Hobbit: Niezwykła podróż – recenzja

bobbit

Nastały dziwne czasy. Kiedyś, by móc napisać wyczerpującą recenzję filmu, w zupełności wystarczyło obejrzeć go dwa razy: raz dla przyjemności i pierwszego wrażenia oraz drugi – uważnie. A dzisiaj? Już na starcie mamy do wyboru warianty: klasyczny, 3D 48HFR i 3D DMR; te zaś można dodatkowo przemnożyć przez wersje: z napisami lub dubbingowaną. Ojej.

Ustalmy fakty. Przede wszystkim, obejrzałem Hobbita: Niezwykłą podróż raz, w wersji 3D 48HFR (czyli z podwyższoną – do czterdziestu ośmiu – liczbą wyświetlanych klatek na sekundę). To nie będzie więc wyczerpująca recenzja.

Książkę przeczytałem cztery razy, ale ostatni raz ponad dziesięć lat temu – Hobbita Petera Jacksona spróbuję więc ocenić niemal stricte jako film, nie zaś jako ekranizację (bez obaw, nie zamierzam całkowicie zapomnieć, że coś z książki jednak pamiętam).

mnb1I na koniec przedwstępu: nie wystawię Hobbitowi oceny 5, ani nawet 5+. Nie będzie to również żadne 6, choć – sądząc po garści opinii, na które rzuciłem okiem – płynę tutaj mocno pod prąd. Ta recenzja może więc być nie tylko niewyczerpującą, ale również – moją ostatnią. Jeżeli jacyś fani się nią przejmą. Ojej.

Może zacznijmy od kwestii drażliwej: od technologii. Nie zgadzam się z opiniami, że 3D jest gorsze od 2D. Nie jest też według mnie lepsze. To zupełnie inna koncepcja organizacji obrazu. Wiele pierwszych filmów wyświetlanych w tej technologii pokazywało, że reżyserzy dopiero szukają tu prawidłowych rozwiązań, gdyż tradycyjne podejście nie zawsze się sprawdza. Rzecz w tym, że na płaskim obrazie wszystkie elementy są ostre i widz może wybierać, na których jego elementach się skupia. Jednak po dodaniu głębi sytuacja zmienia się drastycznie – do wyboru pozostaje jedynie pierwszy plan, gdyż dalsze są nieostre. W teorii pozwala to kierować uwagą odbiorcy, o ile ten nie próbuje oglądać 3D jak tradycyjnego filmu i nie przygląda się wróblom na krzaku w tle, gdy główny bohater walczy o życie w jakimś starciu.

mnb2Ale tu pojawia się druga zasadnicza różnica: gdy tylko część elementów obrazu jest ostra, a akcja przyspiesza, dużo trudniej jest nadążyć wzrokiem za wszystkim, ilość informacji do przetworzenia jest większa. Dokładnie tak samo, jak… w rzeczywistości. Chaos scen akcji w filmach trójwymiarowych jest czymś, czego należy się spodziewać, ich cechą, niekoniecznie wadą. O ile reżyser wie, jak sobie z tym chaosem poradzić. Przeskok może nie jest tak duży, ale należy do kategorii sugerowanej przez porównanie: technologia 3D jest trochę dla tradycyjnego kina tym, czym kino było dla fotografii. Nową formą artystyczną, nie zaś jej ścisłym rozwinięciem.

mnb3Jak jest z Hobbitem? Cóż, szału nie ma i sądzę, że reżyserię 3D należy wciąż dopracowywać. Jest już jednak solidnie. Sceny bitew są odpowiednio chaotyczne i nie wymagają obserwowania w nich szczegółów, wysuwające się na pierwszy plan postacie i elementy scenografii nie utrudniają ogarnięcia wzrokiem całych scen, wiele sekwencji zaś powstało wyłącznie z myślą zachwycenia widza zapierającymi dech w piersi widokami… Aż za wiele było takich sekwencji, ale o tym później. W każdym razie, po raz pierwszy 3D w kinie mi nie przeszkadzało i działało raczej na korzyść mojego odbioru filmu. Tutaj tylko jedna uwaga: rezerwujcie sobie miejsca. Oglądanie 3D z jakiegokolwiek innego położenia niż środek sali mija się z celem – cały efekt trafia szlag i pozostają tylko jego wady.

Większą burzę wywołuje jednak dyskusja o płynnie wyświetlanym obrazie w czterdziestu ośmiu klatkach na sekundę. Tu ponownie pojawiają się argumenty, że w 48HFR postacie poruszają się pozornie szybciej, że postrzeganie jest zaburzone, że to, że tamto. Jakoś nie spotkałem się z odwróceniem argumentu: że to niższa gęstość klatek oszukuje oko, tworząc iluzję postaci poruszających się wolniej, i tak dalej. Przyzwyczailiśmy się i nauczyliśmy konkretnej estetyki. Czas się odzwyczaić i nauczyć od nowa. Według mnie przejście na 48HFR będzie dla kina tym samym co przejście na standard HD (kiedy to też pojawiali się kręcący nosami: Po co wam to HD, chcecie zmarszczki aktorów oglądać?). Najwyższa pora.

mnb4Skoro już przy technologii jesteśmy, zajmijmy się efektami specjalnymi. Zapomnijcie o Władcy Pierścieni, gdzie niemal każdy rekwizyt, który dało się wykonać ręcznie, tak właśnie został wykonany. Do dzisiaj armię orków i ich rynsztunek oglądam z zachwytem. Hobbit jednak odszedł od tego i teraz już naprawdę zdecydowana większość efektów od początku do końca powstała w komputerze. Różnicę czuć niestety bardzo wyraźnie, szczególnie, że pojawiają się sceny, gdzie efekty kuleją tak, jak nie powinno się to zdarzyć w filmie o takim budżecie. Stworzone niemal w całości w komputerach bitwy wyglądają momentami jak gra komputerowa, gdzie przeciwnicy padają pod ciosami wedle własnej animacji, która nijak ma się do siły uderzenia powalającego ich ciosu. Innym razem, w Górach Mglistych, drużyna spada wraz z fragmentem rusztowania w przepaść. Klinuje się ono o ściany i łamie w sposób sugerujący, że drewniana konstrukcja w rzeczywistości wykonana jest z belek jakiegoś niezniszczalnego stopu, połączonych w kilku newralgicznych miejscach kruchym plastikiem i suchą trawą.

Również słówko o choreografii walk i szermierki, bo to mój oczywisty fetysz. Hobbit niestety powiela wszystkie grzechy gatunku, gdzie bezładne machanie mieczem jest mordercze dla kolejnych hord wrogów, padających jak muchy od byle muśnięcia, bez względu na stopień opancerzenia. Wygląda to komicznie szczególnie w przypadku Bilba, który broń trzyma pierwszy raz w życiu, macha nią niczym spanikowane dziecko, a jest niemal równie skuteczny w obronie co jego towarzysze broni…

mnb5Za to muzyka utrzymuje tradycyjnie wysoki poziom. Zwłaszcza znany ze zwiastunów chór krasnoludów śpiewających o utraconym domu potrafi wywołać ciarki. Równie dobrze wykonane są weselsze piosenki… Nie zapominajmy wszak, że Hobbit był książką stylowo lekką, przeznaczoną raczej dla młodego odbiorcy. Z tego powodu film staje w niezręcznym rozkroku, z jednej strony przedstawiając wesołą kompanię krasnoludów, piosenki wiernie zachowujące oryginalne słowa, całą lekką i sympatyczną atmosferę książki. Z drugiej strony Hobbit Jacksona próbuje nawiązywać do mroczniejszych wątków znanych z szerokiego Śródziemia, zarówno treścią, jak i sposobem podkreślającą atmosferę zagrożenia reżyserią. Na tym tle kuriozalnie wygląda przedstawienie króla goblinów w sposób przywodzący na myśl gulgoczącego gunguna Boss Nassa z Mrocznego Widma George’a Lucasa. Postać ta jest z każdą chwilą coraz bardziej tragikomiczna, a jej śmierć jest już po prostu wisienką na torcie absurdu. Nie do końca udało się pogodzić ogień z wodą i wrażenie dysonansu towarzyszyło mi aż do napisów końcowych, kiedy to po ucieczce z Gór Mglistych drużyna widzi po raz pierwszy na horyzoncie Samotną Górę i atmosfera tej sceny zostaje rozbita wesołą, niemal skoczną wersją tęsknej wcześniej pieśni krasnoludów rozpoczynającą napisy końcowe.

Może następna część poradzi sobie lepiej, czekają nas w końcu Mroczna Puszcza, pająki i oniryczne biesiady elfów… Części filmu mają być trzy, co już na początku brzmi jak przesadne rozciągnięcie cienkiej przecież książeczki, nawet jeśli wliczyć wszystkie dodatkowe wątki (nawiązania do Silmarillionu oraz dodatków z końca Wojny o Pierścień), jakie mają się znaleźć w ekranizacji. Potwierdza się to w trakcie oglądania. Efekciarskie ujęcia szerokich planów, ujęcia krajobrazu niczym reklamówki technologii 3D w końcu zaczynają nużyć i sprawiać wrażenie sztucznego przedłużania filmu. Strach pomyśleć, jak wyglądać będzie wersja reżyserska!

mnb6Poza dodatkowymi elementami, film zachowuje zadowalającą zgodność z książką. Pewne zmiany dotknęły Rivendell (rada z udziałem Galadrieli i Sarumana; scena ta jednak ma usprawiedliwienie jako przedstawienie tych postaci i ich relacji widzowi nie znającemu książek), mnie jednak ubodła niezrozumiała modyfikacja, jaka dotknęła pojedynek na zagadki między Gollumem a Bilbem. Zmiana sposobu rozwiązania ostatniej zagadki (nieświadoma podpowiedź Golluma zamiast książkowego szczęśliwego trafu) zmienia wydźwięk sceny, nie dając przy tym żadnego wymiernego zysku. Szczególnie, że poza tym jednym elementem sekwencja ta została zrealizowana wyśmienicie – Gollum wywiera na Bilbie coraz większą presję, zachodząc go w ciemnościach od różnych stron i nękając, strasząc. Paniczna prośba o czas, więcej czasu pasowałaby wspaniale…

A więcej czasu nas jak najbardziej czeka – czasu spędzonego z serią. W końcu pozostały jeszcze dwa filmy. Na które z pewnością się wybiorę. Nie tylko dlatego, żeby nie pozostawić rzeczy nieobejrzanej i recenzji niedokończonej. Pomimo całego mojego narzekania, Hobbit to niezły film, przy którym można przyjemnie spędzić trzy godziny. Dobrze wyreżyserowany i zagrany, oferuje piękne widoki, a muzyka, choć nie zapada mocno w pamięć, jest dobra i współgra z obrazem… I choć mogło być dużo lepiej, to warto na Hobbita się wybrać – szczególnie, że dobrego fantasy w kinach jest jak na lekarstwo.

Tytuł: Hobbit: Niezwykła podróż
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage
Rok: 2012
Czas: 169 minut
Ocena: 4
Asthner Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *