Wielki Marsz – recenzja

wielki.marsz.okladka1

Trzy minuty.

Robię kilka kroków w tę, kilka kroków we w tę. Cholera, trochę zimno, pewnie jestem cały czerwony.

– Jak wyglądam? W miarę?

Danny podniósł głowę znad okularu kamery. Spojrzał na mnie i szybko ocenił:

– Nada się.

Nada się. Zupełnie jakby oglądał statyw albo lampkę. Ale to jest Danny; Danny zawsze mówi nada się.

– Spoko – mruknął Fred, dźwiękowiec. – Zresztą, ty akurat obchodzisz ich najmniej.

– Fakt – pokiwałem głową. Telewidzowie mają mnie w dupie, co do tego nie ma wątpliwości. Chcą zobaczyć żywe trupy, czekają na zwłoki wlokące się siłą woli. Modlą się o Czerwoną Kartkę, o szczęk karabinów.

Chcą zobaczyć śmierć uczestnika Marszu.

Dwie minuty.

Tłum buczy. Po prostu buczy, nie jak zbiorowisko ludzi, a jak rój. Napięcie ściska gardło. Można być doświadczonym reporterem, można mieć za sobą setki, tysiące relacji, ale podniecenie tłumu obezwładnia jak chemia. Czujesz się jak szczur. Szczury lękają się i ekscytują razem; wystarczy, że jeden poczuje coś z całą siłą, i woń rozchodzi się na wszystkie; po chwili każdy szczur pada ofiarą strachu lub podekscytowania.

Tłum napiera na barierki, policjanci z najwyższym trudem trzymają go w ryzach.

Jestem podniecony jak jasna cholera.

– Przygotuj się – zatrzeszczało w słuchawce. Słyszę na bieżąco odsłuch ze studia, zaraz lecimy. Danny patrzy okiem kamery przez wizjer, Fred ma słuchawki na głowie.

I wtedy dziki wrzask. Wchodzą! Dwóch chudych, wysokich chłopaków z czołówki. Nie mają już butów; na popękanych, krwawych stopach strzępią się resztki sportowych skarpet. Chryste! To niemożliwe, ludzie nie robią tego z własnej w…

– Jesteś!

– Witaj, Jerry, dokładnie kilka sekund temu uczestnicy weszli do miasta i przerwali symboliczną wstęgę! Pokonali kolejny etap, mają już za sobą dokładnie 240 mil Wielkiego Marszu! Ale nie masz aktualnych informacji; maszeruje nie 29, a 28 chłopców. Czerwoną Kartkę przed pięcioma minutami otrzymał Gary Robbins z Nebraski. Możecie tylko żałować, że tego nie widzieliście; ja przypomnę, że uczestników Marszu możemy pokazywać tylko w miastach, poza miastami my, dziennikarze, nie możemy rozpraszać maszerujących. A szkoda, bo Gary Robbins z pewnością dostarczyłby wam wiele rozrywki! Takiego przypadku nie było w historii Marszu od trzech lat! Gary dostał w łeb dokładnie w chwili, kiedy kończył srać! To był fantastyczny widok, bo Gary na pewno mógł jeszcze iść wiele mil; od początku był zdecydowanym faworytem. Ostatecznie potrzeba zwyciężyła i syn Nebraski zwyczajnie nie poradził sobie ze sraniem, cha, cha, cha! Ale spójrzmy prawdzie w oczy: mógł to przewidzieć! Miał już na koncie dwa upomnienia. Ależ on krzyczał! Tylko kto by nie krzyczał w takiej sytuacji? Facet miał spodnie w kolanach i próbował iść z wypiętą dupą, cha, cha! Trzecie upomnienie dostał dokładnie w chwili, kiedy obsrał sobie spodnie. Wtedy wszyscy, którzy byli w pobliżu niego odeszli na bok. Oni już wiedzieli; jak strażnicy dają trzecie upomnienie to nie ma zmiłuj, wszyscy to wiedzą! Srasz czy nie srasz, płaczesz czy nie za chwilę kule roztrzaskają ci czaszkę! A Gary płakał, Jerry; Gary płakał już od kilku mil, że nie wytrzyma już dłużej, że musi w końcu się zatrzymać, wysrać! I wszyscy zadają sobie pytanie: czemu Gary nie srał w spodnie? Czemu po prostu nie zesrał się w spodnie?!

Ryk tysięcy gardeł zagłusza mnie. Oglądam się przez ramię i oczom nie wierzę.

Wielki Marsz

Co roku stu młodych chłopców staje do morderczego marszu. Uczestnicy mają dostęp do wody i pożywienia. Marsz nie ma mety; staje tam, gdzie padnie przedostatni z nich. Jest jeden warunek: nie mogą zwolnić poniżej 6 kilometrów na godzinę. Kto zwolni i nie zareaguje na trzy upomnienia: dostanie czerwoną kartkę. W tych, którzy dostaną czerwoną kartkę, wycelują karabiny…

– Spójrzcie, co się dzieje! – pluję do mikrofonu. – Jeden z maszerujących rzucił się w tłum; żandarmi biegną za nim! Zaraz go dopadną! Tak, mają go, mają go do diabła! To numer 12, Aaron Cole! Co za dramatyczna próba ucieczki, co za desperacja! Ale niestety! Tłum go zatrzymał! Zatrzymał i nie chce oddać, cha! Rozrywają mu koszulę, zdejmują, Jerry, czy wy to widzicie, jakieś dziecko zdejmuje mu resztki buta! Udało mu się, ma! Ma buta Aarona Cole’a! Pomyśl, jaka to pamiątka, faceta przecież zaraz rozwalą! Odliczajmy, odliczajmy wspólnie, przed telewizorami! Cztery! Trzy! Dwa! J… TAK! Ależ malownicza śmierć, fenomenalnie! Cha, cha, już się kilku przez barierki przedarło, żeby zebrać resztki chłopaka do słoika! I nie ma się co dziwić, to już końcowe odcinki Marszu! Przed telewizorami na ten widok czekaliśmy od dwudziestu dwóch godzin! Jerry, gdybyś mógł tu być, by poczuć te emocje, mam nadzieję, że czujesz je, że wszyscy to czujecie dzięki tej relacji! Bądźcie z nami przez cały czas, wracamy po reklamie i będziemy towarzyszyli Wielkiemu Marszowi przez całą długość Alei Solidarności! Wielki Marsz na żywo, tylko w RCTB, idziemy krok w krok za uczestnikami!

Czerwona lampka nad obiektywem kamery Danny’ego gaśnie. Spuszczam z siebie powietrze.

Za moimi plecami policjanci pacyfikują szczeniaki bijące się o resztki Cole’a.

Tytuł: Wielki Marsz [The Long Walk]
Autor: Stephen King (jako Richard Bachman)
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2008
Stron: 264
Ocena: 4
Equinoxe Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *