Człowiek ze stali – recenzja filmu

czlow

Superman. Symbol. Największe wyzwanie w temacie superbohaterów. Można położyć Dardevila, co pozwoli Benowi Affleckowi zdobyć Oskara, ponieważ aktor ten posiada sporą dozę samokrytyki oraz potrafi pisać scenariusze i zauważył, że należy opuścić ten gatunek filmowy. Można zabić Green Latern w sposób uniemożliwiający stworzenie sequela oraz gwarantujący restart serii, nie szybciej niż po wymarciu pokolenia. Ryan Reynolds po tym filmie stwierdził, że niektórzy reżyserzy nie powinni dotykać naszego ulubionego gatunku. Można, posiłkując się nawet produkcjami tegorocznymi, nakręcić Oblivion. I kogo to obchodzi? Fanów. Superman nawet dla osób które mylą fantasy z science fiction jest niezawodnie rozpoznawalny. Jest najsłynniejszy i najstarszy. Przez te przymioty premiera Supermana przebija się do prasy o wiele łatwiej niż filmy z innymi superbohaterami. Można przywołać historię, zapełnić całą kolumnę, a po dorzuceniu kilku ciekawostek, robi się z tego pokaźny artykuł. Superman jest także bohaterem przeklętym w świecie filmowym. Jego kanoniczny wykonawca skończył na wózku inwalidzkim, a przedostatni film był tak kiepski, że został zdecydowanie zapomniany.

Na Człowieka ze stali wybrałem się po przeczytaniu kilku recenzji. Zrobiłem to z premedytacją. Chciałem poznać zdania kilku moich ulubionych recenzentów. Przeważała krytyka, a w jednym przypadku miałkość, spowodowana, jak sądzę, absencją recenzenta na pokazie prasowym. W zestawieniu z opiniami kolegów, którzy z reguły ograniczają się do recenzji jednowyrazowej, a w większości były to wyrazy – w tym przypadku – niecenzuralne, szedłem na film za karę. Z obowiązku. Bez cienia nadziei…

Suche fakty. Ten obraz jest bez wątpienia początkiem serii. Pół filmu jest po to, żeby widz wiedział, kto kogo okłada po twarzy i za co. Geneza pojawienia się bohatera na farmie Kentów należy do kanonu i nie została tu zmieniona. Krypton się rozpada, generał Zod zostaje uwięziony, a idealna farmerska rodzina przyjmuje dar z gwiazd. Następuje kształtowanie przekazu. Superman jest współcześnie bohaterem bardzo trudnym do pokazania. W erze obdzierania herosów z masek i epatowania ich wnętrzem jak w Batmanie Nolana czy mniej udane, ale jednak kluczowe dla scenariusza niesnaski Avengersów lub fałszywa próba podróży do wnętrza siebie w Iron Manie 3, Superman ma najmniej do odkrycia. To nie jest bohater, którym targają wątpliwości, a jeżeli nawet, to oscylują one, co najwyżej w kręgu rozterek czy najpierw łapać Lois, czy ten autobus, co spada obok niej i jest pełen dzieci? Superman nie zadaje sobie pytania czy?, on wie, że musi. Obawiałem się tego wątku od momentu, gdy film zaczął firmować Nolan. O ile Batman siedzący w domu i mający wszystko gdzieś mnie przekonuje, to Superman, siedzący na Kilimandżaro i rozmyślający czy jednak warto dla tych maluczkich poświęcać czas, a nie przejąć nad nimi władzę, już budził mój wewnętrzny niepokój.

sup2Superman nie jest antybohaterem, który zostaje bohaterem. Superman jest kryształowy. Dysponuje mocą zdolną przejąć władzę nad światem, ale on nawet tego nie rozważa. Chce służyć i pomagać. Stąd pierwsza część filmu ocieka infantylizmem. W dobie ery bohaterów pokroju Hellboya, Spawna lub płonącego Nicolasa Cage’a, Superman jest prawdziwym antykiem. Rozterki bohatera rozwiewa jego ziemski ojciec; Kevin Costner ma fatalną rolę do odegrania. Przekazuje prawdy uniwersalne Supermanowi. To nie może skończyć się dobrze. Ociera się o śmieszność. Sam jednak jestem ojcem i od 3 lat patrzę na jego rolę inaczej. Zastanówmy się, czego miałby uczyć Jonathan Kent swojego przybranego syna. Boksu? Judo? Przy nocnym stoliku zostawiał by mu Nietzschego? Nie. Przybrany ojciec uczy go jak być dobrym człowiekiem. Uczy opanowania. Wewnętrznego spokoju. Sami Kentowie, zarówno w filmie jak i w komiksie, to ludzie idealni. Archetyp człowieka południa. Tradycja, praca i siła. Cechy nabyte od osadników i kultywowane.

Młody Superman nie jest człowiekiem, ale ma te same problemy, co zwykli nastolatkowe. Jego są jednak większe, bo może je rozwiązać momentalnie za pomocą przemocy, a jednocześnie nie może tego zrobić, żeby pozostać w społeczeństwie. Państwo Kentowie, wychowując bohatera, nie mieli do wyboru innej drogi, gdyż mogą zostać postawieni w roli rodziców tyrana; pojawia się więc pytanie, w jaki sposób postąpiłaby matka tyrana, gdyby wiedziała, co wyrośnie z jej syna? Nikt nie jest bliżej tego zagrożenia niż oni. Niepohamowane dobro, prezentowane przez archetyp Kentów, jest tak naprawdę jedyną drogą wychowawczą młodzieńca, którego nie da się przełożyć przez kolano i zdyscyplinować pasem, bo może nam przez przypadek wyrwać rękę. Jedna rozmowa prowadzona między małżonkami w oddaleniu od Clarka mogłaby uratować ich postawę i uwolnić nas od ogromnego ciężaru patosu, ale niestety, reżyser się na to nie zdecydował. Nawet najbardziej zajadła obrona predestynacji, do przekazywania szeroko pojętego dobra dla Supermana, nie przesłoni tego, że sceny te ogląda się ciężko, a jedna zdecydowanie przejdzie do historii kina z adnotacją: zupełnie nie tak i dopisuje do szerokiego spektrum wpadek Kevina Costnera, chociaż uważam, że w tym przypadku został wrobiony przez scenarzystę.

sup4Wprowadzenie obejmuje jeszcze parę kluczowych scen związanych z hartowaniem ducha i snuciem historii. Na szczęście, gdy już zaczynają błyskać światełka telefonów, czyli widzowie sprawdzają godzinę, następuje jasny przekaz. You are not alone! Zdanie to od czasów Archiwum X ma swój jasny wydźwięk. Jeszcze jeden krótki dylemat naszego herosa, o czym wspominam ze względu na rozgrywanie się go w kościele i nadchodzi coś, na co czekamy. Pojedynek. Seria pojedynków. Eskalacja przemocy jakiej kino science fiction dawno nie widziało. Po nalocie armii w finale Avengersów nie zwróciłem w ogóle uwagi na aspekt ofiar wśród cywilów. Co prawda parę razy ktoś zahaczył o wieżowiec, ale poza tym to wszyscy wstali rano i poszli po pączki, co sam Marvel zademonstrował w scenie po napisach. W Człowieku ze stali ofiary były na pewno. I nie były ich setki. Skala zniszczenia w odniesieniu do 11 września pozwala sądzić, że były to dziesiątki tysięcy, zresztą jest to nieprzypadkowe. Da się tu wyczuć fakt, że jeżeli amerykanie burzą budynek to widzą WTC. Do tej pory nie widziałem żeby w filmie wieżowiec burzył się tak, jak to było po zamachach. O ile np. w Transformerach 3 mieliśmy do czynienia z zupełnym absurdem i zrobieniem zjeżdżalni z połowicznie złamanego wieżowca to tutaj także budynki burzą się inaczej, ale efekt kurzu na ludziach pogłębia wrażenie realizmu. Realizm to jedno z kluczowych haseł filmu. Rozumiem, że część z czytelników właśnie sprawdziła czy nadal czytają recenzję filmu o Supermanie. Reżyser postawił na naturalistyczne odzwierciedlenie świata. Widać to po łuszczącej się farbie na drzwiach domu Kentów. Kto pamięta jeszcze drewniane okna z lat 80 w swoim domu, ten wie, że tak to w rzeczywistości wyglądało. Ważne są detale. Kevin Costner po pracy jest spocony i brudny. Szyby w samochodzie Kentów są pokryte plamami po rozbitych owadach. Zbliżenia na zbroję generała Zoda pokazują detale rękawicy. Po twarzach żołnierzy cieknie pot. Ludzie się brudzą. Niby niewiele, ale jednak zbliża nas to do filmu. Ktoś, kto się spóźnił na autobus przynajmniej raz w życiu i wykonał 200 metrowy sprint równo z nim wie, że po tym jak wsiądzie, zaleje go pot. W tym filmie ludzie się męczą, mają ograniczenia które zostały pokazane za pomocą kilku zbliżeń. Nikomu nie trzeba tłumaczyć różnicy pomiędzy Supermanem a resztą, wystarczyło ją pokazać. A skoro mówimy o aspekcie wizualnym filmu, to zaryzykowano dużo. Kamera nie prowadzi nas po sznurku. Nie kierunkuje, oprócz kilku kadrów traktowanych jako ukłon dla klasycznego Supermana, na to, co najważniejsze. Wychwytuje szczegół, gest, grymas, część postaci. W przypadku walk z pierwszej połowy filmu wygląda to fatalnie. Oko nie zdąży się jeszcze przyzwyczaić do 3D, a już mamy środek bitwy jak na początku Zemsty Sithów. Obraz jest rozmazany i de facto nic nie widać. Te same kadry w odniesieniu jednak do farmy Kentów, czy łapania autostopu przez Supermana, jednak się sprawdzają. Nadają intymność miejscu i charakteryzują je. Spacerując po wsi, nie widzimy jej całościowo, ważne są elementy. Na dzieciństwo też składają się fragmenty i w tym przypadku tak nam przedstawia się okolicę, w której wychował się Superman. Stara zniszczona zabawka, czy wyschnięty na oknie motyl, to obrazy które mogą się wielu z nas kojarzyć z dzieciństwem, a dzieciństwo, w większości przypadków, kojarzy się ze spokojem i brakiem trosk. Montaż kosmicznych scen jest za to kalką z Battlestar Galactica. Skupienie kamery na planie ogólnym i mimowolne zauważanie ważnych elementów, typu dwa mniejsze statki kosmiczne i śledzenie ich losów jest fanom tego serialu bardzo dobrze znane. Po przyzwyczajeniu się do odbioru obrazu walki z drugiej części filmu, wyglądają już znacznie lepiej.

sup6Man of Steel jest filmem kompromisów. Z jednej strony położono akcent na dzieciństwo Clarka, a z drugiej nastąpiło znaczne spłycenie wątku romansu z Lois Lane. Przyjąłem to od znajomego jako jeden z głównych zarzutów. Faktycznie, poszukiwanie logiki w działaniach Supermana i dziennikarki, z góry skazane jest na porażkę. Można jedynie przyjąć, że producentom nie zależało na czterogodzinnym filmie i dlatego zdecydowali się potraktować ten wątek jako mrugnięcie oka do widzów z podtekstem przecież wiecie, że i tak by się zakochali, więc po co to pokazywać? Ja się godzę na taki kompromis, ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób może mieć zdanie odrębne.

W jednej z gazet spotkałem się z opinią, że ten film jest gloryfikacją Supermana jako boga. Samo umieszczenie zdania będzie dla nich bogiem w trailerze, gdzie Russel Crowe bierze grube miliony za jego wygłoszenie i zapewne musiał się mocno zmotywować, żeby zachować powagę, wzbudziło podejrzenia w elektoracie pewnej partii. Wątek boskości według mnie nie jest zupełnie epatowany. Może był taki plan, może dlatego to zdanie w początkowej wersji pojawia się na początku, ale samo rozwiewanie wątpliwości w kościele obala tę tezę. Superman nie stanie i nie powie jak Khan w Star Treku (notabene bardzo udanym): jestem lepszy od wszystkich. To nie jest istotne. On chce się zasymilować, o czym świadczą ostatnie sceny.

sup5Jeszcze o tych złych, czyli generale Zodzie i spółce. Tradycją jest, że w ostatnich dekadach łatwiej zagrać dobrego niż złego. Russell Crowe widać, że się meczy w roli ojca-mentora. Nie ma czego grać. Przejętych min i frazesów wystarcza mu na 2 minuty. Polecam zobaczyć go w roli czarnego charakteru w 3:10 do Yumy, gdzie partneruje mu sam Batman, a jego rola jest smakowicie dwuznaczna, gra subtelna i przekonywająca. Wpisując się pasmo udanych czarnych charakterów, Michael Shannon dobrze gra swoją rolę, ale prawdziwą furorę jak dla mnie zrobiły stroje przybyszów. Są przerażające i fascynujące. Bardzo podobała mi się rola Antje Traue jako ukłon dla Sary Douglas z Supermana II, chociaż uważam pierwowzór za niedościgniony, a jej role w Gryfie z krainy ciemności czy Strippers vs Werewolves, mimo że przez mnie nie oglądane, napawają mnie smutkiem. Dla tych, co nie pamiętają, pani ta grała także w Conanie Niszczycielu. Także sposób uwięzienia Zoda był znacznie lepszy w Supermanie II. Do tej pory pamiętam, jak w osobliwości płynęli przez przestrzeń. Czasem nie trzeba wydawać grubych milionów na scenę, wystarczy dobry pomysł.

Film nie jest kamieniem milowym w historii kina, jednak jest warty obejrzenia. Nie jest konsekwentny, ale jednak się broni. Sceny pojedynków przeprowadzone są wspaniale. Czuć, że nie bije się dwoje ludzi. Infantylizm kapie z niektórych scen, a czasami płynie szerokim strumieniem, ale na szczęście, druga część filmu nam to rekompensuje. Logika nie istnieje, ale jak wielokrotnie w sporach podnoszę, filmy o superbohaterach nie muszą kierować się logiką. Jak dla mnie mogą nawet mieć w tym zakresie przeciągi w scenariuszu. To nie są filmy kształtujące rzeczywistość lub ją opisujące, i nie po to są kręcone. Niektórych pytań nie wypada zadawać wprost, jak np. czemu Iron Man nie zbudował sześćdziesięciu tysięcy klonów, by zlikwidować przestępczość, bo każdy pilnował by jednej ulicy? W tym przypadku także można zadać dziesiątki pytań, ale to nie ma sensu. Zgodnie z zapowiedziami to początek serii. Są bardzo miłe smaczki w szczegółach, a więc da się zauważyć, że Lex Luthor poniósł straty w czasie problemów z przybyszami i pewnie dlatego da się we znaki bohaterowi w drugiej części. Nikt nie mówi, że Smallville to rodzinne miasto Supermana, tylko trzeba sobie to przeczytać, a sam złapałem się na tym, że miasto w filmie to nie Nowy Jork, ale Metropolis. Zresztą w Dark Knight Rises miałem taką samą sytuację z Gotham City.

sup7Najważniejsze pytanie to: czy warto? Zdecydowanie tak. Nawet jeżeli ta forma się w waszym przypadku nie sprawdzi, jest przynajmniej pole do polemiki. I na koniec słowo o samym Supermanie czyli Henrym Cavillu. Może być zastanawiające, dlaczego dopiero teraz o nim wspominam… On jednak w tym filmie nie przeszkadza. To jest chyba najtrafniejsze stwierdzenie. Pięknie wygląda w obcisłych ciuszkach i nie wysila się na odegranie roli na miarę Hamleta. Gra kiedy trzeba, a więc gdy nie jest w stroju. Gdy jest Supermanem staje się posagowym obrazem i to mimo wszystko nie przeszkadza. Wspomniane ukłony dla klasyki to m.in. lądowanie z Lois Lane.

Z niecierpliwością czekam na drugą część. Nie będzie już obciążeń związanych z wstępem do historii i tłumaczeniem wszystkiego poprzez retrospekcje. Nie będzie wymówek. Jedna z osób, z którą rozmawiałem o tym filmie stwierdziła, że bardzo jej się nie podobał, ale na drugą część pójdzie z całą pewnością, bo może być tylko lepsza. Zauważam, że sporo negatywnych odniesień mają fani serialu Smallville, gdzie życie Clarka było przedstawione w najdrobniejszych szczegółach, ale ta grupa badanych zdecydowanie nie jest reprezentatywna i ich opinia w wielu przypadkach może być nieprawdziwa.

sup8Muzyka to dzieło Hansa Zimmera, czyli każdy wie, czego się spodziewać. Wiadomo, że pewien poziom zostanie utrzymany i zawsze pozostaje otwarte pytanie, czy znowu uda mu się wrzucić temat muzyczny, który wyląduje na setkach tysięcy playlist? Ostatnio z powodzeniem udało mu się to z utworem Time z Incepcji. Tutaj jednak chyba obyło się bez perełki, przynajmniej po pierwszym przesłuchaniu OST, ale kawał dobrej roboty został wykonany. Zapewne nie stoi za tym Zimmer, ale mamy w filmie nawet country, wszak należało pokazać jeden ze stereotypów Ameryki, czyli bar dla kierowców ciężarówek.

Na koniec pozostają dwie kwestie. Osobiście chciałem podziękować armii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdyż jest to pierwszy film od dłuższego czasu, gdzie w tak oczywistej sytuacji żaden generał lub sekretarz obrony, nie chciał zrzucić bomby atomowej na miasto pełne ludzi. Doceniam. A jak ktoś wie, ile Nikkon zapłacił za trzy zbliżenia w trakcie filmu, to niech mi napisze, bo jestem bardzo ciekaw.

Tytuł: Człowiek ze stali [Man of Steel]
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: David S. Goyer
Obsada: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Diane Lane, Russell Crowe, Antje Traue, Kevin Costner
Rok: 2013
Czas: 143 minuty
Ocena: 5
Pyrtles Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *