Morrow

Ciemną ulicą szła niewysoka postać. Długi, brunatny płaszcz sięgał jej do kostek, wielki, ciężki kaptur okrywał cieniem twarz. Przebierając szybko nogami, rozglądając się raz po raz, kierowała się w stronę „Wiwerny”. Przebiegła ulicę, obejrzała się za siebie, zrobiła jeszcze parę kroków. Wreszcie stanęła na progu karczmy. Podłej karczmy, w której co wieczór wybuchały burdy, gdzie piwo lało się deszczem, a pięści biły gradem.

Weszła do środka. Wewnątrz znajdowało się sporo osób, wszyscy jednak zajęci byli własnymi sprawami. Nie zwrócono na nią specjalnej uwagi, tylko dwóch podróżników siedzących przy drzwiach podniosło na chwilę nosy znad wielkich, glinianych kufli. To było wszystko.

Postać tymczasem stała chwilę, jakby zastanawiając się co zrobić. Cofnęła się o krok, gdy rosły, gruby barman, ciągnąc za sobą duszny smród potu, przeszedł przed nią, niosąc słusznych rozmiarów dzbany z winem. W końcu jednak dotknęła palcami krawędzi kaptura, a po sekundzie wahania odrzuciła go za siebie. I wtedy, jak na komendę, zauważyli ją niemal wszyscy.

Trudno się było dziwić. Kobieta, na dodatek ładna, nie była w „Wiwernie” zjawiskiem częstym. Ona tymczasem była wyjątkowo śliczną, młodą dziewczyną. Ładne, niebieskie oczy patrzyły z przestrachem, ale i ciekawością. Długie do ramion, jasne włosy połyskiwały w świetle podwieszonych na belkach latarni, a duże, jasnoczerwone, wyraźnie zarysowane usta nieznajomej były lekko rozchylone. Jej twarz była miła dla oka – jedna z tych, których sam widok uspokaja. Drobne nozdrza figlarnego, zadartego noska drgały lekko zdradzając podenerwowanie.

Gwar wyraźnie ucichł. Wszyscy przyglądali się nietypowemu gościowi, a dziewczyna, niepewna, co ma robić, nie mogła zdobyć się na wykrztuszenie słowa. Zrobił to za nią ktoś z karczmy:

– Czego tu szukasz, dziecino? – padło pytanie, po którym przez karczmę przetoczył się przypominający rechot śmiech. – Chyba się zgubiłam, co, malutka?

„Dziecina” nie odpowiedziała nic. Zamiast tego ruszyła do szynku, za którym karczmarz właśnie napełniał kolejny kufel. Część gości wróciła do rozmów.

– Coś podać, panienko? – zapytał karczmarz niskim głosem, unosząc brwi i nie kryjąc zdziwienia.

– Nie, dziękuję. Potrzebuję tylko informacji, jeśli bylibyście tak łaskawi – odparła dziewczyna cicho. Głos miała łagodny i słodki.

– Jeśli będę w stanie pomóc – mruknął mężczyzna, ruchem ręki nakazując pomagierowi zanieść piwa do stolika. – O co chodzi?

– Chcę wynająć jednego, może dwu ludzi – szepnęła pochylając się nad kontuarem. – Zapłacę złotem, należycie.

– Panienki sprawa, mnie nic do tego. W czym ja mogę pomóc?

– Nie wiecie, czy jest tu może kto taki?

Oberżysta rozłożył ręce.

– Panienko, tutaj każdy chętny do roboty, byle w sakwie pobrzękiwało. Dobrze jednak radzę, nie ufajcie tu nikomu. To zbiry, mordy zakazane, od których lepiej się trzymać z daleka. Nie wiem, jak żeście tu trafili, ale mówię, czmychajcie czym prędzej i wracajcie, skąd żeście przyszli.

Dziewczyna wyraźnie się zasmuciła.

– Ja naprawdę potrzebuję pomocy…

– Wierzę, panienko, ale lepiej będzie, jeśli poszukacie jej gdzie indziej. To nie jest miejsce dla was.

– Kto wie? – odezwał się nagle mężczyzna siedzący przy stoliku blisko rozmawiających. – Może ja się zdam na co? Mam jeszcze dwóch kompanów. Rzecz jasna najpierw musimy sprawę omówić, a potem może się zgodzimy – dodał z błyskiem w oku.

Jasnowłosa nieznajoma odwróciła się i zmierzyła go wzrokiem. Nie wydał się jej przyjemny, ale też na nikogo przyjemnego nie liczyła. Zdecydowała się porozmawiać.

– Pozwolicie, panie, że usiądę?

– A może lepiej wyjdziemy? Po co obcy mają słuchać, jak się o pieniądzach gada. Niebezpieczne czasy, pani…

Skinęła niezdecydowanie.

– Chodźmy – rzekł mężczyzna. Wstał, podszedł do stolika obok, klepnął dwóch ludzi w ramiona i skinął na dziewczynę, burcząc coś pod nosem. Po chwili wszyscy czworo wyszli. Karczmarz pokręcił tylko głową, przejechawszy szynkwas brudną szmatą. Zaraz po tym wyszedł ktoś jeszcze.

– Gdzie idziemy? – zapytała dziewczyna swojego rozmówcę z karczmy. Dwaj jego towarzysze szli o krok za nimi.

– Pójdziemy do mnie – powiedział. – Tam się wszystko bezpiecznie obgada.

Skręcili w boczną ulicę. Błoto zachlapało pod nogami, a fetor rynsztoka uderzył w nozdrza. Mężczyzna zatrzymał się.

– Jesteśmy na miejscu, suko.

Zanim dziewczyna zorientowała się, co się dzieje, już stała przyparta do ściany domu, przyciskana za ramię przez jednego ze zbirów.

– Rozstawiaj nogi, dziwko! – warknął drugi podnosząc jej płaszcz i suknię pod spodem. Trzeci czekał na swoją kolej krzywiąc się w obleśnym uśmiechu.

– My ci, suko, pomożemy… – syknął jej do ucha oprawca.

Dziewczyna najpierw szarpnęła się, ale potem znieruchomiała, sparaliżowana strachem. Następne chwile nie zapowiadały się dla niej wesoło. Ni stąd, ni zowąd jednak rozbrzmiał głos:

– Puśćcie ją.

Wszyscy trzej spojrzeli w kierunku ulicy. Kilka kroków od nich stała tonąca w mroku postać. Słychać było przyspieszony oddech dziewczyny.

– Puśćcie, mówiłem.

– Zjeżdżaj stąd, kundlu, bo jeszcze i tobie się dostanie! – zawołał oprych stojący najbliżej niego.

– Hej, może on chce zająć jej miejsce? – sapnął trzeci. Pozostali zarechotali.

Nieznajomy postąpił spokojnie dwa kroki w przód. Światło księżyca oświetliło jego rękę, spoczywającą na głowicy miecza.

– Zostawcie po dobroci.

– Ty wszarzu, sam się prosisz! – charknął mężczyzna wyciągając nóż zza pasa.

Nieznajomy błyskawicznym ruchem wydobył z pochwy miecz, aż syknęło. Ostrze lśniło dziwnym, bladozielonym blaskiem.

– Warto ginąć, boście chcieli kutasy nasycić?

Nie usłuchali. Wszyscy trzej stanęli gotowi do walki. Dziewczyna odskoczyła szybko w bok i upadła w błoto. Dalej wszystko potoczyło się wartko. Jeden z mężczyzn rzucił się naprzód z mieczem. Zaatakowany uskoczył. Świsnęło ostrze, krótki jęk i plaśnięcie w błoto. Cisza przez mgnienie oka, potem zablokowany cios, brzęk, wyprowadzone uderzenie. Głośny krzyk wypełnił nieruchome powietrze. Ostatni z oprawców uciekł w głąb uliczki.

Ciemna postać wytarła klingę o okrycie leżącego i schowała miecz do pochwy. Kałuża krwi pod szyją zbira powoli rosła. Nieznajomy podszedł do dziewczyny i pomógł jej wstać.

– Ranili cię?

Nie odpowiedziała mu. Cała drżała, a jej duże, niebieskie oczy szkliły się w blasku księżyca.

– Chodź ze mną – powiedział.

Otoczył ją ramieniem i nakrył połą własnego płaszcza. Przeszli obok ciał, wyszli z uliczki, po czym ruszyli w dół. Po kilku minutach dotarli do karczmy „U diabła”. Weszli do środka. Mężczyzna wziął piwo i usiedli przy stoliku. Wewnątrz było prawie pusto, przy szynkwasie stało dwóch ludzi, a przy stoliku w głębi siedział stary krasnolud.

– Posiedzimy tu, skończę piwo, a potem cię odprowadzę.

Milczała. Podniosła wzrok na nieznajomego. Jego twarz była ledwo widoczna w głębi kaptura. Miał bladą, niemal białą skórę. Nagle podniósł głowę i spojrzał na nią. Jego duże, jasne oczy, nieco jakby skośne, patrzyły bardzo przenikliwie. Miały barwę soczystej, intensywnej, przejmującej zieleni. Wzdrygnęła się pod jego wejrzeniem. Było w nim coś niepokojącego.

– Jak ci na imię, panie? – zapytała.

Na powrót spuścił głowę.

– Nie wydaje mi się to ważne – odparł.

Dziewczyna pochyliła się w jego kierunku.

– Chciałam tylko podziękować, panie, nie wiem, co by się stało, gdyby…

– A ja wiem – mruknął. – Rżnęliby cię do nieprzytomności.

Szybko wróciła do pionu, opierając się plecami o ścianę.

– Niewiele mogę wam dać, nie noszę pieniędzy przy sobie – powiedziała szybko.

– Nie chcę złota. Dopiję piwo i odprowadzę cię tam, skąd przyszłaś.

– Naprawdę, bardzo wam dziękuję…

Zapanowała cisza. Bladolicy obcy bez pośpiechu łykał piwo, dziewczyna siedziała niemal nieruchomo. Karczmarz wyszedł na chwilę na tył.

– Jestem Anisa – rzekła po dłuższym milczeniu.

Nieznajomy nie podniósł nawet głowy.

– Posłuchajcie, panie – zdobyła się na odwagę – potrzebuję pomocy i szukam kogoś, by go wynająć.

Te słowa także nic nie zmieniły.

– Mam złoto, naprawdę – mówiła tak przekonywująco, jak tylko umiała.

– Ile? – znienacka padło pytanie. – Ile masz?

– Ile będzie trzeba – odparła hardo.

– Doprawdy? – zadrwił. – Masz trzy tysiące?

Dziewczyna zasępiła się.

– Nic nie słyszę – rzekł nadstawiając ucha. – Czyżbyś nie miała tyle?

– Mam… sześćset… – powiedziała z wyraźnym smutkiem.

– To raczej nie jest tyle, ile trzeba.

– Nie myślałam, że aż tyle będziecie…

Bladolicy wykrzywił usta, zapewne w uśmiechu. Jej tymczasem wcale nie było wesoło. Wsparła głowę na łokciach i westchnęła. Nieznajomy popił piwa, w glinianym kuflu zostało nieco ponad połowa.

– Do czego ci ten najemnik?

Spojrzała na niego z nadzieją tak wyraźną, że wydawała się podobną dziecku, któremu mówi się o nowej zabawce.

– No, gadaj.

– Mam do wykonania pewne zadanie. Potrzebuję kogoś do pomocy.

– Do pomocy? – powiedział tajemniczy mężczyzna i zaśmiał się. – Chyba raczej do odwalenia brudnej roboty.

– Nazwijcie to jak chcecie – odrzekła Anisa. – Ale zgodzicie się?

– Powoli. Najpierw mów, co to za zadanie.

Znów westchnęła i zrobiła zasmuconą minę.

– Muszę zdobyć jeden owoc z krzewu Leara rosnącego w jego świątyni niedaleko Kalimu. Świątynia jest jednak od lat opuszczona, a w okolicy, jak powiadają, od niedawna grasuje ziemowij…

– Po co ci ten owoc?

– Dla Zakonu Złotego Promienia…

– Dla kogo? – zdziwił się. – A ty co niby masz wspólnego z Zakonem?

– Jestem nowicjuszką, chcę być jego członkinią…

– Przecież jesteś kobietą – powiedział. – Kobiety nie mają wstępu w szeregi Zakonu Promienia.

– Bo żadna jeszcze nigdy nie próbowała. Kobieta może być takim samym członkiem Zakonu, jak mężczyzna.

– A z tą świątynią, to rodzaj próby?

Kiwnęła głową. Nieznajomy rozparł się wygodniej i machnął ręką:

– Zapomnij. Takie zadania daje się doświadczonym rycerzom zakonnym i potężnym kapłanom, a nie dziewkom, co się dają wychędożyć w ciemnym rogu.

– Dobrze! – Anisa wstała dotknięta. – Błagać was nie będę! Dziękuję za pomoc, ale nie dam się znieważać! Żegnajcie!

– Zamknij się i siadaj – rzucił obcy. – Jak wyjdziesz sama, pewnie dorwą cię następni i znowu zaciągną w boczną ulicę.

Dziewczyna opadła na ławę zrezygnowana.

– Co ja mam robić? – zapytała. – No, co? Nigdzie w tym mieście nie znajdę pomocy, wszędzie sami szubrawcy.

– A ty gdzie się chowałaś, że cię to dziwi? Takie życie, mała, przyzwyczaj się.

– Proszę, panie, nie mówcie tak do mnie…

– Bo co? – mruknął złośliwie.

– Dlaczego jesteście dla mnie tacy, panie? Co ja takiego zrobiłam? Po to mnie ratowaliście z rąk tamtych bandytów, żeby mnie teraz kąsać i sączyć jad?

– Nie jęcz, niedobrze mi się robi – odparł. – Dość się już tego nasłuchałem. Poza tym jesteś mało bystra.

Anisa zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc. Wyglądała tak zabawnie, że nieznajomy roześmiał się. Rozejrzał się po wnętrzu, ale nikt nie zwracał na nich uwagi. Spojrzał z błyskiem oka na dziewczynę i odchylił na chwilę kaptur. Jego długie, jasnoszare włosy zalśniły, zanim szybko na powrót nakrył głowę.

Dziewczyna dalej patrzyła na niego z osłupieniem. Wtedy z kolei zdziwił się bladolicy nieznajomy.

– Nie mów, że nic się nie przejęłaś.

– A-ale czym? – zająknęła się.

Mężczyzna westchnął i uśmiechnął się, tym razem już wyraźnie.

– Jestem morrowem, głupia. Zapamiętaj, jak wyglądam, bo kolejne spotkanie z którymś z moich pobratymców może być mniej przyjemne.

Teraz dopiero Anisa zrozumiała. Znów usiadła prosto, a jej oczy urosły do rozmiarów niewiele mniejszych od mis, które stały na półce wiszącej za plecami karczmarza. Powoli cofnęła ręce ze stolika. Najwyraźniej słyszała co nieco o morrowach, „braciach mroku”, jak na nich mówili.

– Nie bój się, mała – prychnął. – Z mojej strony nic ci nie grozi, wiesz już przecież.

– Co tu robisz?

– Już nie „panie”, co? – odpowiedział szyderczo. – A co tu robię, to nie twój interes. Jeśli chodzi o robotę, to w porządku – rzekł jakby po namyśle. – Zobaczymy, co da się zrobić.

Dziewczyna spojrzała tylko na niego podejrzliwie.

– O co chodzi, raptem mi nie ufasz? Jeszcze pięć minut temu skakałabyś z radości.

– Jeszcze pięć minut temu nie wiedziałam, że jesteście, panie, morrowem…

– Daruj sobie tego „pana”, skoro raz już o tym zapomniałaś. Mów mi Vequen.

– Miło mi, Vequenie – powiedziała grzecznie, na powrót z niepewnym uśmiechem.

– Nie, nie, po prostu Vequen, żadne tam „Vequenie” – wyjaśnił. – A teraz szczegóły zadania…


Ranek był ciepły. Słońce zaglądało przez okna do izb, wiał przyjemny, lekki wiatr z zachodu. Vequen nie spał w nocy, ale rano nie zdradzał żadnych oznak zmęczenia. O świtaniu wyszedł za karczmę i przemył twarz oraz ręce wodą ze studni. Potem wrócił do izby. W zamkniętym wnętrzu odrzucił kaptur na plecy. Jego niemal śnieżnobiała twarz, okrywana długimi, jasnoszarymi włosami, spod których spozierały bystre, zielone oczy, stanowiła niezwykły widok.

Anisa spała jeszcze. Początkowo miała opory, by nocować w jednej izbie z obcym, w dodatku z morrowem. Ostatecznie jednak przyjęła do wiadomości, że przecież nieznajomy ocalił ją przed pohańbieniem i najwyraźniej nie miał złych intencji. Ostatecznie więc, pełna obaw, zdobyła się na zaufanie i usnęła niespokojnym snem.

– Wstawaj – powiedział głośno Vequen stojąc nad nią.

Anisa nawet się nie poruszyła. Morrow nachylił się nad nią i wyciągnął szybko rękę w kierunku jej ramienia. Chciał nią mocno potrząsnąć, ale wahał się. Wreszcie zdecydował się obudzić ją sposobem. Otworzył okno, zarzucił kaptur, po czym wyszedł. Wszedł po kilku sekundach trzaskając drzwiami tak, że szyby zadrżały.

Dziewczyna podskoczyła na łóżku i usiadła. Przetarła oczy.

– Co za przeciągi – pokręcił głową Vequen. – Ale cóż, i tak miałem cię budzić. Musimy się zbierać.

– Już?

– Już – odparł – jeśli chcemy dotrzeć do Kalimu przed zapadnięciem zmroku.


– Dlaczego nie chciałeś pieniędzy? – odezwała się po dłuższej chwili dziewczyna, gdy dwie godziny później byli już w drodze. Jechali oboje na koniu morrowa. Anisa siedziała za Vequenem, splótłszy ręce na jego brzuchu.

– Nie wykonałem zadania, nie biorę pieniędzy – odparował bladolicy. – Takie dziwne?

– Nie, nie dziwne… ale mogłeś wziąć pieniądze i uciec.

– Mogłem też przyłączyć się do trójki twoich kochasiów, mała, a nie zrobiłem tego – rzucił gniewnie morrow. – Za dużo gadasz, jak na mój gust. Do tego same idiotyzmy.

– Vequen, dlaczego mi w ogóle pomagasz? Przecież nie chciałeś.

– Namyśliłem się. Ostatecznie pieniądze zawsze się przydadzą.

Anisa znów zamilkła. Jechali powoli, oszczędzając konia, na wypadek gdyby zaszła nagła potrzeba przyspieszyć. Trakty nie były bezpieczne.

– Będę mówiła otwarcie, Vequenie…

– „Vequen” – poprawił ją morrow.

– P-przepraszam – zająknęła się. Po chwili ciągnęła dalej. – Mówią, że morrowom nie można ufać. Ja ci zaufałam, ale nie wiem czy robię dobrze…

Bladolicy wstrzymał konia.

– O co ci chodzi, mała? – spytał nieprzyjemnym tonem. – Jedziemy, to jedziemy. Chyba, że masz jakieś wątpliwości, wtedy zsiadaj i wracaj do miasta. Nie musisz mi ufać, wystarczy, że mnie wynajęłaś. Wykonam robotę, jeśli będę w stanie, ty mi zapłacisz, a potem znikam.

– Tak, w porządku, ale to, że jesteś…

– Kim? Morrowem? Zielithanem? To cokolwiek zmienia? Nie bądź tak naiwna. Pewnie, że nie można mi ufać, ale czy możesz zaufać pierwszemu lepszemu człowiekowi z karczmy? Ciekawe czy gdybyś pojechała z trzema podobnymi do tamtych, z których dwóch już nie żyje, też byś się wahała i zadawała głupie pytania. A wierz mi, oni dobraliby się do ciebie za miastem, gdzie nie ma strażników ani nikogo, a potem pojechaliby w diabły, na południe, wcześniej zabrawszy ci pieniądze. I z gównem byś została.

Gdy to powiedział, znów ruszyli.

– Nie wszyscy są tacy – oponowała Anisa.

– Tak sądzisz? – uśmiechnął się do siebie Vequen. – A kto jeszcze wczoraj w nocy mówił, że nigdzie nie można znaleźć pomocy, bo wszędzie sami szubrawcy? Czy to nie są twoje słowa, tak przypadkiem?

– Chciałam tylko powiedzieć, że o morrowach mówią różne rzeczy.

– Bardzo słusznie, że mówią – pokiwał głową. – Boją się, a to gwarancja respektu. Tyle że jedno wyolbrzymiają, a o drugim nie nadmienią wcale. Dla tych impakil jesteśmy całkowicie obcy, nie wiedzą o nas nic. Płyną z tego jednak pewne obopólne korzyści.

To już zamknęło dziewczynie usta na dobre. Nie wydawało się jej prawdopodobne, żeby mogła w jakiejkolwiek kwestii wygrać z Vequenem, przynajmniej chwilowo. Zresztą tak właśnie było.


Do bram Kalimu dotarli wieczorem. Słońce zaszło już za horyzont, pozostała po nim tylko czerwona łuna. Bramy zamykano za dwie godziny. Strażnicy wpuścili ich bez przeszkód, ale zakapturzonego Vequena obdarzyli długim spojrzeniem. Morrow wcale się nie przejął. Zamiast tego zatrzymał konia, zsiadł i poprowadził zwierzę za uzdę. Anisa przysypiała w siodle, kołysząc się półprzytomna.

Zatrzymali się w karczmie „Pod Rudzielcem”. Vequen zostawił konia stajennemu, dając mu sztukę złota, by miał oko na rumaka. Wewnątrz znalazły się wolne izby, wziął więc jedną z dwoma łóżkami i zapłacił z góry. W sakiewce miał jeszcze sześćdziesiąt złotych monet.

Anisa usnęła od razu, ledwo się położyła. Nienawykła do jazdy, narzekała już w połowie drogi. Teraz spała twardo. Vequen spoglądał na nią z dziwnym wyrazem twarzy. Sprawiał wrażenie jakby zadumanego, ale też na swój sposób poruszonego. Otrząsnął się jednak szybko i rozejrzał po izbie. Wziął krzesło i dobrze zaparł nim drzwi. Podszedł do okna. Pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Tuż pod oknem stał wóz. Otworzył okno, by opuścić się na niego, zaczekał jednak. Odpiął z pasa pochwę ze sztyletem i położył ją przy boku śpiącej Anisy. Po tym wyjrzał raz jeszcze, upewnił się, że nikt go nie zauważy i wyślizgnął się w mrok.


Przed siedzibą burmistrza stało dwóch strażników. W ścianach po obu stronach wejścia zatknięto pochodnie. Był to szeroki, choć przysadzisty dom, wzniesiony u podstaw z dużych, topornie ciosanych kamieni, a wyżej z czerwonej, szerokiej cegły. W niektórych oknach jarzyło się światło.

Vequen podszedł do strażników.

– Czego? – burknął stojący po jego lewej.

– Do burmistrza przyszedłem – odrzekł cicho. – Wpuśćcie.

– Nie tak szybko, bracie – odezwał się drugi, o wyraźnie niższym głosie. – Nie możemy po zmroku wprowadzić każdego łachmyty, który się napatoczy.

Stał nieporuszony.

– Mam robotę. Burmistrz chętnie ze mną pogada.

Strażnicy spojrzeli na siebie, a ten z niskim głosem podrapał się w skroń. Po namyśle pozwolili mu wejść, ale jeden poszedł za nim.


– Robota, powiadacie? – mruknął burmistrz Ederd, popijając ze srebrnego kielicha. Z jego tłustej, okrągłej twarzy spozierały małe, ruchliwe oczka, które zmierzyły Vequena podejrzliwie od stóp do szczytu kaptura.

– Owszem – odrzekł morrow. – Z ziemowijem.

– Więc o to chodzi – sapnął grubas, dolewając sobie wina. – Napijecie się?

– Nie, dzięki.

Ederd machnął ręką na strażnika. Zostali sami w izbie.

– Ściągnijcie kaptur, niech się wam przyjrzę.

– Wolałbym nie – odparł bladolicy. – To nie byłby ciekawy widok.

Burmistrz oparł się wygodniej na krześle, aż zatrzeszczało. Wyciągając nogi pod stół, ziewnął przeciągle.

– Oszpecony? – zapytał z półuśmieszkiem.

– Inny.

Ederd siedział chwilę w milczeniu, czekając na jakąś reakcję ze strony gościa. Ta jednak nie następowała. Burmistrza tymczasem najwyraźniej zaczęła drażnić świadomość, że z głębi kaptura nieznajomego wpatrują się w niego niewidoczne dla niego oczy. Poruszył się na krześle i przetarł kark.

– Tam do kata! – huknął w końcu. – Mów, co masz mówić, bo milczysz jak te pniaki! – to mówiąc, ruchem głowy wskazał drewno na opał przy kominku. – Nie będziemy tu przecież siedzieli całą noc.

– Tego nie zamierzałem – wycedził Vequen wolno, napawając się podenerwowaniem tłuściocha. Odczekał jeszcze chwilę, wreszcie zaczął: – Sprawa ma się tak, że mogę pozbyć się ziemowija. Za zapłatą, oczywiście.

– A jak niby, jeśli łaska?

– Zwyczajnie – odparł morrow, splatając palce na stole. – Usiekę.

– Paru już próbowało, bez większego powodzenia – uśmiechnął się burmistrz. – Bestia jest sprytna. Jak poszli kupą, to zeżarła ich po kolei, tylko dwóch uciekło. Później wypluwała gnaty po całym gościńcu. Jak zamierzacie ją pokonać?

– Mi się uda, już moja w tym głowa – wzruszył ramionami. – Grunt, że miałem z tym plugastwem do czynienia.

– Tylko się nie przeliczcie – pogroził palcem Ederd. – Pieniądze pewnie chcecie z góry?

– Skąd. Sądzę, że można wam ufać.

Na tę uwagę burmistrz zaśmiał się głośno. Gdy odrzucił głowę do tyłu, ze swoim obwisłym, czerwonym gardłem podobny był do wielkiego, tłustego indyka.

– Dobre! – zawołał. – Naprawdę dobre, to mi się podobało!

– Cieszę się. Pojutrze rano przyjdę po zapłatę. Sześćset sztuk złota, to chyba niewygórowana cena?

– Sześćset?! – ryknął Ederd od razu poważniejąc. – Toż to rozbój! Czterysta, na więcej się nie zgodzę!

– Pięćset pięćdziesiąt najmniej – powiedział spokojnie Vequen.

– Nigdy! Chyba żeście zmysły postradali!

– Trudno – strzelił palcami morrow. – Nic tu po mnie zatem. Tylko radzę wam dobrze, żebyście od razu resztę bydła sprzedali. I najlepiej nakłonili podróżników, by zmienili trasę, bo jeszcze który zaginie pod Kalimem. Jak się takie tałatajstwo dobrze zadomowi i wie, że ma żarcia w bród, zaraz sprowadzi sobie podobnych i kolonię założy. A teraz żegnam. Powodzenia życzę!

Vequen wstał, odwracając się do wyjścia. Burmistrz jednak chwilę miarkował, pasował się sam ze sobą. Krzywił się i czerwienił, kalkulując, jak bardzo może nagiąć swoją pazerność. Wreszcie przeklął cicho i kazał obcemu stać.

– Dobra, ale za pięćset – jęknął w końcu z rezygnacją. – Tylko łeb mi przynieście albo inny dowód.

– Dla siebie przecież nie zatrzymam…

– Ha! – krzyknął Ederd. – Dobre, naprawdę dobre!

Bladolicy wyszedł.


Kiedy Vequen wdrapał się z powrotem do swojej izby, Anisa siedziała na łóżku z szeroko otwartymi oczami. W pierwszej chwili, ściskając sztylet, skuliła się w ciemnym kącie, widząc postać wchodzącą przez okno, kiedy jednak rozpoznała w niej Vequena, na powrót usiadła przy krawędzi łóżka.

– Gdzie byłeś? – zapytała, gdy już wszedł i zamknął okiennice. Szczelnie zasunął zasłony.

Morrow zdjął płaszcz, nie śpiesząc się z odpowiedzią. Odpiął pochwę z mieczem i usiadł na drugim z krzeseł. Spojrzał na nią. Dziewczyną wstrząsnął dreszcz. Cofnęła się do ściany.

Vequen zaśmiał się cicho i pokręcił głową.

– Nigdy nie słyszałaś o, jak to mówią, „płonących, szatańskich oczach morrowów”?

Anisa pokręciła głową. Wpatrywała się tylko w zielonkawe płomyki połyskujące w ciemnościach źrenic bladolicego.

– To właśnie od nich nazwali nas krasnoludowie – rzekł. – W absolutnych ciemnościach nasze oczy świecą się jak zielith.

– Co to jest „zielith”?

– Zielith to taki zielony minerał. Bardzo rzadki, spotykany tylko w najgłębszych głębinach najstarszych gór. Luźno tłumacząc, „zielith” znaczy „diabelski klejnot”.

Potrząsnęła głową na znak, że rozumie. Wciąż nie mogła oderwać spojrzenia od magnetycznych oczu morrowa.

– Widziałem się z burmistrzem – odezwał się tymczasem.

– Po co? – odrzekła niepewnie.

– Zapytać, ile daje za zabicie wija.

– Wiedziałam! – nagle krzyknęła, bijąc malutką pięścią w ścianę. – Zabijesz potwora dla niego, nie dla mnie!

– Po pierwsze, nie drzyj się. Nie lubię krzyku. Po drugie, co to za różnica? Tobie, zdaje się, chodzi o owoc.

– Przepraszam – uspokoiła się. Jak się okazało, na chwilę. – Ale jak to, co za różnica? Zakon dowie się, że ziemowija zabił ktoś wynajęty przez miasto i wyśmieją mnie!

– A ty myślisz, że od razu uwierzą, jakoby tobie jednej udało się bez problemu zakraść do świątyni? Z tym cholerstwem cała gromada chłopa nie dała sobie rady. Nie masz pojęcia, z czym masz do czynienia. Gdybyś tam poszła sama, to by cię zżarło na raz i jeszcze by głodne chodziło.

Dziewczyna siedziała niepocieszona.

– Skoro to takie groźne, to jak ty sobie z tym poradzisz?

– Ważne, że ja wiem. Ty sobie głowy nie zawracaj.

– Dobrze, więc kiedy idziemy?

– Ja idę – powiedział wskazując na siebie. – Ty tu siedzisz grzecznie i nie wychylasz główki poza miasto.

– Wykluczone, muszę iść z tobą! – odrzekła, robiąc zaciętą minę.

– Czemuż to?

– Mogę ci się przydać – powiedziała, kładąc się.

– Ciekawe na co?

– Uwierz mi, lepiej będzie, jeśli weźmiesz mnie ze sobą – powiedziała, udając pewną siebie. Na końcu ziewnęła. – Co na tym tracisz?

– Nerwy. I część zapłaty – odparł obojętnym głosem.

Dziewczyna wzdrygnęła się na dźwięk słowa „część”.

– Proszę, zabij go dla mnie. Vequen, proszę – szeptała. – Inaczej Zakon o wszystkim się dowie, a moje wyrzeczenia pójdą na nic. Mogę zdobyć więcej pieniędzy, tylko zrób to dla mnie.

Morrow posunął się dalej do ściany, prostując nogi na krześle. Zamknął oczy.

– Vequen, proszę, Zakon to moje życie…

– Ale Zakon się z tobą nie liczy, nie rozumiesz? – wymruczał ponuro. – Nawet rosłym chłopiskom nie daje się takich prób, bo bez doświadczenia nikt nie ma szans. Chcieli się ciebie pozbyć. Wysłali cię na pewną śmierć. Kiedy to w końcu pojmiesz?

– Nie wierzę – potrząsnęła głową na cienkiej poduszce, również przymykając powieki. – Gdyby nie chcieli mnie w Zakonie, to po prostu by odmówili, nie pozwoliliby mi nawet próbować.

– Aleś ty głupia – westchnął głośno. – W przepisach Zakonu nie ma nic o tym, że kobieta nie może być w jego szeregach, tak? No to pomyśl, co jest lepsze? Odmówić kobiecie bez wyraźnego powodu i narazić się na oficjalne łajanie od każdego, włącznie z innymi zakonami i bractwami? Czy może wysłać jakąś szaloną młódkę w diabły i mówić, że sobie nie poradziła, więc Zakon nie jest dla kobiet?

Anisa ucichła. Wszystko, co mówił jej morrow, brzmiało okrutnie prawdziwie. Łzy napłynęły jej do oczu.

– To co ja mam robić?

Vequen umościł się wygodniej. Nic nie mówił.

– Zakon to moje marzenie, od dziecka chciałam do niego wstąpić… – powiedziała ledwo słyszalnie, prawie do siebie.

W odpowiedzi usłyszała miarowy oddech bladolicego.

– Dobranoc, Vequenie – rzekła mimo wszystko ciepło.

– „Vequen”! – syknął wściekle, ale szybko złagodniał. – A do tego Zakonu… Po co…?

– To najlepsi uzdrowiciele, chcę pomagać ludziom…

Morrow uniósł brwi, choć wydawać by się mogło, że zrobił to do jakiegoś sennego marzenia, a nie do słów dziewczyny. Ona zresztą w ciemnościach i tak tego nie spostrzegła.

– Pomagać możesz wszędzie – wymamrotał jeszcze. – Idź tam, gdzie będziesz mile widziana…

– Dobranoc, Vequen – powtórzyła, tym razem zgodnie z życzeniem bladolicego.

Odpowiedziała jej cisza.


Morrow spędził w najętej izbie cały dzień. Rano tylko zszedł na niewielkie śniadanie. Poza tym siedział na podłodze, pochylony do przodu, z nogami wyprostowanymi i złączonymi razem. Obiadu nie zjadł, zamiast niego wypił jedynie wywar, który kupiła mu Anisa u zielarza. Dziewczyna nie mogła się nadziwić, jakie też on mógł mieć znaczenie.

– Przecież to tylko pospolite zielska! – mówiła, próbując zetrzeć z sukni ciemną plamę.

– Zamknij się i nie przeszkadzaj mi – wyrzucał z siebie co jakiś czas. – Muszę się skoncentrować.

Jak kazał, tak też dziewczyna robiła, posłusznie siedząc cicho. Tuż po południu jednak morrow niespodziewanie wstał z podłogi i zrobił kilka kroków po pokoju z miną wyraźnie zadowoloną.

– Dobrze – rzekł, zwracając się do Anisy. – Zróbmy próbę. Wyjdź za drzwi, zejdź po schodach i wróć.

– Jaką próbę? Po co?

– Rób, co mówię.

Niczego nie rozumiejąc, Anisa wyszła z izby, zamykając za sobą drzwi. Zeszła szybko na dół i ku zdziwieniu karczmarza oraz nielicznych gości, wbiegła natychmiast na górę. Wróciła do Vequena z pytającą miną. On jednak nic nie odrzekł. Kazał jej natomiast zrobić to samo, ale wolniej. Kiedy po raz drugi stanęła w progu, żądając spojrzeniem wyjaśnień, uśmiechnął się i pozwolił jej wejść.

– O co tu chodzi?

– Dowiesz się jeszcze – odpowiedział kiwając głową, kontent nad wyraz.

– Tylko kiedy?

Vequen zaśmiał się. Widać było po nim, że jest w niezwykłym humorze.

– Ależ z ciebie niecierpliwe nasienie – mówił, nie przestając się śmiać. – Doprawdy, zabawa z tobą.

– Cieszę się, że jesteś zadowolony – odrzekła, nie do końca wierząc samej sobie. – Ale co z potworem?

– Wszystko w swoim czasie – orzekł, opanowując się już i wracając do normalnego dystansu.

– Tylko czy nie lepiej, póki jeszcze jasno…?

– Lepiej – przytaknął – ale nie dla mnie.


Stanęli na wzgórzu. Było już niemal zupełnie ciemno, nocne zwierzęta zaczynały swoje rozmowy. Księżyc świecił jasno, niebo usiane było gwiazdami. Vequen wyszedł odrobinę przed Anisę i rozejrzał się, przyklękając na jedno kolano. Przed nimi, niedaleko ściany lasu, majaczył niewyraźnie zarys kaplicy.

– Cofnij się trochę i nazbieraj kamieni – polecił dziewczynie cichym głosem, podając jej torbę. –Takich jak pięść, dość ciężkich.

Zabrała się do pracy. Czuła się podle. Nie wiedziała, dlaczego poprzedniego wieczoru tak naciskała, by morrow pozwolił jej iść ze sobą. Bała się, bardzo się bała.

Niewiele wiedziała o ziemowijach. Słyszała tylko, że to ogromne, wężowate stwory, osiągające nierzadko piętnaście, a bardzo często nawet więcej łokci długości. Ich paszcze były uzbrojone w rzędy stożkowatych zębisk; największe z bestii łykały przeciętnego człowieka niemal w całości. Najważniejsze jednak było to, że ziemowije poruszały się niemal cały czas pod ziemią. Kiedy polowały, potrafiły bezbłędnie przewidzieć, gdzie znajduje się człowiek lub zwierzę i wciągnąć ofiarę pod ziemię. Gdy bladolicy kazał jej zbierać kamienie, Anisa zrozumiała, że nie ma absolutnie żadnego pojęcia, jak pokonać takiego potwora.

– Vequen, do czego te kamienie? – zawołała.

– Mogą uratować ci życie – odrzekł krótko. – Gdyby cię gonił ziemiowij, rzucaj je na boki, a najlepiej nieco za siebie.

– I to pomaga?

– Tak – szepnął przykładając ucho do ziemi.

Na jakiś czas położył się w trawie. Przez moment Anisa myślała, że Vequen zwyczajnie zasnął. On jednak nasłuchiwał w bezruchu.

– Już – powiedziała, kucając obok niego. – Mam prawie całą torbę, chyba wystarczy?

Kiwnął głową. Sam również wziął kilka kamieni do tobołków.

– Teraz uważaj – powiedział, nie podnosząc się z ziemi. – Jeśli coś by poszło nie tak i zaatakowałby ciebie, wtedy nie wal go bezpośrednio w łeb, bo to nic nie da. Tnij wąsy, wszystko jedno, które, ale najlepiej te największe, bo bez małych jako tako sobie poradzi i szybko znów uderzy. Pamiętaj, wąsy, choćby nie wiem co.

Kiwnęła głową. Morrow wstał i znów przeszedł kilka kroków w kierunku świątyni. Anisa trzymała się za nim.

– Vequen, skąd one wiedzą, gdzie jest człowiek? – spytała. – Przecież nic nie widzą, siedzą pod ziemią, a prawie zawsze trafiają.

– One to czują. Czują, jak chodzisz. Stąpasz lekko, masz miękkie trzewiki, ale to im i tak w zupełności wystarcza.

– A to, co robiłeś w karczmie? O co chodziło?

– Potrafię mniej więcej to samo. Musiałem sobie tylko przypomnieć.

Dziewczyna uniosła brwi.

– Też czuję, jak ktoś się porusza, tylko długo tego nie wykorzystywałem – wyjaśnił. – To działa, sprawdziłem z tobą. Słabo, ale jednak. Muszę być przy tym skupiony, więc mi nie przeszkadzaj. Zostaniesz tutaj.

– A jak coś ci się stanie?

– To nic mi nie pomożesz – odparł już niemal niesłyszalnie. – Siedź tu. Pamiętaj o wąsach i kamieniach. Choćby nie wiem co się ze mną działo, nie próbuj mnie ratować. Nic nie zrobisz, więc byłaby to głupia śmierć.

Wstał ostrożnie i ruszył przed siebie. Anisa odeszła trochę na bok od miejsca, w którym wcześniej leżał. Usiadła na trawie, kładąc sobie torbę z kamieniami pod nogami. Czekała. Jej drobnym ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy zauważyła niedaleko na w pół zagrzebane w ziemi kości. Vequen tymczasem ostrożnie, ale pewnie, szedł naprzód. Wydobył miecz. Dziewczyna widziała, jak ostrze błyska zielonkawo, odbijając światło księżyca.


Vequen, jak każdy morrow, widział w ciemności doskonale. Wyciągnął jeden kamień, rozejrzał się i rzucił go daleko przed siebie. Stał przez chwilę nieruchomo, niczego jednak nie wyczuł. Jego serce z każdą chwilą biło coraz wolniej. Koncentrował się. Słyszał, jak milkną ptaki. Jego oblicze wyrażało maksymalne skupienie, mięśnie twarzy znieruchomiały. Wolno posuwał się naprzód, co chwila stając i uważnie nasłuchując. Zrobił kolejny krok. Nagle stracił równowagę i poleciał na twarz. Dziewczyna zerwała się z miejsca, widzą, że morrow upada. Vequen zrozumiał tymczasem, że wpadł tylko w któryś z bliższych powierzchni tuneli. Wyciągnął nogę z dziury i przyjrzał się otworowi. Z wnętrza przestronnego tunelu bił okropny smród. Mężczyzna wyprostował się i postąpił na przód. Jego oczy błyskały wściekle, gdy wypatrywał zagrożenia, rozglądając się za ruchomą ziemią. Niespodziewanie poczuł drgania. Przerażająco blisko. Za blisko.

Szybko wyciągnął z torby dwa kamienie i rzucił je daleko. Nie ruszył się z miejsca. Drgania ustały na chwilę, zaledwie kilka stóp od niego. Czekał, nic innego nie mógł zrobić. Coś zaszumiało w krzakach daleko przed nim. Znów wyczuł lekkie ruchy pod ziemią, lecz tym razem oddalały się od niego. Trwało to jakiś czas. Stworzenie z zarośli uciekło czymś spłoszone.

W końcu wydało mu się, że chwilowo jest poza zagrożeniem. Poruszył się. Nic nie zapowiadało zmiany sytuacji.

Tupnął.

Ciągle nic.

Puścił się biegiem. Zdumiewająco szybko pokonał odległość dzielącą go od kaplicy. Zostało mu już do niej nie mniej niż kilka susów, kiedy znów poczuł za sobą ruchy ziemi. Jeszcze przyspieszył, osiągając kres swoich możliwości. Drgania były coraz silniejsze. Dopadł do kamiennych stopni prowadzących do świątyni. Nie oglądając się za siebie, wskoczył od razu na trzeci stopień, a z niego natychmiast rzucił się do przodu. W samą porę. W momencie, kiedy jeszcze leciał, usłyszał głuche uderzenie o kamień.

Upadając przeszorował podłogę opończą i wypuścił z ręki miecz. Błyskawicznie podniósł się i odwrócił. Słyszał, jak wali mu serce. Za sobą ujrzał pas wybrzuszonej ziemi. Sapnął, uspokoił się, zrzucił z siebie płaszcz. Podniósł broń i wszedł do świątyni. Wewnątrz panował chłód. Był to niewielki, murowany budynek, do którego dawno już nikt nie zaglądał. Wzniesiono go jeszcze wówczas, kiedy Lear, bóstwo lasu, było znacznie bardziej poważane przez ludzi. Na środku podłogi znajdowało się kilka płyt wyglądających na nowsze i mniej zniszczone. Nieco głębiej, w koszyku zawieszonym na drobnym łańcuszku, spoczywała duża, gliniana doniczka, z niej zaś wyrastał nieduży krzaczek. Trzy wątłe gałęzie uginały się smętnie pod ciężarem trzech dojrzałych, bladofioletowych owoców.

Wyszedł z powrotem na schodki. Najniższy stopień rozpadł się na kilka kawałków. Podniósł jeden z odłamków i rzucił go przed siebie, lekko przy tym podskakując. Poczuł krótkie drgnięcie. Niepewny swojego zmysłu, schylił się po drugi kawał. W tym momencie ziemia pod jego ręką gwałtownie zapadła się, wciągając stopień, na którym częściowo stał morrow. W oka mgnieniu pojawiła się tam najeżona trzema rzędami zębów paszcza o średnicy ponad trzech łokci. Morrow odrzucił ramiona do tyłu próbując nie stracić równowagi. Z paszczy, bez żadnego ostrzeżenia, wystrzelił długi, ciemny i gruby jęzor, przypominający chwytny ogon małpy. Owinął się wokół prawego ramienia morrowa, zgniatając je i parząc. Vequen syknął wściekle z bólu. Kopnął język, który schował się błyskawicznie. Wij wysunął się z ziemi próbując pochwycić jego stopę. Mężczyzna uskoczył do tyłu, padając na plecy. Ręka go paliła, a na skórze miał bąble po parzydełkach na języku stwora.

Paszcza sunęła ku niemu. Tłusty tułów bestii wydawał się być złożony z tysięcy małych stóp, które równym krokiem posuwały go naprzód. Vequen szybko machnął mieczem na ślepo, uderzając w grubą, niewrażliwą skórę. Drugie cięcie było już celne. Trafił w jeden z czterech, grubych jak nadgarstek wąsów znajdujących się na głowie monstrum. Rzadka, jasnoczerwona krew trysnęła morrowowi w twarz. Rozległ się wściekły charkot, przeradzający się z wolna w przytłumiony bulgot. Z paszczy stwora buchnął silny odór. Wij jednak nie ustąpił. Sekundę po tym, jak jeden z jego sensorów został odcięty, niemal wyskoczył z ziemi, zwalając się na nogi przeciwnika. Vequen ponownie syknął z bólu, gdy ciężar miażdżył mu stopę, ale w tej samej chwili z całej siły pchnął ostrze w łeb potwora. Udało mu się wbić je, ale płytko. Nie wyrządził wijowi wiele krzywdy. Bestia zsunęła się z jego nóg, szykując się do kolejnego skoku do przodu, który zupełnie przygniótłby ofiarę. Vequen błyskawicznie zrobił przewrót w tył, zaraz po nim drugi. Słyszał, jak osypuje się ziemia. Kiedy z trudem się podniósł, nie zobaczył już potwora. Drgania jednak nie ustały, krążyły pod świątynią.

Vequen oddychał ciężko. Wszedł do środka, kulejąc lekko i zastanawiając się, jak można by wbić ostrze w brzuch wija. Tylko brzuch był bowiem wrażliwy na ciosy. Reszta ciała, a w szczególności głowa, pokryta była grubą, twardą skórą. Na myśl przychodziło mu jedynie pchnięcie z boku, jednak, po pierwsze, potwór musiał najpierw niemal cały wychynąć z ziemi, po drugie zaś, zajście go z boku nie było rzeczą prostą. Rozmyślając, próbował rozchodzić jakoś wykręconą nogę, robiąc wielkie koła wewnątrz świątyni.

Drgania nie ustawały. Nie mając lepszego pomysłu, morrow wyszedł bliżej schodów. Podłoga jednak zatrzęsła się, kiedy potwór próbował przebić się przez kamienie. Co jakiś czas do uszu Vequena dochodziło stłumione uderzenie. Pokręcił głową z rezygnacją. Cofnął się do środka, a idąc tyłem obserwował, jak płyty kamienne przed wejściem pękają. Stanął pod koszykiem, którego dno wisiało nad nim na wyciągnięcie ręki. Skrzywił się na myśl o podskoku, zebrał się jednak w sobie i zerwał jeden z owoców, chwilę zaś później drugi. Oba schował do miękkiego, niedużego mieszka, który z kolei wylądował w przegródce torby. Od kolejnego, wściekłego uderzenia stwora odpadło trochę tynku ze ścian. Niespodziewanie zapanowała cisza.

Morrow zdziwił się i zrobił niezdecydowany krok. Poczuł, że drgania podłoża przybierają na sile. Zmierzały ku niemu, zbliżały się. Stojąc na grubej, kamiennej podłodze czuł się względnie bezpiecznie. Dopiero po chwili, w nagłym przebłysku, spojrzał pod siebie, na jakby nowsze i mniej zniszczone płyty.

– Studnia… – wyszeptał. Jednym ruchem odrzucił miecz pod ścianę, sprężył się do skoku i wybił w przód. Kamienna podłoga pod nim pękła i zapadła się. Sycząc z bólu odbił się od niskiego ołtarzyka, wyskoczył wyżej i chwycił się rękoma belki mocującej strop. Zawisł nad kłapiącymi z furią szczękami. Wij spróbował jeszcze się wysunąć. Zaledwie kilka cali dzieliło podeszwę buta Vequena od wielkich, ciemnożółtych zębów. Morrow zaklął wściekle w swoim języku. Podciągnął się z bólem i objął belkę ramieniem, ale to niewiele poprawiło jego sytuację. Nie mógł już dźwignąć się wyżej. Trącił łokciem koszyk z krzewem. Jeden z owoców oderwał się lekko od gałązki i spadł prosto w środek paszczy, niby w rzeczywistą studnię. Potwór coraz wścieklej kłapał zębami, wydając przy tym zgrzytliwy, przyprawiający o mdłości odgłos. W jego wnętrzu ponownie zabulgotało, rozniósł się znajomy smród. Ciemny język błyskawicznie oplątał Vequenowi kostkę, z potworną siłą ciągnąc go w dół. Na bladej twarzy mężczyzny wyraźniej zarysowały się żyły. Trzymał się z całych sił, wiedział jednak, że nie wytrzyma tak długo. Wtedy zaskoczył go krzyk Anisy wbiegającej do świątyni. Wij na chwilę zawahał się, czując kroki nowej ofiary, trzymał jednak dalej.

– Bierz miecz i tnij język! – wykrztusił Vequen. – Szybko, do diabła, nie dam rady!…

Dziewczyna podbiegła, chwyciła oręż oburącz i machnęła niezgrabnie. To wystarczyło. Ostra jak brzytwa krawędź miecza bez trudu przecięła miękki organ. Potwór zawył, a ogłuszający ryk zatrząsł konstrukcją.

– Teraz w brzuch, wbij go w brzuch!

Wątłe ramiona skierowały czubek miecza na sadło ryczącej bestii.

– Pchaj, psia mać!

Anisa wyprostowała ręce i wbiła ostrze aż do połowy. Gdy wyciągała klingę, potwór rzucił się w bok, wytrącając jej miecz z rąk. Vequen bujnął się lekko i skoczył na posadzkę. Jego twarz wykrzywił na moment grymas bólu. Na krótko, bo zaraz sięgnął po leżący miecz i rzucił się, tnąc z furią podbrzusze poczwary. Tamta chciała się szybko schować, jednak zapadnięta ziemia i płyty kamienne utrudniły to skutecznie. Krew tryskała, a morrow nie przestawał ciąć. Wreszcie wij opadł z sił. Walnął się na ziemię, do połowy skryty pod powierzchnią. Chwilę jeszcze wywijał w powietrzu grubymi czułkami, obficie krwawiąc z brzucha i z paszczy. Vequen ciachnął przebrzydłe wąsy raz jeszcze. Potwór zadrżał, zacharczał i znieruchomiał.


Był ranek. Vequen zatrzymał konia przed domem burmistrza. Strażnik pomógł zsiąść Anisie, ona zaś przytrzymała zmęczonego morrowa. Twarz miał skrytą w kapturze, jak zwykle. Weszli do środka bez utrudnień.

Burmistrz siedział w tym samym miejscu i w niezmienionej pozycji, dokładnie tak, jak w trakcie poprzedniej rozmowy z Vequenem. Wydawało się, że w ogóle się nie ruszył od tamtego czasu.

– Zadanie wykonane – powiedział bladolicy z głębi nakrycia, rzucając na stół zawiniątko. Anisa stała za nim.

– Co to? – spytał burmistrz popijając swoje nieodłączne wino.

– Czułki stwora. Resztę ścierwa można podziwiać w świątyni.

Ederd podejrzliwie zerknął między fałdy materiału.

– Cóż, robota zrobiona, zapłata też będzie – rzekł, nie bez oporu. Sięgnął do paska i odpiął trzy mieszki z monetami. – Pięćset. Przeliczone – mruknął z niechęcią, rzucając je na stół. – Jeśli jednak wij nadal żyje…

– Nie ma obawy. Jeśli nie wierzycie, to wyślijcie kogo do świątyni, za dwie godziny powinien obrócić.

– Dobrze, złoto zatem wasze.

– Pieniądze należą się tej pani – powiedział nieoczekiwanie dla wszystkich Vequen, wskazując ramieniem na Anisę. – To ona ubiła wasz problem.

Strażnicy zachichotali. Morrow odwrócił się powoli i wymownym ruchem zakapturzonej głowy zmierzył ich wzrokiem. Szmery ucichły.

– Tak było? – burmistrz z niedowierzaniem wpatrzył się w dziewczynę.

– N-nie bez pomocy mojego druha – odrzekła niepewnie Anisa. – Ja…

– Ta niewiasta była moją wspólniczką – przerwał Vequen. – To ona znała tajemny sposób, jak pokonać bestię. Ja tylko starałem się służyć jej pomocą, ale nie zdałem się prawie na nic.

– Ha! – krzyknął swoim zwyczajem Ederd. – Dla mnie to tak, jak z miodem i z winem – rzekł – czy to, czy tamto, liczy się efekt końcowy. Jeśli upieracie się, żeby kobieta dostała pieniądze, to proszę bardzo! Nie mam nic przeciwko.

Anisa otworzyła usta, by zaprotestować, ale nie zdążyła. Vequen pożegnał się skinieniem, po czym ruszył ku wyjściu. Dziewczyna zaczerwieniła się, wzięła pieniądze, skłoniła się nisko i wyszła zawstydzona. Jej kibić odprowadziły spojrzenia strażników.

– Przecież te pieniądze ci się należą! – wybuchła, gdy już znaleźli się daleko od domu burmistrza.

Bladolicy szedł spokojnie, prowadząc konia za uzdę. Kulał z lekka, rękę miał opatrzoną.

– Dlaczego nic nie mówisz?! To twoje pieniądze, bierz je! – wciskała mu sakiewki.

– Nie drzyj się, nie lubię tego.

– Przepraszam – odrzekła. – Ale przecież to niesprawiedliwe. To twoja zapłata. Zapłata! – przypomniała sobie.

Podwinęła fałdy sukni i wydobyła z nich dwie sakiewki.

– Twoje sześćset – powiedziała.

Vequen zatrzymał się i spojrzał na nią.

– Miałaś je cały czas przy sobie? – spytał zdziwiony.

Kiwnęła, że tak.

– Impakil! – roześmiał się, ruszając. – Nie wierzę, jak ktoś może być taki głupi!

Anisa spuściła wzrok, sunąc obok niego.

– Nie lubisz mnie – powiedziała. – Za co?

Vequen jakby drgnął. Dziewczyna nie zauważyła tego, szli dalej.

– Nie jesteś przecież wcale taki zły…

– Jestem. Nie znasz mnie.

– Weź pieniądze. Naprawdę, należą ci się.

– Daj spokój! – parsknął. – A co do mojej zapłaty… odsyp mi sto i będziemy kwita.

– Ale…

– Mówiłem coś!

Wzięła dwa mieszki, przesypała pieniądze z jednego do drugiego, później odliczyła sto złotych monet, wrzucając je do wolnej sakiewki. Dała ją bladolicemu, a ten schował do torby.

Stanęli przed bramami miasta. Kramarze rozbijali się wokół, rozpoczynał się normalny ruch w mieście. Anisa wyglądała na zasmuconą.

– Wyjeżdżasz? Tak od razu?

– Zrobiłem, co miałem zrobić. Za te pieniądze możesz wrócić do domu luksusowym powozem.

Chwyciła go za rękę.

– Jesteś inny…

Wyswobodził dłoń. Stał chwilę, nie mówiąc nic. Jego twarz była spokojna.

– Powodzenia z tym Zakonem… – odezwał się w końcu.

– Ja tobie też życzę powodzenia, Vequenie.

Kiwnął głową i odjechał w milczeniu.


Dnia 24-go listopada 2003
Chełmno

Equinoxe Opublikowane przez:

3 komentarze

  1. nuivall
    15 lipca 2008
    Reply

    naprawde ciekawe

    dobre opowiadanie, morrow przypominał mi trochę wiedźmina, tylko tak jakby bardziej nieudolnego.

  2. Equinoxe
    16 lipca 2008
    Reply

    😉

    Co poradzić; jak bohater jest blady, ma białe włosy i jest nadludzko zręczny to musi być wiedźminem, podobnie jak krasnolud z gadającym psem muszą być Shrekiem i osłem :]

  3. Piotrek
    9 października 2008
    Reply

    OPINIA

    Jak dla mnie całe opowiadanie jest dobre, wciągające. Napisane stylem który lubię. Były momenty, że przeszkadzało mi podobieństwo do wiedźmina. Szczególnie moment rozmowy morrowa z burmistrzem. To prawie kopia jednej z kilku takich scen w Wiedźminie. Było też kilka momentów gdy byłem poirytowany niekonsekwencją w zachowaniu i myśleniu bohaterów. Możliwe jednak, że jest to tylko mój odbiór. Bardzo mi się za to podobał opis walki a wijem (naprawdę początek był świetny) szkoda, że skończyło się tak … niewyraźnie. wkurzyło mnie, że w twoim opisie wij miażdży rękę bohaterowi a ten … jęknął (ledwo) z bólu. Widać jest naprawdę twardy :]
    Reasumując: dla mnie to takie mocne 4+/5 w skali szkolnej.
    Czekam na więcej takich tekstów.
    pzdr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *