Zaplątani – recenzja

zapl

Plakaty reklamujące Zaplątanych są jednoznaczne – to najbardziej wyczesana komedia roku. Po ujrzeniu ich pierwszą moją reakcją było: uważajcie, jeszcze uwierzę – no, bo powiedzcie sami, ile takich posterów widzieliście? No właśnie. Poza tym, nie wszystkie z ostatnich produkcji Disneya przypadły mi do gustu. Do kina wybrałem się więc po trosze z nadzieją (pół roku wstecz zauroczyło mnie w końcu Jak wytresować smoka), ale głównie z nastawieniem, że będzie nad czym się powyzłośliwiać w recenzji. Wiecie, miło się czasami rozczarować.

Historia pewnej fryzury

Na początek słów kilka o fabule. A więc tak. Oto mamy kochające się małżeństwo – Króla i Królową – którym do szczęścia brakuje tylko rozwrzeszczanego bobasa, w przyszłości mogącego odziedziczyć królestwo. Para ma jednak pecha – gdy Królowa w końcu zachodzi w ciążę, pojawiają się komplikacje. W dodatku naprawdę spore – nie tylko istnieje poważne ryzyko, że na świecie nie pojawi się ukochany dziedzic, ale za moment może nie być i Królowej. Desperackie sytuacje wymagają… nie, nie desperackich czynów. Wymagają cudów. Tak się jakoś składa, że podobno jeden cud – magiczny kwiat, który leczy, ale i zapewnia wieczną młodość – rośnie w okolicy . Roślina zostaje odnaleziona, wywar z niej uwarzony, Królowa wyleczona, a moc magicznego kwiatu przechodzi na dziecko Królowej – Roszpunkę (a ściślej: jej włosy). Wszystko kończy się dobrze, panuje szczęście – koniec bajki.

Tyle tylko, że ze wspomnianej roślinki przez kilka ostatnich stuleci korzystała niejaka Gertruda. Niezrażona rażącym konfliktem interesów, zakrada się do sypialni Roszpunki i po krótkiej metodzie doświadczalnej (tego nie można obcinać!), zabiera ze sobą źródełko wiecznej młodości, które wychowywać będzie w odciętej od świata wieży jako własne dziecko.

Mija kilkanaście lat, bobas pod pilnym okiem mamusi rozwija się we wcale urodziwą dziewoję. Nastolatka, jak to nastolatka – chciałaby się w końcu ruszyć z domu, ale mama nie pozwala. W tym miejscu na scenę wkracza Flynn – złodziejaszek, który ma na pieńku z okolicznymi władzami. Uciekając po kolejnym wielkim skoku przed królewską gwardią, trafia przez przypadek do wieży Roszpunki, gdzie zostaje sterroryzowany, pozbawiony łupów i obezwładniony przy pomocy patelni. Układ jest prosty – Flynn robi przez jeden dzień za przewodnika po okolicy, a w zamian odzyskuje to, co ukradł. Rad nierad, złodziej pomaga nastolatce w jednodniowym gigancie. Dalej tłumaczyć nie trzeba, prawda?

baz

Ty go oczarowałaś? A niby czym?

Przede wszystkim – tekstami. Ten film po prostu żyje dialogami – Roszpunka i Flynn są tak diametralnie przeciwstawnymi charakterami, że ich wspólna podróż nie ma prawa przebiegać bez ciętych uwag na temat zachowania drugiego bohatera. Zresztą, nie tylko dialogi tej dwójki są świetnie napisane – monologi nie są zrealizowane gorzej. Tworzenie tekstów od podstaw dla wersji polskiej (ech, dlaczego w kinach nie ma chociaż jednego seansu, gdzie można by było obejrzeć oryginał?…) wcale nie wyszło filmowi na złe, co nie jest niestety regułą dla polskich tłumaczeń. Wszystkie kwestie głównych bohaterów napisane są lekko i doskonale pasują do swoich postaci (znowu – nie jest to regułą dla polskich wersji filmów dubbingowanych).

Po drugie – bohaterowie. Ten film ma trzy rewelacyjnie stworzone postacie, które spokojnie mogłyby występować w pojedynkę: Flynn – grany w polskiej wersji przez Macieja Stuhra cwaniakowaty złodziejaszek, przekonany o tym, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, na prawo i lewo rzucający kąśliwymi uwagami; Roszpunka – uzbrojona (w patelnię) i nie-tak-bardzo-niebezpieczna 18-latka, która wreszcie ma okazję zaszaleć bez nadzoru matki (Jestem wyrodną córką, jestem wyrodną córką… Matka mnie zabije…), pod każdym niemal względem kontrastująca z Flynnem; no i oczywiście, last but not least – Maximus, dzielny ogier królewskiej gwardii z silnym poczuciem obowiązku, chorobliwie niedogadujący się z kryminogennym elementem drużyny, niespełnione marzenie aktorskie Macieja Stuhra (vide: wywiad na temat filmu). Niestety, reszta bohaterów zagrana została raczej średnio (z irytującą mnie miejscami Gertrudą na czele) – wielka szkoda, bo film naprawdę miałby szanse stać się hitem.

Po trzecie wreszcie: pogodna, bajkowa stylistyka filmu (a tak, będę to powtarzał w każdej kolejnej recenzji produkcji z tego studia!) – masa ciepłych kolorów, lokacje, w których chciałoby się znaleźć naprawdę (szczególnie mając w perspektywie biało-szare widoki na zewnątrz), przerysowane, charakterystyczne dla animowanych obrazów Disneya postacie – to wszystko tworzy atmosferę, przyprawiającą największego ponuraka o szczery uśmiech, pozostający na twarzy jeszcze długo po zakończeniu seansu Zaplątanych.

rosz

Śpiewać każdy może… Ale czy powinien?

Ten akapit będzie, przyznaję się bez bicia, najbardziej subiektywną częścią niniejszej recenzji. Wiele osób zapewne się na ten zarzut oburzy, ale muszę to napisać – piosenki mnie po prostu rozczarowały. Tak się jakoś składa, że co kilkanaście minut twórcy raczą nas kolejnymi utworami śpiewanymi, które z początku mnie jedynie irytowały, a później po prostu męczyły; mniej więcej od połowy filmu, słysząc kolejną piosenkę, modliłem się o jej koniec i powrót do właściwej akcji. Naprawdę nie potrafię powiedzieć, co tak bardzo mnie w nich drażniło – chyba najbliżej prawdy będę, jeśli napiszę, że aktorzy (którzy tak świetnie sprawdzili się w dialogach) pomimo wzbijania się na szczyty swych możliwości, w piosenkach są najczęściej po prostu słabi. W oryginalnych utworach, które bez problemu można znaleźć na YouTube, było dużo lepiej – przez cały czas pisania tego tekstu, w słuchawkach leciała ścieżka dźwiękowa z amerykańskiej wersji filmu, która nie tylko mnie nie irytuje, ale też naprawdę może się podobać.

Wybaczam ci… Nie potrafię się na ciebie gniewać…

Wybierając się na ten film nie miałem szczególnie dużych wymagań – ot, chciałem spędzić półtorej godzinki w miłej atmosferze, nie spodziewając się zupełnie tego, że będzie to tak świetna zabawa. Ta produkcja ma wady i to czasami dość spore – ale cóż to za sztuka kochać ideał? Podejrzewam, że Zaplątani nie zapadną widzom w pamięć tak, jak to zrobił pierwszy Shrek i nie zdobędą tak szerokiej publiczności – a szkoda, bo to kawałek naprawdę niezłego kina dla całej rodziny. Co prawda, nie przyznałbym im tytułu najbardziej wyczesanej komedii roku (w moim prywatnym rankingu, na pierwszym miejscu nadal znajduje się tutaj niezagrożone Jak wytresować smoka), ale gorąco polecam wszystkim tym, którzy nie wstydzą się , że w głębi serca są dziećmi i lubią tego typu bajki. Do kina – marsz!

Tytuł: Zaplątani [Tangled]
Reżyseria: Glean Keane, Nathan Greno, Byron Howard
Scenariusz: Josann McGibbon, Sara Pariott
Obsada: Julia Kamińska, Maciej Stuhr, Danuta Stenka, Mirosław Zbrojewicz, Miłogost Reczek
Rok: 2010
Czas: 100 min.
Ocena: 4+
Strider Opublikowane przez:

Na początku były Przygody Gala Asterixa… A później wszystko inne. Nie przepuści żadnemu filmowi animowanemu, ani książce dla dzieci. Miłośnik dobrego science-fiction i gier starszych niż on sam.

3 komentarze

  1. darunia
    7 kwietnia 2012
    Reply

    komentarz

    niechciało mi sie czytać dajcie filmik

  2. allian
    1 sierpnia 2012
    Reply

    komentarz

    dlaczego 4+ ja tam daje 100/100 film jest zajebisty:) idzie się uśmiać pascal tez jest niczego sobie. e tam ja tam najbardziej lubię Roszpunkę w the best babka :).

  3. Strider
    6 sierpnia 2012
    Reply

    Ocena

    Tak jak napisałem w recenzji: bolały mnie straszliwie polskie wersje piosenek. (Do oryginalnych nic nie mam, do tej pory regularnie słucham paru utworów :)). Po półtora roku od premiery nadal podtrzymuję swoją ocenę, z bólem stwierdzając, że od „Zaplątanych” nie miałem okazji oglądać równie dobrej komedii animowanej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *