Pyrkon 2011 – relacja

pyrkon2011Zanim zacznę wytykać organizatorom tegorocznego Pyrkonu co mi w nim nie pasowało, małe zastrzeżenie: ci z Was, którzy oczekują rzetelnej relacji redaktora, co to na niejednym konwencie zęby połamał, mogą w tym miejscu przestać czytać. Dla Was będzie relacja borga. Dla mnie Pyrkon 2011 jest pierwszym konwentem na jaki się udałem i tekst adresuję do podobnych sobie świeżaków. Zarówno nowych jak i tych bardziej doświadczonych, którzy chcą się jednak przekonać jak to wygląda z tej drugiej strony taśmy chronologicznej, zapraszam do lektury.

Dzień 1

Pierwszy kontakt z konwentem zaliczyłem już około godziny 12:00. Wiecie, chciałem być sprytniejszy od reszty redakcji – odbieram wejściówkę, znikam na cztery godziny, o 16:00 zaś wracam i bezproblemowo wchodzę do pawilonów, podczas gdy oni sterczą w gigantycznej kolejce, nie mogąc dopchać się po akredytację (niby wejściówki dla mediów miały być wydawane osobno, ale miałem jakoś wobec tego niemiłe podejrzenia). No, cóż – nie udało się. Hol, w którym można było odbierać wejściówki, zapełniał się już co prawda powoli uczestnikami, możliwość odbioru akredytacji była jednak wciąż jedynie odległym marzeniem. Oczami wyobraźni widząc już tworzące się przez następne godziny długaśne wężyki ludzi, pełen jak najgorszych przeczuć oddaliłem się do miasta załatwiać własne sprawy.

Powrót na teren MTP o godzinie 15:00 był dla mnie miłym zaskoczeniem (swoją drogą: chyba jedynym tego dnia, ale o tym za chwilę) – w holu było zaledwie kilka osób, nowo-przybywający byli zaś sprawnie obsługiwani i bezproblemowo przechodzili na właściwy teren konwentu. Pomimo moich złych przeczuć, patroni medialni oraz twórcy programu rzeczywiście odbierali swoje wejściówki w innych niż szara masa punktach, choć jak mówiłem: problemów z akredytacją (przynajmniej na tyle, na ile ja byłem tego świadkiem) nie miał nikt.

Następne godziny były jednak dla mnie już pewnym rozczarowaniem: pierwsza prelekcja na jaką się wybrałem, opóźniła się o, bagatela, pół godziny, na sali zaś obecne były cztery osoby. Razem z prowadzącą. Niby to dopiero początek i drobne problemy organizacyjne są jak najbardziej zrozumiałe, ale nowych, takich jak ja, mogło to skutecznie odstraszyć.

1_pyr2Po przebiegającej z niejakimi problemami prelekcji, udałem się na spotkanie z przedstawicielami Kuźni Gier. Tutaj było już nieco lepiej, choć trzeba przyznać, że kolejną godzinę przesiedziałem bardziej z dziennikarskiego obowiązku, niźli przyjemności. Dlaczego ja, a nie nasz planszówkowy spec JAskier, nie pytajcie. W czasie spotkania KG zapowiedziała kilka nowych dodatków, w tym 3 nowe do Wolsunga: swojską Slavię, posiadający jak najbardziej dorosły klimat Noir (jak to określili twórcy: sex, drugs and Beethoven) oraz Wotanię. Z nowych, ważnych produkcji odnotowałem jedynie planszówkę Alcatraz, w której wcielać się będziemy w przestępców starających się uciec z tytułowego więzienia. Produkcja ma być mózgożerna, przeznaczona dla graczy zaawansowanych, nie dane mi było jednak się o tym przekonać – KG nie zaprezentowała jeszcze wyglądu gry. Choć sam szczególnie dobrze się nie bawiłem, to widziałem że reszta gości była jak najbardziej ze spotkana zadowolona – zaliczam je więc na plus.

Po zakończeniu spotkania, nieco znudzony, zacząłem się włóczyć po terenie konwentu, w celu sprawdzenia cóż też ciekawego mają do zaoferowania konwentowi sprzedawcy obwoźni. Zaskoczenia nie było – ceny całkiem wysokie, nierzadko nieadekwatne do rzeczywistej wartości towarów, zaś co najmniej jeden ze sklepów, pomimo zapowiadanych promocji, nie tylko cen wielu książek nie obniżył, ale nawet podniósł w stosunku do tego co oferuje na co dzień. Zwiedzając konwentowe pawilony natknąłem się na borga oraz JAskra – oni też nieszczególnie dobrze się bawili, choć o tym będziecie mogli przeczytać w relacjach. Po krótkiej naradzie wojennej ustaliliśmy dalszy plan działania: sklep – Games Room – prelekcja borga oraz jego dzielnego towarzysza (co by nie było im smutno, że zostali zmuszeni do spędzenia godziny w opustoszałej sali – widzisz borgu jak się o Ciebie troszczymy?). Games Room okazał się nieźle przygotowany i następna godzina upłynęła nam całkiem przyjemnie na morderczej rozgrywce w Pędzące żółwie.

1_pyr3Niejakim zaskoczeniem była borgowa prelekcja – pomimo moich i JAskra nieustannych docinków na temat pustej sali, osób przyszło tyle, że zabrakło miejsc i spore grono słuchaczy zmuszone było siedzieć na podłodze. Widać godziny wieczorne były optymalnymi na prowadzenie wykładów: wszystkie w zasadzie sale były zapełnione po brzegi i to nie zawsze osobami, które do końca wiedziały co tam robią (co najlepiej obrazuje pytanie, jakie jeden ze słuchaczy rzucił na początku borgowi: Przepraszam, ale jaki właściwie jest temat tej prelekcji?). Skromnym zdaniem autora, pierwszego dnia prelekcje powinny zacząć się właśnie wieczorem, gdy wszyscy dojadą na miejsce, na wcześniejsze zaś godziny organizatorzy powinni przygotować więcej interaktywnych atrakcji. Wprawdzie już od otwarcia działał Games Room, o 16:00 zaczynały się też LARP-y, ale konwent wcale by nie ucierpiał na wyrzuceniu pierwszych kilku godzin prelekcji (z całym szacunkiem dla ich prowadzących – spisali się na medal) i przygotowaniu większej liczby atrakcji.

Pierwszy dzień zakończył się tak, jak się zaczął – niespecjalnie podekscytowany już we wczesnych godzinach wieczornych oddaliłem się w kierunku swego mieszkania. Cóż, to niby dopiero początek, ale naprawdę nie wiem, czy gdybym nie miał trzydniowej darmowej wejściówki, to czy zdecydowałbym się na kolejną wizytę w sobotę…

Dzień 2

Pierwsze skojarzenie po wejściu na teren MTP w sobotę? O, ktoś jednak na Pyrkon przyjechał! O ile w piątek (nawet wieczorem) ludzi było nadspodziewanie mało, o tyle drugiego dnia było już zdecydowanie lepiej: pawilony nareszcie przestały świecić pustkami. Widać wiele grup również się tego spodziewało, gdyż swoją pracę rozpoczęło właśnie w sobotę. Wchodząc do hali pawilonu 8 natknąć się można było na pokazy pojedynków na szable (z warsztatami dla uczestników oczywiście), grupkę dziewczyn prezentującą nieznany mi rodzaj tańca (a przynajmniej było tak w założeniach; kwestią otwartą pozostaje to czy bardziej promowały ów taniec, czy też siebie), wreszcie wpaść trzeba było na ustawiony w strategicznym punkcie pięcioosobowy oddział elitarnego Legionu 501 (który wreszcie nauczył się tolerancji dla mieszkańców Imperium i bez skrępowania gawędził z Jawą oraz Jedi).

Porzuciwszy wieczór wcześniej borga i JAskra, tego dnia postanowiłem pokręcić się po terenie konwentu samotnie i sprawdzić jak to wszystko wygląda z punktu widzenia kogoś, kto z konwentami obeznany nie jest. A prezentowało się, muszę przyznać, przyzwoicie: w okupowanym do późnych godzin wieczornych Games Roomie bez problemu można było znaleźć rozjaśniaczy zasad, z których pomocy zmuszeni byli korzystać nawet starzy planszówkowi wyjadacze; w pobliżu Pokoju Gier można się było natknąć na bardzo dobre kursy Magica dla początkujących, uprawniające do udziału w darmowym turnieju dla noobów w niedzielę (z których to kursów niżej podpisany skwapliwie skorzystał), a w salach prelekcyjnych kontynuowano rozpoczęte w piątek wieczorem uświadamianie z czym w ogóle fantastykę i konwenty się je. Oczywiście, atrakcji dla początkujących było więcej, ale w końcu nie one były tego dnia najważniejsze, prawda?

1_pyr4Bo przecież drugi dzień konwentu, to obowiązkowe spotkania z autorami! Zaproszonych gości były blisko cztery dziesiątki, dla mnie liczyło się jednak przede wszystkim dwoje: Maja Lidia Kossakowska oraz Jarosław Grzędowicz.

Czegóż można było się od nich dowiedzieć? Kossakowska zdradziła, że na ukończeniu znajduje się wreszcie jej humorystyczna space opera, która przy dobrych wiatrach trafi na sklepowe półki jesienią. W planach autorki znajdują się ponadto: utrzymany w klimatach Upiora Południa, jak najbardziej poważny horror Niewidzialny tygrys oraz coś, co enigmatycznie opisała jako sushi-punk w klimatach filmów Takeshi Kitano. W tym miejscu mam również dobrą wiadomość dla fanów cyklu anielskiego: Kossakowska planuje w najbliższym czasie (3-4 lata…) wydać nową historię ze znanymi nam aniołami w rolach głównych, której akcja toczyć będzie się w Strefach Poza Czasem. O czym dokładnie będzie historia, autorka milczała, a wszelkie pytania pokroju: A czy Daimon będzie miał wreszcie kobietę?, zbijała stwierdzeniami: To jego prywatna sprawa. Jego zapytajcie.

Spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem było znacznie uboższe w konkrety: jedynym w zasadzie pewnikiem jaki się pojawił, było zapowiedzenie premiery czwartego, ostatniego już tomu Pana Lodowego Ogrodu na jesień (Jeśli wszystko pójdzie dobrze). Brak zapowiedzi jakichkolwiek nowych książek, brak konkretów na temat pisanej, dużo za to humoru oraz wyjaśnień czym jest writer’s block oraz jaki wpływ na rozwój tegoż ma w przypadku autora niejaki Andrzej Pilipiuk…

Ogólna ocena dnia drugiego jest zdecydowanie wyższa niż piątku: bawiłem się dobrze (choć rewelacji nie było) i nie opuszczałem tego dnia pawilonów MTP z myślą, że jestem zmuszony pojawić się w nich nazajutrz. A w niedzielę…

Dzień 3

Plany na ten dzień były jasno sprecyzowane: trzeba coś konkretnego zabrać do domu. Jako że ceny sklepików skutecznie trzymały mnie od siebie na dystans, wyjście było jedno: należało wygrać jakiś konkurs i przy okazji ocenić ich poziom. Po szybkim przejrzeniu rozkładu jazdy, okazało się że mam szansę tylko w 2 punktach programu: albo olśnię wszystkich swoją znajomością Smoczych Kul, albo przyzwoicie zaprezentuję się na turnieju Magica. Oba konkursy – punkt 10:00. Coś trzeba wybrać. Ale to dopiero po dotarciu do MTP.

Jako, że zwykle dobre plany biorą w łeb, tak i tego nie udało się zrealizować – dlaczego nikt mi nie przypomniał o zmianie czasu?! Zadyszany zdołałem wpaść na zapisy w kilka minut po ich zamknięciu. Cóż zrobić – trzeba pozostać widzem. Na tyle, na ile zdołałem się zorientować, wszystkie konkursy cieszyły się zainteresowaniem co najmniej dużym, wymagały również od uczestników nielichej wiedzy i umiejętności (ilu z Was przypomniałoby sobie na zawołanie liczbę jednostek xeno potrzebnych do transformacji Saiyanina w Ozaru? Nikt? To dobrze, oni też nie wiedzieli; tak, tak – pytanie wymyśliłem im sam), ale przede wszystkim dostarczyły uczestnikom i obserwatorom masę zabawy.

Uwagi ogólne

I na zakończenie garść uwag własnych oraz zebranych wśród uczestników Pyrkonu. Przede wszystkim: logistyka. Trzeba niestety przyznać rację wielu konwentowiczom, że rozplanowanie sal było nierzadko po prostu beznadziejne i wyglądało, jakby próbowano w sposób losowy przypisać im poszczególne punkty programu. Najlepszym przykładem jest, odbywająca się w olbrzymiej auli, niedzielna prelekcja na temat serbskiej fantasy, na którą przyjść miało mniej niż 10 osób, podczas gdy prelekcje w innych salach się opóźniały, gdyż próbowano je pośpiesznie dostosowywać do większej niż planowana liczby uczestników. Przykład z niedzieli, choć niestety byłem świadkiem tego przez cały weekend.

1_pyr5Kwestia druga: obsługa uczestników w punktach akredytacyjnych. Chwaliłem ją już przy okazji opisywania pierwszego dnia, tutaj dorzucę więc tylko sytuację której byłem świadkiem, gdy w sobotę około 22:30 opuszczałem budynek MTP: ku mojemu zaskoczeniu wciąż czynne były dwa okienka akredytacyjne. Do jednego z nich podszedł mężczyzna, który poprosił o kolejny identyfikator, gdyż (jak domyśliłem się z kontekstu podsłuchanej rozmowy) po raz kolejny już tego dnia go zgubił. I go dostał! Bez żadnych problemów! Jestem naprawdę pełen podziwu dla obsługi, gdyż ja zapewne wyszedłbym przy takim człowieku z siebie.

Wspomnieć wreszcie należy o znienawidzonych przez wielu opaskach na ręce. Same w sobie nie są one w sumie najgorszym pomysłem, powszechnie stosuje się je na różnej maści imprezach, ale nadgorliwość niektórych ochraniarzy potrafiła mnie momentami naprawdę doprowadzić do pasji. Rekord należał do chłopaka, który w ciągu nieco ponad pół godziny sprawdzał mnie pięć razy. Moja to wina, że na piersi wisiała mi dumnie plakietka z napisem MEDIA, zobowiązująca mnie do biegania pomiędzy dwoma budynkami i najważniejszymi punktami programu?… Na plus zaliczam jednak fakt, że ochrona miała najwyraźniej dłuższe doświadczenie w tego typu imprezach i pomagała nawet w przechodzeniu przez bramki, jeśli przeskanowanie kodu z identyfikatora nie działało.

Ogólne wrażenie z Pyrkonu 2011 jest dobre. JAskier i borg będą pewnie w swojej relacji smęcić, jak to słabo nie wypadł tegoroczny konwent w porównaniu do innych, dla nowego jednak liczy się przede wszystkim to, czy ma czego na tego typu imprezach szukać. Konwent mnie nie odstraszył i na pewno na Pyrkonie 2012 również się pojawię, podobnie jak na kilku innych konwentach. I z tego punktu widzenia oceniam całość na solidną, szkolną czwórkę.

Strider Opublikowane przez:

Na początku były Przygody Gala Asterixa... A później wszystko inne. Nie przepuści żadnemu filmowi animowanemu, ani książce dla dzieci. Miłośnik dobrego science-fiction i gier starszych niż on sam.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *