jak i wysmakowany, uwodzicielski (vide sceny z ekstatycznym tańcem Wyroczni w świątyni Eforów); brawa należą się ekipie również za kostiumy i wizje postaci. Jakkolwiek bowiem nie czerpali z gotowych wzorców Millera, efekt ekranowy jest piorunujący, a dzwoniący złotem na całym ciele Kserkses – prawdziwie majestatyczny.

EmpE: Gladiator okrojony z fabuły, świetnej gry aktorskiej i motywów wywołujących jakiekolwiek głębsze emocje. Taka opinia jest nieco krzywdząca, ale zapewne po części prawdziwa. Godny polecenia amatorom scen bitewnych i grafikom – dla reszty zamiast wizyty w kinie „spacer przez ulice, aleje, place, wiosenną nocą, która płacze”.

Wadę 300 ma tylko jedną, ale za to poważną – jakkolwiek film jest perełką tak wizualną, jak i dźwiękową, i od tej strony nie można się do niego w ogóle przyczepić, to jednak poza niesamowitym widowiskiem jest… pusty. Warto go obejrzeć, by nacieszyć oczy i uszy pięknie ukazaną rozwałką, jednak nie ma, niestety, co liczyć na głębsze wzruszenia. Szkoda, bo, żeby daleko nie szukać, Gladiator rzeczywiście też był widowiskiem, a, przy okazji, także filmem poruszającym. W 300 tego ładunku emocjonalnego nie ma. Można by rzec, że w kinie otrzymujemy wszystko oprócz prawdziwego, ciężkiego klimatu, na który można było liczyć; oglądamy zapierającą dech w piersiach walkę, ale nie wiążemy się emocjonalnie ze skazanymi na porażkę Spartanami. Jeżeli są chwile, które wywołują poruszenie, to są one krótkie i, w gruncie rzeczy, płytkie. Szkoda.

Zieziór: Strasznie nudne, wyprane z jakiegokolwiek heroizmu, żałosne widowisko. Autorzy skupili się na wyrzynce i zrobili z tego arcyciekawego tematu tandetną opowiastkę o Wielkiej-Ameryce-chwilowo-zwanej-Spartą-ale-i-tak-ucieleśniającej-wszelkie-idee-państwa-cierpiącego-na-przerost-własnej-wartości-tudzież-ambicji.

Tak czy inaczej dzięki filmom takim, jak 300, docenia się potęgę kina. Wielki, panoramiczny ekran nie daje przegapić niczego, ogłuszające Dolby Surround grzmi, a widz może tylko chłonąć wrażenia. I tak powinno być. Ktokolwiek zdecyduje się oglądać 300 w domu, o komputerze nie wspominając, straci lwią część frajdy.

Tytuł: 300
Scenariusz: Michael Gordon, Kurt Johnstad, Zack Snyder
Na podstawie komiksu: Frank Miller, Lynn Varley
Reżyseria: Zack Snyder
Obsada: Gerard Butler, Lena Headey, Dominic West
Rok: 2007
Czas trwania: 117 min.
Ocena: 4
Kategorie
Filmy

Klątwa sequela

klatwa2Zanim obejrzałem The Grudge 2, myślałem, że zacznę jego recenzję od słów Sequel Klątwy…. Po jego obejrzeniu wiem, że tytuł recenzji może być tylko jeden – klątwa sequela.

Kotlet na zimno

Nędza. Inaczej The Grudge 2 opisać się nie da. Niestety, producenci filmu sami padli ofiarą klątwy – klątwy pazerności. Klątwa 2 nie niesie z sobą niczego, dosłownie NICZEGO nowego. Pierwsza część słynnego horroru jeżyła włos na głowie; druga wzbudza zaledwie uśmiech, a i to politowania. Ale jedno jest pewne – napędzana siłą jedynki, Klątwa 2 sprzedała się co najmniej zadowalająco; przecież większość miłośników horroru już od dawna ostrzyła sobie na nią zęby. Zafundowano im tymczasem starego kotleta. I nie pofatygowano się nawet, by go odgrzać.

Straszny scenariusz

Od pierwszych minut czuć, że coś jest nie tak. Mając jednak w pamięci Klątwę, przy odrobinie naiwności można wierzyć w mocne zakończenie filmu. Bądź co bądź historia chorej zazdrości i ogarniętego szałem męża dawała kopa, zaś każdy, komu podobała się część pierwsza, na długo zapamiętał rytmicznie uderzające o ścianę buty wisielca.

W sequelu klimatu jest niestety jak na lekarstwo. Dominuje banał, zaś film kończy się równie nagle i bez sensu, jak się zaczyna. Klątwa 2 nie opowiada żadnej historii. Ot, matka bohaterki pierwszej części filmu wysyła do Japonii jej siostrę, by ta sprowadziła ją do domu. Na tym scenariusz się kończy. Dalej następuje po prostu ciąg scen, które z powodzeniem można by wstawić do jedynki, by ją trochę wydłużyć.

Smutek i nostalgia

Co gorsza, w stosunku do części pierwszej Klątwa 2 jest ogromnym krokiem wstecz. Gdyby błąd twórców polegał tylko na zastosowaniu tych samych chwytów, byłoby jeszcze strawnie. Niestety, film wygląda jak podróbka pierwszej części, nakręcona przez grupkę zapalonych amatorów. Momenty grozy (w cudzysłowie, bo naprawdę trudno się bać) powrzucane są w film na chybił-trafił. Koszmary są zbyt oczywiste, by kogokolwiek przestraszyć; napięcie nawet nie powstaje, bo wszystko już znamy, zaś sama klątwa zdaje się być niegroźna, wyolbrzymiona, a w gruncie rzeczy – płytka.
klatwa2

Kto się nie boi…

Po The Grudge, udanym połączeniu kina grozy Zachodu i Wschodu, można było spodziewać się udanej kontynuacji. Sequel zawiódł jednak oczekiwania i woła o pomstę do nieba.

Pozostaje zatem mieć nadzieję, wielką nadzieję, że Sam Raimi, producent Klątwy 2, na dwójce się zatrzyma. W końcu sequel promowany był hasłem jeżeli się nie boisz, to znaczy, że nie żyjesz.

Zaiste, zaczynam się lękać o swoje życie.

Tytuł: The Grudge 2
Scenariusz: Stephen Susco
Reżyseria: Takashi Shimizu
Obsada: Sarah Michelle Gellar, Amber Tamblyn
Rok: 2006
Produkcja: USA
Czas trwania: 92 min.
Ocena: 1
Kategorie
Literatura

Sługa Boży – recenzja

sluuuga

Fantasy to gatunek cokolwiek złożony. Wie o tym każdy, kto choć raz starał się jako tako go uporządkować. Heroic fantasy, dark fantasy, historie alternatywne, urban fantasy i tak dalej. Potęga. Niejednokrotnie zaliczenie kolejnej powstałej powieści trudno jest zaliczyć konkretnie do jednej kategorii. W pewnym sensie jest tak też ze Sługą Bożym Jacka Piekary.

Kim jest Jacek Piekara – tego raczej tłumaczyć nie muszę. W końcu nie jest to pisarz, który wziął się znikąd. Dlaczego jednak jego Sługa Boży jest trudny do zakwalifikowania w obrębie konkretnego podgatunku? Przede wszystkim jest to, częściowo, historia alternatywna. Na odwrocie książki napisano: „oto świat, w którym Chrystus zszedł z krzyża i objął władzę nad ludzkością”. Taka wizja skłania jednak dodatkowo do określenia tego tytułu mianem dark fantasy. Zdecydowanie zasłużenie.

Jak nietrudno się domyślić, Jezus, który zszedł z krzyża, raczej nie umarł za grzechy ludzkości. Wręcz przeciwnie – z żelaznym mieczem w jednej dłoni i gorącym ogniem w drugiej postanowił wyegzekwować sprawiedliwą karę dla grzeszników. Po nim zaś nastała era Kościoła, era religii, która kontynuowała jego dzieło. Taki też świat, świat brutalny, pełen okrucieństwa i mordu, zarysowuje się w Słudze Bożym. Książkę wydawca określił jako „najbardziej wstrząsającą i bluźnierczą wizję w historii polskiej fantastyki”. Sporo w tym prawdy. Głównym bohaterem kilku bardzo luźno powiązanych ze sobą opowiadań jest fanatyczny inkwizytor, Mordimer Maddardin. Nie byłoby w tym nic szczególnie szokującego, gdyby nie specyficzny rys nadany mu przez Piekarę – rys człowieka pozornie skromnego, do czytelnika mówiącego o sobie „wasz uniżony sługa”, z drugiej zaś strony obsesyjnie wykorzystującego swoją pozycję do wymuszania należytego mu szacunku, do łechtania jego brudnego, rozrośniętego ego; człowieka sprawiającego wrażenie to głęboko przekonanego o słuszności swojego postępowania na drodze wiary, trzymającego się jej z żelazną konsekwencją, to wykorzystującego religię do swoich własnych celów, interpretującego ją w sposób sobie wygodny, pozwalający na osiągnięcie określonych korzyści. Mordimer mówi o sobie, iż nie jest brutalny bez powodu, iż nie znosi okrucieństwa bez potrzeby, zarazem jednak przyznaje, że uwielbia obserwować, jak dzięki starannej grze słów rozbudza jeszcze nadzieję u ludzi skazanych już na śmierć w męczarniach. Towarzyszami zaś tego specyficznego bohatera są trzej nie mniej ciekawi jegomoście, zawodowi mordercy, notoryczni bywalcy okolicznych lochów, z których jeden nosi wdzięczne przezwisko „Kostuch”.

Sługa Boży jest szokujący, przynajmniej dla czytelnika, który dotąd miał do czynienia jedynie z wyidealizowanymi światami fantasy, a za szczyt brutalności uważa Wiedźmina. Czasem można by odnieść wrażenie, że Jacek Piekara naprawdę lubuje się w patologicznej brutalności, w malowniczych opisach śmierci, w rozczłonkowanych, zbezczeszczonych ciałach czy ludzkiej niegodziwości i że jest to jedyna treść książki. Dla mnie jedną z najbardziej porażających sytuacji była ta, w której Mordimer pozwala swojemu wspólnikowi zgwałcić rankiem zadurzoną w nim, śpiącą jeszcze kobietę, po czym odjeżdża jak najszybciej słysząc jeszcze jej wołania o pomoc, mając tylko nadzieję, że towarzysz nie zrobi jej krzywdy. „Mówiłem, żeby za mną nie jechała, że nam nie wyjdzie. Nie usłuchała” – tłumaczy się później przed sobą w myślach.

Wbrew jednak pozorom, Sługa Boży nie jest bezmyślną kupką kartek, na których zapisano historię przeżartego zgnilizną świata, przemierzanego przez nie mniej chorego inkwizytora i jego kompanów. Ta brutalność ma swój cel. Sugestywne opisy i skrajne sytuacje pozwalają lepiej wczuć się w charakter wyszkolonego, zimnego drania, jakim bez wątpienia jest Mordimer; pomagają dostrzec jego wyrachowanie i obojętność, ukazują naturę człowieka opętanego przez zło nie mniejsze niż to, do którego zwalczania został powołany. Poza tym okrucieństwo przedstawionego w Słudze… świata nie jest zupełnie fikcyjne; nam, współczesnym może się tak wydawać, ale wystarczy przypomnieć sobie mroczne, krwawe czasy średniowiecza i wszechobecny strach przed hiszpańską inkwizycją…

Czy treść Sługi Bożego przypadnie komuś do gustu czy nie to już sprawa indywidualna, ale o książce trzeba powiedzieć jedno – jest doskonale napisana. Jacek Piekara pisze bardzo lekko i swobodnie, czasy w zasadzie „historyczne” opisane są współczesnym, często potocznym językiem, który doskonale trafia do czytelnika. Książka nie jest pozbawiona specyficznego, często czarnego humoru, który dodaje ogólnemu klimatowi charakteru jakby groteskowego; w odpowiednich sytuacjach autor potrafi również być do bólu poważny i realistyczny. Słowem – stylowi Piekary trudno cokolwiek zarzucić.

Sługa Boży to książka świetna. Jeśli Radio Maryja szukało dowodu, że fantasy to czysty satanizm, gloryfikacja pogaństwa i brutalności, to wreszcie ją znalazło. Z czystym sumieniem polecam ks. Rydzykowi powyższą pozycję. Mam jednak nadzieję, że umysły większości czytelników nie będą tak ograniczone i że zamiast doszukiwać się Jacku Piekarze przypadku patologii oraz piewcy agresji, odkryją oni w książce to trudne do uchwycenia COŚ, co wyniesie ją ponad prostacką brutalność i sadyzm.

Nie tylko zamiłowanie autora do obfitych biustów.

Tytuł: Sługa Boży
Autor: Jacek Piekara
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2003
Stron: 280
Ocena: 4
Kategorie
Działka Mistrza Gry RPG Scenariusze

Rezydencja barona von Bauera

II Wojna Światowa. Europa została podbita przez Hitlera. W obozach zagłady masowo pozbawia się życia Żydów. Czarne dymy biją w niebo, fabryki do zabijania ludzi pracują pełną parą. W okresie największych dostaw więźniów w obozie w Oświęcimiu w piecach krematoryjnych spalanych jest około 20 tys. ludzi dziennie.

W tym czasie działa baron Rudolf von Bauer (1893-?), doktor „nowej medycyny”. Szlachetnie urodzony, wykształcony i inteligentny, o wyglądzie wzorowego aryjczyka, jest czołową postacią nazistowskiej propagandy. Autentycznie przekonany o słuszności hitlerowskich idei, walnie przyczynia się do ustanawiania „nowej medycyny” w Niemczech, jest też jednym z pierwszych lekarzy dokonujących eutanazji. W latach 1937-1944 współpracuje z nazistami nad ściśle tajnymi projektami medycznymi. Za zgodą Heinricha Himmlera, od czerwca 1940 r., ma nieograniczony dostęp do „żydowskiego materiału doświadczalnego”. Od roku 1941 do jego posiadłości w Bawarii regularnie, co miesiąc, trafia transport więźniów liczący 100 osób. Po styczniu 1943 liczba przywożonych więźniów zostaje podwojona. We wrześniu 1944 o działalności doktora von Bauera prawdopodobnie dowiadują się alianci. W październiku tego samego roku Rudolf von Bauer przenosi się ze swoimi doświadczeniami w bezpieczniejsze miejsce. Tym samym ślad po nim ginie. Już po zajęciu Berlina, w kancelarii Rzeszy, zostaje znaleziony niejasny zapisek na kartce zawierający kilka zagadkowych liczb i obliczeń. Niżej widnieje nazwisko „Bauer”, jednak dokonane przez Amerykanów analizy pisma (na podstawie mało istotnych dokumentów znalezionych w rezydencji doktora) przeczą tezie, jakoby był to podpis barona. Doktora Rudolfa von Bauera nigdy nie ujęto. Jedno ze źródeł mówi, iż znający dobrze angielski baron próbował, po zdobyciu fałszywych dokumentów, pewnych ingerencjach w swój wygląd i pod zmienionym nazwiskiem, uciec do Wielkiej Brytanii. Wszelkie poszukiwania nie dały jednak najmniejszego rezultatu.

Rezydencja rodowa von Bauerów to duży pałac ulokowany gdzieś w lasach Bawarii. Okoliczni mieszkańcy mówią o nim raczej niechętnie, a tylko nieliczni są w stanie podać jego choćby przybliżone położenie. W rzeczywistości łatwiej do niego dotrzeć, niż się to na początku wydaje. Nie ma go wprawdzie na prostych mapach okolicy z zaznaczonymi atrakcjami turystycznymi, ale wystarczy wyjechać z najbliższego miasteczka, jechać piętnaście kilometrów asfaltową drogą, po czym skręcić w leśną drogę i według mapy kierować się na przerzedzenia lasu w kierunku wzgórz, by na niego trafić. Wznoszony w latach 1772-1780 jako letni pałac wypoczynkowy, robi wielkie wrażenie. Postawiony na potężnym wzgórzu, z jasnego (dziś już dość szarego) kamienia, jest jedną z nielicznych tego typu budowli na świecie. Wykwintną, lekką w swoim stylu zabudowę pałacową otaczają cztery smukłe, strzeliste wieże. W latach 40-tych XX wieku za pałacem, na zboczu, umiejscowione były zabudowania gospodarcze i przemysłowe, w tym także piec krematoryjny, jednakże po wojnie zostały one zburzone. W ich miejscu widać tylko zarośnięte cegły fundamentów. Całość otoczona była ogrodem, sadami i alejami spacerowymi, z których dzisiaj zostały tylko zapuszczone chaszcze i gęstwiny. Teren spinał dookoła wysoki, bujny i zwarty żywopłot, który, w znacznie bardziej rozrośniętej postaci, spełnia swoją funkcję do dziś.

Na teren posiadłości są trzy wejścia – jedno główne, czyli potężna, żelazna brama, spięta łańcuchami i zamknięta na kłódkę oraz dwa poboczne, z czego jedno jest niezabezpieczone. Po ’45 roku zamek stał się obiektem zainteresowania historyków, badaczy i poszukiwaczy skarbów, jednakże ani w nim samym, ani w okolicy nie znaleziono niczego ciekawego, prócz zbiorowej mogiły ze szczątkami pomordowanych Żydów z początku okresu działalności doktora. Nieliczne źródła z tamtych lat podają, że żadna ekipa nie pozostała na terenie posiadłości dłużej, niż to było konieczne ze względu na „niezdrową i zbrodniczą atmosferę tego miejsca”. Później prawa do zamku próbował dowodzić daleki krewny hrabiego von Bauera, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Do końca lat 60-tych zamkiem nie interesował się nikt. Dopiero w 1968 roku ponownie zajęli się nim francuscy badacze. To oni też pierwsi użyli wobec posiadłości von Bauera terminu „nawiedzony” (magazyn Paris Match, kwiecień 1969). Od tamtego czasu w rejony zamku zapuszczało się wiele ekip. Każda wracała z pustymi rękoma, ale też wszyscy zgodnie uważali, pałac przesiąknięty jest niepokojącą aurą. W 1985 w Bawarii zaginęło małżeństwo poszukiwaczy skarbów z NRD. Prasa bulwarowa donosiła, że Anke i Boris Schillerowie ponieśli śmierć w „nawiedzonym domu nazistowskiego doktora-potwora” (magazyn Der Spiegel, styczeń 1986), jednakże policja zachodnioniemiecka prowadząca w tej sprawie śledztwo nigdy nie trafiła na ślad potwierdzający, iż tam właśnie trafili.

Tyle historii, czas na eRPeGowe mięcho. Od razu zaznaczam – rezydencji von Bauera nie można uratować, nie można sprawić, by duchy pomordowanych w okrutnych męczarniach w czasie wojny Żydów opuściły to miejsce. Żaden egzorcysta, żaden okultysta nie da rady takiej potędze żalu, gniewu, nienawiści i żądzy zemsty, która zalęgła się na terenie posiadłości. Jest to po prostu niemożliwe. Oczywiście ludzie nie do końca wierzą w to, że zamek istotnie jest nawiedzony, a co dopiero w to, że to miejsce jest aż tak przesiąknięte złowrogimi siłami. Dlatego odprawienie egzorcyzmów czy uwolnienie posiadłości von Bauera od duchów nie będzie celem drużyny. Proponuję, by drużyna BG, która trafi do pałacu, miała raczej bardziej „racjonalne” zadanie. Niech niemiecki milioner, zainteresowany nabyciem zamku i przekształceniem go w hotel, zleci BG zadanie sprawdzenia, czy pałac von Bauera istotnie jest nawiedzony. Mogą też, jako ochotnicy dla stacji telewizyjnej, podjąć się tego samego zadania. Z odpowiednim prowiantem, a także odzieżą na przebranie, mają oni spędzić w pałacu trzy noce. Mają do dyspozycji sprzęt telewizyjny – kamery (trzy, z czego dwie z noktowizorem, wszystkie analogowe; do każdej po dwie zapasowe baterie pozwalające na 14 godzin nieprzerwanej pracy i trzy kasety 60 min.) oraz dyktafony (dwa, jeden cyfrowy o pamięci do 240 minut i jeden kasetowy plus trzy kasety po 60 minut). Mają rejestrować wszystko, co tylko będzie odbiegało od normy. Tobie pozostawiam, potencjalny Mistrzu, decyzję, czy kamery coś zarejestrują (jeśli tak, to najlepiej nie za dużo, ale żeby dawało do myślenia i tworzyło atmosferę grozy). Dyktafony coś zarejestrować powinny.

Owe trzy dni i trzy noce powinny obfitować w atrakcje. Moim zamierzeniem jest, by BG nie mogli się z terenu pałacu ewakuować aż do owego czwartego dnia rano. Dlaczego akurat wtedy im się uda – nie wiem, może tego dnia będzie się rozpoczynało jakieś żydowskie święto, w które duchy sobie odpuszczą? Tak czy owak jednak nie może być łatwo. Gracze muszą czuć, że to nie przelewki i ich bohaterom grozi śmierć. Niech ich pomysły skoncentrują się na wydostaniu z tego przeklętego miejsca i tylko na tym. Stopniuj jednak zagrożenie i napięcie. Na miejsce przyjeżdżają pierwszego dnia rano. Poznają teren, rozglądają się. Posiadłość jest ponura i przytłaczająca, ale nie wydaje się groźna. Wieczorem mogą jeszcze pojechać do najbliższego miasta trochę poszaleć (ale muszą wrócić na noc do pałacu). Niech mają wrażenie, że w każdej chwili mogą opuścić to miejsce.

Pierwsza noc będzie w miarę spokojna. Nie powinno dziać się nic groźnego, choć powinni słyszeć niepokojące odgłosy, zwłaszcza z wyższych pięter i z podziemi. Dobrze by było, gdyby w sali, w której będzie spał co najmniej jeden z BG, z sufitu coś spadło, najlepiej dużego i ciężkiego (ale nie na niego!). Zainscenizuj to tak, żeby BG po prostu przesunął się z miejsca, gdzie początkowo leżał (a to pójdzie coś sprawdzić, a to włączy/wyłączy kamerę, pójdzie do kumpli grających w karty, będzie mu przeszkadzał przeciąg w tym miejscu). W momencie, gdy się przesunie coś runie na niego. Może to być stary i zniszczony żyrandol (po prawdzie mało to realne, by się ostał…), może sypnie się fragment sufitu. Wymyśl coś.

W każdym razie nie sądzę, żeby BG spodziewali się tej nocy jakiegoś szczególnego zagrożenia. Wątpliwe zatem, by chcieli uciekać. Jeśli któryś z nich będzie wyglądał przez okno, niech ma wrażenie, że w nocy cały ten zapuszczony ogród i żywopłot zdają się poruszać i podchodzić z lekka pod pałac (brr… pamiętacie Lśnienie?). Rankiem niech się to potwierdzi – drzewka i krzewy zdają się być bliżej, ale nie na tyle blisko, by było to wyraźne – sugeruj równie dobrze, że to może być ich wyobraźnia. Dopiero jeśli będą chcieli się roślinkom przyjrzeć odkryją ewentualnie nieduże dołki i zrytą tu i ówdzie ziemię świadczącą o tym, że rośliny się przemieszczały. Także i tego dnia pałac powinien ich wypuścić. Jeśli chcą, niech jadą do miasta albo w góry, powymyślaj im jakieś drobne zadania, by się nie nudzili.

Z rzeczy, które powinny budować nastrój, wykorzystaj wszystko, co tylko możliwe. Zachęcaj ich do tego, by szukali, drążyli. Jeśli zejdą do podziemi znajdą się w obszernych komnatach, gdzie von Bauer prowadził doświadczenia i wyrafinowane tortury. Oczywiście w zasadzie tam nic nie ma – wszystkie sprzęty wyniesiono stąd tuż po wojnie. Niech napotkają się jedynie na drobiazgi. Np. gdzieś w kącie któryś z nich może wypatrzyć kawałek drewna, na którym prawdopodobnie ktoś zaciskał z bólu zęby. W sąsiednim pomieszczeniu znajdą ogromną, żelazną wannę służącą do wygotowywania ludzkich ciał, której nie wyniesiono ze względu na jej rozmiary (zespawano ją w całość już w środku). BG mogą mieć różne chore wizje, np. ten, który zajrzy do wanny zobaczy, że jest w niej pełno wody, a w niej zanurzone jest jakieś ciało – oczywiście, tylko przez mgnienie oka. Upewnij BG, że wanna jest pusta i suchusieńka – to się później przyda. W podziemiach nie znajdą w zasadzie nic, ale spraw, by się, za przeproszeniem, zesrali. Najpierw szczegółowo opowiadaj im, co mogło się dziać w tym miejscu, zwróć ich uwagę na ciemne plamy na podłodze i ścianach, zaprowadź ich do cel, w których ludzie czekali na śmierć. Opowiedz o śladach pozostawionych na cegłach, o wyrytych, nieczytelnych napisach. Potem, gdy już będą zbierali się do wyjścia… zgaś im światło. Niech nagle wysiądzie latarka/latarki. O ile Gracze lubią się wczuwać i współtworzyć klimat z Tobą – efekt murowany. Na sesji postaraj się o dodatkowe efekty, np. też możesz nagle zgasić światło (ja mam lampę koło kanapy z wyłącznikiem pod stopą), zamiast standardowej muzyczki pobrzmiewającej cicho w głośniczkach puść jeszcze ciszej, na granicy słuchu, jakieś niepokojące trzaski, pomruki, zawodzenia (jeśli chodzi o jęki to niezrównane są zombie z pierwszego Quake’a). Będą próbowali się wydostać i bez światła, ale znajdują się przecież w podziemiach, których w ogóle nie znają. Jeśli dotrą do drzwi od pierwszego pomieszczenia (za nimi jest już tylko korytarz i schody do góry), one okażą się być zamknięte. Wewnątrz zrobi się przejmująco zimno. Wtedy niech do ich uszu dotrze odgłos plusku wody z żeliwnej wanny… (jeśli sesję prowadzisz w nocy, wyłączyłeś światło i Gracze nic nie widzą, to miej przygotowaną szklankę z chłodną wodą, zanurz w niej palce i ochlap któregoś – efekt będzie niezły) Oczywiście w pewnym momencie drzwi po prostu da się otworzyć, latarki ni stąd, ni zowąd zaczną świecić… i wszystko wróci do normy, a dźwięki ucichną.

Druga noc powinna być w ogóle znacznie bardziej obfitująca w atrakcje. Jeśli Gracze należą to tych ciekawskich, skrupulatnie opisuj ich zmiany w wyglądzie domu. Niech wewnątrz, wraz z zapadaniem ciemności, zdaje się pojawiać tętniący życiem mrok. Niech cienie przesuwają się, w ciemnych kątach niechaj pojawią się blade światełka, coś jakby oczy. O ile BG wcześniej przyglądali się wielu rozmaitym figurkom we wnętrzu, poinformuj ich, że wydaje im się, jakby zmieniły wyrazy twarzy. Cherubiny zdają się smucić i płakać (jeden z nielicznych dobrych pomysłów w ogólnie kompletnie dennym Nawiedzonym z 1997 r., z Liamem Neesonem i Katherine Zeta Jones), maleńkie wilki z gzymsów obnażyły kły. Jeśli (jeszcze za dnia) zajdą do pałacowej kapliczki, to zobaczą, że jeden z witraży z wizerunkiem Maryi Panny, także się zmienił (Maryja płacze krwawymi łzami). W nocy witraż ten ulegnie zniszczeniu – po prostu rozpadnie się w drobny mak bez najmniejszego powodu. Złamią się również wszelkie krzyże w pałacu (kto oglądał może Lost Souls ten na pewno zapamiętał klimatyczną scenę, w której mężczyzna opętany przez szatana prosi o pomoc w kościele i na jego oczach z krzyża spada figurka Jezusa, której puściły mocowania rąk i wisi tylko na stopach). Oczywiście, zakładając, że BG to prawdziwi twardziele, a Gracze są przekonani, że nic się ich postaciom specjalnie stać nie może, także i tej nocy pewnie nie będą uciekać. Powoli wypadałoby ich jednak do tego skłaniać. Sprowokuj ich do tego, by częściej patrzyli na to, co się dookoła dzieje, oczami kamer – przez te, na których jest noktowizor, widać niewyraźne, humanoidalne kształty. Tylko pamiętaj, że noktowizor konkretnie ssie baterię, a jeśli dodatkowo Gracze będą woleli obserwować wszystko przez ekran LCD, a nie przez okular, to baterii starczy naprawdę na niewiele czasu (góra cztery godziny).

Coraz częściej musi pojawiać się jakieś zagrożenie dla ich życia. Na przykład w jednej z głównych komnat niech zaczną trzaskać okiennice. Spadające szkło może poważnie zranić, a jeśli dodatkowo ktoś przewróci się na nie, pokruszone na podłodze… Albo może gdzieś komuś pod stopami zarwie się podłoga? Przykładowo w komnacie na jednej z wyższych kondygnacji, ponieważ konstrukcja została naruszona aliancką bombą? Przede wszystkim jednak spraw, by bali się tego, co może nastąpić, a nie tego, co się dzieje. Nie przesadzaj z efektami specjalnymi – tu nie chodzi o to, by gargoyle znad głównych wrót do pałacu ożyły i ganiały ich po całym zamku. Jeśli jednak BG będą uciekali i wyjdą z pałacu, powiedz im, że nad sobą usłyszeli właśnie skrzeczenie, a gdy spoglądają w górę widzą, że kamienne, potężne gargoyle jakby się poruszają… Być może nawet tylko ta wzmianka skłoni ich, by wrócić do środka i zatrzasnąć wrota. Jeśli zaś pobiegną dalej to gargoyle niech pozostaną na swoim miejscu – to była po prostu gra cieni, zaś dźwięk… cóż, szelest i skrzypienie drzew, wyjący wiatr…

Jeśli jednak będą próbowali uciec w nocy z terenu zamku nie pozwól im. Główna brama będzie zamknięta, zaś furtek na pewno nie znajdą w gęstym, „mobilnym” żywopłocie. Zresztą zanim w ogóle dotrą do zewnętrznego płotu czeka ich wędrówka przez ogrody i sady, które otoczyły pałac i nie zamierzają puścić ich wolno. Rośliny będą czepiały się, unieruchamiały, jakby próbując ich zatrzymać i wchłonąć. Drzewa podejdą bliżej, próbując ich zmiażdżyć, krzewy owiją ich pnączami. Cały ten uroczy park będzie stanowił nie lada labirynt, który w większości przypadków będzie wyprowadzał wciąż i wciąż w kierunku pałacu. Możesz jednak pokusić się o rozdzielenie BG. Gracze, pozbawieni możliwości współdziałania, poczują się bardziej zagrożeni (choć prowadzenie minimum dwóch równoległych wątków to sprawa dość wymagająca dla MG). Jeśli ktoś spróbuje wspiąć się po żywopłocie by go przeskoczyć ten będzie rósł i rósł w górę… Zresztą żywopłot jest największym realnym przeciwnikiem BG – oplecie główną bramę, broniąc wyjścia, jak tylko może. Twojej decyzji pozostawiam to, czy tak zażarcie nie pozwalać bohaterom na opuszczenie pałacu już drugiej nocy, czy też wolisz rozegrać to delikatniej i pozwolisz im uciec, by następnie, grając na ich wyobraźni, przekonać ich, że nic takiego się nie działo i to wszystko to tylko wymysły. Pamiętaj, że jeśli zatrzymasz ich siłą w pałacu, wówczas musisz powymyślać więcej atrakcji. No i musisz się liczyć z tym, że rano, kiedy rezydencja, żywopłot i w ogóle wszystko są spokojniejsze, po prostu wyjadą, pozbawiając Cię satysfakcji poprowadzenia trzeciej, ostatniej nocy. Jeśli więc pozwolisz im uciec, to nakłoń ich, żeby wrócili (choć znając eRPeGowców z krwi i kości i tak wrócą…).

W gruncie rzeczy wszystko zależy od ciebie, Mistrzu. Jeśli chcesz swoim Graczom zafundować prawdziwy survival horror, możesz wcale nie wzbraniać się przed zabijaniem ich. Jeśli trzeciej nocy (drugiej to by była przesada) ktoś będzie próbował sforsować żywopłot niech przebije go on swoim pnączem, na tyle jednak delikatnie, by mógł się wycofać. Jeśli będzie dalej próbował uciec – cóż, już widzę szamoczącego się, drącego się z bólu młodego faceta, przebijanego przez mnogie pnącza… a potem inspektorów policji, z niedowierzaniem przyglądających się zmasakrowanemu ciału, które zdaje się wrastać w żywopłot, stanowić z nim jedność…

Zresztą trzeciej nocy możesz być znacznie bardziej brutalny. Jeśli BG będą uciekać i podbiegną do drzwi – uderz ich tymi drzwiami. Niech potykają się o nierówności w podłodze, niech nękani niewidzialnymi siłami spadają ze schodów. Jeśli ci to pasuje, główne wejście do pałacu zaopatrz w ciężką kratę. Po prawdzie w zamku budowanym w XVIII wieku nie miała ona już praktycznego znaczenia, ale pełniła uroczą funkcję dekoracyjną. Kiedy BG będą wybiegali… a nuż łańcuchy puszczą?

Operuj pierwotnymi lękami, dbaj o drobne detale powodujące lęk. Patrząc z wysoka z okna (albo ze szczytu wieży) niech któryś BG ma wrażenie, że ziemia dookoła pałacu i rośliny z ogrodu tworzą coś na kształt wykrzywionej w grymasie bólu twarzy. W jednej z komnat na piętrze znajdą kawał ciężkiego łańcucha. Już drugiej nocy będą słyszeli jego dzwonienie. Trzeciej nocy łańcuch niespodziewanie stoczy się po schodach, zupełnie, jakby go rzucił ktoś z góry. To niby nic, ale Gracze nigdy nie będą pewni, czy z góry/z dołu/z kąta zaraz ktoś/coś nie wyjdzie. Teoretycznie, poza żywopłotem, nie mają przeciw sobie żadnego materialnego przeciwnika; w praktyce powinieneś dać im do zrozumienia, że groźne jest dla nich wszystko… i nic. W wielkiej jadalni warto pokusić się o jakieś motywy z ogromnym kominkiem. Na przykład BG będą próbowali uciec… a tu, przez noktowizor w kamerze zobaczą, że drogę do głównego wyjścia zagradzają im hordy duchów. Może się tego przelękną, może nie, Ty znasz swoich Graczy najlepiej. Jeśli to dla nich za słabe – spoko, będą biec do głównego wyjścia… ale go nie znajdą. Po prostu – ściana będzie gładka, będzie na niej wisiał jakiś zniszczony gobelin, którego cudem nie skradziono, albo jakiś stary, ponury obraz przedstawiający von Bauera. Drzwi po prostu nie będzie. Droga ucieczki będzie wtedy ograniczona – albo oknami, albo kominem, w którym zamocowane są nawet stópki dla kominiarza. Jeśli ten sposób opuszczenia pałacu wyda im się prosty – no cóż, jakież będzie ich zdziwienie, gdy na dole, w kominku, pojawi się ogień. Choć bez rozpałki, bez „pokarmu”, będzie jak najbardziej realny, będzie pełznął po ścianach komina nieubłaganie…

Nie jestem w stanie opisać wszystkiego, bowiem w przypadku takiego survivalu jest to niemożliwe. Gracze reagują bardzo spontanicznie i takich samych rozwiązań oraz reakcji w przypadku swobodnej sesji horroru wymaga się od MG. Ja tylko sugeruję, byś, Mistrzu, współgrał z fantazją swoich Graczy – daj im tylko coś, czego mogą się bać, oni dopowiedzą sobie resztę. Nie musisz ich ciągle ranić, łamać im rąk i nóg (no, chyba, że naprawdę chcesz…) – po prostu ich postrasz. W momencie, kiedy BG, a tym samym Gracze, uświadomią sobie, że z pałacu nie można uciec, a jedyne, co im pozostaje to po prostu próbować przeżyć, choć wszystko dookoła jest coraz bardziej nieprzyjazne, sami zaczną się bać. Przyzwyczajeni do jasno wytyczonych questów i do tego, że wiedzą, co mają robić oraz do tego, że wszystko mają pod kontrolą, będą zdezorientowani i przerażeni. Mogą jedynie liczyć na to, że trzeciego dnia rankiem pałac okaże się dla nich łaskawy…

Opisując rezydencję von Bauera chciałem podzielić się z Czytelnikami DMG ogólnym pomysłem, przedstawić jego zarys i kilka koncepcji. Dopieszczenie go należy już do ciebie, potencjalny MG. Rzecz jasna, historia rezydencji von Bauera oraz postać samego doktora to całkowita fikcja, zaś wszelkie podobieństwo do realnych miejsc oraz postaci a także faktycznie zaistniałych zdarzeń jest absolutnie przypadkowe i niezamierzone.