Nes, zapis przygód pilota – recenzja książki

nes-zapis-przygod-pilota-b-iext6314820

Strider: Dawno, dawno już nie widziałem naprawdę dobrego zbioru opowiadań s-f dla tzw. młodszej młodzieży. W sumie to dość dziwne, bo sam w dzieciństwie na brak takowej literatury nie narzekałem. Zabrakło nam najwyraźniej ostatnimi czasy nowych Lemów – w sumie szkoda, bo zawsze przyjemnie jest sięgnąć po coś lżejszego i przypomnieć sobie, jak to jest mieć lat kilka lub kilkanaście. Toteż, gdy tylko dotarł do mnie recenzencki egzemplarz Nesa…, wykrzyknąłem tylko: Nareszcie nowy Pirx! i z dziecięcą radością zanurzyłem się w lekturze. Szkoda, że po kilkudziesięciu stronach mój stosunek do książki zaczęła cechować daleko posunięta rezerwa, a po przeczytaniu całości miałem naprawdę mieszane uczucia. Nie chcąc skrzywdzić Nesa… niesprawiedliwą oceną, postanowiłem zaprząc do roboty kolegę i recenzję napisać do spółki z nim…

Evilmg: Muszę przyznać, że propozycją wspólnego pisania recenzji byłem zaskoczony zwłaszcza, że kolega najwyraźniej oczekuje, że to ja będę dobrym gliną w tym duecie… Nes, zapis przygód pilota to zbiór opowiadań niby dla młodzieży, ale… No właśnie – pamiętacie co czytaliście w wieku, powiedzmy, czternastu lat? Starsi pewnie jeszcze sięgali po wszelkie Tomki pana Szklarskiego, część pamięta zapewne Pana Samochodzika autorów wielu (choćby Nienackiego i Pilipiuka), inni gustowali w komiksach (Thorgal, Asterix, Smurfy). Jeszcze inni z rozrzewnieniem wspominają kapitana Nemo z powieści Verne’a, Strider zaś zaczytywał się mongolskim wydaniem Silmarillionu. Wszystkie przytoczone utwory oddziaływały swego czasu mocno na wyobraźnię, bawiły, jednocześnie jednak ucząc, kształtowały w jakimś stopniu kręgosłup moralny młodego człowieka. Jeśli tak na to patrzeć, to gimnazjalista wychowany na książce Kwiatkowskiego, będzie moralnym Efialtesem z ostatniej ekranizacji 300

Strider: Wcale nie miałem zamiaru uczynić Cię dobrym gliną – chciałem po prostu się zorientować czy ktoś jeszcze, znający się na fantastyce, ocenia najnowsze dzieło pana Kwiatkowskiego równie nisko jak ja.

Co do reszty: muszę się niestety z Tobą zgodzić. Po kilkudziesięciu stronach z rozrzewnieniem zacząłem wspominać czytane w dzieciństwie książki – mimo naprawdę dobrych chęci, nie potrafiłem postawić Nesa… na równi z nimi. Podobno książka adresowana jest do osób w wieku 12-16 lat. Jeśli tak jest w istocie, to naprawdę źle zaczyna się z polską literaturą młodzieżową dziać – odnoszę niemiłe wrażenie, że jeżeli książka Kwiatkowskiego miałaby być reprezentatywna dla całego rynku, to powinno się zacząć bić na alarm. Mogłoby się przypadkiem okazać, że od czasów Niziurskiego i Pana Samochodzika nic wartościowego na polskim rynku nie powstało… I to jest opinia dotycząca tylko dolnego progu wiekowego odbiorców; adresowania Nesa… do 16-latków komentować nie będę: choć nie mam zamiaru zabraniać im jego lektury (sam przecież takie książki czytam!), to uważam, że przeciętny licealista powinien czytać już coś na zdecydowanie wyższym poziomie.

Evilmg: Zdecydowanie wyższy poziom to w zasadzie poziom opowiadań ze starej gazetki Już Czytam. Jeśli ktoś zastanawia się jakie teksty powinien czytać licealista czy gimnazjalista, to za całkiem niezły punkt odniesienia mogą posłużyć lektury szkolne. W tym wieku dzieciak raczej nie powinien czytać książek o niczym, pisanych czcionką szesnastką. Czytając Nesa, zapis przygód pilota zastanawiałem się czy autor sam wiedział dla jakiej grupy docelowej pisze; toż to za głupie dla gimnazjalistów, a treść nieodpowiednia dla szkoły podstawowej. Już sama oprawa książki budzi wątpliwości: kolorowa okładka, wielkie litery, ilustracja na odwrocie przedstawiająca panią w sukni, która w sumie niewiele zakrywa, za to sporo podkreśla.

Strider: Racja. Pomijając już kwestie ilustracji (które, moim zdaniem, w większości trzymają nawet niezły poziom; są może nieco kanciaste i dość specyficzne, ale na tle całości wypadają naprawdę dobrze), treść książki daleko odbiega od tego, co troskliwi psychologowie zalecaliby jako lekturę dla dzieci w wieku lat kilkunastu. Przykład pierwszy z brzegu – w Nesie… miały się pojawiać, jak się dowiedziałem, delikatne aluzje do erotyki. Delikatne, czyli bez seksu, z zaakcentowaniem jedynie pewnych zachowań. Wyszło to, oględnie mówiąc, dość blado – z punktu widzenia 11 czy 12-latka, główny bohater bezczelnie gapiący się w biust rozmówczyni nie jest wcale aż tak delikatną aluzją… Ja wiem, że dzieci dojrzewają teraz podobno znacznie szybciej niż dawniej, mają też łatwy dostęp do gier czy filmów o tematyce… różnej, ale niech nie uprawnia nas to do niezwracania zupełnie na to uwagi… Z drugiej strony, patrząc z perspektywy gimnazjalisty, takie zachowanie głównego bohatera, to w sumie żadna aluzja do erotyki. Gdyby autor tylko skupił się na pisaniu dla jednej grupy wiekowej, moglibyśmy mieć całkiem niezłą książkę…

Evilmg: Tu się zgadzam, śmieszne aluzje do erotyki nie pasują ni w kij, ni w oko. Jedenastolatek pewnie nie zwróci na to większej uwagi, a szesnastolatek już nie takie rzeczy widział. Sama treść też budzi wątpliwości… Mamy pilota imieniem Nes, który jest oszustem, hazardzistą, kobieciarzem i jak sam twierdzi abstynencja mu nie grozi. Mimo wyroków pozwala mu się na opiekę nad dziećmi na obozach wakacyjnych. Lokalne odpowiedniki policji i służb specjalnych, zamiast go zwinąć za któreś z licznych przestępstw, proszą go o pomoc. Ideał! Wzór do naśladowania dla młodego człowieka! Wszystko to zostało przyprawione szczątkowymi wątkami fabularnymi, które sprawiają, że Nienacki przewraca się w grobie.

Strider: Cóż, jakby nie patrzeć, to jedna z bardziej rozpoznawalnych postaci z uniwersum Gwiezdnych wojen (było, nie było, też w sumie stworzonego dla podobnego przedziału wiekowego) – Han Solo, niewiele się od Nesa różni: przemytnik, kobieciarz, oszust, dawniej również pracujący dla Imperium… Na to bym jednak przymknął oko. Nie mogę jednak nie zwracać uwagi na to, że fabuła opowiadań jest… No, jest. Tyle mogę napisać ze sporą dozą prawdopodobieństwa. Czytając Nesa… nie odnosiłeś czasami wrażenia, że dostałeś niby pełną wersję książki, ale przed samą publikacją ktoś powycinał z niej fragmenty i będzie próbował później sprzedać jako, tak dziś popularne w grach komputerowych, DLC? Bo ja czułem się często albo zbyt głupim na zrozumienie niektórych dialogów i szczątkowych opisów fabularnych, albo bezczelnie okradzionym ze sporych fragmentów tekstu…

Evilmg: Ba! Jeśli chcesz porównać Nesa do Hana Solo, to musisz zdawać sobie sprawę z tego, że Solo miał klasę. Przemytnik z Gwiezdnych wojen trzymał poziom, a Nes? Nes raz jest złodziejem-hipokrytą a w innym opowiadaniu to człowiek do rany przyłóż – nawet mu przez myśl nie przejdzie, żeby wyciągnąć jakieś korzyści dla siebie… Po tylu narzekaniach pewnie wyobrażenie na temat książki Kwiatkowskiego jest bliskie totalnej katastrofy, ale byłoby to pewną niesprawiedliwością. Autorowi trzeba oddać, że dość sprawnie operuje piórem. Opowiadania czyta się całkiem nieźle i gdyby nie to, że fabuła jest jaka jest, to dzieło Kwiatkowskiego byłoby kolejną niewyróżniającą się pozycją dla młodszego czytelnika.

Strider: No tak, Ford faktycznie uczynił Hana Solo postacią z klasą, co ani trochę nie udało się Kwiatkowskiemu z głównym bohaterem. Już lepiej prezentuje się komputer pokładowy Nesa – może to ZX-a trzeba było zrobić postacią pierwszoplanową? Ironiczny, z charakterem, często odcinający się swojemu właścicielowi, wpraszający się wszędzie bez pytania (a raczej włamujący się) – takiego cybernetycznego bohatera nie kojarzę z żadnych książek. W literaturze pojawiłoby się coś świeżego. Kino ma swojego KIT-a z Nieustraszonego, a książki?… Szkoda, że ZX pojawia się tak rzadko…

Ale biorąc Nesa… całościowo, faktycznie muszę przyznać, że opowiadania czyta się całkiem nieźle. Szkoda tylko, że jest tak dopiero wtedy, gdy przymknie się oko na wszystko to, co powytykaliśmy do tej pory – gdy pominiemy to, że brak jest dostosowania treści do wieku odbiorców, wypowiedzi narratora można w każdym z opowiadań policzyć na palcach jednej ręki (autor usilnie starał się przerobić swoją książkę na formę komiksu), a same opowiadania kończą się często dość nijako – ot, Nes zrobił co miał zrobić i koniec, brak rozwiązania akcji (co najmniej raz przegapiłem koniec opowiadania!).

Skoro już się wyzłośliwiam, to dorzucę jeszcze jedno: wspomniałem, że autor starał się napisać książkę w formie komiksu. Efektem końcowym jest naprawdę duża liczba ilustracji, które najwyraźniej zastępować mają opisy wyglądu postaci – zupełnie to do mnie nie przemówiło. Ilustracje są niezłe, ale absolutnie nie zastąpią one zupełnego braku literackiego opisu. Komiksowa stylizacja nie może również usprawiedliwiać tego, że wypowiedzi narratora pojawiają się tak rzadko i niespodziewanie, że często czytelnik gubi się w fabule – stworzenie akcji przy użyciu niemal samych dialogów jest wyczynem karkołomnym i niewielu znam pisarzy, którzy podjęliby się tego z satysfakcjonującym efektem. Kwiatkowski do nich niestety nie należy…

Jak dla mnie, Nes, zapis przygód pilota nie zasługuje na więcej niż jakieś 2+. 2 byłaby oceną, moim zdaniem, odrobinę zaniżoną.

Evilmg: Wiesz, gdyby te wypowiedzi narratora były jakoś sensownie wkomponowane, ale gdzie tam! Akcja się toczy, a narrator potrafi rozprawiać o dupie Maryni. Kolejną bolączką jest to, że Kwiatkowski dzieli tekst zupełnie bez sensu. Pomijam już rozdziały długie na trzy, może cztery strony plus ilustracja, ale te rozdziały są często dzielone na akapity które nie są połączone żadnym logicznym ciągiem i dopiero w połowie akapitu człowiek dowiaduje się, co właściwie stało się między wierszami. Jeśli chodzi o niespodziewane zakończenia opowiadań to ja się na tym naciąłem, bo dopiero po przeczytaniu Diamentowego Tunelu (pierwsze opowiadanie w zbiorku) i kilku stron Niebezpiecznej misji zorientowałem się, że jest to zbiór opowiadań. Wszystko przez te dziwne zakończenia i to, że autor dzieli tekst w dość kontrowersyjny sposób. Wszystko to sprawia, że mimo najlepszych chęci nie mogę wystawić Nesowi… oceny wyższej niż 2.

Strider: No tak, nie wspomniałem o tym, ale ja jakimś cudem też początkowo nie zauważyłem, że to opowiadania – niby poszczególne historie mają swoje tytuły i są podzielone na rozdziały, ale gdy czytamy całość, do świadomości czytelnika nie dociera, że to może być już koniec, a akcja może zostać zakończona w tak nijaki sposób… Dla porównania – identycznie rozwiązano kwestię podziału chociażby w słynnej Fundacji Asimova, która również była w praktyce zbiorem opowiadań, a jeśli chodzi o ogólną kompozycję utworu, to Nesa… zostawia lata świetlne za sobą. I żadnym usprawiedliwieniem nie jest dla mnie fakt, że Fundacja jest adresowana do innej grupy wiekowej – do dzieci należy mówić tak jak do dorosłych, tylko inteligentniej, jak rzekł kiedyś pewien mądry człowiek.

Przychodzi wreszcie pora na zakończenie recenzji i najtrudniejszą decyzję – wystawienie oceny końcowej. Jako, że zdania co do niej są dość podzielone, zdecydowałem się na umieszczenie obu wersji. Bardziej zainteresowani książką, powinni wyciągnąć jednak więcej konkretów z naszego kilkustronicowego wyzłośliwiania się nad Nesem… i na podstawie tego wyciągnąć własną ocenę.

Tytuł: Nes, zapis przygód pilota
Autor: Sławomir Kwiatkowski
Wydawca: Sławomir Kwiatkowski
Rok: 2010
Stron: 258
Ocena: 2+

Autorzy: Strider i evilmg

Redakcja Opublikowane przez:

Tawerna RPG to ogólnopolski serwis zajmujący się fantastyką i grami fantastycznymi. Znajdziesz u nas zarówno gry fabularne, karciane, planszowe i komputerowe, a także recenzje, opowiadania i sporą dawkę humoru.

55 komentarzy

  1. CoB
    16 stycznia 2011
    Reply

    ?

    Recenzja nie przypadła mi do gustu. Dlaczego?

    – Po co pisać o Lemie, który swoje książki (Bajki Robotów i Opowieści o pilocie Pirxie) wydał w 1964 i 1968 roku, czyli ponad 40 lat temu? Toż to dwa pokolenia wstecz… A wy piszecie:
    „Zabrakło nam najwyraźniej ostatnimi czasy nowych Lemów”
    Ostatnie czasy to przedział 40 lat?!

    – Jakiś dziwny purytanizm i rozwodzenie się nad erotyką. Młodsze dziecko nie zrozumie przykładu z biustem, starsza osoba wyrobi sobie dzięki tej sytuacji opinię o bohaterze. Jak dla mnie, nie jest to żaden poważny minus książki. I nie wiem skąd ten pociąg do określania co jest, a co nie jest odpowiednie dla 12-13 latka?

    – Porównywanie do „Fundacji” Asimova także jest nie na miejscu. Nie dość, że Fundacja to staroć, to jeszcze, jak sami recenzenci stwierdzili, obiekt kierowany do zupełnie innej grupy odbiorców

    Czytając fragment Nesa, pt. ‚Świt’, nie mogę się zgodzić także z wieloma innymi zarzutami:

    – ‚Tworzenie akcji przy użyciu dialogów’ – wydaje mi się, że za pomocą dialogów popycha się akcję do przodu i w opowiadaniu ‚Świt’ wychodzi to autorowi całkiem dobrze.

    – ‚Brak opisów postaci’ – nawet najlepszy opis nie odda tego, co oddaje ilustracja. To może być faktycznie minus, ale z tego co zrozumiałem, autor nie ukrywa, że książka ma komiksowe zacięcie. Więc po co opisy narratora?

    – Nic nie piszecie o treści opowiadań. Oprócz tego, że zakończenia są nijakie, nie dowiedziałem się niczego o fabule. A z opowiadania ‚Świt’ wynika, że jakaś fabuła jest i dotyka znanych problemów współczesności, a także nawiązuje do innych dzieł fantastyki naukowej w dość lekki sposób.

    – Zarzut o postać Nesa (jako przykład do naśladowania) też wydaje mi się chybiony. Oczywiście, jeśli porównamy go do Tomaka (Alfreda Szklarskiego) możemy dojść do takiego wniosku. Ale… nie czytaliście nigdy opowieści awanturniczych albo pirackich?

    Po lekturze opowiadania ‚Świt’, jestem zdania, że Nes… jest całkiem przyjemną, niezobowiązującą lekturą. Może to reprezentacyjne opowiadanie, a reszta jest taka, jak to przedstawiacie w recenzji – nie wiem, ale w najbliższym czasie postaram się przekonać osobiście.

  2. evilmg
    16 stycznia 2011
    Reply

    – Dialogi, no tak pchają akcję do przodu, ale czasem akcji trzeba czegoś więcej niż dialogów na 6 stron i opisu akcji na 3 linijki. Przy czym te 6 stron to już często połowa opowiadania i czas fabularny przesunął się o kilka dni…

    – Pisanie o czym? O jakiej fabule? „Świt” ma najlepszą fabułę w całym zbiorku, przy czym nadal nie ma ona większego sensu i zbudowana jest na zasadzie podobnej do książeczek z obrazkami dla przedszkolaków „przyleciał, zrobił” i koniec. Zwłaszcza, że cały wątek z piratami jest kompletnie nie wykorzystany. Ot Nes przyleciał, porwali go, przyjęli go a potem władze wsadziły do ciupy razem z piratami gdzie w 2 dni dorobił się depresji (z resztą piraci też)… nie wspominając już o tragicznym zawiązaniu akcji i „podatku od ODDYCHANIA”…

    – Przecież wspomniałem, że Kwiatkowski umie zainteresować czytelnika, ale wszystko psuje kompletnie zlekceważona fabuła, szczątkowe opisy i to, że w sumie nie wiadomo do kogo adresował swoje dzieło…

    – Hmmm, powieści awanturnicze? Pewnie, że się czytało, ale… tutaj znów nadziewamy się na to dla kogo ta książka jest adresowana… z resztą bohaterowie większości powieści awanturniczych to „ci dobrzy”, a nawet jeśli nie stali po jasnej stronie mocy to kierowali się jakimś poczuciem honoru i mięli świadomość konsekwencji swoich czynów. Nes jest beztroskim typkiem dla którego nie ma żadnych granic i nie ponosi odpowiedzialności za żadne ze swoich przewinień!

  3. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    Tu mozna przeczytac wiecej

    Cztery opowiadania z Nesa:
    http://wolnemedia.net/category/opowiadania/

    Jak dla mnie spoko, nie wiem co sie tak czepiacie.
    Cos mi sie zdaje ze go za cos nie lubicie, bo recenzja jest mocno stronnicza.

  4. Kasia
    18 stycznia 2011
    Reply

    Chyba tak (-:

    Panowie recenzenci poswiecili sporo czasu i energii, zdecydowanie wiecej niz zwykle poswiecaja na inne recenzje, aby dokopac Panu Kwiatkowskiemu.
    Z przyjemnoscia siegne po ta ksiazke, cos mi sie zdaje, ze warto.

  5. evilmg
    18 stycznia 2011
    Reply

    Wiecie recenzja jest z natury subiektywna. My stwierdziliśmy, że książka jest zbyt prosta (chodzi tu o ogromną czcionkę i fabułę opowiadań) dla przeciętnego nastolatka, ale przecież nikt nie mówi, że innym nie ma prawa się podobać. Recenzja wyraża NASZE zdanie o książce pana Kwiatkowskiego…

    Swoją drogą czy tylko mnie dziwi, że zbiór opowiadań liczący 258 (najdłuższe ma 30 stron) stron zawiera 10 opowiadań z których niemal połowa jest dostępna za darmo w internecie? Tylko mnie zastanawia objętość opowiadań w książce skoro gdy skopiujemy je ze strony wolnych mediów to z 25 stron robi się 7? Tak, razem z ilustracjami…

  6. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    Czyli mam racje

    Podpadl wam czyms prywatnie, bo wzieliscie sie za niego wyjatkowo we dwoch i jak nie kijem go to palka (:
    Przeszkadza, ze kilka opowiadan za darmo w internecie? Niektorzy daja cale ksiazki, kto chce, to sobie kupi, kto chce, przeczyta w necie, nikt nikogo nie zmusza do kupowania. Mi sie opowiadania podobaja, najbardziej „Podroz w czasie”. Tak w ogole, to najpierw porownania do Lema, potem Nienackiego, Niziurskiego i Assimova… Dobrze, ze nie ma porownania do Wislawy Szymborskiej, bo byscie napisali, ze rymy nie te. Ja przepraszam za brak polskiej czcionki, mieszkam w Hiszpanii i nie mam tu polskiej klawiatury. Co do ksiazki, wiadomo gusty sa rozne, ja tez nie mowie ze to jakies arcydzielo, no ale jak to skopaliscie to calkowita przesada i normalnie widac, ze chyba specjalnie. Na szczescie sa te opowiadania w necie, takze kazdy moze sobie przeczytac i wyrobic opinie.

  7. BAZYL
    18 stycznia 2011
    Reply

    A czy ja mam rację?

    Że wpisy Zony i Kasi mało że są zgodne, to pisane bez polskich znaków (pewnie z Hiszpanii) i z taką samą manierą pisania emotek w drugą stronę. Zaintrygowało mnie to, sprawdziłem – i nawet IP takie samo. Czyżby drogie panie były jakoś związane z autorem, że tak zaciekle go bronią? A może to jedna pani, która próbuje robić sztuczny tłok? 🙂

  8. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    nie masz

    Mieszkamy razem i piszemy z jednego komputera, mamy podobne zdanie co chyba nie jest zakazane, Pana Slawomira znamy z komentarzy na wolnych mediach ale nie osobiscie, same tez tam piszemy pod takimi samymi nickami. Mozesz to sobie sprawdzic, tak samo jakt, ze nasze IP jest z Hiszpanii, konkretnie z Barcelony, nie mamy interesu ani powodu aby wspierac koniecznie autora poza tym, ze mam inne zdanie. Ja nie sadze, aby to bylo normalne, ze recenzent odopisuje wszystkim, ktorzy nie zgadzaja sie z jego recenzja, juz to pisalam, ale post nie przeszedl.

  9. BAZYL
    18 stycznia 2011
    Reply

    🙂

    A autorzy recenzji nie mają interesu w złym ocenianiu dobrych książek. Zła książka ma złą ocenę, a dobra dobrą. Proste i logiczne. Z oceną można się nie zgadzać, ale uwagi pod tytułem recenzentów są dziecinne i niesmaczne.

  10. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    znow sie mylisz

    Proste owszem, ale nie logiczne Gdyby recenzenci mieli zawsze racje, do dzis nikt nie znalby obrazow Van Gogha, Slowacki bylby grafomanem, Mozarta tez nikt by nie pamietal . Ja uwazam, ze niesmaczne jest, jak recenzent bierze udzial w dyskusji nad wlasna recenzja.

  11. evilmg
    18 stycznia 2011
    Reply

    Wiem, że nie powinienem,

    ale znów się odezwę. Recenzent też jest człowiekiem i ma prawo bronić swojego zdania i wyjaśnić dlaczego przyjął takie a nie inne stanowisko. Jedyne co pisałem to argumentacja moich opinii na temat książki. Podyskutowałbym bardzo chętnie, ale ciężko dyskutować z kimś kto zamiast podać jakieś własne zdanie (jak to uczynił CoB) powtarza jak mantrę stwierdzenie, że recenzenci uwzięli się na pana Kwiatkowskiego. Autora książki nie znam, nie zamieniliśmy nigdy ani słowa, nie wiem jak wygląda nawet za co więc mam go nie lubić?

  12. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    Ja nie twierdze, ze go nie lubisz. Po prostu dziwne, ze w dyskusji bierze udzial recenzent i admin, a wszystko po to, aby zbic od razu argumenty osob, ktore twierdza, ze recenzent sie myli. Przy czym admin twierdzi, ze recenzent na pewno ma racje. Ciekawe, skad takie przeswiadczenie.
    I to dla mnie nie jest normalne, zwykle dyskusja pod artykulami sie toczy bez udzialu autorow i adminow, choc jak sam wspomniales, to tez ludzie. Proponuje zostawic juz to, niech sobie kazdy zdanie wyrobi sam, link do opowiadan podany wyzej, wiec to nie problem.
    Niech wypowiedza sie inni.

  13. BAZYL
    18 stycznia 2011
    Reply

    Recenzent i admin to też ludzie, ale nie mają prawa wyrażać swojego zdania… To chyba jakieś hiszpańskie zwyczaje 😉

    Autor ma prawo brać udział w dyskusji nad swoim tekstem. Inna sprawa, że tylko CoB przedstawił w tej dyskusji jakieś argumenty – dziewczęta z Hiszpanii (z czego jedna nawet książki nie przeczytała!) nie piszą o książce, tylko o autorach recenzji – to je dyskwalifikuje jako dyskutantki. I na tym proponuję skończyć tę farsę, przynajmniej do czasu aż pojawi się jakiś sensowny argument.

  14. Zona
    18 stycznia 2011
    Reply

    to ja mam sensowny argument

    A ty admin przeczytales? Bo jak nie, to po co sie odzwywasz, na dodatek twierdzac, ze recenzent ma zawsze racje? Przeciez, zgodnie ze swoimi slowami, to cie dyskwalifikuje jako dyskutanata. Pewnie nie czytales, skoro to takie badziewie. Bo jesli czytales, to po co marnowales czas na takie byle co? To sie lepiej przyznaj, ze gustujesz w badziewiu, bo jak nie czytales, to sie zdyskwalifikujesz jako dyskutant i wyjdziesz na tym dziwnie. Wiec juz leìej wyluzuj. Sama napisalam wczesniej, ze czas skonczyc dyskusje, ale w farse przemieniasz to sam, ciagnac ten temat. No chyba ze jestes z tych, co zawsze musza miec racje na koncu, nawet gdy jej nie maja. Ja juz luzuje, dopisz sobie cos w odpowiedzi dla lepszego samopoczucia, jak juz musisz i chyba wystarczy na dzisiaj.

  15. BAZYL
    18 stycznia 2011
    Reply

    🙂

    I dalej brak argumentów – to chyba kończy dyskusję, a raczej pyskówkę koleżanki…

  16. V.
    21 stycznia 2011
    Reply

    V.

    Noooooo Bazylu… Zawsze Cię szanowałem, ale myślałem że lepiej dobierasz sobie koleżanki. Ponadto cieszy mnie fakt, że możesz usuwać komentarze, nie byłem do końca pewien. „Nie miałem pojęcia, że na świecie jest tylu idiotów nim nie poznałem Internetu” (jak powiedział pewien znany człowiek, którego nazwisko się już tu pojawiło) – osobiście zawsze uważałem, że ludziom powinno się kazać zdawać jakiś egzamin nim pozwoli im się korzystać z Sieci, ale żeby sobie pozwalać na osobiste wycieczki do admina i niewybredne inwektywy to trzeba się wykazać prawdziwym niezrozumieniem mechaniki działania Internetu (lub nie wiedzieć co znaczy słowo „admin”)… Ponadto przypomniał mi się dowcip o tym dlaczego kobiety nie mogą być księżmi (bo za każdym razem kiedy ministrant powiedziałby „amen” chciałyby mieć ostatnie słowo i msza nigdy by się nie kończyła). No, ale skoro Pani obiecała, że już tu nie zajrzy to trzymam ją za słowo.

    Ale do rzeczy – recenzja mi się nie podobała. Mam na myśli formę – dialog pomiędzy dwoma autorami komentującymi siebie na wzajem może się sprawdzać jako audycja radiowa, jako artykuł jakoś mi nie podchodzi. Ale jeśli zacisnąć zęby i wyciągnąć z tego argumenty to istotnie składają się one na ocenę, którą zbiorowi opowiadań wystawiono. Ponieważ jednak pojawiły się podzielone zdania, a wychodzę z założenia, że jeśli istnieje możliwość wyrobienia sobie własnej opinii to należy to czynić – kliknąłem w polecony wcześniej przez Pewną Panią link i wyszukałem opowiadania, by przeczytać wszystko co było dostępne. Ze zgrozą zgodziłem się z recenzentami, a co więcej chciałbym dorzucić także coś od siebie, co Panowie Recenzenci litościwie pominęli:

    Poziom językowy opowiadań jest przygnębiająco niski. Nawet nie wiem jak to argumentować czy udowadniać – po prostu ciężko się czyta, trzeba cofać się w zdaniu by wyłapać jego sens z powodu dziwnej składni, w niektórych zdaniach pojawiają się zbędne słowa, w innych zaś ewidentnie kilku brakuje (jestem w stanie zrozumieć, że autor porzuca podmiot jako niepotrzebny gdyż pisze cały czas o głównym bohaterze, ale jeśli w części opisowej – jak zauważyli Recenzenci i tak krótkich i ubogich – pojawiają się zdania krótkie i równoważniki zdań, to coś jest nie tak…). Innymi słowy – oczy nie wędrują płynnie z tekstem, brakuje tutaj jakiegoś wygładzenia. Myślę, że to o tym pisali Recenzenci. gdy wspominali, że czują się obrabowani z kawałków tekstu… Być może w tym momencie objawia się moja choroba zawodowa, albowiem przedstawiciele mojej profesji słyną z krytykanctwa wyrażanego słowami „ja bym to zrobił lepiej”… Ktoś może skwitować: „to zrób”, ale i na to mam odpowiedź – z kolegami pisaliśmy kiedyś paragrafówkę, bez zamiaru wydania czysto dla zabawy, nie miało to mieć wielkiej jakości literackiej… Nad złożeniem tego w całość i kontrolą jakości czuwałem ja i zdarzało mi się prosić o poprawki, nawet parokrotnie… Gdyby ktoś podesłał mi paragraf pisany w takim stylu literackim jak opowiadania Pana Kwiatkowskiego to bym mu powiedział, żeby napisał jeszcze raz od nowa…

    Dialogi są sztywne i sztuczne. Prawdopodobnie dlatego, że wszystkie postacie pozbawione są charakteru i jakiejkolwiek głębi. Rozmowy z dopiero co poznanymi postaciami drugoplanowymi do złudzenia przypominają rozmowy między postaciami (kiepskich) graczy w karczmie na początku długiej hack’n’slashowej kampanii – po prostu mechanika wymaga żeby razem podróżowali, ale dla stojącego z boku obserwatora nie ma żadnej logiki w tym dlaczego jednostki tak odmienne zaczęły ze sobą podróżować. HA! Zdarzyło się nawet że bohaterowie zmieniali zdanie, opinie i światopogląd z akapitu na akapit. Na dobitkę opis tego JAK dana postać wypowiada słowa nijak do tych słów nie pasuje. Ponadto wszyscy wypowiadają się tak samo i w dodatku nie jak dorośli, lecz jak dzieciaki (niewyżyte pozwolę sobie nadmienić). Styl wypowiedzi poszczególnych bohaterów nijak się ma (a często jest w sprzeczności) z pozycją, wykształceniem, wiedzą, klasą czy zawodem, które dany bohater rzekomo reprezentuje. Ponadto zdarza się, że wdają się w głębokie dyskusje osobiste ze świeżo poznanymi ludźmi.

    Dziwne łamanie wierszy. Zdarza się że ciąg dalszy wypowiedzi postaci wygląda jak kolejna wypowiedź w dialogu, przez co zdarzało mi się gubić i momentami byłem zdezorientowany kto w danej chwili mówi. Ponadto zdarzało się, że niektórzy bohaterowie drugoplanowi bez zaproszenia wskakiwali do dyskusji niczym Filip z Konopii (a o czym autor nie raczył powiadomić, aż do momentu w którym stawało się to oczywiste i na dobrą sprawę wcale już informować nie musiał…) co wprowadzało jeszcze większy chaos.

    Kobiety… Błagam! Na litość i wszystko co Święte! Malowane plastikowe pustaki. Postacie kobiece o bardziej złożonej i naturalnej psychice widywałem w zmyślonych opowiastkach przedszkolaków wypowiadanych mimochodem podczas zabawy klockami… Kobiety w opowiadaniach Pana Kwiatkowskiego służą jedynie dwóm celom: ładnie wyglądają i robią kanapki. Feministki powinny się dobrać do tych książek. Ponadto postaci kobiece nie mają do siebie żadnego szacunku, trzepoczą rzęsami i lepią się do najbliższego mężczyzny. Głupizna i stereotyp w postaci podwójnego chromosomu X się szerzy…

    Żenujące wręcz błędy w logice. Kiedy bohaterowie zaczynają się martwić, że zabraknie im kanapek szczęka mi opadła… Przecież to jest SF – GDZIE SĄ REPLIKATORY ŻYWNOŚCI??? Nawet jeśli nie ma to poważnie… kanapki? Jeśli pisze się SF (nawet dla dzieciaków) to pisze się zazwyczaj do chłopców, umysły analityczne, ścisłe, namiętnie pochłaniające pseudonaukowy bełkot – a zatem gdzie są prasowane pełnowartościowe racje żywnościowe w postaci batonów smakujących jak mydło (a w tym momencie główny bohater lansowany na niezdyscyplinowanego nonkonformistę powinien zaszczycić załogę długim i wywracającym bebechy z obrzydzenia monologiem o tym jak się je wytwarza). Już chyba nawet u Lema (jak wspomniał CoB epoka archaiczna) były pastylki żywieniowe. Ponadto nie przypominam sobie żeby NATO wysłało Armstronga na Księżyc z plecakiem kanapek. Ale niech będzie – licencia poetica… Tylko, że autor sam się nie może zdecydować – wraca do tych pakowanych na drogę kanapek kiedy w innym opowiadaniu pilot wyraźnie mówi, że jego komputer potrafi „duplikować żywność” – a zatem są replikatory a kanapki nie mają sensu. [sarkazm_mode=on]O! już wiem… Kanapki są po to, żeby kobiety miały co robić w tych opowiadaniach…[sarkazm_mode=off] Inne „błędy logiczne” to na przykład fakt, że rząd który chce potajemnie kontrolować ludność i prać im mózgi w ośrodkach oficjalnie będących centrami medycznymi nazywa te centra „ośrodkami indoktrynacji zdrowotnej”. Jak się kogoś tajnie indoktrynuje to nie w ośrodku ze słowem „indoktrynacja” w nazwie… Zachowania bohatera często wynikają wyłącznie z tego, że musi się zachować w ten sposób, żeby akcja opowiadania szła do przodu i nijak mają się do charakteru, który rzekomo prezentuje…

    Powalili mnie komandosi w jednym z opowiadań. Poważni żołnierze, profesjonaliści w każdym calu, lecz:
    a) posługiwali się znakami migowymi używanymi w cichych operacjach radośnie gawędząc w międzyczasie… ponadto dowódca użył znaku „stać” mówiąc „ruszajmy” – że jego podwładni nie dostali rozdwojenia jaźni to jestem pod wrażeniem
    b) chwalą się niczym harcerze zdobytymi umiejętnościami – żeby to było coś poważnego jak nasi chłopcy w GROMie jak wchodzenie po pionowej ścianie… gdzieżby znowu „zdobyłem zdolność wspinacza konarowego i mogę chodzić po drzewach – chcesz zobaczyć naszywkę sprawności na mojej różowej szarfie zucha dzielny, piękny i odważny pilocie Nesie?”
    c) robią kakao jak się ich ładnie poprosi
    d) chwalą się że zrobili kakao w metalowym kubku metodą klasyczną niczym skrajnie stereotypowa kura domowa (swoją drogą autor powinien wiedzieć, że kakao z metalowego kubka jest paskudne i powinni je podać w ceramicznych… no i nie założyli fartuszków)
    e) w celu zrobienia kakao rozbili obóz w czasie gdy pilot i kobieta (czyli dwie najbardziej kompetentne osoby najwyraźniej) zakładały ładunki wybuchowe

    Czepiam się. Na siłę wyszukuję błędy. Nastawiłem się negatywnie po przeczytaniu recenzji. Możliwe. Ale pomimo usilnych starań nie znalazłem nic godnego pochwały poza faktem, że opowiadania mogłem przeczytać za darmo w Internecie (swoją drogą, jeśli miały one promować zbiór to chyba powinny być możliwie najlepsze…) Podziwiam autora za determinację, bo jak napisał w komentarzu – książkę wydał własnym nakładem. Nie dziwię się jednak dlaczego nie wydał tego przez wydawnictwo.

    „Przecież to jest ksiażka dla dzieci, a ty się czepiasz bo jesteś dorosły” – jakoś mnie nie przekonuje stwierdzenie, że jak się nie potrafi napisać dobrej prozy, to trzeba obniżyć próg wiekowy przed wydaniem. Ponadto 12-16 to młodsza młodzież, nie dzieci. Czytałem książkę dla dzieci (Paweł Beręsiewicz „Na przykład Małgośka”) jak podwędziłem młodszej siostrze – to jest przykład dobrej dziecięcej literatury, tak się to powinno robić, odsyłam. Ktoś w komentarzach słusznie zauważył, że dla dzieci pisze się tak jak dla dorosłych, tylko inteligentniej. Książka, o której wspomniałem jest genialna bo jest pisana jakby oczami dzieciaka – obserwuje on pewne wydarzenia, relacjonuje je, ma swoje przemyślenia – dzieciaki pociąga tutaj fabuła, ja będąc dorosłym czytałem z uśmiechem na ustach bo tam właśnie były „aluzje erotyczne”, ale widziane oczami dzieciaka inaczej interpretowane, choć jako dorosły „wiedziałem lepiej”. Tak właśnie powinno się pisać książkę dla młodszego czytelnika. Jak ktoś już koniecznie się upiera na narrację trzecio-osobową to po pierwsze niech nie zapomni o narracji, a po drugie niech robi to dobrze.

    Nie zgadzam się też z Bazylem (znowu zaczynam… jeszcze trochę i dostanę bana), że Szanowne Panie Zamieszkałe Poza Granicami Wielkiej Rzeczypospolitej nie podały argumentów. Udało im się bowiem podać dwa, niestety błędne. Pierwszy dotyczył krytyki przytoczonego w recenzji kontekstu „autorów konkurencyjnych” – argument wtórny albowiem ruszony już z innej strony przez przed-komentującego CoB’a. Podobno Recenzenci zapomnieli uwzględnić Szymborskiej. Otóż tak się składa że przytoczeni autorzy pomimo przepaści epokowej (swoją drogą niezbyt dobrze to świadczy jak autorzy pokolenia wstecz pisali lepiej) reprezentowali nie tylko prozę, ale też podobny gatunek tej prozy, natomiast Szymborska to liryka, więc nie można jej porównywać – argument oddalony. Drugi argument dotyczył rzekomo krytykowanych wielkich tego świata Gogha (istotnie sprzedał tylko jeden obraz za życia w dodatku swemu bratu), Mozarta (argument błędny, wynika z niewiedzy, Mozart zaczął koncertować w wieku lat czterech, w wieku lat siedmiu już występował na dworach i w domach szlachetnie urodzonych), Słowacki (osobiście lubię go i tak bardziej niż Mickiewicza, ale argument jak najbardziej nietrafiony, albowiem współcześnie znawcy literatury prezentują dwie różne opinie na temat literatury Słowackiego, z czego jedna jest klasyczna, druga natomiast mówi, że Słowacki był mistrzem… w grafomaństwie właśnie… mistrzostwo miało polegać na tym, że podobno nie zgadzał się z poglądami romantyków i jego najbardziej znany utwór jest nielogicznym bełkotem będącym celowym pastiszem – poważnie, kto nie trafia sobie w głowę strzelając z pistoletu…) – argument można zatem uznać za oddalony, jako że Szanowna Pani użyła postaci historycznych znanych współcześnie, lecz szanowanych w przeszłości. Bardziej przekonałoby mnie gdyby pojawiło się nazwisko Bacha (skromny organista kościelny, czyżby?) czy któregoś ze współczesnych zdolnych muzyków, którzy zabłyśli, lecz zniknęli ze sceny medialnej (Joe Robinson?). Nie uważam się za erudytę, lecz z żalem muszę powiedzieć, że autorka tych argumentów na swoją erudycję też nie powinna się powoływać…

    I uprzedzając wszelkie wycieczki osobiste chciałem jeszcze dodać, że nie jestem z wykształcenia humanistą, a komentarz był pisany w pośpiechu dlatego nie życzyłbym sobie wytykania literówek, interpunkcji czy stylistyki ze słowami „krytykujesz, a sam nie lepszy”. Chcesz się ze mną wdać w polemikę anonimowy Internauto? To komentuj treść i argumenty a nie moją osobę bo za przeproszeniem G o mnie wiesz.

    No i przepraszam za nieco dłuższy komentarz niż przeciętnie spotykane.

  17. Strider
    21 stycznia 2011
    Reply

    Do V.

    Jestem ciekaw czy tym razem uda mi się przesłać komentarz – z moim kontem dzieje się coś niedobrego, całą dyskusję mogłem więc jedynie śledzić, bez możliwości wdawania się w rozmowę z Paniami z Hiszpanii…

    Z Twoim długim komentarzem V. muszę się zgodzić we wszystkich punktach, a jako że było tylko jedno zastrzeżenie pod adresem moim i Evilmg, to tylko do niego się jakoś dłużej ustosunkuję: ta recenzja nie miała być pisana w ten sposób (właściwie to nie nazwałbym tego „recenzją”, ale raczej „wymianą poglądów”). Założenie było, że tekst napiszę sam, jak zwykle, w tzw. międzyczasie wynikł jednak jeden problem (nie będę wdawał się w szczegóły, żeby nikogo już bardziej nie pogrążać), w wyniku którego bałem się, że to co chcę o książce napisać, nie jest już w najmniejszym stopniu moją oceną. I tak faktycznie chyba było, biorąc pod uwagę jakie zdanie o „Nesie…” ma chociażby Evilmg i Ty. Przyznaję się jednak, że wina jest po mojej stronie: mogłem po prostu oddać książkę Evilmg, a nie decydować się na tworzenie tego typu tekstu. Mea culpa. Obiecuję w przyszłości zastanowić się dwa razy nad takim rozwiązaniem. 🙂

  18. Sławomir Kwiatkowski
    21 stycznia 2011
    Reply

    Witam

    Nazywam się Sławomir Kwiatkowski, jestem autorem książki. Nie spodziewałem się, że wzbudzi ona tyle emocji, to zdecydowanie ponad to, czego oczekiwałem. Mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję, albowiem nie zamierzam polemizować z opiniami recenzentów – wręcz przeciwnie, bawię się doskonale i poproszę o jeszcze.
    Mam nadzieję, że ta wypowiedź stanie się dla nich inspiracją do kolejnych wywodów i popisów erudycji.

    Piszę ze względu na tych czytelników, którzy niekoniecznie podzielają ich poglądy, aby wyjaśnić, iż forma i treść jest wynikiem realizacji bardzo konkretnej koncepcji, nie zaś próbą sprzedania niedopracowanego produktu.

    1. „Nes, zapis przygód pilota” wydałem własnym sumptem, albowiem moja pierwsza pozycja, „Dookoła świata po jeden dzień”, wyprzedała się w całości, przynosząc Wydawnictwu Nestor całkiem niezły dochód. Drugą wydaję sam, z dużą korzyścią dla własnego budżetu i jest to jedyny powód, dla którego nie związałem się z zewnętrznym wydawnictwem, choć miałem takie propozycje.
    2. Brak opisów nie jest lekceważeniem Czytelnika, tylko świadomie obraną koncepcją komiksu literackiego, gdzie taką rolę pełnią ilustracje. Pan Strider został przeze mnie o tym poinformowany, zanim zdążył się łaskawie obrazić i zerwać korespondencję.
    3. Wielkość czcionki została dostosowana do grupy odbiorców, dla których przeznaczona jest książka.
    Z wielu opinii wiem, iż młodzież w wieku 12- 16 lat nie ma problemu ze zrozumieniem fabuły, nie gubi wątków, doskonale rozumie absurdalność akcji i właściwie odczytuje dystans do rzeczywistości świata s/f, zawarty w opowiadaniach. Żałuję, że dla recenzentów operowanie skrótem myślowym i pozostawienie pola kreacji obrazu wyobraźni Czytelnika, stało się barierą nie do przeskoczenia.
    4. Panu, który twierdzi, że zapewne, jako internauta G o nim wiem ( całe szczęście, wszystkie moje znajomości trzymają pewien poziom) napiszę tylko, iż bohaterowie nie używają duplikatorów żywności mniej więcej z tego samego powodu, dla którego Tytus, Romek i Atomek latali wannolotem a nie promem kosmicznym. Wątpię, aby Pan to zrozumiał, jestem jednak pewien, że zdecydowana większość nadąża. Komandosi owszem, wspinają się po drzewach, gawędzą, nie strzelają, nikogo nie zbijają, nawet nie są agresywni. To trochę jak z kabaretem. Niektórych bawi absurdalność Monty Pythona, inni rżą, gdy Daniec puści głośnego bąka na scenie. Tą aluzję mam nadzieję Pan zrozumiał.
    5. Całkowicie zgadzam się z recenzentami, iż pilot Nes nie nadaje się jako wzór do naśladowania dla młodzieży.
    Cieszę się, że choć w tym jednym punkcie możemy mieć podobne zdanie. Jego postać zarysowałem w ten sposób, aby nikt przypadkiem nie mógł wpaść na ten pomysł. Sam fakt, że Panowie poważnie rozważali taką koncepcję, muszę w tym kontekście uznać za swoją porażkę.

    Na koniec chciałbym pziękować za wspaniałą reklamę, nic tak bowiem nie podnosi sprzedaży jak wyjątkowo zła lub też bardzo dobra recenzja. Jak wiadomo, najgorsze są przeciętne. Mam tez nadzieję, iż nie zbędziecie tego listu milczeniem i doczekam się kwiecistych odpowiedzi. Zasmakowałem w literaturze absurdu a jak wiadomo, nic tak nie inspiruje i nie pisze scenariuszy jak samo życie. Wasze dotychczasowe wywody już teraz stanowią dla mnie cenną inspirację.

    Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję

  19. Strider
    21 stycznia 2011
    Reply

    Do S.

    Chciałbym odnieść się do wypowiedzi samego autora: korespondencji z Panem nie przerwałem, gdyż nie sądzę żebym jako taką z Panem prowadził – zgodnie z prośbą zamieszczoną w liście dołączonym do książki, odpisałem kiedy być może recenzja się ukaże (opóźnienie wynikło z przyczyn technicznych w korekcie) oraz co mi się w książce nie podoba. I tyle. Wszystkie otrzymane później od Pana e-maile zostały podczas pisania tekstu przekazane Evilmg, żeby sam mógł się do wszystkiego odnieść, jeśli tylko będzie miał na to ochotę.

    Co do wyróżnionego przez Pana punktu 2 – został uwzględniony w tekście. Resztę zmilczę.

  20. evilmg
    21 stycznia 2011
    Reply

    no to się porobiło… wszystko fajnie ja nigdzie nie narzekałem na brak opisów postaci czy miejsc (które jak rozumiem mam sobie na podstawie ilustracji wyimaginować) tylko na brak JAKICHKOLWIEK opisów przez co jak wspomniał imć V wszystko jest diabelnie sztuczne – brak odczuć bohaterów boli, naprawdę.

    Co do punktu trzeciego, naprawdę nie rozumiem co ma potwornie duży rozmiar czcionki wspólnego z skrótami myślowymi… naprawdę miał pan okazję spojrzeć kiedyś na kanon lektur dla gimnazjum? Nie chodzi mi tu o treść, ale o formę zalecanych lektur – mamy tam „Dziady”, „Syzyfowe prace” i sporo innych pozycji. One nie powinny sprawiać dzieciom w tym wieku trudności a pan proponuje opowiadania po 7 stron z ilustracjami i aż nazbyt uproszczoną fabułą.

    Co do maili wysyłanych do Stridera to raczy pan żartować, miałem okazję czytać owe eseje z gatunku „ja nic nie sugeruję, ale to jest zaleta”. Jako komentarz można powiedzieć tyle: chwała Striderowi za to, że nie wysłał mi ich zanim zaczęliśmy pisać bo dałbym 1 na starcie…

  21. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Witam ponownie

    Czyli przyznaje Pan rację użytkownikowi Zona, że jednak prywatna korespondencja miała wpływ na treść recenzji? Bo chyba inaczej nie można tego zinterpretować.

    Panowie mnie jednak rozczarowali. Trochę stępił się ząb krytyki, szkoda. W kolejnej powieści, której mam zamiar nadać charakter czysto komediowy, chciałbym powołać do życia postać krytyka literackiego. Potrzebuję jeszcze kilka szczegółów, aby dopracować jego profil intelektualny. Wciąż na Panów liczę.

    W międzyczasie wyjaśnię tylko, iż komiks literacki tak się ma do powieści, jak film fabularny do filmu rysunkowego. Podejrzewam, że ekranizacja przygód „Bolka i Lolka” na dużym ekranie mogłaby doczekać się w wykonaniu Panów takiej mniej więcej recenzji:

    ” Po obejrzeniu „Czasu Apokalipsy”,” Odysei Kosmicznej 2001″ i” Amadeusza”, oczekiwaliśmy nowych filmów z utęsknieniem. Niestety, „Bolek i Lolek” zawiódł nas zupełnie. Gra aktorska poniżej krytyki, twarze nie wyrażają żadnych emocji. Tola epatuje seksizmem i nie nadaje się jak wzór do naśladowania dla współczesnej młodzieży. Marlon Brando przewraca się w grobie”.

    Ja nie zamierzam się bronić przed zarzutami, że książka jest słaba. Każdy ma prawo ją oceniać wedle swej woli, jednakże pisząc recenzję, należy wiedzieć, jaki gatunek się recenzuje. Panowie raczyli porównywać do Lema, Assimowa, pojawiły się też, co prawda tylko w dalekim kontekście, „Dziady” i „Syzyfowe Prace”…
    Śmieszne? Niestety, także żałosne.

    Co do wielkości czcionki i składu, pracowali nad tym grafik i specjalista od tzw. łamania, obydwaj profesjonalni i z dużym doświadczeniem. Ich zadaniem było dostosowanie tekstu do ilustracji z uwzględnieniem kategorii wiekowej odbiorcy. Jestem bardzo zadowolony z ich pracy.

    Twierdzicie, że opowiadania zawarte na 258 stronach książki można zmieścić na kilkunastu w komputerze? Kapitan Kloss dałby radę na jednym mikrofilmie. Poważnie już mówiąc, oskarżacie mnie w ten sposób, iż chyba pragnę oszukać kupującego, wstawiając minimum treści na wielu stronach. Jednocześnie zarzucacie, że opowiadania można przeczytać za darmo w internecie, tak więc każdy może zweryfikować, co zawiera treść książki. Zastanówcie się i wybierzcie tylko jeden z tych zarzutów, albowiem przeczą sobie wzajemnie.

    Pan, który twierdzi, że internauci G o nim wiedzą, nie odezwał się już, całe szczęście. Niech tak lepiej zostanie, z korzyścią dla niego samego.
    Odniosę sie tylko do sugestii, iż pewnie wydałem sam, bo nikt inny nie chciał. Skoro to takie proste, niech zrobi to samo, ambicje literackie jak widać ma. Potem niech spróbuje zainteresować sprzedażą swego grafomaństwa większość księgarni internetowych w Polsce, takich jak Merlin czy Gandalf, niech zobaczy swoją książkę na półkach w salonach „Świata Książki” czy „Empiku”. Jeśli tego dowiedzie, zgodzę się z jego opinią.

    Mark Twain powiedział, że ostatecznym recenzentem jest zawsze Czytelnik. Całe szczęście. ten wypowiedział się już o mojej książce pozytywnie.

    Pozdrawiam serdecznie

  22. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    A ja jestem ciekaw co ten Czytelnik (ten sam, który krytykował recenzenta za komentowanie swojej recenzji) powiedziałby na autora recenzowanej książki, który wypowiada się pod recenzją i pisze maile do recenzenta, próbując wpłynąć na ocenę.

  23. Zoltar
    25 stycznia 2011
    Reply

    Brawo, brawo, brawo

    Brawo dla Autora 🙂

  24. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Odpowiedź

    Panie Bazylu, ja w żaden sposób nie starałem się wpływać na recenzję. Skąd ma Pan taką wiedzę? Czyzby Pan Strider uznał za stosowne rozsyłać po znajomych prywatną korespondencję? Jeśli tak, to chyba łatwo się z niej zorientować, że żadnych sugestii co do treści recenzji nie było. Po nawiązaniu kontaktu i przekazaniu egzemplarza recenzenckiego, Pan Strider raczył porównać Nesa do Harrego Pottera. Zaniepokoiło mnie to nieco, postanowiłem więc w miarę delikatnie i taktownie, sądząc, że mam do czynienia z młodszym i niedoświadczonym kolegą, zasugerować mu, iz ma do czynienia z zupełnie innych gatunkiem literackim. Efekt jego frustracji jest widoczny powyżej.

  25. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    Ciekawostka…

    A skąd wiedza o porównaniu Nesa do Pottera? Po co w ogóle nawiązywać kontakt mailowy przed opublikowaniem recenzji? Od 9 lat piszę w Tawernie RPG i pierwszy raz zdarza mi się spotkać z czymś takim. I uważam że ktoś od początku zachowuje się bardzo niestosownie. I nie mam tu na myśli recenzenta, wprost przeciwnie, recenzent zrobił najlepszą rzecz jaką mógł zrobić – poprosił o ocenę kogoś bezstronnego.

  26. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Odpowiedź

    Innego kontaktu nie było, tylko mailowy, nie spotkaliśmy się osobiście. Pan Strider napisał do mnie pierwszy, proszę jego spytać, dlaczego to zrobił. Ja udostępniłem swój adres grzecznościowo, jak to zwyklę robię, aby móc w ten sposób przekazać dodatkowe materiały ( np. grafikę, zdjęcia) lub odpowiadać na pytania.

  27. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    I wszystko jasne…

    „Wpływałem na ocenę recenzenta, jak to zwykle robię.”

    Rozumiem że do książki nie było dołączonego żadnego pisma, a pan Strider sam poszukał kontaktu do Sławomira Kwiatkowskiego i do niego napisał…

  28. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Odpowiedź

    Pan się kompromituje, nie po raz pierwszy zresztą w tej dyskusji. To, że przekazałem wraz z egzemplarzem recenzenckim adres zwrotny, to przecież naturalne.
    Jak mógłbym tego nie zrobić? I to ma niby być wpływanie na opinię recenzenta? Ta insynuacja jest tak beznadziejna, że chyba każdy to widzi. Pan broni za wszelką cenę kolegów, to zrozumiałe, ale tylko do pewnego stopnia. Do momentu, od którego zaczyna się śmieszność.

  29. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    Ach, zatem wychodzi na to, że recenzent pisał do autora na adres zwrotny, czyli tradycyjną pocztą! A byłem pewien, że ktoś napisał wcześniej „Innego kontaktu nie było, tylko mailowy”… Ten to się dopiero skompromitował…

  30. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Odpowiedź

    To nie ma przecież znaczenia: mailem, pocztą tradycyjną, czy też przyleciał gołąb. Jakie to ma w ogóle znaczenie? Czyżby recenzent to dziecko lat 15?
    No chyba, że tak własnie jest, sporo na to wskazuje.
    Ale takie osoby nie powinny pisać recenzji, raczej udzielać się w komentarzach. Aby „znać się na fantastyce”, nie wystarczy półeczka pełna kolorowych książeczek. W kontekście tego, że recenzenci nie rozróżniają gatunków literackich i kierują się dziecinnymi animozjami, trudno o inny wniosek, iż bawicie sie tutaj w piaskownicę. Dosyć mam tej żenującej dyskusji, bo i po drugiej stronie nie ma nikogo, kto byłby w stanie rozsądnie rozmawiać.

    Jeszce raz podkreślam, nie bronię treści mojej książki przed krytyką, nigdzie nie twierdzę, że jest dobra, to ocenia każdy z czytających. Pisząc tutaj chciałem wykazać, iż należy ona do trochę innej kategorii, niż dzieła Lema czy Assimova, nie wspominając o „Dziadach” ….

    Dziękuję wszystkim piszącym powyżej za słowa wsparcia, użytkownikowi CoB za rzeczowe argumenty, Kasi i Zonie za sympatię, Zoltarowi za zrozumienie.

    Panowie możecie się dalej wyżywac do woli, nie będę przeszkadzał. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam

    Sławomir Kwiatkowski

  31. CoB
    25 stycznia 2011
    Reply

    ?!

    Może recenzja nie przypadła mi do gustu, ale to, co odstawia autor książki w komentarzach bije już wszelkie normy.

    1. Atak na recenzentów, poprzez dziwne wywody o ekranizacji ‚Bolka i Lolka’ itp. Żenada, tym bardziej, że autor pozuje na „starszą i doświadczoną osobę” (skoro chce pouczać młodszych i niedoświadczonych kolegów).

    2. Rozwodzenie się nad tym, do czego recenzenci porównywali Nesa. Raz, że argument był już przedstawiany, dwa, że sam autor zestawia swoje ‚dzieło’ z „Tytusem, Romkiem i Atomkiem” czy „Monty Pythonem”. No bez przesady! Czytając opowiadania zamieszczone w internecie (bo przeczytałem ich resztę), nie zauważyłem absurdu na takim poziomie. O wyrafinowaniu nie wspominając…

    3. Oprócz tego, że skład książki i jej forma są dostosowane do młodego czytelnika i jest to komiks literacki, nic nie wynika z dyskusji. A fabuła jest wciąż nijaka i nie ma na to kontrargumentu. (Czytając opowiadania zamieszczone w internecie [oprócz ‚Świtu’] muszę się zgodzić z recenzentami, że wydarzenia są błahe a zakończenia słabe).

    I naprawdę razi mnie porównywanie humoru ‚Nesa…’ do zabawności ‚Tytusa, …’ Nes jest momentami zabawny, ale raczej nie absurdalny.

    Pisząc pierwszy komentarz, tuż po lekturze opowiadania ‚Świt’ twierdziłem, że „Nes…” może być „całkiem przyjemną, niezobowiązującą lekturą”. Po lekturze pozostałych opowiadań zamieszczonych w internecie dziwię się, że recenzenci litościwie wystawili tak wysoką ocenę. Opowiadania czyta się topornie i po prostu męczą. Nie mają żadnej fabuły, ciekawe motywy są niewykorzystane (np. z gwiazdami wewnątrz planety). Sporo argumentów na temat języka i stylu przedstawił V., z czym się zgadzam.

    Podsumowując: O tempora! O mores! – czytelnicy są naprawdę coraz mniej wybredni (albo coraz bardziej ogłupieni) skoro dostrzegają pozytywy tam gdzie jest ich o wiele mniej niż negatywów.

  32. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    Heh…

    W całej tej dyskusji smuci mnie tylko jedno – że autor nie próbuje odpowiadać na zarzuty recenzentów dotyczące książki, ale że na silę próbuje ich dyskredytować, żeby podważyć ocenę. Już pomijając wszystko inne – to bardzo nieeleganckie. A recenzja broni się sama argumentami w niej zawartymi.

  33. Sławomir Kwiatkowski
    25 stycznia 2011
    Reply

    Cytat z postu nr 30

    „Jeszce raz podkreślam, nie bronię treści mojej książki przed krytyką, nigdzie nie twierdzę, że jest dobra, to ocenia każdy z czytających. Pisząc tutaj chciałem wykazać, iż należy ona do trochę innej kategorii, niż dzieła Lema czy Assimova, nie wspominając o „Dziadach” ….”

  34. BAZYL
    25 stycznia 2011
    Reply

    W porządku

    Ale to wciąż nie usprawiedliwia prób zdyskredytowania recenzentów i formy jaką one przyjęły…

  35. evilmg
    25 stycznia 2011
    Reply

    Ja chciałbym zauważyć, że pan Kwiatkowski z uporem godnym lepszej sprawy czepia się szczegółów olewając argumenty, geniusz retoryki! Pan nie powinien być pisarzem tylko politykiem i ku mojemu własnemu przerażeniu mówię jak najbardziej poważnie…

    Dlaczego mówię, że czepia się pan szczegółów? Otóż teraz wpadł pan w jakiś berserk słowny i rzuca tytułami nie zwracając uwagi na kontekst w jakim zostały przywołane.

    w skrócie:
    Wszystkie przywołane tytuły (tak, „Dziady” też) są napisane tak aby usatysfakcjonować dojrzałego czytelnika, ALE w obiegowej opinii (i MEN) są uznawane za odpowiednie dla gimnazjalistów. Pan im proponuje słabą fabułę, zmarnowane pomysły zapakowane w 7 (SIEDEM) stron na opowiadanie. Jeśli to nie jest lekceważenie czytelnika to ja nie wiem jak to nazwać.

    Mówi pan, że książka jest stylizowana na komiks. Super! Tylko, że komiksy mają z reguły znacznie lepszą fabułę, chyba, że chciał pan wzorować opowiadania na paskach dostępnych w internecie czy w działach humorystycznych niektórych gazet to wtedy zwracam honor…

  36. Strider
    26 stycznia 2011
    Reply

    Evilmg, odpuść sobie – ta rozmowa już dawno straciła jakikolwiek sens. Wszyscy doskonale rozumieją dlaczego poszczególne tytuły pojawiły się w tekście, nie trzeba tego tłumaczyć (szczególnie Panu Kwiatkowskiemu, dla którego specjalnie odgrzebałem wysłanego do niego maila, co by się upewnić w jakim kontekście pojawił się z takim uporem powtarzany Potter; powołałem się na książki Rowling, żeby pokazać poziom skomplikowania tekstu, jaki jest w stanie przełknąć nastolatek, a nie dlatego że mylę gatunki).

    Proponuję wszystkim zakończyć w tym momencie tą żarliwą dyskusję. Amen.

  37. Sławomir Kwiatkowski
    26 stycznia 2011
    Reply

    miałem sie juz nie odzywac, ale….

    Administrator Bazyl raczył tryskać oburzeniem na fakt, iż recenzent rozmawia o recenzji z autorem przed jej opublikowaniem – niestety tylko do momentu, kiedy okazało się, że inicjatorem takiej wymiany zdań był Pan Strider. Ponoć od 9 lat takie rzeczy sie nie zdarzyły. Powinien wrzasnąć teraz na Stridera okrutnie, ale cóż, siedzi cicho. Ja byłem winny, bo tylko podałem adres.

    Jeśli Pan Strider odgrzebał maila, to pewnie zauważył też swoją sentencję w której stwierdza, iz mimo że jeszcze nie przeczytał książki, to już zauważył kilka „błędów”. Po czym odesłał mnie do Pottera.
    Czysta groteska. Wam to sie nie przydarzyło od 9 lat, mi przez całe życie.

    Tworzycie tu kącik wzajemnej adoracji, znacie się i wspieracie bez względu na obiektywne zdarzenie. Nawet CoB nagle stwierdził, że książka jest fatalna, chociaż wcześniej miał inne zdanie. Opowiadanie „Świt” nie jest ani lepsze, ani gorsze od innych, to widzi każdy, kto może je przeczytać i zestawić z pozostałymi. I nie dbam co teraz odpiszecie, czytelnicy klikną i zobaczą sami. Dlatego to piszę.

    Ja sam ogłosiłem „Amen”, ale nie mogę milczeć, kiedy ktoś w mojej sprawie kłamie. Wyśmiewajcie, obrażajcie, przewracajcie Nienackich w grobach, ale róbcie to uczciwie. Czy nie zdajecie sobie sprawy, że ludzie to wszystko weryfikują poprzez proste kliknięcie na link z opowiadaniami? Ja sam mogę być idiotą. Szkoda, że tylu podobnych pojawia się ostatnimi czasy, bo z tego co wiem z podglądu sprzedaży, ich ilość wzrasta. Może nie powinienem mieć pretensji? Z pewnością kilku z nich dołączyło do tego grona dzięki wam, za co z całego serca dziękuję.

    Pozdrawiam serdecznie

  38. CoB
    26 stycznia 2011
    Reply

    🙂

    Widać, że pan autor forum nie czyta. Przecież cała redakcja to tylko BAZYL, więc nie ma mowy o jakiś różnicach w zdaniu 😉

    Co do mojej zmiany zdania – faktycznie, po lekturze opowiadania „Świt” dałbym 3 – ot, nic nie wyróżniającego się w tłumie, kiblowa literatura. To i tak pewnie zawyżona ocena, bo jestem w trakcie oglądania Star Treków i niektóre motywy z ostatnich odcinków przewinęły się w opowiadaniu „Świt”, przez co spojrzałem na nie bardziej przychylnym okiem.

    Skorzystałem później z okazji (zachęcony dyskusją) i przejrzałem resztę opowiadań. Tym razem nie spodobały mi się. Mogę autorowi przedstawić, punkt po punkcie, co było nie tak – ale czy warto słuchać czytelnika, który jest nastawiony negatywnie i na dodatek dostrzega błędy w cudownym dziele (i jeszcze nie ma zamiaru go kupować)?

    Z prostego rachunku wynika, że jeśli za „Świt” dałbym 3, a za trzy kolejne 1, to średnia wynosi… 1,5! Nie ukrywam, że na moją ocenę (a właściwie większe skupienie się na treści opowiadań) wpłynęła dyskusja. Także to, co pisał autor oraz jego fanki, odbiło się na moim odbiorze treści. Zwracałem większą uwagę na tekst, nie traktowałem go jako przerwnika między kolejnymi zadaniami na uczelnię.

    Wracając do „Świtu”… Pisząc pierwszy komentarz, wyszedłem z założenia, że szkoda krytykować tak mocno „Nesa…” bo młodzież u nas czyta mało, a taka prosta lektura może być zachęcająca. Nie trzeba dużo myśleć, dużo czytać, no i odbiór tekstu ułatwiają ilustracje, co jest dla mnie dużym plusem. I miałem lekkie obawy, że recenzenci rzucają tytułami wielkiego formatu, by dokonać autoprezentacji, na co jestem mocno wyczulony.

    Jednak dyskusja uświadomiła mi, że recenzenci podjęli się szlachetnej rzeczy, chcąc walczyć z wiatrakami. Niestety, z poglądu sprzedaży wynika, że jest to syzyfowa praca, bo i tak poziomu czytelnictwa w ten sposób nie podniosą. Mea culpa – nie powinienem patrzeć na ‚Nesa’ jak na mniejsze zło, pisząc swój pierwszy komentarz.

    I myślę, że to nie czytelnik lub dochód są najlepszymi recenzentami, lecz czas. Przekonamy się za rok lub dwa… Ciekawe, czy ktokolwiek będzie jeszcze wtedy pamiętał o jakimś „Nesie…”? Może pan się pieniędzmi będzie pocieszał, a może robi to tylko dla pieniędzy – i nie dziwię się – szkoda tylko, że pan autor poszedł na łatwiznę i wydał bubla, ładnie zapakowanego.

  39. BAZYL
    26 stycznia 2011
    Reply

    Gadaj jak do słupa, a słup jak…

    Administrator BAZYL nie jest oburzony, tylko zniesmaczony. Przez 9 lat zdarzały nam się maile od autorów, zdarzały się maile od tłumaczy, parę razy temat recenzji był poruszany w mailach z wydawcami. Zawsze po recenzji i z inicjatywy drugiej strony.

    Tutaj tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, gdy do egzemplarza książki dołączony jest list, prowokujący przyszłego recenzenta do odpowiedzi (czyli korespondencja została zainicjowana przez autora i wydawcę książki – to jest fakt, nie sposób mu zaprzeczyć), a kiedy do wymiany korespondencji doszło, recenzent zdecydował się poprosić o pomoc w napisaniu tekstu kogoś, kto przeczytał książkę i nie miał do czynienia z zainicjowaną przez autora korespondencją.

    Rozumiem, że takie wybrnięcie z tej sytuacji dla kogoś, kto jest autorem i wydawcą, a najchętniej zostałby jeszcze jedynym recenzentem swojej książki, może być frustrujące, ale ani nieudolne próby zdyskredytowania recenzenta, ani administratora, ani komentatorów (zabawne jak szybko „rzeczowe argumenty” CoBa zmieniły się w nierzeczowe, kiedy doprecyzował on swoje zdanie) nie sprawiają, że książka „Nes…” zasługuje na lepszą ocenę niż wystawione 2+.

    Na koniec dodam, że każde słowo autora, jakie napisał na tej stronie, w kontekście jego zachowania, może być interpretowane jak kłamstwo, którym niewątpliwie było zapewnienie, że „nie będzie już więcej przeszkadzał”. Swoją drogą jakże podobne jest to zachowanie, do zachowania jego czytelniczek, które mają ile? 15 lat?

  40. Strider
    26 stycznia 2011
    Reply

    Baz, 15 lat to ja mam – pamiętaj o tym. 🙂 Dobrze, że Evilmg jest ode mnie starszy.

    Co do zastrzeżeń pana Kwiatkowskiego o tym, że krytykowałem nieprzeczytaną jeszcze książkę, mogę jedynie napisać, że miałem za sobą grubo ponad połowę opowiadań w momencie gdy wysyłałem maile (pierwszy, zgodnie z prośbą, że książka doszła i czy recenzja ukaże się przed Świętami; drugi – co mi się w niej nie podoba). Zresztą, kopie (sam nie wiem po co) zamieszczam poniżej:

    „> Witam!
    > Otrzymałem dzisiaj „Kapitana Nesa” i postaram się oczywiście, aby
    > recenzja ukazała się jeszcze przed Świętami, choć za ocenę nie ręczę. 🙂
    > Muszę przyznać, że trochę się zdziwiłem, gdy zobaczyłem że paczka
    > przyszła z Poznania – gdybym się wcześniej dowiedział, odebrałbym
    > książkę osobiście. Szczególnie, że pomiędzy dzielnicami miasta paczki
    > podróżują najwyraźniej 4 razy dłużej, niż pomiędzy dwoma dowolnymi
    > miastami w województwie…
    >
    > Co do reszty – sądzę, że nie będę potrzebował skanu okładki, ani żadnych
    > dalszych informacji, ale gdyby jednak było coś potrzebne, to niechybnie
    > się zgłoszę.
    >
    > Pozdrawiam,
    > Łukasz Hajdrych”

    „14-12-2010, Łukasz napisał(a):
    > Tak, zdążyłem zauważyć, że docelowa grupa wiekowa to raczej młodsi
    > nastolatkowie. 🙂 Mimo to, jak na mój gust, opowiadania są zdecydowanie
    > za krótkie i mają zachwiane proporcje: za dużo dialogów, za mało
    > narracji. Efekt jest taki, że często czuję się, jakbym dostał wersję
    > „demo” książki – niby wszystko fajnie, szkoda tylko, że nie ma reszty.
    > 🙂 Uzasadnianie tego grupą wiekową nie ma za bardzo sensu, bo ja sam w
    > wieku 12 lat pochłaniałem masowo książki Niziurskiego, Nienackiego czy
    > Lema (którego „Przygody pilota Pirxa” przyszły mi na myśl w pierwszym
    > momencie, gdy dostałem do rąk książkę), a wkrótce potem Tolkiena, czy
    > Rowling będące o niebo bardziej rozbudowane.
    >
    > To takie zastrzeżenia na szybko i najbardziej rażące, nie wiem co
    > jeszcze znajdzie się w recenzji, chociaż to na pewno, nie wiem też jaka
    > będzie ocena. To zdaje się, pierwsza książka? Jeśli tak, to mam
    > nadzieję, że będziesz dalej pisał (bez względu na ocenę jaką wystawię).
    > Warsztat kształtuje się w praktyce, następna książka będzie z pewnością
    > znacznie lepsza i z przyjemnością ją przeczytam. 🙂
    >
    > Łukasz Hajdrych”

    Usprawiedliwienie dla użycia formy w mailach „per Ty”: list dołączony do książki zaczynał się „Cześć Łukasz!”, uznałem więc, że sam również mogę zwracać się do autora po imieniu.

  41. Zoltar
    26 stycznia 2011
    Reply

    hehehe

    Brawo dla Autora pieknie pan z nimi pojechał.Ma Pan klasę co nie mozna powiedzieć o Bazylu który wszystko przekręca na swoją modłe.Opowiadania są świetne,najlepsze Ekspedycja z mtywem koncertu rockowego wewnątrz planety,jak dla mnie bomba.
    Niech sie pan nie przejmuje i nie gada nawet z nimi tylko robi swoje. Jak mówią psy szczekają, karawana jedzie dalej. Zycze sukcesów.

  42. BAZYL
    26 stycznia 2011
    Reply

    W sumie…

    W fandomie przyjęło się, że wszyscy są na Ty, ale autor tutaj zaczął się tak oficjalnie do nas zwracać, że sądziłem iż nie ma o tym pojęcia. 😉

  43. Sławomir Kwiatkowski
    26 stycznia 2011
    Reply

    Tego się nie spodziewałem 😉

    Jeśli Straider nie wie, po co zamieszcza te maile, ja podpowiem. Po to, aby pokazać wszystkim, że jest człowiekiem pozbawionym kultury. Nie publikuje się prywatnej korespondencji na forum publicznym, pod żadnym pozorem, chyba że po uzgodnieniu z drugą stroną. To absolutny elementarz dobrego wychowania.

    W tym przypadku, cieszę się. Zarzut wobec mojej osoby był taki, iż rozpocząłem korespondencję, aby ponoć wpływać na treść recenzji. Z przedstawionych maili wyraźnie widać, iż zaproponowałem tylko skan okładki i materiały o znaczeniu technicznym, to zupełnie normalne. Pan Hajdrych już ze swojej inicjatywy wyjechał Tolkienem, Lemem, Niziurskim etc. porównując komiks do autora „Władcy Pierścieni”. Ręce opadają.
    Panie Strider ( zostanę przy Panie, tak mi łatwiej, gdybym przeszedł na język bezpośredni, straciłbym dystans i dowiedziałby się Pan, jak naprawdę Pana mógłbym określać) – jeśli Pan nie wie po co, niech Pan tego nie robi ! Bo potem wychodzi Pan na takiego, na którego Pan wyszedł. Jeszce raz pozdrawiam 🙂

    P.S. Bazyl ma adekwatny awatar do stylu. Na zdjęciu widzę typa o niezbyt uduchowionej, kwadratowej twarzy z chyba ciężką pałą w dłoni. Takie atrybuty często zastępują intelekt a bywa, że są jego wiernym odwzorowaniem.

  44. Sławomir Kwiatkowski
    26 stycznia 2011
    Reply

    Zapomniałem

    Przecież problemem było, że w ogóle była dyskusja o książce przed recenzją. Jak widać, skoro zaczął ją Straider, to znaczy, że można. Nawet, jesli raz na 9 lat :))))

  45. BAZYL
    26 stycznia 2011
    Reply

    Ech…

    A co elementarz dobrego wychowania mówi o insynuacjach na temat intelektu na podstawie awatara? A ten „typ” ze zdjęcia nazywa się sztuką, ale oczywiście nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. Zalecam zapoznanie się z twórczością Zbigniewa Frączkiewicza – kultura nie boli.

    Proszę autora, aby upublicznił swoje pisma do recenzenta (jak widać recenzent nie ma nic przeciwko temu, więc kindersztuba na tym nie ucierpi). No chyba że autor będzie chciał coś ukryć, wtedy jego opory (albo unikanie odpowiedzi na tę propozycję) będą jak najbardziej zrozumiałe.

  46. evilmg
    26 stycznia 2011
    Reply

    tajemnica korespondencji?

    Chciałbym tylko zaznaczyć, że Strider nie złamał tajemnicy korespondencji, nie złamał by jej też gdyby sam (bez zgody) opublikował wiadomości otrzymane od pana Kwiatkowskiego. Dzieje się tak dlatego, że zarówno adresat jak i nadawca są właścicielami wiadomość czyli mogą dysponować nią według własnego uznania…

    Wybaczcie, ale odpuszczę sobie dyskusję na czas jakiś – przynajmniej póki Liga Obrony Nesa nie znajdzie argumentów…

  47. Sławomir Kwiatkowski
    26 stycznia 2011
    Reply

    ….

    Jasne. W przypadku korespondencji zawsze jest adresat i nadawca – czyli, że zawsze można ujawniać prywatną korespondencję publicznie? Ośmieszacie się po raz kolejny. Gdybym wiedział, że mam do czynienia z takim poziomem jak wasz, nie odezwałbym się ani słowem – starta czasu. Moim błędem jest, że nie zorientowałem się od razu i potraktowałem was poważnie. Wracajcie do piaskownicy, chłopcy. Nie będę na was tracił więcej czasu.

  48. BAZYL
    26 stycznia 2011
    Reply

    Aha…

    Czyli jednak unikanie odpowiedzi na propozycję…

  49. Zoltar
    26 stycznia 2011
    Reply

    ….

    Bazyl to każdy głupek wie,że jak coś jest na priv to nie po to żeby było na forum…. takich rzeczy się nie robi, wy faktycznie się już ośmieszacie totalnie, żenua….
    a że Strider porownał komiks do Tolkiena i napisał że ma za mało opisów to też widać i się nie dziwię że autor się wqwił…. Ja jestem za panem Kwiatkowskim od poczatku,ale nawet gdybym nie był teraz napisałbym to samo,bo to już przegięcie. A to że was olał to chyba normalne w takiej sytuacji.

  50. BAZYL
    26 stycznia 2011
    Reply

    🙂

    Widać nie jestem głupkiem, bo tego nie wiem i wietrzę tu uchylanie się od odpowiedzialności.

  51. evilmg
    26 stycznia 2011
    Reply

    Specjalnie dla pana odpowiem: TAK, zawsze można ujawnić prywatną korespondencję. O ile oczywiście jest się nadawcą bądź adresatem (osoby trzecie takiego prawa nie mają). Przy czym jest to obwarowane wieloma warunkami, które tutaj nie mają zastosowania – tajemnica lekarska, tajemnica państwowa itd.

    Inna sprawa, że moralność ujawniania niektórych wiadomości (listów miłosnych na przykład) jest mocno dyskusyjna…

    Gratuluję znajomości prawa…

  52. V.
    26 stycznia 2011
    Reply

    V.

    Zdaje się, że zostałem wywołany, a zatem się odezwę.
    Po pierwsze w komentarzach zawsze zwracałem się do Naczelnego/Admina per „Panie Bazylu” – nawiązanie do pewnej gry komputerowej (taki żart skojarzeniowy). To tak przy okazji, bo pojawiła się poboczna dyskusja o użyciu słowa „Pan” w celu budowy dystansu…

    W mojej poprzedniej wypowiedzi poświęciłem jeden krótki akapit, by uprzedzić osobiste ataki. Technika ta jest stosowana w Internecie w celu ośmieszenia przeciwnika w dyskusji, dzięki czemu nie trzeba podawać żadnych argumentów, by w oczach postronnych obserwatorów odnieść zwycięstwo. Ot, trik psychologiczny. Z tym, że jeśli tak jak ja ten atak się uprzedzi, atakujący nagle obnaża się jako wpadający w histerię furiat bez racji i argumentów. Zaskakujące że to właśnie do tego akapitu postanowił w pierwszej kolejności odwołać się komentujący podający się za autora, czyniąc dokładnie odwrotnie niż został poinstruowany poprzez niewybredne sugestie. Przyznam że do teraz mam nadzieję, iż był to ktoś kto starał się zaszkodzić wizerunkowi autora książki poprzez podszywanie się. W obliczu rozmowy na temat korespondencji prywatnej nadzieja ta zdaje się być płonna.

    Niezależnie od mojej inteligencji, czy kultury, czy nawet upodobań jeśli chodzi o dowcip – ani Daniec, ani Monty Python ani Papcio Chmiel nie musieli mi tłumaczyć, że to czego doświadczyłem przed chwilą było żartem. Niezależnie czy na mojej twarzy wykwitł uśmiech politowania, czy też w piersi narodził się wybuch gromkiego śmiechu wiem kiedy miałem do czynienia z żartem. Jeśli zatem w tak obszernym komentarzu ani razu nie wspomniałem o poczuciu humoru w opowiadaniach to może czas uświadomić sobie kilka rzeczy. Pisał Pan o kąciku wzajemnej adoracji. Zastanawiam się, czy to Panu nie brakuje pokory by uświadomić sobie – dowcip w opowiadaniach jest tak słaby, że aż niezauważalny. Zdaje się to być kwestia braku konsekwencji w narracji, która jak wspomniano już wcześniej cierpi braki.

    Podziękował Pan za słowa krytyki wspominając, że nic tak nie podnosi sprzedaży jak skrajne recenzje. Proszę bardzo, miło mi, że na coś się przydałem. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia jak bardzo Pańskie słowa przypominają zasady żądzące szołbiznesem – „nie ważne jak mówią, byle mówili i nie przekręcali nazwiska”. Wszyscy doskonale wiemy jaki poziom prezentują celebryci, którzy by pozostać na szczycie (świata szołbiznesu) muszą brać udział w wyścigu szczurów kontrowersji czasami przekraczając granice smaku. Pan natomiast użył słowa literatura, a literatura piękna do której jak wiemy zalicza się proza jest dziedziną sztuki – stoi zatem w opozycji do postawy przyjmowanej przez celebrytów. Ot, luźne skojarzenie.

    Czas od mojego ostatniego komentarza nie upłynął mi bezczynnie, skontaktowałem się bowiem z moim przyjacielem – znawcą kultury komiksowej, recenzentem, prelegentem, publikowanym teoretykiem i praktykiem rozpoznawanym w środowisku wydawniczym – w celu zasięgnięcia opinii. Użył Pan bowiem sformułowania „komiks literacki” (odsyłam do kilku prelekcji PDAK odnośnie nazewnictwa gatunków – w przypadku komiksu będącego dziełem z pogranicza literatury i plastyki nie można mówić o „komiksie literackim” albowiem jest to „masło maślane”, podobnie jak należy unikać terminu „komiks artystyczny” – komiks sam w sobie jest przejawem artyzmu, a zatem poprawny termin to komks literacki, bądź eksperymentalny) – okazuje się, że lekko rozminął się Pan definicjami, albowiem Pańskiemu zbiorowi opowiadań bliżej jest do gatunku określanego jako „historyjka obrazkowa” (reprezentowanego przez takie tytuły jak na przykład Koziołek Matołek). Na przyszłość radzę nie używać terminów bez konsultacji ze specjalistą i literaturą fachową. Summa summarum Pańskie opowiadania mocno kojarzą mi się z serią „Poczytaj mi mamo”

    O poziomie literackim i konsekwencjach braku opisów nie będę pisał ponownie, musiałbym powtórzyć to co wymienił CoB w swoich kolejnych komentarzach.

    Niczego nie obiecuję, żeby pozostawić sobie otwartą możliwość brania udziału w dyskusji (tym razem poprosiłbym o jakieś poparte wiarygodnymi źródłami argumenty). Pan Autor obiecał nie marnować na nas czasu i liczę że będzie słowny. I lepiej by był… cytując „z korzyścią dla niego samego”…

  53. V.
    26 stycznia 2011
    Reply

    poprawka

    Podczas pisania poprzedniego komentarza popełniłem pomyłkę (piąty akapit, nawias) wynikającą z rozkojarzenia, jeśli admin może to edytować byłbym wdzięczny – łatwo będzie się przyczepić mówiąc, że zaprzeczam sam sobie.

    Miało być:
    „(odsyłam do kilku prelekcji PDAK odnośnie nazewnictwa gatunków – w przypadku komiksu będącego dziełem z pogranicza literatury i plastyki nie można mówić o „komiksie literackim” albowiem jest to „masło maślane”, podobnie jak należy unikać terminu „komiks artystyczny” – komiks sam w sobie jest przejawem artyzmu, a zatem poprawny termin to komks alternatywny, bądź eksperymentalny)”

    Przepraszam za zamieszanie.

  54. Zoltar
    27 stycznia 2011
    Reply

    hehehe

    evilmg przecież autor was sądami nie straszył tylko napisał że to brak kultury wywalać na forum wiadomości z priva a ty coś pieprzysz że prawa nie zna….

  55. dawfwte
    30 stycznia 2011
    Reply

    hahahaha

    Niezła dyskusja 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *