X-meni: Pierwsza klasa – recenzja filmu

xxxGdy po raz pierwszy zobaczyłem zwiastun X-meni: Pierwsza klasa, miałem naprawdę złe przeczucia co do kolejnego filmu aktorskiego, tworzonego na bazie komiksów Marvela. Po kompletnej porażce kinematograficznej, jaką był w moich oczach X-men: Geneza, postanowiono stworzyć kolejny prequel do oryginalnej trylogii. I to jaki prequel! Nie kto inny, a sami Charles Xavier i Erik Lehnsherr, powstrzymujący komunistów przed rozpętaniem III wojny światowej. W moich oczach to po prostu nie mogło się udać. I jak to zwykle bywa – myliłem się.

Film rozpoczyna się w tym samym miejscu, w którym swój początek mieli pierwsi X-meni – wyrywający się do matki młody Erik, zniszczona przez chłopaka brama obozu etc. Odmianą jest to, że dane jest nam obejrzeć, co później działo się z młodym Żydem – eksperymenty prowadzone na nim przez nazistowskiego lekarza Sebastiana Shawa, śmierć matki, pierwszy wybuch gniewu, w którym zabija niemieckich żołnierzy.

Dla kontrastu równolegle śledzimy historię młodego Charlesa Xaviera – dziecka przeżywającego beztroskie dzieciństwo, pragnącego jednak poznać mutanta takiego jak on sam. Przypadek sprawia, że na swej drodze spotyka Raven – bezdomną mutantkę, posiadającą zdolność zmiany postaci.

Mijają lata. Charles kończy studia z zakresu genetyki i przygotowuje się do pracy na uczelni. Wraz z Raven, swoją przybraną siostrą, wiedzie spokojne życie amerykańskiego bogacza. Podobne życie nie jest jednak dane Erikowi – dla Żyda cudem ocalałego z zagłady, wojna nigdy się nie skończyła. Podróżując po świecie prowadzi on swoją prywatną kampanię przeciwko hitlerowskim zbrodniarzom, odpowiedzialnym za śmierć jego najbliższych. Przypadek sprawi, że ścieżki Charlesa i Erika przetną się w najmniej spodziewanych okolicznościach, doprowadzając do powstania między przyszłymi wrogami serdecznej przyjaźni. No i, tak na marginesie, do zażegnania kryzysu kubańskiego.

Pierwszą, zasygnalizowaną już zaletą filmu było pokazanie widzowi tego, jak odmienna była młodość głównych bohaterów, w jak skrajnie różnych warunkach dorastali i jak wpłynęło to na ich dorosłe życie. Dorosły Charles jest ufny, nie dostrzega różnicy pomiędzy zwykłymi ludźmi a mutantami. Jest idealistą, któremu nigdy nie było dane doświadczyć okropieństw wojny. Erik, będący świadkiem wymordowania całej rodziny, jest realistą przeczuwającym co stanie się z mutantami, gdy tylko ich istnienie ujrzy światło dzienne – nie ma złudzeń, że losy mutantów potoczą się w dokładnie ten sam sposób, co europejskich Żydów w czasie II wojny światowej, że wobec bezczynności czeka ich nieuchronna zagłada.

xmenGrany przez Michaela Fassbendera Erik Lehnsherr jest zresztą najlepiej przedstawioną postacią w filmie. Widać na nim doświadczenia wojny i chęć zemsty na mordercach najbliższych mu osób. Odrobinę cyniczny, bezwzględny wobec nazistów, jest postacią, która naprawdę może się podobać (chociaż scenarzysta położył zupełnie finałowe przejście Erika na ciemną stronę Mocy). Niestety, również pod tym względem, jego postać kontrastuje z granym przez Jamesa McAvoya Charlesem, który w późniejszej części filmu staje się dość nijaki. Nie mówiąc już o Sebastianie Shawie, którego równie dobrze Erik mógłby zabić na początku filmu – niby jest demonicznym mutantem, który chce doprowadzić do wojny nuklearnej pomiędzy ZSRR a USA, ale nie ma w sobie za grosz charyzmy. Główny adwersarz naprawdę powinien być lepiej przedstawiony, efekt gry aktorskiej Kevina Bacona jest bowiem mierny.

Naprawdę dobrze za to zostały przedstawione sceny akcji – efekty nie są może powalające, ale stoją o klasę wyżej niż te w Wolverine’ie. No i jest w filmie przynajmniej jedna scena, która poziomem wykonania zrównuje się z Bękartami wojny Quentina Tarantino – moment, gdy prowadzący swą antynazistowską krucjatę Erik odnajduje w Argentynie trzech byłych niemieckich żołnierzy, winduje ocenę końcową filmu przynajmniej o pół punktu w górę. Podobnie jak dwudziestosekundowa, najzabawniejsza chyba w filmie scena z epizodycznie pojawiającym się Loganem (co nie świadczy chyba najlepiej o poziomie oglądających go ludzi, ale to akurat temat na dłuższą dyskusję…).

Amerykański film nie może obyć się bez wątku miłosnego, nie inaczej jest więc w nowych X-menach. Trochę jednak szkoda, że scenarzysta (zapewne zbyt skupiony na głównej historii) nie postarał się nieco bardziej przy tworzeniu romansu Raven i Hanka McCoya, bo można było przedstawić go o niebo lepiej, niż jest to widoczne w filmie. Wątek ten jest dość nijaki (żeby nie powiedzieć: naiwny) i spełnia jedynie swą podstawową funkcję – ukazuje, dlaczego, wychowana z Charlesem Raven, decyduje się w przyszłości przejść na stronę Magneto.

xxmenZłego słowa nie powiem natomiast o muzyce – jest tak świetnie wkomponowana w wydarzenia na ekranie, że w zasadzie pozostaje niezauważona. Czyli jest tak, jak być powinno. Choć nie obraziłbym się za jeden bardziej charakterystyczny utwór…

X-meni: pierwsza klasa to film, na który warto się wybrać. Nowa produkcja z mutantami w rolach głównych nie zrewolucjonizuje raczej rynku filmów s-f, ale jest całkiem niezłą propozycją dla wszystkich osób, które chcą wybrać się do kina na niezobowiązujący film akcji. No i wszystkich fanów komiksów Marvela, ale ci zapewne w kinie byli już na długo przed napisaniem przeze mnie tej recenzji. Nie jest to film, który oglądałoby się po wielokroć (taki sentyment mam choćby wobec pierwszych trzech filmów), jest jednak pozycją, którą naprawdę warto obejrzeć. Nic, tylko czekać na kolejny film o mutantach.

Tytuł: X-meni: Pierwsza klasa [X-men: First class]
Reżyseria: Matthew Vaughn
Scenariusz: Jane Goldman, Ashley Miller
Obsada: James McAvoy, Michael Fassbender, Rose Byrne, Jennifer Lawrence, Kevin Bacon, January Jones, Nicholas Hoult, Caleb Landry Jones, Lucas Till, Edi Gathegi
Rok: 2011
Czas: 132 minuty
Ocena: 4-
Strider Opublikowane przez:

Na początku były Przygody Gala Asterixa... A później wszystko inne. Nie przepuści żadnemu filmowi animowanemu, ani książce dla dzieci. Miłośnik dobrego science-fiction i gier starszych niż on sam.

2 komentarze

  1. BAZYL
    12 września 2011
    Reply

    A mi się podobał…

    Uważam, że to jedna z najlepszych ekranizacji komiksów Marvela (choć w luźnej interpretacji), a już na pewno najlepsza część X-Menów (choć przyznam szczerze, że nie pamiętam za dobrze poprzednich części. Bawiłem się bardzo dobrze.

  2. Strider
    13 września 2011
    Reply

    Kwestia gustu…

    „Ostatni bastion” wciąż podoba mi się bardziej niż „Pierwsza klasa”. No, ale zwieńczenie trylogii oglądałem raz i to w dodatku dość dawno temu, a z tym filmem wciąż jestem niemal „na „świeżo” – może się okazać, że gdy przypadkiem obejrzę Bastion raz jeszcze sentyment gdzieś zniknie, a zamiast tego zauważę nieszczególnie wybitną fabułę, tak jak miało to miejsce w przypadku „jedynki”. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *