Powtórne narodziny

– Mamo, mamo! – płowowłosy chłopiec nie krył swojego entuzjazmu.

– Mamo, ja już umiem pływać!

Jego radość została skwitowana głośnym śmiechem. Dorosłe towarzystwo na brzegu nawet nie zwróciło uwagi na wołanie dziecka – wszyscy byli już zdrowo podpici, o czym mogły zaświadczyć leżące wokół nich butelki po alkoholu.

Dziecko nie było namolne. Poczuło się niedocenione i niekochane, jako że rodzice większe zainteresowanie przekładali na wódkę, niż na swego syna. Trwało to od kiedy chłopiec pamiętał, mimo że mieszkali w domu, który nie mógł zostać nazwany „pijacką speluną”. Ojciec miał dobrze płatną posadę w miejskim urzędzie, więc w domu niczego nie brakowało…

Malec przebierając szybko rękami i nogami wypłynął na głębszą i bardziej oddaloną od brzegu wodę, gdzie nie sięgał już palcami dna. Delektował się swoim szczęściem w samotności…

Władze miejskie zadecydowały, że kąpielisko może być czynne przez noc, ale kąpiący się pływali tam na własną odpowiedzialność. Sam basen graniczył ze stadionem piłkarskim i bieżnią, przez co razem tworzyły miejski kompleks sportowo – rekreacyjny. Oddalony od miasta o dwa kilometry i okrążony wokół mieszanym lasem, był nieczęsto odwiedzany wieczorami przez policję, dlatego ludzie pozwalali sobie na alkohol. Nie, w mieścinie nie dominowały patologiczne rodziny, mieszkańcy byli spokojni i pokojowo nastawieni do świata i do siebie, więc nie przesadzali z jego ilością. Nie było wśród nich nic ciekawego…

Dziecko, już zmęczone, podpłynęło do brzegu. Jego oczy z uwagą rejestrowały dziwne zachowanie pijanych rodziców i wujka, ale wszystkie wrażenia po tym widoku, zagłębiały się gdzieś w podświadomości i nie burzyły mocno chłopca. Nie potrafił określić stanu, w jakim znajdowali się bliscy, ale wewnątrz czuł, że mimo iż są teraz tak szczęśliwi, robią coś złego. Zaświtała mu w głowie myśl, że to dziwne, że ludzie odnajdują szczęście w czymś złym, ale myśl ta zaraz się ulotniła.

Słońce zaszło już dobre dwie godziny temu i gdyby nie mała lampka przy ławce, nic nie byłoby już widać. Las, ciągnący się wokół kąpieliska, sprawiał upiorne wrażenie i rzędy karykaturalnie poskręcanych drzew tylko je pogłębiały. Woda w basenie przypominała dziwną, czarną materię, utrzymującą tylko pozory martwości, a tak naprawdę żyjącą własnym rytmem, tuż pod powierzchnią.

Śmiech dorosłych rozległ się kolejny raz. Chłopak powziął decyzję, że przepłynie basen na szerokość i wyjdzie już z wody. Szło mu ciężko, woda wydawała się tężeć, a i zrobiła się zimna. Szczególnie pod powierzchnią, utrzymywały się mroźne prądy. Kiedy był już w połowie szerokości, pochłonięty przez cel przed nim, z brzegu obok rozległy się oklaski. Serce podskoczyło z radości w piersi chłopaka, bo myślał, że jego wytężony wysiłek został w końcu dostrzeżony i nagrodzony. Obejrzał się w stronę brzegu, skąd dochodziły dźwięki i mina mu zrzedła. Jednak nie. Te brawa nie były dla niego. To jego rodzice klaskali wujowi, stojącemu na brzegu i przygotowującemu się do skoku, prostopadle do punktu, w którym pływało dziecko. Przerażenie ścisnęło gardło chłopca, nie mógł zmusić się do odpłynięcia i z niemym strachem patrzył jak wuj gimnastykuje ręce. Wiedział, czuł to, że jeśli pozwoli mu skoczyć, skończy się to tragicznie, więc w momencie sprężania się bliskiego do skoku, wrzasnął:

– NIE!

Dorosły, ignorując krzyk, wybił się i skoczył pod bardzo wysokim kątem do wody, tuż przed malca…

A mały pływak sekundę później usłyszał głuche uderzenie i trzask – coś musiało pęknąć. Dźwięk ten przeszedł całe jego ciało, sprawiając, że zimno ogarnęło wszystkie członki. „Stało się coś złego!” – pomyślał przerażony i zaczął w panice machać nieskładnie rękami i nogami, by jak najszybciej stąd odpłynąć. Nierytmiczne uderzenia sprawiały, że chłopak nie oddalał się od miejsca, które go tak przeraziło, ale wciągała go topiel. Kiedy całego już ogarnęła zimna i ciemna woda, otworzył oczy i wpadł w istny szał, starając się stamtąd uciec.

Nagle poczuł zimny i mocny dotyk. Coś złapało go za kostkę i nie puszczało, ale ściągało w dół. Krzyknął z przerażenia, wypuszczając przy tym całe powietrze z płuc. Zakrztusił się wodą, a to zmusiło go do jeszcze gwałtowniejszych ruchów. Skądś docierały do niego dźwięki – dziki śmiech zwielokrotniony przez wodę. Śmiech jego rodziców. „Czemu oni się śmieją, kiedy dzieje się coś złego?!” – trafiła go myśl. Ale zagłuszyły ją dziwne dźwięki, jakich jeszcze nie słyszał, wyglądało na to, że są to jakieś słowa, mówione bardzo niskim tonem. Trafiały wprost do niego i bardziej przerażały, niż samo wciąganie w dół.

W końcu poddał się, czując już że to koniec i posłał ostatnie tęskne spojrzenie w niebo. Ujrzał księżyc, wyłaniający się zza chmur i linię lasu, która wyglądała jak armia potworów zastygłych w krzyku, a może i śmiechu z sytuacji chłopca.

Coś chwyciło go za drugą kostkę… Niebo było coraz dalej… Kiedy zniknęło zupełnie pośród odmętów wody, obrócił głowę, która już bardzo mu ciążyła. Jak przez mgłę zobaczył swego wuja, unoszącego się w wodzie, z rozpuszczonymi włosami i głową wykręconą pod dziwnym kątem, szczerzącą zęby w grymasie, przypominającym uśmiech. W jego martwych, szklanych oczach, odbijało się dno, a na nim było…

Chłopak zamknął oczy, nie chciał na to patrzeć. Jeszcze ostatnia iskra życia próbowała wstrząsnąć jego ciałem, by wyrwać się z tego, co go przytrzymywało, ale rozległa się kolejna fala śmiechu, zniekształconego i zwielokrotnionego echem, który odebrał chłopcu całą nadzieję.

Kiedy był już przy dnie, poczuł jak ogarnia go ciepło i powoli uchylił powieki. Na widok tego, co było obok niego, z jego ust wydarł się ostatni krzyk, po którym woda całkowicie zalała mu płuca…


Odbicie w lustrze przedstawiało chłopaka o głębokich, niebieskich oczach i blond włosach, równo przystrzyżonych na wysokości szyi. Spojrzał na swoją twarz – bardzo wyrazistą, po czym sięgnął po szczoteczkę i pastę. Powolnymi, okrężnymi ruchami szorował zęby. Starał się wyrzucić z pamięci resztki wspomnień o nocnym koszmarze, ale jego wzrok mimowolnie kierował się w dół – w stronę pięt. Okrągłe, dziwne blizny, na pochodzenie których nikt, nawet lekarze, nie był w stanie znaleźć odpowiedzi, były świadectwem wydarzeń sprzed trzynastu lat i conocnych koszmarów. Chłopak miał świadomość w jaki sposób powstały, że to było „coś”, ale kiedy starał się wygrzebać z pamięci obraz tego „czegoś” występował na niego zimny pot, a pamięć zawodziła na całej linii…

Pół godziny później, chłopak był już w drodze na przystanek. Miał na siebie narzuconą lekką kurtkę przeciwdeszczową i założony kaptur. Szczelnie otulony skrywał się przed zimnym, jesiennym wiatrem. Pomyślał o tym dniu – ostatnim z dni października, który był dla niego tak wielki. Dzisiaj kończył swoje osiemnaste urodziny. Nie, nie czuł radości, bo od życia co rusz dostawał porządnego kopa, ale miał cichą nadzieję, że te urodziny będą przełomem w jego egzystencji i zamkną nieprzyjemny rozdział nocnych koszmarów i dzieciństwa pełnego smutku i strachu. Rodzice, po wypadku na basenie, pogrążyli się w oczach mieszkańców miasteczka, z matką zerwała kontakt cała rodzina. Żyli ubogo, bo ojca natychmiast zwolniono z urzędu, ale na szczęście mieszkający w okolicy stolarz potrzebował niewykwalifikowanego pomocnika. Matka spędzała większość czasu w domu.

Godzina była późna, więc chłopak nie chcąc się spóźnić, musiał przejść na skróty, przez las niedaleko kąpieliska. Wiele psychicznego wysiłku kosztowała go ta droga. Mrużąc oczy i wpatrując się w liście na ścieżce, wciąż sobie powtarzał, że nic tutaj nie ma. Natłok zasłyszanych w mieście plotek i opowieści nie ułatwiał mu drogi – według niektórych historii miejsce to było przeklęte, ponieważ basen, trochę czasu po utonięciu wuja chłopca pochłonął kolejne ofiary, co zadecydowało o jego zamknięciu. Ludzie zaczęli identyfikować kąpielisko i tereny wokół niego z niewyjaśnioną grozą i tajemnicą. Nikt nie przebywał w tym miejscu późnym wieczorem, a na basen nie wchodzono o żadnej porze. Stary zbiornik zarosły trzciny i unosił się na nim kożuch w postaci rzęsy wodnej – a teraz, jesienią, pływał na nim dodatkowo dywan z kolorowych liści. Wody było niewiele – około metra, ale i tak nikomu przez myśl by nie przeszło, by się w niej zanurzać.

Droga na przystanek minęła bez nieprzewidzianych, czy strasznych okoliczności i chwilę po przyjściu chłopca, podjechał autobus. W pojeździe chłopak usiadł sam, z dala od innych. Wpatrywał się w okno i przysłuchiwał śmiechom rówieśników, żałując, że nie posiada słuchawek i sprzętu grającego, który odłączyłby go od radości innych. Po dwudziestominutowej jeździe autobus zatrzymał się na przystanku.

Chłopak wysiadł jako ostatni i ze spuszczoną głową, rozchlapując wodę z kałuż na chodniku skierował się do szkoły. Czas tam niemiłosiernie mu się dłużył, bo po pierwsze, na ten dzień przypadały same przedmioty ścisłe, a po drugie nie miał kolegów. Na przerwach siedział pod klasą lekcyjną, z dala od innych i tylko przysłuchiwał się ich rozmowom.

Po lekcjach, około godziny piętnastej, ruszył na przystanek z nadzieją, że rodzice nie zawiodą go tym razem i już czekają w domu z przyjęciem i może nawet prezentem. To trochę go ożywiło i nie zwracał uwagi na świat wokół, a już po półgodzinie był przed drzwiami mieszkania.

Jakież było jego rozczarowanie po wejściu do środka. Rodziców nie było, za to zostały po nich dwie butelki wódki – jedna opróżniona w całości, druga tylko do połowy. Nie zastanawiając się nad tym co robi, w napadzie złości, sięgnął po drugą butelkę i wypił duszkiem jej zawartość, powstrzymując się z całych sił przed zwymiotowaniem, ponieważ napój smakował ohydnie. Kilkanaście minut później wpadł w szał i przestał panować nad sobą.

Chłopak obudził się pośród bałaganu, w swoim pokoju. Podniósł się powoli i chwiejnie, opierając się o ścianę doszedł do łazienki. Po drodze spojrzał na zegar, było już kilka minut po dwudziestej trzeciej, a rodziców wciąż nie było w domu. W łazience, półprzytomny, pochylił się nad sedesem i zwymiotował. Wraz z zawartością żołądka, wypływającą z gardła, z oczu popłynęły mu łzy. Łzy złudnej nadziei i żalu do rodziców, którzy kolejny raz udowodnili brak miłości dla niego. Zwymiotował kolejny raz, zanosząc się szlochem. Przetarł usta oraz oczy i stanął przy umywalce, by zobaczyć się w lustrze. Jakież było jego zdziwienie, kiedy na lustrze spostrzegł kartkę z wiadomością wypisaną czerwonymi, drukowanymi literami. Otworzył szerzej oczy i przeczytał na głos:

„SYNU! JESTEŚMY NA BASENIE! PRZYJDŹ, MAM DLA CIEBIE NIESPODZIANKĘ Z OKAZJI TWYCH 13 URODZIN!”

Bez podpisu… I pismo tak podobne do własnego. Chłopak przetarł jeszcze raz oczy, starając się przypomnieć sobie, czy w afekcie nie napisał tej kartki sam. Ale nic takiego nie pamiętał, bo całe wydarzenia od napicia się do teraz, były jedynie czarną dziurą… Zdziwił się tym bardziej, iż na kartce było napisane, że to z okazji 13 urodzin, a 13 lat temu… on dopiero wyszedł ze szpitala po wypadku na basenie i zaczął śnić koszmary… W końcu wyrobił w sobie złudną nadzieję, że to tylko pomyłka piszącego, wszakże trójka przypomina trochę ósemkę. Ale dlaczego basen? O tym już nie pomyślał, lecz założył szybko buty, zarzucił płaszcz i nie zastanawiając się nad tym co robi wybiegł z domu.

Deszcz ostro zacinał, latarnie dawały mało światła. Jakiś śmieć przeleciał tuż przed nogami chłopca, porwany przez wichurę. Na ulicy nie było żywego ducha – wszyscy ludzie pochowali się w domach w obawie przed ulewą i mocnym wiatrem. Gdzieś w oddali rozległo się wycie psa. Chłopak truchtał w kierunku basenu, mimo iż rozsądek nakazywał udać się w zupełnie innym kierunku. Wódka krążąca w żyłach zagłuszała głos rozsądku i podtruwała serce nadzieją.

W lesie młodzieniec trochę zwolnił, poczuwszy się bardzo nieswojo. Zdawało mu się, że drzewa przyglądają się jego ruchom z nienawistną ciekawością i tylko czekają, by skrzywdzić. Uginały się pod podmuchami wiatru i nieprzyjemnie skrzypiały. Chłopak uroił sobie, że tak naprawdę skrzypią i gną się pod ciężarem wisielców dyndających na linach. Nastolatek opuścił wzrok nie będąc w stanie walczyć z falą nieprzyjemnych obrazów.

Podniósł go dopiero przed basenem i… ujrzał wyraźnie światło! Serce zaczęło mu bić mocniej w piersi, przyspieszył kroku. Przerdzewiałe skrzydło bramy smętnie chwiało się na jednym zawiasie, poskrzypując przy tym cicho. Nie odstraszyło to już nastolatka, który wspiął się na płot i przeskoczył na drugą stronę. Jeszcze raz spojrzał w poszukiwaniu świateł, lecz… nie zobaczył ich! Zaczął się rozglądać i jego uwagę przykuł niewyraźny kształt w zbiorniku z wodą – na samym jego środku. Wystraszony, miał zamiar odwrócić się i uciec, kiedy to alkohol, a może i coś jeszcze omamiło jego zmysły i z otwartymi ustami, krok za krokiem, ruszył w stronę basenu.

Liście tańczyły dziko na powierzchni wody, unoszone falami i wiatrem. Wiatr jęczał między drzewami w lesie. Chłopak nie rozumiejąc do końca tego, co się dzieje, wszedł do basenu… Pierwszy krok w toń, był najwolniejszy i wtedy to umysł najbardziej krzyczał, by zawrócić, jednak ciało działało jakby z własnej woli. Dno było śliskie i muliste, woda sięgała trochę powyżej kolan. Drugi krok okazał się łatwiejszy, ale kiedy chłopak obie nogi miał już pod wodą, zmroziło go zimno, pełznące od kostek wyżej i wyżej… A on mimo wszystko zrobił następny krok… I następny… A rozsądek krzyczał, chociaż coraz słabiej: „Zawróć! Zawróć!”

W końcu doszedł do tego czegoś. Było to dwoje ludzi, tego był pewien. Siedzieli nadzy i oparci o siebie plecami, głowy mieli skręcone tak mocno, iż ich twarze były odwrócone do siebie przodem i stykały się. By je zobaczyć, trzeba byłoby rozdzielić ciała… Tak też, gnany ciekawością i nie całkiem panujący nad swymi ruchami zrobił chłopak. I kiedy zobaczył rysy postaci, rysy rodziców, którzy byli cali sini i napuchnięci, krzyknął na całe gardło, tak, że nawet wichura nie zdołała go zagłuszyć. Zdawało się, że do jego krzyku po kolei przyłączały się poprzednie ofiary tego miejsca i tak w nocy zabrzmiał upiorny wrzask. Chłopcu wydawało się, że te dwa ciała śmieją się upiornie, zanoszą się pijackim śmiechem.

I nagle wszystko się urwało.

Wiatr przestał wiać. Woda się uspokoiła. Chłopak odwrócił się i zerwał do biegu. Ku swemu wielkiemu przerażeniu, pośliznął się i wpadł twarzą, a później resztą ciała, wprost w ciemną toń…

Znowu miał pięć lat i znowu tonął. Zaczął rzucać chaotycznie rękami i nogami na boki, kiedy to poczuł na skórze twarzy przelotny dotyk czegoś obślizgłego i zimnego. To coś objęło go w pasie i już nie puszczało, a on zapadał się coraz głębiej i głębiej… Woda zaczęła wlewać mu się do płuc…

Gdzieś na pograniczu świadomości wiedział, że tak miało być. Gdzieś na pograniczu świadomości usłyszał zły i niski głos: „Wszystkiego najlepszego synu” I wiedział, że trzynaście lat temu został naznaczony przez nowego ojca…

CoB Opublikowane przez:

Fan papieru - w postaci książek i podręczników RPG. Pasjonat nauki, żeby sobie odbić (i być uważanym za fana sci-fi) tkwi po uszy w pięćdziesięcioletniej Nowej Fali.

3 komentarze

  1. mozart1338
    29 września 2007
    Reply

    Niezłe

    Z pewnością masz rozwiniętą wyobraźnię 🙂
    8/10
    końcówka rozczarowująca 😐

  2. Akwila
    2 kwietnia 2008
    Reply

    ciekawe

    opowiadanie ciekawe i pomysłowe, ale zakończenie troche dziwne i daje wrażenie naciąganego, ogólnie całkiem wporządku 🙂

  3. didek
    5 sierpnia 2008
    Reply

    Bardzo dobre

    Nie zgadzam się z poprzednikami i uważam, że zakończenie jest właśnie bardzo ciekawe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.