Jesienne ognie – recenzja

jesienne-ognie-b-iext10162539

Czasami tak bywa, że wpadnie mi w ręce jakaś książka autora o bardziej wschodnio, niż zachodnio brzmiącym nazwisku. Większości tych przypadków w zasadzie przypadkami nazwać nie można, bo zwykle mam w tym jakiś udział. Tak było i tym razem, gdy grzecznie poprosiłem (w odróżnieniu od usilnie nalegałem, co to, to nie) o Jesienne ognie Walerii Komarowej do recenzji. Do tej pory Towarzysze nie zawodzili moich oczekiwań, byłem więc ciekawy, jak poradzi sobie nowa pozycja z Fabryki Słów.

Nieco ponad pięćset stron powieści przekartkowałem w okamgnieniu – język utworu jest bardzo przyjemny, co sprawia, że czyta się szybko i przyjemnie. Zapewne wpływ na to ma także forma narracji, gdyż dostajemy (w pakiecie z dobrą zabawą) narrację pierwszoosobową – a wierzcie mi, Rey-line potrafi opowiadać interesująco. Opowiada ona głównie o tym, jak to ciekawie jest być feyrem w świecie ludzi.

Już śpieszę wyjaśniać, co owo dziwne słowo znaczy. Główna bohaterka miała (nie?)szczęście urodzić się jako księżniczka pradawnej rasy nieśmiertelnych istot, posiadających na wyposażeniu czułki (sztuk dwie), pazury (sztuk prawdopodobnie dziesięć – znaczy tak przypuszczam, gdyż zwykle Rejka występuje należycie obuta), kolce na plecach (autorka precyzyjnie nie wyjaśniła ile sztuk – ale w sumie kogo to obchodzi?), złotą krew (tak z pięć litrów) oraz ogniste skrzydła. A poza tym to w zasadzie wygląda jak człowiek.

Nie będę się jednak zagłębiał dokładnie w ten temat, bo nie to jest tutaj najważniejsze. Sama książka to mocno klasyczna powieść fantasy o ratowaniu świata, na dodatek z mnóstwem sztandarowych zagrań. Jest drużyna, jest wyprawa, są elfowie, magowie, jednorożce, a także wielki zły, kilku pomniejszych złych i tym podobne rzeczy. Nie twierdzę, że to źle, zauważam tylko, że jeśli ktoś oczekuje nowatorskiego podejścia do tematu, to powinien poszukać czegoś innego.

Ci czytelnicy, którym nie przeszkadza powielanie typowych dla fantastyki schematów, na pewno podczas lektury się nie zawiodą, gdyż Komarowa bardzo zgrabnie przygotowała całą opowieść. To, co mnie osobiście drażniło, to poziomy mocy czy też wtajemniczenia poszczególnych postaci władających sztukami magicznymi. Nieraz miałem wrażenie, że gdzieś na marginesie powinien być jeszcze niebieski słupek oznaczony dużym, świecącym polem z napisem mana. Z kolei plus autorce należy postawić za ciekawy sposób dopowiadania ważnych informacji w postaci przypisów pod tekstem – niby szczegół, a cieszy.

I tak w przypisach mamy komentarze odnośnie struktury społeczeństwa feyrów, ich zachowań, tłumaczenia z ich języka, a także różnorakie wyjaśnienia dla czytelnika. Co zresztą nie jest jedyną formą kontaktu z czytającym. W kilku momentach główna bohaterka bezpośrednio zwraca się do czytelnika – co samo w sobie nie jest czymś niespotykanym, ale w fantasy zdarza się bardzo rzadko. I to na tyle, że na szybko z pamięci nie jestem w stanie przytoczyć żadnego przykładu, że jednak się zdarza. Jednak wiem, że gdzieś już takie zabiegi widziałem.

Tak mi się skojarzyło, że nie narzekałem jeszcze na wydanie. W zasadzie Fabryka Słów przy zdecydowanej większości swoich pozycji powinna otrzymywać oceny dobre i bardzo dobre, tym razem jednak przytrafiło im się trochę brzydkich baboli. Błędów nie ma dużo, w kilku miejscach jednak znaleźć można przedziwne konstrukcje gramatyczne – nie wiem, czy to wina różnic między językiem oryginału a językiem przekładu, czy zwykłego niechlujstwa tłumacza i korekty; faktem jest, że parę razy musiałem się zastanawiać, o co właściwie w tekście chodzi.

Wróćmy jednak do samej treści. W Jesiennych ogniach na szczęście nie uświadczy się tego, co jest domeną amerykańskich produkcji z serii Dungeons and Dragons, Star Wars czy innych tasiemców opartych na sukcesie pierwowzoru systemowego lub filmowego. Chodzi mianowicie o fakt, że nie ma nieskazitelnie dobrych bohaterów oraz nieuleczalnie złych antybohaterów, postaci są różnorodne, mają określone motywacje swoich działań, zdarza im się wahać, zmieniać poglądy, a nawet (o zgrozo!) mylić się i popełniać błędy.

Rey-line i cała jej paczka (celowo nie użyłem słowa drużyna albo kompania – a dlaczego, dowiecie się czytając następny akapit) nie zawsze dokonuje dobrych wyborów, co kosztuje czasami bardzo wiele. Wszyscy jednak dążą do celu, mimo wszelkich przeciwności losu i nieposiadania usłanej różami przeszłości. Dość powiedzieć, że dwójka głównych bohaterów pała do siebie szczerą żądzą mordu – a mimo to razem stają do walki, chronią się i sobie pomagają. Nie będę zdradzał dokładnej formy tych relacji; w skrócie jest to tak, jak w przypadku rodzeństwa – najchętniej by się pozabijali, ale żyć bez siebie nie mogą.

Zostawiając już w spokoju fabułę (kto ciekaw, niech czyta książkę), przyczepię się jeszcze do języka powieści. Bardzo swobodny styl wypowiedzi wszystkich bohaterów, jak i narracji, jest naprawdę niezły, jednakże dobór słów bywa niezbyt trafny. Sporo wyrażeń z potocznego i młodzieżowego języka przedostało się na karty papieru – co moim zdaniem zbyt szczęśliwym rozwiązaniem nie jest. Fantastyczny świat (w domyśle: średniowiecze + magia) zdecydowanie mógł obyć się bez wyrazów typowo współczesnych, niemal slangowych.

Podsumowując, Jesienne ognie nie są pozbawione wad, ale przeczytać książkę na pewno warto. Dużo ciekawych pomysłów, bardzo miły klimat, ciekawi i prawdopodobni psychologicznie bohaterowie, przyjemny język oraz specyfika wschodniej literatury (nie wiem czemu, ale Przewodnik Jesiennej Sfory zwany potocznie Pożogarem cały czas mi się kojarzył z Przodownikami Pracy) sprawiają, że czas poświęcony na czytanie na pewno nie będzie czasem zmarnowanym. Z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, kto chciałby przyjemnie spędzić kilka wieczorów z zadrukowanym papierem.

Tytuł: Jesienne ognie
Autor: Waleria Komarowa
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2009
Stron: 528
Ocena: 4+
Zieziór Opublikowane przez:

Jeden komentarz

  1. Brzoza
    27 marca 2009
    Reply

    znów szaro

    A mnie zaczyna irytować podejscie autorów z tym że swiat jest szary, gdzie zły niekoniecznie jest zły, albo tylko wydaje nam się taki czarny gdzie czysty to szaleniec lub psychol, gdzie umiarkowani mają więcej do powiedzenia. Może i życiowo, ale kurde – milaidy szarych bohaterów giną w szarej masie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.