The Cape – recenzja serialu

cape_xlg

Recenzja serialu na podstawie pierwszych odcinków

Niektórzy z nas wychowali się na komiksach. Dwa wiodące na międzynarodowym rynku, amerykańskie giganty – Marvel i DC Comics – przez lata przyzwyczaiły nas do różnych wizji (super)bohaterstwa. Pomijając tych, którzy swoje moce zawdzięczają siłom wyższym, mutacjom, pozaziemskiemu rodowodowi, promieniowaniu, ukąszeniom i innym wypaczeniom, są cztery jednostki na które chciałbym zwrócić szczególną uwagę: Batman (DC, dziedzic fortuny Wayne’ów, stosujący nabyte na dalekim wschodzie umiejętności walki i własne wynalazki), Green Arrow (DC, milioner, który rozbił się niczym Tom Hanks w Cast Away na bezludnej wyspie i by przeżyć nauczył się używać łuku, a po powrocie do cywilizacji walczy z przestępczością, używając zmyślnych strzał-gadżetów), Iron Man (Marvel, Tony Stark – milioner, wynalazca, ekscentryk, walczy używając swojego mechanicznego kombinezonu), Punisher (Marvel, żadnych tajnych mocy, po prostu bardzo wkurzony facet z dużą ilością arsenału i awersją do mafii). Po co ja właściwie o tym piszę? Dla kontekstu. Tak się składa, że główny bohater serialu jest właśnie superbohaterem pokroju tych czterech wymienionych panów – zwykły człowiek z krwi i kości, żadnych mutacji, żadnych mocy. Ponadto, pojawią się różne odniesienia do kultury komiksowej, porównania i odwołania – a ponieważ nie wszyscy znają te pozycje, pozwoliłem sobie na jednozdaniowe podsumowanie.

The Cape jest serialem komiksowym. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest ekranizacją komiksu o tym samym tytule (fikcyjna seria, wymyślona na potrzeby fabuły pojawiająca się w pierwszej scenie, kiedy ojciec czyta komiks synowi – poszczególne zeszyty stają się motywami przewodnimi odcinków). Jak serial może być komiksowy? Nie mam pojęcia. To się po prostu czuje: w tematyce, w sposobie prowadzenia narracji, w tym że każdy czterdziestominutowy odcinek podzielony jest na epizody z osobnymi tytułami.

Główny wątek fabularny rozwija się wokół policjanta Vincenta Faradaya, który od tajemniczego hakera o pseudonimie Orwell otrzymuje wiadomość o skorumpowanych glinach i przemycie niebezpiecznej substancji wybuchowej. Przez omyłkę Faraday zostaje wzięty za groźnego przestępcę znanego jako Szachista (Chess). Telewizja na żywo relacjonuje jak z maską na twarzy ucieka przez zajezdnię kolejową, by zginąć w malowniczym wybuchu ostrzelanej cysterny… Albo i nie. Okazuje się bowiem, iż udało mu się skryć w betonowym kanale serwisowym pod wagonami i w porę nakryć się kawałem stalowej blachy.

carOdnajdują go cyrkowcy, którym chwilowo odpowiada pałająca w policjancie żądza zemsty i dzielą się z nim swoimi umiejętnościami. To jest jeden z najciekawszych wątków w całym serialu. Wspomniałem wcześniej jak niektórzy bohaterowie uzyskali swoje zdolności – poprzez szkolenie, ekstremalne sytuacje, instynkt przetrwania. Tutaj natomiast każdy z nowych kolegów głównego bohatera uczy go jakiejś pojedynczej, przydatnej umiejętności (swoją drogą, przerażająca, psychodeliczna i ponura sceneria zakurzonego, opustoszałego, podupadającego obozu cyrkowców – maestria w budowaniu klimatu). Vincent uczy się hipnozy, wyzwalania się i ucieczek, nieczystej walki (postać lekceważonego Rolo w roli mentora, który wszystkich pokonuje w walce wręcz stosując ciosy poniżej pasa) i w końcu używania nietypowego artefaktu – peleryny utkanej z pajęczej nici (trwałej niczym kevlar, elastycznej niczym guma i lekkiej niczym jedwab). Ostatecznie przyjmuje imię bohatera z komiksów jego syna – Peleryna (The Cape) – i wypowiada walkę przestępczości.

Autorzy serialu postawili na lekkie poczucie humoru i wartką akcję. Drugiego tłumaczyć nie trzeba (zdaje się, że w poprzednim akapicie wspominałem coś o eksplodującej cysternie, czyż nie?) więc przejdę do pierwszego. Dowcip polega na pewnym realizmie i zdystansowanym podejściu do tematu zamaskowanego mściciela. Często objawia się to w dialogach. Weźmy dowolnego superbohatera – kiedy pojawia się na miejscu zbrodni łapiąc złoczyńców, dają się słyszeć słowa: Och nie! To Batman! albo Och, ratuj nas wspaniały Batmanie! czy też Och, dziękujemy ci Batmanie! Innymi słowy – och i ach, złoczyńcy wymiękają, a panny omdlewają. Tutaj doświadczymy rzeczy zupełnie odmiennej – kiedy bohater zdradza swój pseudonim wyratowanemu z opresji obywatelowi, ten z kwaśną miną mówi mu, by popracował nad ksywką… Podczas pojedynku z pewną młodą damą, Vincent mówi: Co ty? Masz dwanaście lat, czy co? by usłyszeć w odpowiedzi: I to mówi facet w pelerynie… Pozbawienie patosu i zdystansowane podejście do absurdu sytuacji, obciążenie rzeczywistością, cięte riposty, dowcip słowny i sytuacyjny to subtelne poczucie humoru, z którym możemy się spotkać oglądając The Cape. Bądźmy ze sobą szczerzy – jak każdy z nas zareagowałby, gdyby z pomocą przyszedł mu facet w pelerynie?

Peleryna pomaga sobie wynalazkami… Oj, moment… Czy ja przypadkiem nie wspomniałem, że cały świat ma go za martwego? Z oczywistych przyczyn nie może pójść do pracy, nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, ani tym bardziej funduszy. Pelerynę z pajęczej nici dostał od cyrkowców, ale nad każdym kolejnym gadżetem pracuje sam. Zagnieździł się w jakiejś piwnicy, a potrzebne przedmioty konstruuje ze śmieci i złomu wyszperanego na targowisku w szemranej okolicy. W ten sposób na przykład z czapki pilotki powstaje maska, a ze starego generatora i maszyny do miotania piłkami baseballowymi – urządzenie do szkolenia w unikaniu noży.

capWspominałem o poczuciu humoru, polegającym na realistycznym podejściu do tematu (o ile da się realistycznie podejść do samotnego mściciela w pelerynie). Tak się składa, że na początku odcinka Vincent dostaje zazwyczaj porządny łomot, musi się szkolić i trenować by pokonać przeciwnika. Niczym dochodzenia w CSI, treningi są jedną z ciekawszych stron opowieści. Peleryna nie jest najsilniejszą jednostką we wszechświecie, z zawsze gotowym planem i najbardziej przydatnym gadżetem przy pasku. Po raz kolejny przejawia się tendencja autorów do lekkiego parodiowania najbardziej oklepanych komiksowych motywów.

Sidekick – to taka postać drugoplanowa. Słabszy heros stojący u boku głównego bohatera by czasem dopomóc mu w walce czy żeby dodać malowniczości pojedynkom plecy-w-plecy. Batman miał Robina (momentami pojawiała się także Batgirl), w ekranizacji Iron Mana Tony Stark funduje swojemu ochroniarzowi kostium, Punisher mógł liczyć na lojalność Dziaranego Dave’a. Jednym słowem wysyłamy komunikat – nie jesteś sam w tej walce. A żeby było estetyczniej, komunikat ten wybrzmiewa kobiecym głosem. Tony Stark otaczał się kobietami, James Bond… dobra, wystarczy tej wymienianki – chodzi o to, że pojawia się piękna kobieta, znająca tożsamość Vincenta i pomagająca mu jak potrafi (a potrafi całkiem sporo). Jest ozdobą na ekranie i początkowo przypuszczałem, że to kolejny żart twórców – czyż jest coś bardziej oklepanego niż pojawiająca się na ekranie atrakcyjna niewiasta, która sprawia iż nie musimy nieustannie oglądać spoconych, bijących się po twarzach facetów? Okazuje się jednak, że ma ona swoją tajemnicę, która rozwija się w całkiem ciekawy wątek fabularny (co jednak nie wyklucza mojej pierwszej hipotezy, zwłaszcza, że bohaterkę wprowadzono ewidentnie dla widza, skoro Vincent wciąż pozostaje wierny żonie – która swoją drogą nie wie, że mąż żyje). W tę rolę wciela się Summer Glau znana między innymi z roli Terminatora w serialu Sarah Connor Chronicles.

Powiedziałem już kilka rzeczy o tym co dzieje się na ekranie, czas powiedzieć jak się dzieje. Wejdźmy za kulisy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście czołówka, która sama w sobie definiuje serial jako komiksopochodny – są to bowiem kadry ze wspomnianego wcześniej komiksu The Cape, które powoli przechodzą w urywki serialu w formie ciekawie zrealizowanego przenikania. Bohaterowie pokazani są na przemian w postaci obrazkowej i aktorskiej. No i muzyka w czołówce… Ciężko ją zdefiniować – to coś jak muzyka z Batmana… Grana na dudach. Trochę pompatyczna, trochę mroczna i bardzo klimatyczna.

cap1Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie – jak na serial. Służą pokazaniu tego wszystkiego, czego aktor nie potrafi zrobić (jako że nie jest mistrzem ucieczek i nie potrafi znikać w kłębie dymu) i tworzą artefakt jakim jest peleryna (szczerze wątpię w istnienie płaszcza, który jest skutecznym narzędziem walki o zasięgu do dziewięciu metrów). Znawcy, oglądający filmy kinowe na zwolnionym tempie by wyłapywać błędy, nie będą może zachwyceni, ale The Cape to serial, który otrzymujemy co tydzień, a nie rozdmuchana produkcja kinowa. Każdy epizod odcinka składa się z budujących klimat ujęć. Kiedy Vincent spaceruje po cyrku przez ekran, można poczuć ciężar tych wszystkich grubych, starych, mocno zakurzonych kurtyn. Chwilę potem są zestawione z ujęciami biura na wyższych piętrach wieżowca – wnętrzem kompletnie sterylnym, szpitalnym.

Przez większość czasu ekranowego jest ciemno – akcja dzieje się w nocy, w podziemiach, w deszczu i zaułkach szemranej dzielnicy, na parkingach. To sprawa, że zdajemy sobie sprawę, iż śledzimy losy przygnębionego, mrocznego mściciela (czyżby kolejne nawiązanie do Batmana – Dark Knight?). Żebyśmy jednak sami nie odeszli od ekranu przygnębieni, twórcy serwują nam subtelne poczucie humoru i budującą postawę Tripa Faradaya (syna głównego bohatera), który nigdy nie zwątpił w niewinność ojca, wykazując niezwykłą niezłomność i siłę charakteru.

Mógłbym napisać cały elaborat na temat akcentów komiksowych w serialu, przytoczyć każdy dowcip, rozwodzić się nad kreacją postaci głównego złego, w nieskończoność porównywać go do każdego możliwego istniejącego komiksu (chyba najwięcej podobieństw jest, mimo wszystko, do Batmana). Tyle, że i tak dużo już napisałem, a nie chcę czytelnikowi psuć zabawy. Serialu nie ma jeszcze w polskiej telewizji, a gdy się wreszcie pojawi, stanowczo doradzam obejrzenie.

Tytuł: The Cape
Reżyseria: Deran Sarafian
Scenariusz: Craig Titley, Bill Wheeler, Tom Wheeler
Obsada: David Lyons, Jennifer Ferrin, Summer Glau, Martin Klebba, James Frain, Keith David
Rok: 2011
Czas odcinka: ok. 45 min.
Ocena: 5+
V. Opublikowane przez:

7 komentarzy

  1. BAZYL
    7 lutego 2011
    Reply

    Hmm…

    Powiem tak: ten serial miałem upatrzony od chwili ogłoszenia. Spodziewałem się zatem dobrej produkcji, a dostałem… średniaka. W moim odczuciu ocena powinna plasować się w okolicach 4=, czyli da się obejrzeć z braku czegoś lepszego. Prawda jest jednak taka, że w ciągu ostatniego roku amerykanie produkują bardzo średnie seriale. Przynajmniej jeśli chodzi o premiery i fantastykę.

  2. V.
    8 lutego 2011
    Reply

    V.

    Oczywiście Panie Bazylu.
    Recenzja wyraża subiektywne zdanie recenzenta (czyli mnie) i okazuje się, że dzielę z twórcami jakieś specyficzne gusta i poczucie humoru. Na nieszczęście nie z resztą Świata o czym świadczy spadająca oglądalność.

    Skonsultowałem się z kolegą, który jest teoretykiem sztuki komiksowej i serial mu się podobał – ujął to dokładnie w te same słowa co ja „bardzo komiksowy serial”.

    Byłem bardzo zaskoczony kiedy po wysłaniu recenzji Pan Bazyl napisał mi, że połowa redakcji ma serial za średniaka i chciałbym się dowiedzieć dlaczego. Tak z czystej ciekawości.

  3. BAZYL
    8 lutego 2011
    Reply

    🙂

    Ja oczywiście nie kwestionuje opinii recenzenta, wyrażam tylko swoją. I postaram się powiedzieć co mi się nie podoba w tym serialu.

    Przede wszystkim komiksowość – to zarówno zaleta, jak i wada. Na przykład humor – jest zabawny, ale czasami przeradza się w groteskę. Nie mam nic do groteski, ale tylko gdy jest ona zamierzona. Tutaj wygląda mi na przypadkową.

    Postaci – trochę przerysowane. Ja rozumiem komizm postaci – np. u Łuski i małego, ale Szachista trochę zbyt płaski, podobnie zresztą jak główny bohater, który jest bardzo taki niebohaterski. A najgorsza z tego wszystkiego jest Summer Glau – nie wiem co ludzie w niej widzą, ale ona w każdym serialu gra tak samo i bardzo sztucznie, a tutaj na dodatek ma słabą postać.

    To prowadzi do fabuły – jeśli po 3 odcinkach był jeszcze ktoś, kto nie wiedział jaką tajemnicę skrywa Orwell to jestem zdziwiony. Scenarzyści rozwiązują ten wątek tak topornie, jakby zupełnie nie wierzyli w szczątkową nawet inteligencję widza. Ale dalej – główna oś fabularna serialu – o co chodzi? Niby bohater chce wrócić do rodziny, ale jaką drogą? Na tę chwilę jest ona bardzo chaotyczna – na dobra sprawę ani nie walczy z Arką, ani nie próbuje się oczyścić – a jak spotyka się z głównym niebobrcem, to nic z tego nie wnika. Poza tym fabuła jest tak skonstruowana, że mało przyciąga uwagę.

    Ogólnie tak jak mówiłem – można obejrzeć, ale żeby się zachwycać? Nie wiem, zbyt wiele temu serialowi brakuje. Taki średniak.

  4. V.
    8 lutego 2011
    Reply

    V.

    UWAGA! KOMENTARZ ZAWIERA SPOILERY!
    UWAGA! KOMENTARZ ZAWIERA SPOILERY!

    Zaczynam rozumieć Twój punkt widzenia Panie Bazylu.
    Z tym, że zaznaczyłem w recenzji – dla mnie zarówno humor jak i groteska są wynikiem obrania medium serialu komiksowego – dla mnie groteska jest dialogiem z komiksowymi kliszami.

    Przerysowanie – owszem, tu się zgadzam, ale nie co do przykładu. Na podstawie piątego odcinka zaczynam mieć wrażenie że być może Chess jest takim cichym obserwatorem knującym pod nosem, ale tak na prawdę drugą osobowością Fleminga – coś jak Twoface z Batmana, Scarface czy hybryda Robin/Joker z filmu animowanego Batmana (rozdwojenie jaźni/choroba psychiczna).

    Niebohaterskość Vincenta jest zestawieniem moralizatorskich ograniczeń amerykańskiego mainstreamu (poza Punisherem żaden heros NIGDY nie zabijał swoich przeciwników) ze wspomnianym przeze mnie obciążeniem realizmem. Pierwsza scena walki Vincenta ze Scalesem (swoją drogą tłumaczony „Waga” a zdaje się że powinno być „Łuski”) – wchodzi na kozaka, spodziewamy się że wygra bo jest „super” tymczasem dostaje trzy bomby i idzie na dno. Serial mógłby się skończyć w tym momencie bo gościu prawie zginął. Podjął próby dialogu ze Scalesem w odcinku czwartym i plan był dobry (rozbił by wtedy dość dobrą organizację przestępczą i skłócił dwóch wielkich przestępców, co wyszłoby na dobre) ale mu nie wyszło bo nie przewidział, że panu Raulowi zabraknie klasy by być wiarygodnym. Jest mało bohaterski i trochę się miota…

    Istotnie Faraday walczy z Arką nieporadnie, bez przygotowanego planu bez jakiegoś zamysłu. Trochę się miota i nie wie co robić. Można to uznać za wadę, bo wydaje się że po pięciu odcinkach nie powinien być już taki zagubiony i powinien już formować jakiś zalążek serialu.

    No i przyznaję Summer Glau jest od ładnego wyglądania na ekranie, ale sam o tym pisałem. Nie twierdzę że tajemnica jest jakaś wielka, ale zastanawiam się jak zostanie ten wątek rozwiązany. Toporność, topornością – ale potencjał fabularny w tym tkwi.

    Ja nie twierdziłem, że serial jest ambitny i wzniosły, ale też jako serial rozrywkowy – od niego tego nie wymagam. Wysoka ocena oparta jest na pomyśle, poczuciu humoru i przyjemności oglądania. Sam napisałeś Panie Bazylu, że komiksowość można uznać zarówno za zaletę jako i wadę – owszem, gdyż fani komiksu będą oglądać serial z przyjemnością, a ci którzy nie znają i nie rozumieją komiksu mainsteamowego (ja miałem okazję poznać dopiero w czasie studiów) potraktują go jako dziwny i suchy żart.

    Poza tym muszę się przyznać do błędu i powiedzieć, że recenzja jest pisana na podstawie pierwszych czterech… Piąty odcinek przejawia lekką tendencję spadkową. I obawiam się, że teraz dałbym serialowi 5. Jeśli tendencja się utrzyma dostałby 5= (w najgorszym wypadku). Ale nigdy nie zszedłbym do 4=. Jak już wspomniałem – czysto subiektywnie.

    No, ale jak to się mówi – de gustibus…

    Zastrzegam, że komentarz nie ma na celu nikogo obrażać, a jedynie kulturalną wymianę argumentów i poglądów.
    UWAGA! KOMENTARZ ZAWIERA SPOILERY!
    UWAGA! KOMENTARZ ZAWIERA SPOILERY!

  5. BAZYL
    8 lutego 2011
    Reply

    ;]

    Nie musisz za nic przepraszać, stali bywalcy rozumieją różnicę zdań i szanują ją. To tylko przypadkowi odwiedzający plują jeden na wszystkie strony 😉

    Póki co ja jednak widziałem tylko 4 odcinki i na nich opieram moją ocenę. Liczę na to że Alphas będą lepszą produkcją, bo ani The Cape, ani No Ordinary Family mnie nie zachwyciły.

  6. V.
    8 lutego 2011
    Reply

    V.

    No Ordinary Family bardzo dobrze się zapowiadał, ale potem zaczął się robić nudny. Na tyle nudny, że pomimo mojego początkowego zainteresowania nie miałem ochoty sięgać po kolejne odcinki. Coś jakby oklapło – tempo akcji zwolniło, odcinki stały się powtarzalne i przewidywalne.

    Ostatnio oglądałem (po raz kolejny) Iniemamocnych – rodzinny film o superherosach. Właśnie tego spodziewałbym się po NOF, ale zamiast tego zrobiła się nudna obyczajówka z wątkiem supermocy.

  7. V.
    15 lutego 2011
    Reply

    ciekawostka

    Oglądałem kilka odcinków drugi raz z kumplem i odkryliśmy pewną ciekawostkę, która umknęła mi za pierwszym razem. Medium jakim jest jedność ikonolingwistyczna potocznie zwana komiksem przechodziło swego rodzaju ewolucję. W scenach gdy śledzimy czytanie komiksu jakby „zza ramienia” bohaterów serialu komiks wygląda jak współczesny komiks w formie w jakiej go znamy z ostatnich powiedzmy 3-4 lat. Tymczasem w scenach które pokazują okładkę i słyszymy bohatera czytającego komiks: „Peleryna przeskakuje z budynku na budynek śledząc przestępcę”, tempo przewracania stron i fakt, że narrator tłumaczy to wszystko co się dzieje w kadrach (obecnie jest to realizowane w formie wewnątrzkadrowej animacji w komiksie i indukcji komiksowej) wskazuje na komiks w swej początkowej formie z lat pięćdziesiątych (dużo małych kadrów na stronie, równy podział strony na kadry, dużo tekstu narrator powtarza wszystko co widzimy w kadrze)

    Taka ciekawostka dla totalnych nerdów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *