Kategorie
Felietony

Wieki strachu

Wampiry i wilkołaki…

Erpegowcy znają dobrze te bestie, śmiem rzec, iż czasami zbyt dobrze, czego świadectwem są tematy na forach, w których poruszane są różnorakie kwestie związane z nadnaturalnymi. White Wolf wciąż raczy nasze wysublimowane gusta (np. picie krwawej Merry, czy spożywanie świeżego mięsa) wałkując temat ludzi (i potworów) w skórach bestii. Trafia z tym doskonale, co zresztą widać po ilości fanów Świata Mroku i ukazujących się masowo dodatkach do systemów z tej linii wydawniczej.

nosferatu-the-vampyre-still2

Nie spodziewajcie się, że artykuł stanie się peanem na cześć wilka-albinosa, chociaż normalnych wilków będzie w nim kilka. Tak, tak – wampiry i wilkołaki (w mojej czysto subiektywnej opinii) straciły już swoją rolę nadrzędnych straszydeł. Przecież wiadome jest to, że Canis Lupus nie dostanie się do fabryki mięsa, by spowodować tam straty na linii produkcyjnej, tak jak kiedyś wybijał naszym przodkom trzody. Strzygonia nie obarczymy winą za epidemie, czy zwiększoną umieralność wśród dzieci. Więc po co się ich bać?

Straszno dzisiaj, straszno wczoraj, nie chcę czekać do wieczora!

Oczywiście, nie warto czuć trwogi przed tymi upiorami, które w żadnym względzie nie są realnym zagrożeniem dla współczesnego człowieka.

Więc czego boi się współczesny mieszkaniec Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych? Zacznę, bo tak wypada, od wspomnienia krańca XIX i początku XX wieku, tuż po spektakularnym rozwoju techniki, który oczywiście wciąż trwa, chociaż w trochę wolniejszym tempie niż to działo się wiek wcześniej, kiedy to w 1898 powstała Wojna Światów H.G. Wellsa oraz roku 1938, kiedy w Halloween odtworzono słuchowisko na podstawie tej powieści. Wywołano tym sposobem ogólną panikę wśród słuchaczy radia, gdzie nadano tę audycję. Także w tym czasie swoją mitologię tworzył H. P. Lovecraft, racząc czytelników grozą z najgłębszych otchłani kosmosu i niezbadanych zakątków Ziemi.

yoda

Powieść H. G. Wellsa, jak i opowiadania Samotnika z Providence ukazywały nam, na różne sposoby, konfrontację człowieka z istotami od niego inteligentniejszymi, bardziej zaawansowanymi technicznie, lepiej przystosowanymi do życia. Co najważniejsze – zupełnie obcymi dla ludzkich schematów myślenia i pragnącymi tylko jednego: eks­ter­mi­na­cji gatunku Homo Sapiens. Nie był to strach abstrakcyjny, bo przedstawiane istoty, które miały za zadanie siać grozę, mogłyby faktycznie istnieć, co zdawały się potwierdzać badania naukowe. Wynikało z nich jasno, że Wszechświat wymyka się ludzkiej percepcji, a sama Ziemia, pyłek w kosmosie, także nie jest do końca poznana, więc logicznym jest, iż z nieba może przylecieć śmierć w latających spodkach, a z lodów Antarktydy nadejść inna, straszna rasa.

Poza tym strachem przed nieznanym, społeczeństwo zachodu starało się utonąć w zapomnieniu po dopiero co zakończonej I wojnie światowej i złapać oddech tuż przed rozpoczęciem kolejnej wojny. Powietrze udało się wciągnąć, lecz na podstawie słuchowiska z 1938 i zbiorowej paniki, jaka w jego czasie wybuchła, możemy spostrzec, że kosmici, UFO, nieznane, było dziurą w płucach ludzkości, a przynajmniej Amerykanów. Rana była na tyle rozległa, by sądzić, że ludzkość w okresie międzywojennym starała się budzić pozory życia. To tak jakby sparaliżowanego przystroić w strój klauna i kazać bawić dzieci w cyrku. Niestety, wszyscy mają świadomość tragedii, a zarazem czarnego humoru, zaistniałej sytuacji.

Czas mijał. Kolejna Wielka Wojna, z jej tyranami i szaleństwem, okazała się remedium na lęk przed nieskończonością próżni. Strach na kilka lat stał się namacalny…

Nadeszła Zimna Wojna. Pojawiło się nowe zagrożenie w zbiorowej świadomości ludzi – III wojna światowa, w której główną bronią będą wszechpotężne bomby atomowe. Człowiek wyparuje. Nieliczni, którzy zdołają przetrwać, będą musieli zmierzyć się ze zmienionymi warunkami klimatycznymi, brakiem pożywienia i niemożnością używania dobrodziejstw cywilizacji.

Potęga, którą stworzyli fizycy, była niewyobrażalna dla przeciętnego człowieka. I do tego tak żywa. Skończyły się lata siły kosmitów – mamy coś, czego powinni się bać przybysze z kosmosu! Ale… jeśli użyjemy tego przeciwko sobie?!

Dzisiaj, wiele lat po awersji do zmarłych i bestii, wciąż przebrzmiewają echa terroru z kosmosu i fali uderzeniowej bomby wodorowej. Są słabe, współczesna technologia i wiara w siłę ludzkości jest w stanie przeciwstawić się inwazji innej rasy, lub (tym bardziej) komunistów. Wilki, czy krwiopijcy wydają się śmieszni w tym zestawieniu.

Ogólnoświatowa sieć łączy ludzkość, medycy opracowują doskonałe szczepionki, a broń ma coraz większy zasięg i niszczycielską moc. To tryumf wiedzy i intelektu Homo Sapiens!

Rzeczą ludzką jest się bać

Na początku baliśmy się zjawisk naturalnych – burz, powodzi, ognia, piorunów. Zarazem je ubós­twia­liśmy. Następnie nadeszła trwoga przed duchami, demonami i bóstwami – je także czciliśmy. Wampiry i wilkołaki, im składano ofiary, chociaż budziły nienawiść. Kosmici też rozsiewali panikę i zyskali wierzących. Bomby atomowe? Który z tyranów ich nie kochał, który z maluczkich nie drżał przed nimi? Za­awan­sowana technologia, nauka, medycyna także straszy, ale bądźmy szczerzy – po części wszyscy jesteśmy nią zachwyceni…

Czyżbyśmy kochali strach? A może boimy się tego, co kochamy? Zbyt często oddajemy się miłości ku rzeczom, które faktycznie są narzędziem lub wcieleniem terroru.

C-3PO_in_Phantom_Menace

Droga terroru: natura – demony – kosmici – ludzkie wynalazki, świadczy o tym, że najprawdopodobniej człowiek z czasem staje się na tyle potężny, by zamiast nieznanych i wrogich mu sił, bać się swojej natury, a następnie swoich własnych tworów. Ładunki elektronów zastąpiły pioruny rozwścieczonych bóstw, wirusy hodowane w laboratoriach są większym zagrożeniem, niż wiedźmie klątwy.

Technika współpracuje z nami, służy nam w pewnym sensie, lecz obawa przed buntem z jej strony wydaje się być uzasadniona. Dlaczego? Ponieważ nikt nie określił wyraźnych granic. Matrix, Terminator, czy choćby Neuroshima – czy czeka nas taka przyszłość?

Rachunek sumienia

Genetyka i medycyna obdarzają nas długim i w miarę bezbolesnym życiem. Mimo to są straszne, mogą obrócić się przeciwko nam – znowu: nikt nie wie, gdzie leżą granice badań. Oczywiście, etyka oraz moralność obowiązują. Skąd jednak mieć pewność, że nieznany światu, szalony naukowiec, na swojej wyspie zagubionej pośród fal na Morzu Jawajskim, nie przeprowadza eksperymentów na ludzkich genach? Terroryści w podziemnych laboratoriach nie wyprodukowali wirusa tworzącego z ludzi autodestruktywne, wygłodniałe zombie?

Nie wiemy nic. Boimy się, nasza niewiedza budzi strach.

Resident Evil, Doom, 28 tygodni później itd; ostatnimi czasy wiele filmów o destruktywnych wirusach, a zarazem broniach biologicznych pojawia się w ki­nach. Matrix, Terminator i podobne produkcje opowiadające o buncie maszyn zmuszają nas do myślenia o przyszłości technologii informacyjnej.

Są naszym rachunkiem sumienia.

Kategorie
Filmy

Avatar – recenzja filmu

avat

Avatar to film o…, no właśnie o czym?

Grubo ponad 200 milionów dolarów budżetu. Kampania reklamowa, obwieszczająca światu nadejście przełomu, nowej jakości w kinie. Wreszcie powrót na krzesło Jamesa Camerona, reżysera, który ponad dekadę po Titanicu, miał podarować przemysłowi kinowemu kolejną żyłę złota. Wszystko to sprawiło, że pokładano ogromne nadzieje w filmie Kanadyjczyka.

Dziś jesteśmy ponad miesiąc po światowej premierze filmu. Ja miałem okazję go zobaczyć w technologii 3D. Jest to o tyle ważne, że Cameron z nakręceniem Avatara czekał właśnie na pełne rozwinięcie się tej technologii.

Akcja filmu toczy się w roku 2154. Głównym bohaterem jest Jake Sully – w tej roli Sam Worthington – sparaliżowany od pasa w dół były żołnierz marines. Jake otrzymuje szansę wzięcia udziału w programie Avatar. Projekt prowadzony jest na Pandorze, księżycu jednego z gazowych gigantów w układzie Alfa Centauri. Pandorę zamieszkuje cywilizacja Na’Vi, humanoidalnych istot, skupiających swoją kulturę wokół natury. Rdzenni mieszkańcy Pandory mają około trzech metrów wzrostu i są silniejsi od ludzi, ich kości są w naturalny sposób wzmocnione włóknem węglowym. Mają niebieską, cętkowaną skórę, posiadają ogon i spiczaste uszy. Są połączeni z pokrywającym prawie całą Pandorę lasem. Współzależność ta ma swoją podstawę w Tsahaylu, jest to rodzaj fizycznego połączenia, które pozwala Na’Vi na porozumiewanie się z fauną oraz florą Pandory. To właśnie celem badania plemion Na’Vi jest prowadzony program Avatar.

Projektem kieruje dr Grace Augustine, grana przez Sigourney Weaver. Działania naukowców finansowane są przez firmę zainteresowaną eksploatacją Pandory – na księżycu występuje bezcenna na Ziemi ruda, Unobtainium. Jake, po przybyciu na Pandorę otrzymuje awatara, ciało stworzone z połączenia DNA ludzi i Na’Vi, który jest kierowany za pomocą – nazwijmy to – transferu świadomości, przez przypisanego do niego człowieka.

Bohater, w ciele awatara, w końcu wyrusza w głąb lasów Pandory, ma ochraniać naukowców zbierających próbki lokalnej roślinności. Zostaje zaatakowany przez sporych rozmiarów drapieżnika, musi ratować się ucieczką, przez co gubi się w lesie. Dochodzi wówczas do pierwszego spotkania Sully’ego z przedstawicielem rasy zamieszkującej księżyc. Bohater, nie potrafiący sobie poradzić w bezkresnym lesie, zostaje wyratowany przez Neytiri – w tej roli Zoe Saldana – córkę wodza lokalnego klanu Na’Vi. Neytiri prowadzi Jake’a do plemienia…

av1Były marines dostaje zadanie od przedstawiciela firmy kierującej ekspedycją na Pandorę. Ma zdobyć zaufanie poznanego plemienia Navi, by nakłonić je do zmiany miejsca zamieszkania. Osada znajduje się w ogromnym drzewie, a pod rośliną są największe na księżycu złoża Unobtainium. Równocześnie przywódca zbrojnego ramienia ekspedycji zleca Jake’owi zorientowanie się w sile militarnej plemienia oraz zbadanie budowy drzewa, które to plemię zamieszkuje. Sully, zmotywowany obietnicą odzyskania sprawnych nóg, przystaje na żądanie. Bohater, w ciele awatara, zaczyna infiltrację wioski. Z upływem czasu uczy się obyczajów Na’Vi, poznaje faunę i florę Pandory. Jake większość czasu spędza z Neytiri; wspólne wędrówki po lasach oraz rozmowy bardzo ich do siebie zbliżają. Bohater mający szpiegować Na’Vi zaczyna mieć wątpliwości co do słuszności swojego zadania. Po upływie trzech miesięcy cierpliwość szefów Sully’ego się wyczerpuje, firma postanawia siłą zmusić plemię do opuszczenia drzewa. Ciężki sprzęt wjeżdża na tereny klanu Neytiri, maszyny niszczą ważne dla kultury Na’Vi Drzewo Głosów.

Po której stronie konfliktu stanie Jake Sully? Jak potoczą się losy jego miłości do Neytiri? Wreszcie, do czego doprowadzą toczące się walki? To pytania, na które, niestety, odpowiedzieć łatwo. O wiele za łatwo, by fabuła filmu trzymała widownię w napięciu. Wyręczają ją w tym efekty specjalne – magia obrazu, od którego trudno odwrócić wzrok.

Film Camerona hitem kasowym już został, według szacowań zyski z dystrybucji Avatara mogą sięgnąć nawet czterech miliardów dolarów. Dla porównania, dotychczas pierwszy na liście najbardziej dochodowych produkcji Titanic zarobił 1,8 miliarda dolarów. Ale czy film, oprócz zepchnięcia z pozycji lidera Titanica, zapisze się na kartach historii kinematografii czymś jeszcze?

Dzieło miało przynieść światu nową jakość technologiczną w dziedzinie wizualizacji. Ekspertem od strony technicznej nie jestem, ale na pewno mogę powiedzieć, że Avatar przykuwa uwagę widza od pierwszej do ostatniej minuty. Film wykonany w całości w technice 3D, efektami trójwymiarowymi w stylu lecących w naszym kierunku pocisków naszpikowany nie jest, jednak widok przyrody Pandory rekompensuje nam to w pełni. Głębia, przestrzenność obrazu jest jak dotąd chyba niespotykana. Widok lewitujących w powietrzu gór Hallelujah Mountains jest naprawdę imponujący.

av2Nie mniej efektowne są sceny walk powietrznych lub podróż z bohaterami przez lasy Pandory. Choć wkradł się w film element, jak dla mnie kiczowaty – przedstawienie więzi Na’Vi z naturą. Tsahaylu, bo o niej mowa, została przedstawiona jako rodzaj fizycznego połączenia. Otóż wszyscy Na’Vi mają warkoczyki, na końcach których znajdują się swego rodzaju zakończenia nerwowe, którymi to sczepiają się z takimi samymi organami roślin czy zwierząt. Moim zdaniem mogło to być przedstawione w lepszy sposób, np. jako coś w rodzaju telepatii, połączenia nie fizycznego, a psychicznego. Ale takie może być tylko moje odczucie i na pewno nie wpływa to na ocenę całości dzieła. Z całą pewnością Avatar od strony wizualnej wygląda imponująco, ale czy jest to przełom na miarę zapowiedzi? Tego w stanie powiedzieć nie jestem.

Od strony aktorskiej film też nie wypadł najlepiej. Avatar jest filmem takim, w którym to nie świat przedstawiony jest tłem dla aktorów, tylko postaci są czymś drugoplanowym przy krajobrazach Pandory. Jednak wyjątek od reguły znajdzie się i tu. Neytiri, córka wodza plemienia Na’Vi, została zagrana bardzo ciekawie. O ile Na’Vi zostali wygenerowani komputerowo, to jednak ich ruchy są odwzorowywane na podstawie gestów i mimiki aktorów. Odtwórczyni roli córki wodza plemienia, tchnęła w komputerowy twór życie o wiele lepszej jakości niż zrobili to pozostali aktorzy. I dlatego właśnie, moim zdaniem, Zoe Saldana zasługuje na nominację do Oscara. Jest jedyną postacią, która potrafi skupić na sobie nasz wzrok, błądzący gdzieś wśród lasów Pandory. Neytiri jest też kolejną, po Ellen Ripley z Obcych czy Sarze Connor z Terminatora, silną postacią kobiecą u Camerona.

Pod względem fabuły Avatar także prezentuje się jedynie przyzwoicie. Oglądając go, mamy wrażenie, że to wszystko już było, że gdzieś już widzieliśmy to, co przedstawia nam reżyser. Od filmu dobrego wymagać powinniśmy tego by, po wyjściu z sali kinowej, rozmyślać jeszcze o losach bohaterów, o scenie finałowej. Avatar nie daje nam tej satysfakcji. Poseansowe rozmowy o filmie toczą się raczej wokół tego, czy widzieliśmy te unoszące się w powietrzu góry, ten las, te zwierzęta. Nikt nie rozmawia o tym, jak postąpił bohater, jak inaczej mogła zakończyć się opowieść, nie rozmawia, bo tak naprawdę nie ma o czym. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że Avatar przypomina film przyrodniczy, który oglądamy żeby popatrzeć na egzotyczne zwierzęta i roślinność, a to czy jedna ryba zje drugą ma już drugorzędne znaczenie. Na pewno fabuła nie sięga dna, ale, jak napisałem, prezentuje się co najwyżej przyzwoicie.

av3Z tego co napisałem wynikać by mogło, że jedyne co przyniósł nam ze sobą Avatar, to kolejny poziom w dziedzinie wizualizacji. Jednak, jak zawsze, możemy się doszukiwać jakiegoś ukrytego sensu, czegoś, co chciał nam przekazać reżyser. Kiedy pod koniec seansu zastanowiłem się o czym film właśnie oglądam, przyszła mi do głowy interpretacja, która propagowałaby ostatnio bardzo modny trend. Otóż, Avatar nawoływać by miał do ochrony środowiska naturalnego. Inną, dość odważną próbą interpretacji jest skupienie się wokół uczucia łączącego Jake’a i Neytiri. Ukazanie Sully’ego jako bohatera romantycznego. Oto niepełnosprawny weteran zostaje rzucony w wir wojny pomiędzy dwiema rasami. Ludzi, do których należy oraz Na’Vi. Walcząc z wrogiem może zdobyć chwałę oraz zostać nagrodzonym, tak jak tego pragnie najbardziej, operacją nóg. Przeznaczanie sprawia, że bohater zakochuje się w przedstawicielce wrogiej rasy. Musi wybierać: lojalność wobec ludzi, żołnierski obowiązek wykonania rozkazu i powrót do pełnosprawności przeciw uczuciu i walce za wyższe ideały. Oczywiście robienie z postaci tak płytko przedstawionej jak Jake Sully bohatera romantycznego wydaje się trochę komiczne, jednak wydaje mi się, że do końca chybionym pomysłem wcale być nie musi.

O czym filmem jest Avatar? Czy ma on nam coś przekazać? Po moich przemyśleniach dochodzę do wniosku, że Avatara powinniśmy chyba wspominać jako dzieło o niczym. Tak, o niczym, piszę to z całkowitą świadomością. Po prostu myślę, że lepiej wspominać film, jako ucztę dla oczu niż nieudolną próbę przekazania nam czegokolwiek.

Tytuł: Avatar
Reżyseria: James Cameron
Scenariusz: James Cameron
Obsada: Sam Worthington, Zoe Saldana, Sigourney Weaver, Stephen Lang, Michelle Rodriguez, Giovanni Ribisi
Rok: 2009
Czas: 162 minuty
Ocena: 4+
Kategorie
RPG

Żywiołaki na sesjach

Zastanawiało cię kiedyś, dlaczego to właśnie tobie wiatr zdmuchnie czapkę z głowy, podczas gdy inni przejdą spokojnie? Dziwiło, co jest takiego fascynującego w samotnym, chybotliwym płomieniu świecy, że można się weń wpatrywać całą noc? Ciekawiło cię, choć raz, czemu wściekły deszcz bije o szyby twojego samochodu, gdy wyjeżdżasz z domu, a tymczasem ktoś mieszkający kilometr dalej oznajmia ci, że u niego nie padało? Czemu cała grupa ludzi może przejść spokojnie przez ścieżkę w lesie, podczas gdy ty idąc z najwyższą uwagą i tak nie unikniesz potknięcia? Nie? A powinno. Bo to nie są przypadki…

Natura żyje własnym życiem. Przyroda istniała setki milionów lat przed naszym pojawieniem się, wydając na świat niezliczone ilości gatunków roślin i zwierząt. My jesteśmy tylko jednym z nich. Zaledwie od kilkunastu tysięcy lat tworzymy zorganizowane społeczności, z trudem radzimy sobie sami ze sobą. Mimo tego bezczelnie uzurpujemy sobie prawo do władania wszystkim, co istnieje, choć do stworzenia świata nie przyłożyliśmy nawet ręki. Coraz zachłanniej wyrywamy naturze jej tereny. Ona jednak wie, jak się bronić. Dysponuje siłami, których nie potrafimy ogarnąć umysłem. To, że są dla nas niepojęte, nie znaczy, że nie istnieją.

Żywiołaki, bo o nich mowa, frapowały już starożytnych. Ludzie nie mieli wtedy pojęcia o atomowej strukturze świata. Najpopularniejsza wówczas teoria głosiła, że świat składa się z cząsteczek czterech podstawowych żywiołów – powietrza, wody, ognia i ziemi. Wraz z tym twierdzeniem szybko narodziły się mity o istotach, które były z nimi związane. Oczywiście nie nazywano ich w tamtych czasach żywiołakami. Najczęściej były to mniejsze lub większe bóstwa, które opiekowały się danym żywiołem, miały nad nim władzę. Tak było chociażby z greckim Posejdonem (czy jego rzymskim odpowiednikiem – Neptunem), który wraz z małżonką Amfitrytą władał morzami; tak było z Zeusem, który władał niebem ciskając zeń gromy (my, Słowianie, mieliśmy swojego Peruna); tak też było z Demeter (bogini urodzaju i plonowania to przecież, w gruncie rzeczy, przedstawicielka ziemi).

W późniejszym czasie w wierzeniach ludzkich pojawiały się rozmaite, na ogół nadprzyrodzone istoty opiekuńcze, które sprawowały pieczę nad konkretnymi lasami, jeziorami, łąkami, itd. W ten sposób narodziły się dziesiątki stworzeń, od nordyckiego trolla i greckiej nimfy, przez słowiańską rusałkę, ruskiego leszego (powtarzając za Andrzejem Sapkowskim, w Polsce (…) znany jest jako borowy, borowik lub boruta, także jako dziad leśny albo leśne licho), szkockiego kelpie, a na celtyckim elfie i także ruskiej kikmorze kończąc. Niektóre z tych istot stanowią wyraźny przykład bóstw opiekuńczych, które czasem dawały się na różne sposoby przebłagać (choćby nimfy czy rusałki). Inne zaś stanowiły personifikację ludzkich lęków przed potęgą przyrody (trolle, zrodzeni z kamienia „synowie ziemi”, straszliwa kikmora – wiedźma żyjąca na bagnach). Ludzie bowiem bali się sił, które drzemią w naturze, a swoim lękom, jak to często bywa, starali się nadać materialny wymiar. Wiele setek lat później autorzy fantasy również wykorzystali ten strach, tworząc wizje walczących o przyrodę elfów czy będących ucieleśnieniem sił natury centaurów (poniekąd również zaczerpniętych z mitologii). Jednym z najwspanialszych przykładów takich istot jest tolkienowski ent – potężny pasterz drzew, opiekun i obrońca lasu.

Wszelako żywiołaki w postaci, o jakiej mówimy obecnie w fantastyce, to nie bóstwa opiekuńcze mniej lub bardziej przypominające człowieka. Przyjęty w środowiskach fantasy stereotyp żywiołaka to niewyraźny, humanoidalny kształt złożony z któregoś z czterech żywiołów. W przypadku żywiołaka powietrza sprawa bywa trudniejsza, bowiem tego na ogół w ogóle nie widać, a jeśli tak, to jest to tylko bardzo nieostry kontur. Ich wielkość jest różna, waha się od wzrostu bliskiego człowiekowi do prawdziwie monstrualnych rozmiarów, sięgających kilkunastu metrów wysokości. Żywiołak ma też najczęściej zdolność dzielenia się, a więc zmieniania się z jednej, wielkiej istoty w kilka mniejszych. Może on zresztą przybierać dowolną formę, właściwą żywiołowi, z którego się wywodzi, a co za tym idzie, pozostać praktycznie nierozpoznawalnym.

W RPG żywiołaki pozostają elementem cokolwiek niewykorzystanym. Większość Mistrzów Gry obawia się wcielać je do swoich scenariuszy, rzucając naprzeciw graczom co najwyżej epizodycznie, w postaci obrońców jakiegoś maga-elementalisty. A szkoda, gdyż w żywiołakach drzemie spory potencjał, którym warto się zainteresować. Przy ich udziale można się przecież pokusić o naprawdę niezłą sesję grozy. Żywiołak jest bowiem bestią o tyle wdzięczną, iż można ją wykorzystywać nie tylko w realiach fantasy, ale także w systemach współczesnych, a nawet przyszłościowych. Moim zdaniem, element jest przeciwnikiem idealnym na klimatyczną sesję w Zew Cthulhu, a w czasach współczesnych żywiołak daje większe pole do popisu. O ile skutecznie zamydlisz im oczy, gracze myślący dzisiejszymi kategoriami raczej nieprędko wpadną na koncept żywiołaka, z reguły będą najpierw szukali innych, racjonalnych wyjaśnień, a to dlatego, iż istota takowa będzie im się wydawała dość nierealna, nawet jak na grę; będą ją szufladkowali tylko do fantasy.

Żywiołak to prawdziwa potęga. Między bajki należy włożyć wszelkie historie o „walkach z żywiołakiem”, albowiem czegoś takiego jak stricte walka nie może mieć miejsca – jego nie można zranić! Jest to po prostu niemożliwe. Jak bowiem zranić istotę, która składa się z wody albo z powietrza? Ponadto, żywiołaki mają zdumiewającą zdolność regeneracji swojej formy i czerpania siły z otoczenia. Żywiołak złożony z cieczy przyciąga do siebie wszelkie jej cząsteczki (z tego konceptu skorzystali twórcy cyborga T1000 powstałego z płynnych metali w Terminatorze II), żywiołak ziemi, o ile znajduje się bezpośrednio na ziemi, „pobiera” ją dla swoich potrzeb, żywiołak ognia niejako „przejmuje” na siebie szalejący dookoła niego pożar. Z istotami tymi można jedynie walczyć sprytem i próbując na nie działać innym elementem. I tak żywiołaki ziemi muszą mieć stałą więź ze swoim „budulcem”, czyli, krótko mówiąc, nie mogą wchodzić do budynków; żywiołaki wody są wrażliwe na bardzo niskie temperatury i silne podmuchy wiatru, które „rozpraszają” ich strukturę; na wiatr czułe są także żywiołaki ognia. Najtrudniejsza przeprawa jest z żywiołakiem powietrza, z tym bowiem najtrudniej cokolwiek zrobić. W zasadzie jedyne, co jest możliwe w jego przypadku to zamknięcie go w dużym, szczelnym pomieszczeniu, ale mało prawdopodobne jest, by człowiek był w stanie umknąć przed nim z takiego wnętrza; również mało prawdopodobne wydaje mi się, by wnętrze owo było na tyle szczelne i mocne, by żywiołak się zeń nie wydostał stosunkowo szybko. Wietrzną istotę można jednak… spalić! Tak, tak. Ogień bowiem, paląc się, zużywa ogromne ilości tlenu. W ten sposób żywiołak zostaje poważnie osłabiony i musi umknąć. Aby jednak pokonać żywioł powietrza w podobny sposób, również trzeba go wcześniej gdzieś zamknąć co, jak już pisałem, nie jest proste. No i pozostaje problem, jak bardzo wściekły będzie przepędzony element, gdy już wróci…

Większość graczy traktuje żywiołaka jak zwykłego wroga, a to błąd. Przede wszystkim musisz silnie uświadomić graczom, iż to, co stanęło im na drodze, to nie coś, z czym pójdzie im gładko. Żywiołak jest strażnikiem przyrody, jest kwintesencją jej potęgi, materializującą się tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne. To nie jest zwyczajny przeciwnik. To jest gniew natury i tak też powinni go postrzegać gracze. Dlatego przed jakimkolwiek zetknięciem ich z żywiołakiem najpierw zadbaj dobrze o powody, dla których się on pojawił. Niech gracze czują, że człowiek zakłóca coraz bardziej równowagę naturalną, że gniew natury w danej okolicy nie objawił się ot tak. Dobrze byłoby też, gdyby dany rodzaj żywiołaka powiązany był z miejscem wystąpienia. We wgryzających się coraz głębiej w ziemię kopalniach może zjawić się żywiołak ziemi; miasto zbudowane między innymi na niegdysiejszej, świętej polanie zechce zniszczyć żywiołak ognia (wyobrażasz sobie ile paniki w kamienno-drewnianym mieście wzbudzą wieści o tajemniczej, pojawiającej się znikąd, płonącej postaci, podpalającej wszystko, czego się dotknie?); położony w pobliżu wielkiego jeziora, gdzieś w sercu lasu obóz drwali może nawiedzić żywiołak wody. Z wykorzystaniem żywiołaka powietrza są największe problemy – jego proponuję używać jako strażnika świątyń poświęconych naturze. Jest po prostu stosunkowo trudny w prowadzeniu, ale jako obrońca świętych miejsc sprawdza się doskonale (np. dookoła świątyni powietrze jest nieruchome, żaden liść na drzewie nawet nie drgnie, a tymczasem po przekroczeniu progu budynku potężne podmuchy wiatru zwalają graczy z nóg, nie pozwalając wejść dalej). Inna sprawa, iż można też go przedstawiać jako wyjątkowo silną wichurę, szalejącą już od kilku dni w okolicy, niszczącą domy i raniącą bądź zabijającą ludzi.

Katastrofy, które zdarzają się czasem człowiekowi, wywołane są przez samą naturę, wadliwe urządzenia, błędy człowieka lub nieszczęśliwe wypadki. Gdyby jednak pokusić się o sesję, a może nawet całą kampanię, gdzie gracze do czynienia mieliby z żywiołakami, wówczas gniew natury mógłby być bardziej widoczny. Zaskakujące trzęsienia ziemi w miejscach, w których ich jeszcze nigdy nie było, do tego niszczące jakby konkretne budynki (co zdarza się naprawdę – niejednokrotnie z trzech stojących obok siebie konstrukcji dwie skrajne pozostaną bez szwanku, zaś środkowa zostaje kompletnie zniszczona mimo, że wszystkie trzy były zbudowane podobnie i na tym samym podłożu – dlaczego by nie przypisać tego żywiołakom?); coraz częstsze pożary nowoczesnych biurowców, których przyczyny są irracjonalne, nie do ustalenia; powodzie, potężne ulewy, szalejące wiatry obalające drzewa… Wszystkiego tego mogą dokonać ogarnięte furią żywiołaki. Proponuję jednak znacznie mniejszą skalę (ratowanie całego świata nie jest wbrew pozorom takie proste, a gracze często o wiele lepiej się bawią, gdy muszą się martwić tylko o mały region i, najlepiej, samych siebie).

Wyżej pisałem o sesjach grozy. Istotnie, z żywiołakami można się pokusić o takową. Człowiek najbardziej boi się tego, czego w zasadzie nie widzi, co musi sobie tylko wyobrazić. Dlatego też nie przeciwstawiaj graczom żywiołaka twarzą w twarz. O wiele bardziej będą się bać, jeśli zrozumieją, że ten przeciwnik wcale nie zamierza walczyć z nimi otwarcie, ale będzie wykorzystywał swoje panowanie nad materią. Potrafi przecież dowolnie kształtować, przemieszczać i wykorzystywać żywioł, z którego powstał. To zaś daje mu niesamowitą wręcz przewagę, a tobie, Mistrzu, pozwala na stworzenie atmosfery niepewności, w jakiej postaci pojawi się jeszcze zagrożenie. Wyobraź sobie górników, którzy donoszą, że czują w podziemiach czyjąś obecność; opowiadają, jak ziemia przemieszcza się, tunele walą mimo umocnień, jak ściany korytarzy zmieniają kształty. Wyobraź sobie graczy penetrujących ciemne tunele. Ostatni z nich nieustannie czuje na sobie czyjeś spojrzenie, ma wrażenie, że kark owiewa mu czyjś oddech. Odwraca się, jednak nikogo nie widzi. Przez tunel niesie się krzyk. Ktoś zobaczył gdzieś na ścianie jasne, zmrużone groźnie oczy, które sekundę później znikły. W głębinach rośnie stężenie halucynogennego gazu, więc omamy to czy jawa? Kilka minut później świadkowie nie wierzą własnym oczom: ze ściany w korytarzu wyciągają się jakby wielkie ręce i wciągają ich kolegę…

Wiele inspiracji do przeprowadzenia sesji z żywiołakiem można znaleźć w filmach. Jeśli chodzi o żywiołaka ognia to polecam Ognisty podmuch z Kurtem Russelem w roli głównej. Wprawdzie w filmie tym nie ma teoretycznie mowy o jakiejś nadnaturalnej istocie, ale za to sam ogień został ukazany jako obdarzony świadomością i swoistą inteligencją byt, a to obraz bardzo daleki od powszechnego wizerunku zwykłego pożaru. Ogień jest w tym filmie bohaterem, budzi respekt i podziw. Jeden z bohaterów mówi: aby walczyć z ogniem nie wystarczy przeszkolenie. Ogień trzeba rozumieć i szanować. Ognisty podmuch wyróżnił się według widzów, ale także według członków Amerykańskiej Akademii Filmowej fenomenalnymi efektami dźwiękowymi, które dodatkowo podkreśliły charakter ognia jako czegoś niesamowitego, jako żyjącego, żarłocznego, ale rozumnego i niepojętego dla człowieka bytu. Syczał, zawodził, pomrukiwał, ryczał; groził, pomstował pokonywany, drzemał przyczajony, atakował z furią. Może to być dla ciebie wskazówka, jak przedstawić ogień w swoich sesjach, jak przekazać graczom, że to, z czym mają do czynienia, to nie zwykły pożar, lecz nienaturalne, upiorne w swojej potędze i żądzy zniszczenia zjawisko, które nie zdarza się często. Żywiołak ognia może być postacią bardzo ulotną, pojawiającą się tylko to tu, to tam. Niech jest tylko pretekstem do fali paranormalnych zdarzeń.

Z kolei inny scenariusz zrodził się w mojej głowie już kilka lat temu, kiedy po raz pierwszy obejrzałem Głębię Jamesa Camerona. Jest w tym filmie fenomenalna scena, w której gruby „wąż” powstały z morskiej wody wędruje przez stację głębinową, przyglądając się śpiącej załodze. Później ma miejsce sytuacja, jak „wąż” ten zmienia kształt swojej „głowy”, formując ją w twarze podnieconych zjawiskiem ludzi. Jakby bawiąc się z nimi, naśladuje ich, gdy robią grymasy. W tym wspaniałym filmie podmorska cywilizacja panująca nad wodą jest przyjazna człowiekowi. Co jednak by się działo, gdyby w stacji gdzieś na dnie oceanu pojawił się taki sam byt, lecz byłby on wysłannikiem natury próbującej resztką sił bronić swojego ostatniego, dziewiczego terytorium? Początkowo wywołujący zaskoczenie, a następnie zainteresowanie ekipy, zachowujący się neutralnie, z czasem stawałby się coraz bardziej wrogi. Już widzę oczyma wyobraźni graczy w panice zamykających za sobą wodoszczelne śluzy, oddzielające sektory stacji. Kiedy już oddychają z ulgą sądząc, że przynajmniej na jakiś czas będą bezpieczni, gdzieś z głębi korytarza dochodzi do ich uszu powolne, przerażające swoją monotonią i konsekwencją kapanie. Oni wiedzą, że to nie zwyczajny przeciek. Wiedzą, że TO chce się do nich dostać…

Nasze otoczenie pełne jest sił, o których nie mamy najmniejszego pojęcia. Nasza wiedza jest jeszcze w wielu dziedzinach bardzo uboga. Przyroda to jeden wielki, pradawny organizm, o złożoności i tajemnicach niemożliwych do ogarnięcia. My, w swojej pysze, często próbujemy się mu przeciwstawić. Zapominamy, że naturze winni jesteśmy szacunek; zapominamy o pokorze wobec jej niesamowitej potęgi. Wszystko jednak na tym świecie ma swoje granice. Dlatego nie dziwmy się, gdy pewnego razu dotrze do nas, że podjęła ona z nami prawdziwą walkę…

Tekst powstał pod wpływem inspiracji opowiadaniem Witolda „Szamana” Siekierzyńskiego, Istota wiatru.