Kategorie
Literatura

Brainman – recenzja książki

brain

Na początku będzie (mam nadzieję) oczywistość: życie recenzenta jest trudne. Pół biedy, jeśli do recenzji dostanie coś, co jest oczywistym hitem albo kompletnym gniotem. Wtedy sprawa jest prosta. O wiele gorzej, jeśli dostaje on do swoich rąk produkt, będący typowym średniakiem, o którym na dobrą sprawę nic mądrego nie można napisać.

Jak łatwo się domyślić, recenzowany tutaj Brainman jest takim właśnie przeciętniakiem, z którym nie wiadomo do końca co zrobić: nie zasługuje na peany, ale objechanie go z góry na dół również byłoby ogromnie nieuczciwe wobec autora. Żeby lepiej przedstawić problem dodam, że przez ponad trzy lata pisania recenzji na łamach Tawerny RPG po raz pierwszy dostałem w swoje ręce książkę, której przeczytanie zajęło mi prawie miesiąc, a napisanie recenzji kolejnych kilka tygodni. Z recenzją zwlekałem tak długo, że mając szansę na napisanie jednego z pierwszych artykułów w Polsce, swoją opinię o książce wyrażam prawdopodobnie jako ostatnia osoba z darmowym egzemplarzem Brainmana i leżącą przed oczami recenzją Jakuba Winiarskiego, opublikowaną w kwietniowym numerze Nowej Fantastyki.

Zanim przejdę do rzeczy, kilka słów o autorze. Nieznany szerzej Dominik W. Rettinger, jest polskim autorem licznych scenariuszy do filmów kinowych i seriali telewizyjnych. Na swoim koncie ma m.in. Układ Warszawski, Ekipę i Milion dolarów. Nie jest to więc autor bez jakiegokolwiek doświadczenia i chociaż Brainman jest pierwszą książką na jego koncie, to już choćby ze względu na jego nietypowe korzenie warto zwrócić na niego uwagę.

Opowieść Rettingera toczy się dwutorowo. Z jednej strony śledzimy losy dwóch wielkich kosmicznych cywilizacji, od wieków toczących bój o prymat we wszechświecie – wojowniczych i ekspansywnych Zet oraz walczących o pokój O; z drugiej zaś obserwujemy walkę dwóch równie diametralnie różniących się od siebie ziemskich studentów: spokojnego i zdolnego Nicka Gowina oraz bogatego, uwielbianego przez wszystkich i potężnego Johna Clondike’a. Konflikt pomiędzy Zet i O, toczący się od milleniów, a dotyczący właściwego użycia potęgi mózgu istot żywych (Zet uważają, że wszystkich należy obrócić w niewolników, podczas gdy O są zwolennikami powolnego otwierania umysłów, które pozwoliłoby wszystkim korzystać z pełni ich możliwości), wchodzi powoli w ostateczną fazę: triumfujący w całym kosmosie Zet namierzają wreszcie rodzinną planetę O i przygotowują się do zadania decydującego ciosu.

Tymczasem w pobliżu Ziemi dochodzi do pozornie nieznaczącego starcia pomiędzy myśliwcami zwiadowczymi obu cywilizacji: piloci O zmuszeni zostają do lądowania na niemal dzikiej dla nich planecie A-180, przy okazji wpadając w środek bójki o dziewczynę pomiędzy Nickiem i Johnem. Kosmici usypiają studentów i prawdopodobnie ich krótka i nieprzewidziana wizyta na Ziemi nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby młody i niedoświadczony pilot nie uległ nagłej pokusie uruchomienia pełnego potencjału mózgu Nicka. Niezauważony przez swojego kolegę wkrada się ponownie na pokład naprawionego myśliwca i odlatuje w kierunku rodzinnej planety.

Po kilku minutach, na Ziemi pojawia się również pilot Zet – wyczuwając niezwykłą aktywność umysłu jednego z mieszkańców planety, postanawia przyjrzeć się bliżej całej sprawie. Gdy tylko dostaje się na miejsce zamieszania, od razu orientuje się co zrobił jego przeciwnik i postanawia przeciwdziałać, obdarzając Johna bezwzględną potęgą Brainpower – w pełni otwartego umysłu, pozbawionego jakichkolwiek zahamowań moralnych.

W tym miejscu zaczyna się ponad trzystustronicowy pokaz supermocy głównych bohaterów: obudzeni w szpitalu studenci natychmiast zaczynają wykorzystywać niemal nieograniczone możliwości jakie dają im wykorzystywane w stu procentach mózgi. Początkowa rywalizacja o dziewczynę, szybko przemienia się w walkę pomiędzy Johnem i Nickiem o losy całej planety, która nieoczekiwanie wpłynie na losy całego wszechświata.

Problem z książką Rettingera jest dla mnie jeden: o ile samo streszczenie fabuły wygląda zachęcająco i zapowiada widowiskową akcję, to wykonanie może pozostawiać już nieco do życzenia. Walki z użyciem super mocy, loty ponad rozszalałym oceanem i kapitalna scena z eksplozją nuklearną na dnie Rowu Mariańskiego wyrzucającą na powierzchnię amerykański okręt atomowy pasowałaby raczej do jakiejś superprodukcji pokroju Avengersów czy Iron Mana, niż do książki s-f.

Szczególnie, że Brainman niewiele więcej jest w stanie wymagającemu czytelnikowi zaoferować. Teoretycznie ciekawy motyw odwiecznej walki dobra ze złem jest spłycony do granic możliwości i straszliwie przewidywalny: już po kilku stronach od przebudzenia Nicka i Johna doskonale wiemy jak to wszystko się zakończy i jaką rolę będą pełnili obaj Amerykanie w starciu kosmicznych cywilizacji. W całej powieści zwrot akcji jest tak naprawdę jeden, chociaż i on nieszczególnie porywa.

Podobnie sprawa wygląda z budowanym przez Johna Clondike’a państwem totalitarnym. Przejmujące kontrolę nad całym światem mocarstwo nie wywołuje żadnych emocji: czytelnik nie widzi wielkiej różnicy pomiędzy USA demokratycznymi, a poddanymi dyktaturze Brainmana (co akurat niekoniecznie było zamiarem autora). Jeśli ktoś czytał kiedyś (teoretycznie przerażający) thriller Vaterland Harrisa, w którym III Rzesza wygrała II wojnę światową i niepodzielnie rządziła Europą, u Rettingera poczuje się jak w domu. W obu przypadkach bohaterowie nieustannie mówią o ucisku i inwigilacji, ale dla odbiorcy są one zupełnie niezauważalne.

Całkowicie zgadzam się ze wspomnianym już Jakubem Winiarskim, że Brainman jest typowym czytadłem. Zupełnie nie rozumiem jednak jego stwierdzenia, że jest to historia, która każe zastanowić się nad ograniczeniami naszego gatunku, przywarami, a także naturą emocji – postacie Johna i Nicka stworzone zostały w sposób tak prosty (co nie znaczy: prostacki), że równie dobrze można słowa te przypisać do niemal każdej opowieści s-f czy fantasy. Problem w tym, że motyw ten przedstawiony był o niebo lepiej w setkach, jeśli nie tysiącach książek i opowiadań, a w Brainmanie jest w zasadzie niezauważalny. U Rettingera nie liczy się psychologia – ta książka żyje takimi scenami jak rozpadający się Biały Dom czy równany z ziemią Paryż.

Niewątpliwym urokiem Brainmana jest to, że potrafi niejako śmiać się z samego siebie – chociaż występujący u Rettingera humor czasami kulał i nie zawsze mi się podobał, to na odnotowanie zasługuje fakt, że książka momentami jest poważna aż do przesady, wyśmiewając wszystkie marne opowiastki s-f klasy już nawet nie jako klasy B, ale przynajmniej D. W mojej opinii to za mało jednak, żeby uznać ją za książkę bardzo dobrą, do której wracałoby się wielokrotnie (a w ten właśnie sposób rozumiem ocenę oscylującą w granicach szkolnej piątki w Nowej Fantastyce). Ot, zwykły przeciętniak, jakich na rynku wiele. Dixit.

Tytuł: Brainman
Autor: Dominik W. Rettinger
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 400
Ocena: 3+
Kategorie
Felietony

Części zamienne

Kilka miesięcy temu na ulicach Torunia pojawiły się ogromne bannery. Wielkimi, drukowanymi literami walą w kierowców hasłami, które mają ich zachęcić do zdjęcia nogi z gazu i, ogólnie rzecz biorąc, ostrożniejszej jazdy. Większość z tych sloganów rzadko trzyma sensowny poziom, jednak niektóre czasem dają do myślenia. Urodziłeś się bez części zamiennych – głosi jeden z nich.

Swojego czasu znajoma opowiedziała mi historię science-fiction. Opowiadanie, opublikowane w Nowej Fantastyce w czasach, kiedy na stojaka pod szafę wchodziłem, było o niesamowitym megamieście, w którym żyli bogaci, nieśmiertelni ludzie. Oczywiście w przyszłości wcale nie było tak znowu pięknie – wokół miasta po horyzont rozciągały się osiedla wegetującej biedoty. Według autora jedynym źródłem utrzymania biedaków była… sprzedaż ich własnych ciał. Bogacze mieli bowiem tylko jeden problem – by utrzymać swoją nieśmiertelność, potrzebowali budulca, potrzebowali właśnie „części zamiennych”. Nędzarze sprzedawali więc siebie po kawałku, ten usta, tamten uszy, a jeszcze inny rękę. Tym sposobem ulicami gigantycznych slumsów chadzały pokraczne, okaleczone paskudztwa, egzystujące z dnia na dzień w oczekiwaniu, kiedy pojawi się kolejne zamówienie na, na przykład, nos. Nigdy nie dowiedziałem się od znajomej, czy w tym groteskowym opowiadaniu bogacze byli rzeczywiście szczęśliwi. Wydawało mi się to wątpliwe; kto cieszyłby się, że wygląda jak zestaw Mały Frankenstein do samodzielnego sklejania? Ale pewnie nie o takie dylematy autorowi opowiadania chodziło. Grunt, że historia zrobiła na mnie spore wrażenie.

Tymczasem tuż po tym, jak ujrzałem ów groźny banner o „częściach zamiennych” jako żywo stanął mi przed oczami pewien obrazek z prasy popularnonaukowej. Na owym obrazku stał dumny Dawid dłuta Michała Anioła. Nie był to jednak Dawid zwyczajny – graficy magazynu dodali mu mechaniczną rękę, hydropneumatyczną nogę opartą na technologii wojskowej, sztuczne płuco; powlekli go wyhodowaną w laboratorium skórą, w kręgosłup wstawili mu tytanowe kręgi, przeszczepili mu serce, pęcherz, wszyli nawet w penisa specjalny woreczek, który umożliwiał mu wzwody. Słowem – ideał męskiego piękna epoki renesansu bardziej przypominał cyborga z dalekiej przyszłości. A jednak był człowiekiem.

Dlatego na wspomnienie Dawida poważny bądź co bądź w swojej wymowie banner wywołał u mnie uśmiech. Technologia i świat nie tyle cały czas idą do przodu; trudno się oprzeć wrażeniu, że wręcz biegną, gubiąc buty. I czuję, że w nie tak bardzo dalekiej przyszłości „części zamienne” przestaną być powodem do wstydu, a zaczną być powodem do dumy. Pięć lat temu głośno było o Sławku Dulu – ten niepełnosprawny maratończyk ustanowił Rekord Guinessa, pokonując 300 kilometrów w łącznym czasie niespełna 24 godzin. Jeżeli dziś człowiek z protezą może tyle – co będzie mógł jutro? Niedostrzegalnie wspierany przez technologię – jeszcze sprawniejszy, jeszcze szybszy, silniejszy, bliższy doskonałości (vide Will Smith i jego mechaniczne ramię w Ja, Robot). Dzieciaki na placu zabaw będą dyskutować z wypiekami na twarzach o tym, czyj tata ma mocniejsze, fajniejsze protezy. Nieuleczalnie chorzy możni tego świata dali się zahibernować w nadziei, że w przyszłości znajdą się leki na ich dolegliwości. W tej dziedzinie jednak największym sukcesem pozostaje wciąż eksperyment z 1992 roku, w którym zamrożono i przywrócono do życia gibbona. Zamrożenie trwało jednak zaledwie godzinę. Może więc nie tędy droga? Równolegle z krioniką rozwija się przecież klonowanie, kto wie, czy nie bardziej dynamicznie. Może rzeczywiście ludzie o zasobnych portfelach będą w przyszłości hodowali sobie całe ciała, w które będą mogli „przeprowadzić się” w razie potrzeby (Jacek Dukaj, Perfekcyjna Niedoskonałość)?

W gruncie rzeczy – wraz z galopującym postępem nauki co teraz wydaje się bardziej prawdopodobne – czarne opowiadanie z lat 80-tych, w którym ludzie wymieniają się kawałkami ciała? Czy wizja świata XXI wieku, w którym już wkrótce będzie można w człowieku wymienić niemal wszystko? Można rzecz jasna dyskutować, ile w nas wtedy pozostanie z człowieka – czy człowiek to umysł, dusza, czy także ludzkie ciało? Pytań będzie wiele.

Ale cóż – filozofowie mogliby się wreszcie zająć czymś nowym.