Kobieta – recenzja książki

Kobieta_Jack-Ketchum-Lucky-McKee,images_big,23,978-83-7674-220-5

Z książkami z gatunku horror jest pewien problem. Autor nie dysponuje znanymi z kina rozwiązaniami, które powodują, że w pewnej chwili zaczynamy żałować obfitego obiadu, zjedzonego parę chwil przedtem (patrz: seria Piła) tudzież powodującymi, że dostajemy mini-zawału (patrz: dowolny horror, w którym coś wylatuje nagle z ciemności przy nagłym podgłośnieniu muzyki w tle). Tym wszystkim autor książkowego horroru się nie posłuży, aby wywołać u nas nagły zastrzyk adrenaliny. Co więc ten biedny twórca horroru książkowego, może zrobić, żeby czytelnik bał się własnego cienia, a nocne odgłosy za oknem powodowały nadmierne pocenie się? W przekonaniu Waszego uniżonego recenzenta jest to umiejętność takiego zbudowania historii, która wydaje się być prawdopodobna na tyle, żeby czytelnik był wstanie umiejscowić ją w rzeczywistym świecie. Historia taka, po jej zakończeniu, pozostawia u czytelnika pewien niepokój i pytanie: A może gdzieś tam faktycznie coś takiego istnieje?…

Rozwiewając już na samym początku wątpliwości, książka J. Ketchuma i L. Mc Kee pod tytułem Kobieta, takiego uczucia niepokoju u mnie nie pozostawiła. Nie wiem czy jest to fakt umiejscowienia akcji na dosyć obcym mi rodzajowo terenie tj. farmie w USA, czy też stworzenia postaci, których rys psychologiczny jest na tyle mglisty, że trudno wyobrazić je sobie jako postacie z krwi i kości? W każdym razie historia opowiedziana przez autorów, nie bardzo straszy, a właściwie to nie straszy w ogóle. Jako horror, książka wypada średnio. Czym zatem jest Kobieta? Dla mnie jest to swego rodzaju połączenie thrillera, z elementami horroru, a w końcowej części przyprawione nieco gore.

Zacznijmy od części z elementami thrillera. Autorzy zdecydowali się przedstawić normalną, na pierwszy rzut oka, rodzinę z amerykańskiej klasy średniej. Pięcioosobowa rodzina to przykład jak z opery mydlanej: ojciec to zarabiający prawnik, matka zajmuje się domem, jest jeszcze troje dzieci (dwie córki i syn). W miarę zagłębiania się w fabułę książki na, z pozoru, kryształowej powierzchni, pojawiają się kolejne rysy, które prowadzą do eksplozji prawdziwego szaleństwa. Trochę przypomina to Lśnienie z tym wyjątkiem, że właściwie nie dowiadujemy się, dlaczego postaci zachowują się tak jak się zachowują? Tak więc, o ile nie można mieć do autorów pretensji o to, w jaki sposób serwują czytelnikowi zwroty akcji i odkrywają kolejne fakty z życia familii, tudzież o sposób, w jaki opisują miejsce akcji, o tyle średnio poradzono sobie z psychologicznymi portretami postaci. Dla mnie są one po prostu mało wiarygodne (zwłaszcza matka rodziny, która przypomina bardziej szmacianą lalkę niż człowieka). Odniosłem wrażenie, że autorzy na 170 stronach książki, chcieli upchnąć dużo elementów i w efekcie większość z nich potraktowali po macoszemu, ale gdyby przedstawiono je inaczej, na pewno byłyby ciekawsze. Jeżeli chodzi o elementy, które stanowią motyw przewodni (czyli m.in. rozwój ojca rodziny) wydają się eskalować w zastraszającym i nieco mało wiarygodnym tempie. Może gdyby zrezygnowano z części postaci to efekt byłby lepszy…

No i jest jeszcze Kobieta, czyli dzika, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo wywodząca się z tajemniczego plemienia, zamieszkującego leśne ostępy USA, którego to przedstawiciele przypominają połączenie dzikich zwierząt (charakter), z ludźmi prehistorycznymi (wygląd i zwyczaje) – przedstawicielka płci pięknej, o której nie dowiadujemy się za dużo (ale też zapewne i takie było zamierzenie autorów), a która miała stanowić punkt odniesienia przy ocenie postępowania członków rodziny Cleek. Pomysł oparcia historii, na stopniowo zacierającym się kontraście pomiędzy schwytaną i uwięzioną przez ojca rodziny Kobietą, a samą familią można uznać za całkiem ciekawy. Po raz kolejny wydaje się, że na drodze do jego pełnej realizacji stanęła objętość książki.

Finał książki nie jest specjalnie zaskakujący. Ot, zakończenie jakiego można i należało się spodziewać. Bez fajerwerków i drżenia rąk, za to z pewną ilością makabry, która jednak nie stanowi żadnej nowej jakości, ale średnio doświadczony konsument popkultury widział rzeczy po stokroć gorsze.

W książce dodano także opowiadanie Reproduktor, stanowiące swego rodzaju epilog do Kobiety. Do opowiadania można mieć takie same zarzuty, jak i do powieści, czyli kuleje portret postaci. Samo opowiadanie wywołuje jednak większy niepokój niż Kobieta, głównie przez zakończenie, które jest o niebo lepsze od tego z głównej części książki (zrezygnowano z gore na rzecz pokazania swoistej desperacji głównego bohatera).

Podsumowując, książkę czytałem bez konieczności specjalnego przymuszania się, ale też i bez wypieków na twarzy, jakie potrafią wywołać niektóre genialnie napisane powieści. Ot, przerzucałem stronę za stroną, czas mijał, herbata się skończyła, książka również… Te cztery godziny nie były bolesne i nie uważam ich za stracone. Jestem nawet w stanie powiedzieć, że książka może się podobać, a receptą na to wydaje się przyjęcie jej z dobrodziejstwem inwentarza, czyli bez zbędnego zagłębiania się w logikę i motywy, jakimi kierowały się postacie, i chłonięcie sprawnie opowiedzianej historii.

Dodam jeszcze, że książkę przetłumaczono sprawnie i nie są wyczuwalne żadne zgrzyty. Amerykańskie marki produktów pozostawiono bez zmian (niektórzy tłumacze zupełnie się ich pozbywają), a dla polskiego czytelnika są one, co prawda nieznane (przynajmniej dla mnie takie były), ale pozwalają zbudować klimat miejsca akcji, czyli farmy położonej gdzieś w USA – zabieg zatem uważam za słuszny.

Tytuł: Kobieta
Autorzy: Lucky McKee, Jack Ketchum
Wydawca: Replika
Rok: 2012
Stron: 220
Ocena: 3+
Lukasz Potworr Tworek Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.