Królewski zwiadowca – recenzja książki

krol

Królewski zwiadowca to dwunasty tom cyklu Johna Flanagana i zarazem chyba trzeci, który został ogłoszony ostatnim. Można dyskutować czy jest sens rozwlekać tę serię, biorąc pod uwagę ostatnie nieco słabsze tomy, jednak wśród licznych fanów znajdą się także i tacy, którzy z chęcią przeczytaliby jeszcze i tuzin powieści spod znaku zwiadowców, gdyby tylko takowe powstały. I chociaż sam bardzo lubię tę serię, do najnowszego tomu podchodziłem niechętnie, tak jak podchodzi się do czegoś, co miało być zamknięte dawno temu, a kolejny raz okazuje się, że wymaga czyjejś uwagi.

Moja początkowa niechęć szybko jednak ustąpiła zainteresowaniu, gdy po raz kolejny dałem się wciągnąć w historię snutą przez australijskiego pisarza. A wszystko to za sprawą pewnych zabiegów fabularnych, które na myśl przywoływały pierwszy tom serii, wydany w naszym kraju już 5 lat temu. Przez ten czas zapewne wielu czytelników wyrosło z tego typu powieści, gdzie wątki przygodowe przeplatają się z dydaktyzmem (niekiedy wciskanym bardzo na siłę), czy więc powinni sięgać po kolejny tom przygód zwiadowcy Willa?

Tym razem sytuacja się odwróciła. Niegdyś pogodny i beztroski Will teraz jest już dojrzałym mężczyzną, doświadczonym przez życie i zmęczony nieszczęściami natury osobistej, a gburowaty do tej pory Halt, który na dobrą sprawę powinien już być starym dziadkiem, dzięki szczęśliwemu ożenkowi sprawia wrażenie pełnego życia i humoru. Nic więc dziwnego, że dawny mentor szuka sposobu na poprawę nastroju przyjaciela, sięgając po środki, których mało kto by się spodziewał. Tymi środkami okazuje się być niecodzienny uczeń, którego główny bohater ma nauczyć zwiadowczego fachu. Niecodzienny z co najmniej kilku powodów, z czego niekoniecznie najważniejszym jest ten, że przyszłym zwiadowcą ma zostać pierwsza w historii dziewczyna.

Dalej opowieść toczy się w sposób łatwy do przewidzenia, gdyż niemal to samo czytaliśmy w Ruinach Gorlanu. Nie jest to jednak zarzut, gdyż wtórność to ostatnie słowo, które przychodzi mi na myśl – przeciwnie, książka jest pełna nawiązań, które na wspomnienie pierwszego tomu serii przywołują uśmiech na twarz. Widzimy bowiem obraz głównego bohatera, który nieświadomie dla siebie samego stał się bardziej podobny do swojego nauczyciela niż kiedykolwiek mógłby przypuszczać. A to tylko początek liczącego bez mała 500 stron tomu.

Królewski zwiadowca cechuje się tą samą lekkością narracji i humorem, które znamy z poprzednich części. I także tutaj można wyliczyć mniejsze lub większe zarzuty, które wyliczałem przy okazji recenzji wcześniejszych tomów. Niestety jeden z nich stał się naprawdę irytujący i jest to oczywiście wspomniany już wcześniej dydaktyzm. Za przykład niech posłuży scena ogniska, połączonego z piciem wina, która znalazła się w książce zupełnie bez celu i w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na fabułę, a pozostawiła po sobie uczucie kazania wygłoszonego przez nauczyciela po złapaniu ucznia na głupich figlach.

Historia tego nieszczęsnego wina pokazuje, że autor chyba nie do końca miał pomysł na charakter Maddie, uczennicy Willa. Z jednej strony dziewczyna jest uczynna, zaradna, miła i rezolutna, z drugiej wykazuje pewne cechy negatywne, które stoją w zbyt dużej sprzeczności do tych pozytywów. Oczywiście finalnie pozytywne cechy przeważą, a bohaterkę naprawdę daje się polubić, jednak taki dualizm charakteru nie wydaje się logiczny.

Z oceną tomu nie mam większych problemów. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów serii, a dodatkowo spodoba się każdemu, kto przeczytał choć pierwszą część. Mając na uwadze, że wciąż jest to powieść raczej dla nastoletniego odbiorcy, każdy może po nią sięgnąć, jeżeli pragnie lekkiej i humorystycznej odskoczni od poważniejszej literatury. Ja sam cieszę się z przeczytania tej powieści, choć nie wiem ile jeszcze ostatnich tomów tej serii wytrzymam. A nie zdziwię się, jeśli powstaną, z Maddie w roli głównej.

Tytuł: Królewski zwiadowca
Seria: Zwiadowcy, tom 12
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 492
Ocena: 4+
BAZYL Opublikowane przez:

Zaczął od tekstowego Hobbita na Commodore 64, a potem poszło już z górki. O tamtej pory przebił się przez wszystkie chyba rodzaje fantastyki – i nie przestaje drążyć tematu dalej.

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *