Jak umarł Sir Ianholm Śmiały

Dedykować coś wiedźmie to tak jak całować własną śmierć, lecz ja zdecydowałem się na ten krok bezmyślności… Ponieważ wiedźma ta odmieniła moje sny.

Dla Sol Angeliki.


Ian stanął wreszcie, strudzony, przed starymi bramami klasztoru. Nagie, sterczące wokół skały, wśród których świszczał wiatr, sprawiły, jakby na złość, że zranił sobie stopy i kolana, kiedy próbował wejść pod górę i potykał się o nie. Bolały go nogi – od długiej pieszej wędrówki, a także ręce, które pokaleczył sobie, gdy próbował bezskutecznie uczepić się tego jednego ostrego kamienia, tam, kilka kroków w dole… Złośliwiec zdradził go i odpadł ze stukotem, zaś Ian poleciał wraz z nim i boleśnie potłukł się poniżej, w rowie pełnym podobnych kamieni co tamten. Cóż. To już nie te lata – skwitował w myślach ze spokojem. Zawsze był spokojny. Służba go tego nauczyła.

Jestem już stary. Bolą mnie kości, a moje nogi i dłonie odmawiają mi posłuszeństwa. W czasie bitwy gubię miecz, a oczy nie pozwalają mi zobaczyć wyraźnie mojego przeciwnika.

Przypomniał sobie, jak parę dni temu na szlaku napadli jego oraz Ithora – przyjaciela, który mu towarzyszył, najemnicy służący w czasie wojny Nieprzyjacielowi, teraz wygnani ze swych ziem i zdani na tułaczkę. Nie poradziliby sobie wtedy z nimi, gdyby nie odsiecz konnych z pobliskiego księstwa. Ithor został poważnie ranny od strzał napastników, a Iana uderzyli w głowę już na początku bijatyki, tak, że obudził się dopiero w gospodzie, do której ich potem odeskortowano. Ale udało im się, w gruncie rzeczy, osiągnąć to, czego chcieli. Byli bowiem na miejscu, pomimo wielu trudności, jakim stawili czoła. Oto leżał tutaj ów słynny klasztor na Granicach Zachodnich, skąd wiele lat temu uprowadzono Solenn, córkę króla Rodrika ze wschodu, którego poddanym i rycerzem był ongi Ian. Uczyła się ona w owym przybytku Sztuki, zgodnie z wolą matki, ale podobno należała także do szkolonego potajemnie zakonu wiedźm. Dziesięć lat minęło od czasu, gdy na dworze dowiedziano się, że Sol zniknęła po napadzie na klasztor. Ci, którzy tu przebywali i pilnowali córki lorda z jego polecenia, natychmiast donieśli, że została porwana. Potem szukano jej przez ten cały czas. Na dworze zaś król Rodrik zginął wraz ze swymi poddanymi po napadzie sił wroga idących z Królestw po drugiej stronie Wielkiej Rzeki. Ian dopiero niedawno zawrócił na zachód, choć dotąd szedł z poszukiwaniami właśnie ku owej rzece, a uczynił tak po to, aby dokładniej zbadać ślady, które mogły dać jakiekolwiek podejrzenia co do miejsca, gdzie zabrano dziewczynkę lata temu. Na wojnie zginęli wszyscy poddani króla, albo zaniechali swojej misji zaraz, gdy dowiedzieli się, że Rodrik i jego rodzina nie żyją. Lecz Ian był prawym rycerzem, zawsze spełniającym rozkazy swojego króla. Powrócił więc w końcu tu, gdzie wiele lat temu wszystko to się zaczęło. W miejscu, gdzie mała napaść przemieniła się w wojnę, zaś wojna ta zniszczyła Królestwa wszelkich znanych ziem…


Ian zastukał w drewniane masywne odrzwia klasztorne metalową kołatką, która rzeźbiona była w sylwetkę nagiej kobiety, rozciągniętej w pozie przypominającej okrąg, i trzymanej w talii przez paszczę lwa. W środku zadudniło, a przejmujące echo przeszło gdzieś w głębi i ucichło dopiero za piątym razem, od czasu gdy rozbrzmiało.

Mimo wszystko… wciąż szukam drogi. Ciekawe, czy ktoś jeszcze tu mieszka. Ludzie mówili, że paru wędrownych mnichów czasem zostaje na noc w klasztorze, jeśli akurat są w okolicy. Być może oni coś wiedzą.

– Jesteś wiernym sługą – odezwał się za nim głos.

Ian odwrócił się i zobaczył starego króla Rodrika, jego umiłowanego pana, który stał dumnie w swoim cudownym karmazynowym płaszczu i uśmiechał się łagodnie… tak, jak to czynił zazwyczaj, gdy był zadowolony ze swoich poddanych. Rycerz ukląkł na jedno kolano, odwróciwszy się od wielkich wrót klasztornych, i pochylił głowę przed swoim kapitanem, lordem i królem, na którego dworze się wychował, i któremu był wierny od lat. Złożył pokłon swemu władcy i mówił, uniżony i pokorny:

– Służę Tobie, panie, jak mi nakazałeś.

– Całym sobą, Ianie, widzę to. Lecz dlaczego nie odnalazłeś jej jeszcze? Czy starość odbiera ci już siły? Podnieś oczy, starcze. Spójrz na mnie. Gdzie jest moja córka? Dlaczego zawróciłeś ze wschodu i znalazłeś się tutaj? Czy zdaje ci się, że odnajdziesz ją w klasztorze?

Kiedy znużony rycerz na służbie podniósł wzrok, aby popatrzeć w oczy swemu panu, ujrzał tylko mrok panujący wokoło i zarysy ogromnego gęstego lasu poniżej, gdzie jeszcze tego dnia zgubił się na długie godziny, bezskutecznie szukając drogi pod górę. Znalazł odpowiednią ścieżynę dopiero niedawno, lecz od tego czasu nad światem zdążyło się już ściemnić.

– Głupiec – powiedział głośno do siebie i zakasłał, ponieważ w gardzieli kąsać go poczęły pierwsze objawy poważnego przeziębienia. – Widzisz własne wspomnienia. Jak mogłeś spotkać tutaj króla, skoro król twój nie żyje, pochowany na drugim końcu świata, pośród swoich własnych ziem, gdzie go zabito…

Ianem mimo woli wstrząsnął strach, kiedy w odpowiedzi poruszył się zawodzący wiatr.

Było ciemno, posępnie i zimno. Jakby umarli wołali do niego, aby pomodlił się za nich, ponieważ większość z nich zginęła właśnie tak… w modlitwie.

– Sam czytałem wieści o upadku dworu – mówił do siebie i starał przypomnieć sobie słowa, które głęboko wryły mu się w pamięć. Napisane ręką króla i poświadczone. Niewielu rycerzy i posłańców dostępowało zaszczytu przeczytania podobnego listu.

Nie spodziewali się wówczas, że dotrze do nich goniec królewski, a jednak stało się tak pewnego dnia, kiedy już stracili nadzieje na odszukanie zaginionej córki ich pana. Zatrzymali się na postój po zachodniej stronie Wielkiej Rzeki, w mieścinie o dziwnej nazwie, której Ian już nie pamiętał. Wtedy jeszcze posuwali się w poszukiwaniach na wschód. Dopiero niedawno zdecydowali się zawrócić, wiedząc, że nie mają już czego szukać w rodzinnych stronach. Przybył wtedy do owego miasta strudzony wędrowiec w białym płaszczu ze srebrnym podszyciem, niosący w torbie zapieczętowany zwój od lorda Rodrika – króla oraz trzymający na ramieniu czarnego kruka. Biała pieczęć z wilkiem wyraźnie wskazywała na pochodzenie wiadomości. Ian pamiętał, jak złamał wtedy zamknięcie listu i począł czytać znamienne słowa…

„Siły nieprzyjaciela ruszyły na nas z impetem, wycofując się z dalekiego zachodu. Nie mamy mocy, aby z nimi walczyć, choć bronimy się zażarcie. Losy dworu i królestwa wiszą na włosku. Stary Andun zabierze, być może, niedługo mojego syna, Jona, daleko w góry, by tam dać mu schronienie. Liczę, że Ulfar zaopiekuje się nimi oboma. O ile w miejscu, gdzie stoi granica świata, jest jeszcze bezpiecznie…

Mówią, że dobry król ma zawsze pod ręką wiernych poddanych. Widać, ja jestem dobrym królem, ponieważ na moje rozkazy stawili się wszyscy, poza tymi, których wysłałem dawno z poselstwami w dalekie kraje. Cóż mi jednak z tego, drogi Ianie, żem dobrym jest władcą, skoro nie ulega wątpliwości, iż przegrywamy? Wróg ma potężną konnicę i świetnie uzbrojoną piechotę. Napadają na wioski i grabią wszelki dobytek, podpalając domostwa. Gwałcą i mordują moich dobrych ludzi, a ja siedzę bezczynnie w swojej twierdzy i wyrywam kolejne włosy z własnej głowy, bo wiem, że długo nie pociągniemy już, jeśli ktoś nie przybędzie nam z odsieczą. Któż jednak mógłby to uczynić? Brakuje nam sojuszników. Dawno też już zabrakło nam nadziei. Mój miecz nie ruszy w bój, ażeby ścinać głowy mych wrogów, gdyż w rękach brakuje mi sił, by unieść go i powieść jego ostrze na pole bitwy.

Kończę pisać do Ciebie ten zasobny w żałość list. Liczę, że Wam przynajmniej wróg królestw nie sprawia kłopotu tam, skąd go wypędzono ku naszemu nieszczęściu, przybył bowiem do nas, w swoim zgubnym odwrocie. Ostatnio przyleciał kruk. Zapewne przyniósł wieści od Ulfara z północy. Będę teraz czytał listy i odpisywał na nie, wiedząc, że moje wołania o pomoc są i pozostaną nadal bezskuteczne. Jesteśmy za daleko od wszelkiego cywilizowanego świata… Tylko płonne nadzieje i zardzewiałe miecze mogą nas dzisiaj obronić. A jutro?

Strach myśleć o tym, z czym Cię wysłałem, Ianie, a czego już nigdy nie zdołasz mi przekazać. Czyż smutne wieści mają mnie ominąć, czy przeciwnie, będą one radosne – takie, jakich się spodziewałem dawno od Ciebie? Rad bym mógł je usłyszeć, lecz na razie nie staje mi wiary na kolejne dni mego życia. Strzały świszczą tuż za naszymi oknami i wpadają niekiedy przez otwarte szyby. Dachy okolicznych wiosek płoną, a w powietrzu unosi się zapach spalenizny i krwi. Na zewnątrz, moi rycerze walczą dzielnie i donoszą o swoich kolejnych zwycięstwach. Lecz przegrywamy… oni też o tym doskonale wiedzą. Widzę już cień żałoby, jakby dym z płonących chat, który przysłania niebo. Nad królestwem zawisły czarne chmury. Czy Ty i moja córka jesteście gdzieś tam – bezpieczni? Modlę się o Was, Ianie, i o to, abyś ją wreszcie odnalazł – a może już to uczyniłeś? W takim razie – przyprowadź mi ją! Chociaż bogowie nigdy nie wysłuchali mych próśb, wiedz, iż modlę się do nich o to zażarcie co dzień. Ludzie powiadają, że w godzinie strachu otwierają im się uszy – tym bogom. Kiedy człowiek jest już naprawdę zdesperowany i woła o pomoc ostatnim tchnieniem swego życia, wysłuchują jego próśb. Czy i mnie czeka ten los? A może przybędą za późno, gdy wszystko już będzie stracone? Wiem na pewno, że przede mną rysują się ciemne dni. Tak jak czarne są skrzydła kruka niosącego wieści. Twój ptak był posłańcem obleczonym w biały płaszcz nadziei. Przyniesie ci też czarne skrzydła niosące listy, byś mógł odtąd informować nas często o swoich poczynaniach. Uchowaj dobrze i kruka, i posłańca. Jeśli nawet słowa, które przyniósł, są niepomyślne, wiedz, iż jeno za prawdę można nagradzać, a bez wątpienia, są one przecież prawdziwe. Bądź zdrów, o ile jeszcze żyjesz. I pamiętaj, aby odnaleźć ją… kiedyś.
Twój król Pan”

Stare lakowane pieczęcie już dawno zamazał czas, ale zwój wciąż trzymał rycerz w swoim wyłatanym kubraku, jakby na wspomnienie o wielkim Rodriku, który był jego królem…


Ian spojrzał w ciemne okiennice klasztoru. Podobno w jednej z przybudówek pobliskiego zamku mieszka jeszcze na stałe jakiś niedołężny mnich… Może do niego powinien się udać? Tylko – zastanawiał się Ian – gdzie leży to miejsce i jak mogę je odnaleźć? Było tak mroczno i głucho, że nawet strach widać bał się podejść bliżej i owładnąć sobą samotnego rycerza.

– Wygląda na to, że nikogo tu nie ma – rzekł do siebie zawiedziony, a może i uszczęśliwiony tym, że nie będzie musiał zanurzać się w mrokach pradawnego gmaszyska, oprowadzany przez jakiekolwiek monstrum, które tam mogło mieszkać. Powiadali, że w zamku i w przyległym klasztorze nie było już nikogo z dawnych poddanych lorda tych ziem. Wyjechał on w czasie wojny i nigdy nie powrócił, a zamek i klasztor spalił Nieprzyjaciel, podczas jego nieobecności. Jego dzieci zaginęły, jego żona umarła tu zaś ze smutku i zgryzoty, choć była przecież jedną z niewielu ocalałych. Albo stała się wiedźmą, jak powiedzieli mu prostaczkowie. Może wciąż zamieszkuje to zamczysko i straszy spokojnych ludzi na nowo zasiedlających się na Zachodnich Granicach? Wiadomo, że była kiedyś przyjaciółką żony Jego Miłości, króla Rodrika. Ale to było tak dawno temu… – Tylko stare kamienne ściany – Ian wychrypiał do siebie zaziębionym głosem. Miał zamiar wracać – zdecydowanie – zbytnio dłużyło mu się to bezcelowe oczekiwanie. Jeśli ktoś tam kiedyś był, zamknął drzwi na klucz i odszedł w jakieś przyjaźniejsze miejsce. Choć klasztor odbudowano, nikt potem w nim już na stałe nie zamieszkał. – Nie ma służby, nie ma pana, nie ma mnichów i kapłanów, ani sióstr dobrego serca. Nie ma nikogo. Z nikim tu nie pomówię. Tylko stare kamienne ściany walącego się kościoła. I wiedźmy… – Ian uśmiechnął się do siebie. – Czego więc tutaj szukam? Mój król nie żyje, a jego córka zaginęła stąd tak dawno, że nie ma już żadnych śladów, które mogłyby mnie do niej doprowadzić… – Z jakiegoś powodu stary rycerz poczuł ogromny żal z tego powodu.


Wtem jedna z wielkich, wysokich okiennic uchyliła się i Ian dostrzegł, że we wnętrzu małego pokoiku na piętrze wschodniej wieży płonie blask pełgającej lekko świecy.

– Czy ktoś tam jest? – zawołał rozochocony, nie czekając, aż przemarznie tutaj na śmierć, licząc, że ktokolwiek otworzy mu w końcu wielkie klasztorne drzwi… Pomimo faktu, że ogromny kamienny gmach odstraszał go już od momentu, kiedy na początku nań spojrzał – posępny i złowrogi – naprawdę chciał wejść do środka i pomówić z kimś, kto mógłby mieć dla niego wieści, których poszukiwał. Liczył, że to może był ów samotny mnich, albo jakiś kościelny pilnujący wnętrza zabytkowej ruiny…

Przez framugę okienną wychyliła się mała głowa. Ian nie zobaczył dokładnie rysów twarzy osoby, która się pokazała, lecz mimo to, choć okno stało wysoko, a wokoło panował nieprzenikniony mrok bezgwiezdnej nocy, stary rycerz dostrzegł, iż twarz była nienaturalnie blada, zaś głowa bez wątpienia ogolona z wszelkich włosów. Choć nogi odmawiały mu posłuszeństwa już od dłuższego czasu, gdy piął się pod górę na ogromne wzgórze sterczące ponad całą okolicą, dopiero teraz ugięły się pod nim tak, iż nie miał już siły się na nich utrzymać, co sprawiło, że upadł na kolana.

Ian jęknął z bólu, i zastanowił się, co właściwie najlepszego wyrabia, lecz gdy się podniósł z równych kamieni ułożonych pod wejściem do klasztoru, okno było już zamknięte, w wieży nie płonęło żadne światło, a biała twarz bezpowrotnie zniknęła. Nie czekał, aż otworzą mu się czarne drzwi. Nie czekał więcej na nic. Puścił się biegiem w stronę lasu, najszybciej jak umiał, zatrzymując się jakąś godzinę potem, dopiero u stóp drogi prowadzącej do pobliskiej gospody, w której zostawił swoje pakunki i konia. Ścieżką pobiegł równie szybko jak wcześniej w dół po zboczu, choć potykał się o kamienie w mroku nie raz i nie dwa. Ani razu nie obejrzał się jednak na zamek i klasztor stojące na szczycie wzgórza, i złowrogo górujące ponad całą posępną okolicą. Jedyne, co kotłowało mu się bez przerwy w głowie, to wyobrażenie piekielnie bladej, bezkształtnej i bezokiej twarzy, jaką zobaczył tam, w oknie.

– Wiedźma! – wołał wniebogłosy, wykrzykując do otaczających go pól i poskręcanych, przydrożnych drzew. -W klasztorze mieszka wiedźma… – jęczał żałośnie, zaś słowa jego porywał wiatr. Kiedyś, gdy jeszcze było ich pełno, ludzie, którzy podejrzewali wiedźmy o paranie się czarnymi sztukami, golili im głowy i wypalali oczy, po czym wypędzali, by te nie dręczyły ich już, i na zawsze były postrachem dla ludzi rozpoznających znaki na ich obliczach… Ian był pewien, że ta osoba w oknie… że to była właśnie jedna z wiedźm. Może wieśniacy mieli rację… Rycerz nie miał ochoty tego sprawdzać teraz, ani kiedykolwiek indziej…

„Spojrzenie złej wiedźmy zabija, stary przyjacielu. Czy naprawdę chcesz, aby cię zobaczyła?” – żartował jego przyjaciel, kiedy Ian wyruszał z gospody tego popołudnia. „Nie, nie idę z tobą. Zbytnio podoba mi się tu, w karczmie. Ciepłe piwo, ładne dziewki… A tam mieszka wiedźma i niespecjalnie chce mi się z nią spotykać”. Prawda była taka, że napadnięto ich na szlaku, gdy tu jechali, zaś jego druh, Ithor, otrzymał tak poważne rany od strzał zbójów, że przez jakiś czas nie mógł ruszać się nigdzie i musiał leczyć obrażenia w przytulnej karczmie. Dlatego Ian sam postanowił udać się na wycieczkę i pozwiedzać okolicę, a przy okazji zajrzeć do tego klasztoru, skąd wiele lat temu zniknęła mała Solenn…

Poczciwy Ithor jak zwykle miał całkowitą rację. Ian powinien był zostać i poczekać aż znalazłby się ktoś chętny do oprowadzenia ich po okolicy zamczyska, zamiast zapuszczać się sam w takie miejsce i godzinami szukać drogi na szczyt wzgórza. A wszystko po to, by następnie zobaczyć tę twarz i uciekać z powrotem co sił w nogach… Mówili, że niewidzące spojrzenie zabija. Ian był zbyt przerażony, by się nad tym zastanawiać.

Rycerz zatrzymał się zmęczony, i wpatrzył w swoje cienkie, poorane smugami zakrzepłej krwi i naznaczone głębokimi zmarszczkami dłonie.

– Zawiodłem cię, mój królu – powiedział do starego przydrożnego krzaka i zalał się łzami. – Nie odnalazłem twojej córki. Zbyt lękam się wiedźm, by pytać ich o radę… Nie wiem, gdzie ona jest, nie wiem dokąd iść, by jej szukać… Wybacz mi, och, wybacz…

Z krzaków wypłynął złowrogi cień, co potwornie przeraziło Iana. Choć gospoda była kilkaset metrów stąd, przydrożny rzezimieszek nie omieszkał przyczaić się na podróżnego po zmroku.

– Pieniądze albo życie – stary rycerz usłyszał ochrypły, wyćwiczony głos.

Ian nie miał tyle trzeźwości, by zrozumieć, co mówił do niego zakapturzony łotr.

– Nie mam żadnych srebrników… ani smoków… ani kocich oczu, czy też łysych monet. Nie mam nic. Wszystko zostawiłem w gospodzie – kiedy wreszcie oprzytomniał, wyrzucił z siebie słowa jednym tchem.

Łotr zasępił się. Rycerz nie wziął ze sobą miecza, ale przestał się lękać napastnika, gdyż wyglądało na to, iż ów zbierał się ku odejściu. Zbój zanurzył się z powrotem w zarośla i próbował zniknąć staremu Ianowi z oczu.

– Nie przeszukasz mnie? – stary zadał nieco głupie pytanie, zatrzymując w miejscu zakapturzonego mężczyznę, jakby sam chciał napytać sobie biedy. Nie wiedział, co go ukłuło. Jak gdyby jego własny język gadał bzdury za niego.

– Chyba jednak tak uczynię – odparł tamten i odwrócił się z powrotem w stronę roztrzęsionego Iana.

Kiedy nic nie znajdzie, puści mnie wolno i zwyklina tylko – myślał sobie i uspokajał się. – Nic mi nie zrobi. To przecież tylko zwykły łotrzyk.

Starał się nie myśleć o klasztorze, ani o wiedźmie. Skupiał w tym momencie swe myśli na rychłym wyswobodzeniu się od rzezimieszka i dotarciu do gospody.

Ian nie spodziewał się sztyletu wbitego mu w brzuch. Potem pociemniało mu tylko z bólu w oczach i upadł na kamienisty trakt. Łotr stał nad nim i śmiał się paskudnie, a potem zabrał się za przeszukiwanie jego paska i kieszeni.

Kiedy nie znalazł nic, zaklął głośno, splunął mu w twarz i oddalił się w kierunku gospody. Stary rycerz chciał pójść za nim, ale ból w rozprutym brzuchu nie pozwalał mu wstać.

– Posiwiały głupcze… czemu… czemu nie wziąłeś z sobą miecza…

Kiedy był pewien, że się wykrwawi, jeśli mu nikt nie pomoże, próbował wołać kogoś… kogokolwiek… ale schorowane gardło i ciężkie płuca odmówiły wydania głosu. Zamiast wołania, wydobył się z jego ust jedynie nierozpoznawalny, ochrypły jęk.

– Umrę. Czy tak? Tak to się ma skończyć? Och, mój dobry królu… – zapłakał cichutko, prawie szeptem, wypluwając krew.

A potem zrozumiał.

Niewidzące oczy. Śmierć. Spojrzała na mnie. Musiałem zginąć. Stare opowieści mówiły o tym, że wiedźma, która doznała upokorzenia, i której wypalono oczy dla nadania jej odstraszającego wyglądu, zabija ludzi swoim niewidzącym spojrzeniem…

Strach pomieszany z bólem nadał ostatnim chwilom jego życia paskudny smak.

Nigdy jej nie odnajdę… – myślał, kiedy brakowało mu już sił, by poruszyć choćby głową, czy mrugnąć oczyma… Krew wypływała mu teraz nie tylko na przebitym brzuchu, ale też lała się Ianowi strugami z ust i z nosa.

Niewidzące oczy.

Służyłem ci wiernie, mój panie. Na wojnie każdy rycerz umiera sam. Lecz ja umieram haniebnie. Nikogo nie ma w chwili mojej śmierci. Nikt nie wysłucha moich ostatnich słów. Ian Zuchwały. Ian Śmiały. Ian Odważny… zabity przez łotra przy drodze…

Nie, to nie tak… Zabiło go spojrzenie niewidzących oczu i ukryty sztylet.

Stary rycerz umarł samotnie na szlaku. W chwilę potem pojawiło się na niej trzech mężczyzn niosących pochodnie i krzyczących coś do siebie. Gdy znaleźli Iana, najpierw próbowali go ocucić, a gdy dostrzegli paskudną ranę, sprawdzali, czy w ogóle jeszcze dycha. Okazało się, że nie. Kiedy skończyły im się już łuczywa w pochodniach, w ciemności ponieśli go drogą do gospody. Z jego ust kapała krew, znacząc ślad, którym szli. Wiatr lekko świszczał pomiędzy gałęziami poskręcanych drzew. W mroku dało się słyszeć zawodzenie wilka… Niektórzy bywalcy gospody rozpoznali w nim jednak inny dźwięk.

– Oto jęczy klasztorna wiedźma. Ktoś zginął od jej niewidzącego spojrzenia…

Kiedy zza chmur wychynął księżyc, pochowali martwego rycerza pod starym wiązem przy drodze. Jego przyjaciel, Ithor, choć ranny, stał przy drzewie przez całą noc i posępnie wpatrywał się w nagrobek, na którym ułożono miecz druha. Teraz pozostał już tylko on – jedyny, który nosił brzemię przysięgi, jaką obarczył ich dawno nie żyjący król…


– Matko, czego chciał ów stary włóczęga?

Młoda uczennica leżała pod pościelą z kruczych piór i bawiła się czarnymi lokami swoich włosów, które były tak długie, że mogłaby wyhaftować sobie z nich suknię.

– Odesłałam go już – odpowiedział szepczący głos starej mentorki.

Pomarszczona, bezwłosa i bezoka kobieta, uśmiechnęła się łagodnie do młodej dziewczyny, która była od lat jej najbardziej bliską osobą.

– Czy krzyczał? Och, powiedz mi, matko, czy krzyczał, gdy go zabijałaś?

Staruszka wyszczerzyła swoje pokrzywione zęby i zaśmiała się głucho.

– Przestraszył się mnie i uciekł.

Uczennica wiedźmy zdawała się być wyraźnie zawiedziona.

– Nie martw się, dziecko. Zginie jeszcze tej nocy. Nikt nie uniknie śmierci od spojrzenia mych niewidzących oczu. No… może poza tobą, moje słonko.

Starucha zarechotała skrzekliwym śmiechem, a młoda dziewczyna zawtórowała jej, wyjąc głośno, jak zauroczony światłem księżyca wilk. I tak śpiewały w ciemną noc, zmarła lady zamku i jej córka – dwie wiedźmy w opuszczonym klasztorze, zaś wtórowała im krew zabitych w tym miejscu, innych wiedźm, które na powrót budziły się do panowania na ziemi…


Mnich Meeskach poruszył się na swoim niewygodnym posłaniu, przebudzony z twardego snu. Za oknem panowała jeszcze ciemna noc. Gdzieś w pobliżu rozlegało się przejmujące wycie, jakby wilka…

Mnich niespokojnie rozejrzał się po swoim małym pokoju. Nigdy nie było tutaj przecież wilków! Więc co to w takim razie wydawało ten potworny hałas?!

– Do najświętszej cholery – zaklął paskudnie podstarzały duchowny. – Cóż to wszystko znaczy?

Kiedy wycie umilkło, echo potężnych zamkowych baszt powtórzyło je jeszcze kilka razy, co sprawiło, że po plecach starego mnicha przeszły ciarki potęgującego się strachu.

Duchowny zwlekł się niezdarnie z pryczy, narzucił na siebie wierzchnią szatę i upadł na kolana, obijając sobie nogi o kamienną podłogę.

– Święci bogowie, ochrońcie mnie od złego ducha tego zamczyska… – modlił się gorliwie, nie podnosząc głosu, szlochając cicho i trzęsąc się z przerażenia. Na zewnątrz gałęzie biły w okiennice jego pokoiku. Zawsze denerwowały go te blisko stojące drzewa. Mnich postanowił skończyć szybko modlitwę i wyjrzeć ze swego schronienia. Aby dodać sobie animuszu, począł nucić jakąś wesołą, sprośną piosnkę pod nosem – takich natomiast znał bardzo wiele. Otworzył niezwykle ostrożnie drzwi i zachłysnął się ostrym powietrzem nocy.

– Wilki, nie wilki, człowiek musi się wyspać po bożemu.

Mnich rozejrzał się niepewnie wokoło, lecz oprócz poskręcanych drzew i posępnych murów klasztoru z lewej strony, nie dostrzegł niczego, co mogłoby przyciągnąć jego uwagę. Wszystko zdawało się nad wyraz spokojne w cichej ciemności trwającej jeszcze nocy.

Zamknął drzwi na stary zardzewiały zaczep, choć zwykle tego nie robił. Kiedy układał się z powrotem na pryczy, drewno zaskrzypiało pod nim, co wprawiło go w tym momencie w niewytłumaczalne przerażenie. Mnich naciągnął sobie pościel aż po samo czoło i wtulił się we własne, podkulone nogi…

– Och, cholerny głupcze, czegóż się boisz? Przecież to był tylko sen, na wszystkie świętości…

Stary mnich nie wierzył jednak we własne słowa. Kiedy próbował zasnąć, zastanawiał się, czy na świecie są jeszcze wiedźmy, i czy jedna z nich nie mieszka przypadkiem w przyległym klasztorze… Nie zasnął w łóżku do rana i wyszedł ze swojej przybudówki dopiero wtedy, gdy słońce stało już wysoko na niebie, a świat opuściły poranne mgły. Szybko zebrał swoje manatki, tyle jedzenia ile się da, oraz najpotrzebniejsze rzeczy, jakie nosił ze sobą każdy duchowny, po czym opuścił się stromą ścieżyną idącą obok lasu, ze wzgórza. Na polnej drodze obejrzał się tylko raz jeszcze, kiedy klasztor i zamek znikały mu już z pola widzenia, przysłonięte przez wzniesienia rozciągające się gęsto w tej cudownej okolicy. Mnich udał się w drogę na wschód, jak najdalej od swojego poprzedniego domu, zostawiając daleko za sobą przeszłe życie i wspomnienia związane z tym ponurym miejscem zniszczonym przez czas, oraz splamionym ludzką krwią. Klasztor pozostał sam, a w jego wnętrzu tajemnice, których nikt już nie pragnął wydobyć na wierzch…


Ithor szukał drogi przez las prawie cały dzień, a gdy ją znajdywał czasami, gubił ścieżynę ponownie zaraz tylko, gdy niknęła mu ona choćby nieznacznie pomiędzy drzewami i stawała się na moment jeno nierozpoznawalna. Nim odnajdywał później jej dalszy ciąg, mijały kolejne godziny, a on robił się coraz bardziej zmęczony, rozdrażniony i słaby. Doskwierały mu rany, których nie zdążył jeszcze zaleczyć na dobre, a także potwornie bolały nogi, z każdą chwilą coraz bardziej strudzone nieroztropną wędrówką. Gdy wreszcie znalazł się prawie już na szczycie wzgórza, zapadał zmrok i nad światem zaszło czerwone słońce. Ithor udał się do bramy klasztoru, i zastukał w kołatkę ogromnych centralnych wrót. Odpowiedziało mu echo głębokiego dudnienia.

– Może ten mnich pomoże mi dowiedzieć się czegoś – myślał głośno i rozglądał się po upstrzonej skałami okolicy. – Tylko gdzie on mieszka…

Stał długo, lecz nie pojawił się nikt, kto mógłby otworzyć ogromne drzwi.

Pójdę, poszukam kogoś w zamku. Choć… może jednak będę się już zbierał z powrotem. Tak, tak właśnie zrobię. Przyjdę tu jutro, gdy już będę znał drogę na szczyt wzgórza. Jeśli to jest ten klasztor, w którym ją trzymano dziesięć lat temu, jak mówił Ian, należy go dokładnie przeszukać… Zrobię to jutro. Może natknę się na coś lub na kogoś, kto mi pomoże. Wezmę sobie ludzi do pomocy. Na pewno coś wspólnie zdziałamy.

Ithor przez ponad godzinę schodził z potężnego wzgórza, a potem przez około półtorej szedł w świetle księżyca drogą ku gospodzie. Bolały go nie zagojone rany i utrudzone nogi oraz poharatane dłonie, ale cieszył się z tego, że w drodze powrotnej ani razu nie zgubił już kierunku i nie zabłądził. Chciał napić się w przybytku ciepłego wina, odwiedzić nagrobek przyjaciela pod drzewem przy karczmie, i położyć się spać w ciepłym łożu z pościelą. Młody rycerz nie wiedział, że z okna klasztornej wschodniej wieży przez cały czas przyglądała mu się upiorna twarz. I że śmiały jej się spierzchłe usta, choć zapewne mniej przypominało to uśmiech, a bardziej paskudny grymas gniewu…

Jutro przyjdą tu z mieczami, wyważą drzwi, odszukają je i zabiją. Przyjdą tu… ona wiedziała. Przyjdą tu ludzie. Nic już nie uratuje umarłej lady i jej córki. Nie wystarczyło, że wypalili jej oczy ci zbóje, kiedy znaleźli ją w lesie, gdy zbierała wilcze jagody – bo myśleli, że powinna być martwa. Teraz chcieli przyjść po nią ponownie…

– Matko? Czy coś się stało? Kim był ten przybysz?

– Nikim, córko. Śpij spokojnie. Tej nocy nic nam nie grozi.

Stara dłoń pogładziła ciemne loki na głowie pięknej wiedźmy o kocich oczach. Starucha też kiedyś miała takie oczy, zanim nie wypalili jej spojrzenia niewierni poddani przeklętego męża.

– Jutro gdzieś się schowamy i przeczekamy dzień. Mogą przyjść tu bowiem ludzie. Nie powinni nas znaleźć, czy tak?

– Nie znajdą nas, matko.

Rozpoznawalny dzięki ukrytemu zmysłowi, okrutny uśmiech młodej wiedźmy sprawił, że starucha sama przelękła się własnej uczennicy.

– Jesteś lepsza ode mnie. Zapewnij mi, że pozostaniesz przy mnie, słyszysz? Obiecaj mi to.

– Dobrze, matko.

Stara chciała popatrzeć na córkę swoimi normalnymi oczyma, których tak jej brakowało, chciała pocałować ją w czoło i pogładzić jeszcze raz jej czarne włosy, lecz zakrzywiony nóż rzeźnicki wbity w jej pierś, nie pozwolił na żaden ruch. Jedyne, co mogła wydać z siebie, to okrutny krzyk umierającej starowinki.

– D-dlaczego… – pytała swojej zdradliwej córki, gdy ta wyrywała jej martwe serce i posilała się nim.

– Bo mogę, matko… Bo kocham cię – wiedźma słyszała, jak jej własna krew kapie dziewczynie z ust.

Ostatni pocałunek, jaki córka złożyła na ustach starowinki był zimny i szorstki.

– N-nie tak mnie całowałaś, córeczk…ko…

– Wybacz, matko.

– Szkoda, że nie mogę cię oglądać, ty suko… Pewnie jesteś piękna…

– Piękniejsza od ciebie, droga matko…

Stara wiedźma zaśmiała się ochryple i napluła córce w twarz.

Matka słyszała potem już tylko oddalające się kroki młodej uczennicy i jej zbrodniczy śmiech. Umarła samotnie, po raz drugi i ostatni, bez nadziei, że ponownie zostanie wskrzeszona. Rano zabobonni ludzie, gdy ją odnajdą, spalą ją na stosie i wiedźma odejdzie bezpowrotnie. A więc tak to miało się skończyć? Nie wiedziała, kiedy nadeszła ciemność, bo jej oczy nie odróżniały dnia od nocy. Lecz wkrótce zgasła, a ludzie w pobliskich wioskach uśmiechnęli się przez sen, bo okrutne fatum, jakie nad nimi wisiało, odeszło jak nieprzyjemny koszmar senny… I już nigdy nie miało powrócić, zastąpiło je bowiem jeszcze straszniejsze zło.

14 Liściopada – 378 rok

Jarlaxle Opublikowane przez:

7 komentarzy

  1. BAZYL
    13 września 2004
    Reply

    Niesamowite opowiadanie…

    Najlepiej czytać w jesienny szary i pochmurny dzień…

  2. Runiq
    17 października 2004
    Reply

    Świetne

    Z niezwykłym zakończeniem.

  3. Regnar
    8 stycznia 2005
    Reply

    Jarlaxle Wielki

    Kiedyś żył wielki władca, wojownik niestrudzony… Zwał się Aleksander Wielki. Jednak czasy jego panowania już minęły. Dziś jesteśmy światkami Jego powrotu, lecz zamiast walczyć mieczem w ręce dzierży pióro… a imię Jego Jarlaxle… Za wszystkie Twe zwoje i pergaminy wielce rad jestem. Dzięki Ci za uśmiercenie nudy jaka panuje na tym świecie…

  4. Mirra
    21 stycznia 2005
    Reply

    Komentarz

    Nieżle, ale potrafisz lepiej.

  5. Jarlaxle
    25 maja 2005
    Reply

    Wiecie…

    to opowiadanie to, tak naprawdę, część cyklu. Przedstawia większą wartość, jeśli się je połączy z resztą. Cykl to oczywiście 'granica świata’.

    Tego cyklu akurat najmniej się wstydzę :D.

  6. Athendor
    22 sierpnia 2005
    Reply

    Jarlaxle

    Czy mi się wydawało, czy Regnar nazwał cię gejem? (żart, oczywiście)

  7. Mal'ach
    14 stycznia 2007
    Reply

    Spoko…

    …opowiadanie. Ciekawi mnie co będzie dalej z wiedźmą. Ale tragedia składniowa po prostu… ^^

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.