Kategorie
Felietony

Wieki strachu

Wampiry i wilkołaki…

Erpegowcy znają dobrze te bestie, śmiem rzec, iż czasami zbyt dobrze, czego świadectwem są tematy na forach, w których poruszane są różnorakie kwestie związane z nadnaturalnymi. White Wolf wciąż raczy nasze wysublimowane gusta (np. picie krwawej Merry, czy spożywanie świeżego mięsa) wałkując temat ludzi (i potworów) w skórach bestii. Trafia z tym doskonale, co zresztą widać po ilości fanów Świata Mroku i ukazujących się masowo dodatkach do systemów z tej linii wydawniczej.

nosferatu-the-vampyre-still2

Nie spodziewajcie się, że artykuł stanie się peanem na cześć wilka-albinosa, chociaż normalnych wilków będzie w nim kilka. Tak, tak – wampiry i wilkołaki (w mojej czysto subiektywnej opinii) straciły już swoją rolę nadrzędnych straszydeł. Przecież wiadome jest to, że Canis Lupus nie dostanie się do fabryki mięsa, by spowodować tam straty na linii produkcyjnej, tak jak kiedyś wybijał naszym przodkom trzody. Strzygonia nie obarczymy winą za epidemie, czy zwiększoną umieralność wśród dzieci. Więc po co się ich bać?

Straszno dzisiaj, straszno wczoraj, nie chcę czekać do wieczora!

Oczywiście, nie warto czuć trwogi przed tymi upiorami, które w żadnym względzie nie są realnym zagrożeniem dla współczesnego człowieka.

Więc czego boi się współczesny mieszkaniec Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych? Zacznę, bo tak wypada, od wspomnienia krańca XIX i początku XX wieku, tuż po spektakularnym rozwoju techniki, który oczywiście wciąż trwa, chociaż w trochę wolniejszym tempie niż to działo się wiek wcześniej, kiedy to w 1898 powstała Wojna Światów H.G. Wellsa oraz roku 1938, kiedy w Halloween odtworzono słuchowisko na podstawie tej powieści. Wywołano tym sposobem ogólną panikę wśród słuchaczy radia, gdzie nadano tę audycję. Także w tym czasie swoją mitologię tworzył H. P. Lovecraft, racząc czytelników grozą z najgłębszych otchłani kosmosu i niezbadanych zakątków Ziemi.

yoda

Powieść H. G. Wellsa, jak i opowiadania Samotnika z Providence ukazywały nam, na różne sposoby, konfrontację człowieka z istotami od niego inteligentniejszymi, bardziej zaawansowanymi technicznie, lepiej przystosowanymi do życia. Co najważniejsze – zupełnie obcymi dla ludzkich schematów myślenia i pragnącymi tylko jednego: eks­ter­mi­na­cji gatunku Homo Sapiens. Nie był to strach abstrakcyjny, bo przedstawiane istoty, które miały za zadanie siać grozę, mogłyby faktycznie istnieć, co zdawały się potwierdzać badania naukowe. Wynikało z nich jasno, że Wszechświat wymyka się ludzkiej percepcji, a sama Ziemia, pyłek w kosmosie, także nie jest do końca poznana, więc logicznym jest, iż z nieba może przylecieć śmierć w latających spodkach, a z lodów Antarktydy nadejść inna, straszna rasa.

Poza tym strachem przed nieznanym, społeczeństwo zachodu starało się utonąć w zapomnieniu po dopiero co zakończonej I wojnie światowej i złapać oddech tuż przed rozpoczęciem kolejnej wojny. Powietrze udało się wciągnąć, lecz na podstawie słuchowiska z 1938 i zbiorowej paniki, jaka w jego czasie wybuchła, możemy spostrzec, że kosmici, UFO, nieznane, było dziurą w płucach ludzkości, a przynajmniej Amerykanów. Rana była na tyle rozległa, by sądzić, że ludzkość w okresie międzywojennym starała się budzić pozory życia. To tak jakby sparaliżowanego przystroić w strój klauna i kazać bawić dzieci w cyrku. Niestety, wszyscy mają świadomość tragedii, a zarazem czarnego humoru, zaistniałej sytuacji.

Czas mijał. Kolejna Wielka Wojna, z jej tyranami i szaleństwem, okazała się remedium na lęk przed nieskończonością próżni. Strach na kilka lat stał się namacalny…

Nadeszła Zimna Wojna. Pojawiło się nowe zagrożenie w zbiorowej świadomości ludzi – III wojna światowa, w której główną bronią będą wszechpotężne bomby atomowe. Człowiek wyparuje. Nieliczni, którzy zdołają przetrwać, będą musieli zmierzyć się ze zmienionymi warunkami klimatycznymi, brakiem pożywienia i niemożnością używania dobrodziejstw cywilizacji.

Potęga, którą stworzyli fizycy, była niewyobrażalna dla przeciętnego człowieka. I do tego tak żywa. Skończyły się lata siły kosmitów – mamy coś, czego powinni się bać przybysze z kosmosu! Ale… jeśli użyjemy tego przeciwko sobie?!

Dzisiaj, wiele lat po awersji do zmarłych i bestii, wciąż przebrzmiewają echa terroru z kosmosu i fali uderzeniowej bomby wodorowej. Są słabe, współczesna technologia i wiara w siłę ludzkości jest w stanie przeciwstawić się inwazji innej rasy, lub (tym bardziej) komunistów. Wilki, czy krwiopijcy wydają się śmieszni w tym zestawieniu.

Ogólnoświatowa sieć łączy ludzkość, medycy opracowują doskonałe szczepionki, a broń ma coraz większy zasięg i niszczycielską moc. To tryumf wiedzy i intelektu Homo Sapiens!

Rzeczą ludzką jest się bać

Na początku baliśmy się zjawisk naturalnych – burz, powodzi, ognia, piorunów. Zarazem je ubós­twia­liśmy. Następnie nadeszła trwoga przed duchami, demonami i bóstwami – je także czciliśmy. Wampiry i wilkołaki, im składano ofiary, chociaż budziły nienawiść. Kosmici też rozsiewali panikę i zyskali wierzących. Bomby atomowe? Który z tyranów ich nie kochał, który z maluczkich nie drżał przed nimi? Za­awan­sowana technologia, nauka, medycyna także straszy, ale bądźmy szczerzy – po części wszyscy jesteśmy nią zachwyceni…

Czyżbyśmy kochali strach? A może boimy się tego, co kochamy? Zbyt często oddajemy się miłości ku rzeczom, które faktycznie są narzędziem lub wcieleniem terroru.

C-3PO_in_Phantom_Menace

Droga terroru: natura – demony – kosmici – ludzkie wynalazki, świadczy o tym, że najprawdopodobniej człowiek z czasem staje się na tyle potężny, by zamiast nieznanych i wrogich mu sił, bać się swojej natury, a następnie swoich własnych tworów. Ładunki elektronów zastąpiły pioruny rozwścieczonych bóstw, wirusy hodowane w laboratoriach są większym zagrożeniem, niż wiedźmie klątwy.

Technika współpracuje z nami, służy nam w pewnym sensie, lecz obawa przed buntem z jej strony wydaje się być uzasadniona. Dlaczego? Ponieważ nikt nie określił wyraźnych granic. Matrix, Terminator, czy choćby Neuroshima – czy czeka nas taka przyszłość?

Rachunek sumienia

Genetyka i medycyna obdarzają nas długim i w miarę bezbolesnym życiem. Mimo to są straszne, mogą obrócić się przeciwko nam – znowu: nikt nie wie, gdzie leżą granice badań. Oczywiście, etyka oraz moralność obowiązują. Skąd jednak mieć pewność, że nieznany światu, szalony naukowiec, na swojej wyspie zagubionej pośród fal na Morzu Jawajskim, nie przeprowadza eksperymentów na ludzkich genach? Terroryści w podziemnych laboratoriach nie wyprodukowali wirusa tworzącego z ludzi autodestruktywne, wygłodniałe zombie?

Nie wiemy nic. Boimy się, nasza niewiedza budzi strach.

Resident Evil, Doom, 28 tygodni później itd; ostatnimi czasy wiele filmów o destruktywnych wirusach, a zarazem broniach biologicznych pojawia się w ki­nach. Matrix, Terminator i podobne produkcje opowiadające o buncie maszyn zmuszają nas do myślenia o przyszłości technologii informacyjnej.

Są naszym rachunkiem sumienia.

Kategorie
Filmy

Niepamięć – recenzja filmu

oblivion

Niepamięć… Sam tytuł skłania do rozważań czy chcę zapomnieć o tym filmie, czy pamiętać go jako przestrogę. Poukładajmy to, co wiemy przed seansem. Jest były złoty chłopak Hollywood, jest gatunek science fiction, jest budżet roczny województwa opolskiego i reżyser filmu Tron: Dziedzictwo. Nadal nic nie zapowiada tragedii, choć nie da się ukryć lekkiego niepokoju. Każdy ma coś do udowodnienia. Tom Cruise musi pokazać, że nie tylko religią człowiek żyje i chwilowe wpadki z rzekomym porywaniem własnych dzieci oraz dręczeniem kolejnej żony to tylko psikusy. Konwencja filmu, że konkurencji się kłaniać nie będzie, wszak w tym roku tego typu produkcji czeka nas prawdziwe zatrzęsienie i aby zostać zapamiętanym po sezonie, trzeba pokazać coś więcej niż to już było. Budżet w wysokości 120 milionów to dużo. Można osiągnąć wiele i nie można zrzucić na studio Universal, że nie sypnęło złotymi monetami. Reżyser, w osobie Józefa Kosińskiego, zdecydowanie miał coś do udowodnienia po swoim pierwszym filmie, który był daleki od doskonałości. Jeśli mam być szczery, to dla mnie był tak daleki, jak tylko mogę sobie wyobrazić.

Do składników przed grillowaniem należy dorzucić Morgana Freemana, czyli żelazny akcent drugoplanowy (uspokajam, na Oskara się nie zanosi) oraz spijanie śmietanki związanej ze sławą najprzystojniejszego z Lannisterów, którym jest – i tu posiłkuję się źródłami – Nikolaj Coster-Waldau.

np1Zaczynamy, czyli… 20 minut reklam zastępujących współczesnej młodzieży to, co sam bardzo przeżywałem gdy gasły światła, czyli sygnał, że zaczyna się coś wyjątkowego. Dzisiaj, zanim zacznie się coś wyjątkowego, zaczyna się margaryna i wszystkie sieci telefoniczne. Część osób nie wyłapuje, że film się rozpoczął, gdyż starają się ignorować zalewającą je komercyjną papkę. Nie można mieć do nich pretensji.

Czas leci. Akcja stoi. Obserwujemy życie zapracowanego człowieka A.D. 2077 i dostajemy pierwszy cios. Kogo drażni nachalny amerykanizm związany ze sportami narodowymi, ten pada pierwszy raz na deski. 1-0 dla Toma grającego Jacka i naszego rodaka (przynajmniej jeśli osądzać po brzmieniu nazwiska). Zarys sytuacji opiera się o złych i groźnych obcych, których dobrzy ziemianie powitali bombami atomowymi. To spowodowało, że obcy przestali być groźni, a dobrzy ziemianie stali się, z powodu radiacji, bezdomni i wybierają się na Tytana. Zostało na Ziemi paru obcych i właśnie nasz niestrudzony bohater na nich poluje – w sposób pośredni, czyli naprawiając drony, które są maszynami do zabijania. Idyllę dopełnia zmysłowa współpracowniczka, która czuwa nad naszym bohaterem i raportuje wszystko do statku matki ludzkości, orbitującego nad ich głowami. Ach, i te jej buty na obcasie zakładane do pracy stojącej przy konsoli!

np2Tajemnica goni tajemnicę, a ziewnięcia na widowni robią się coraz bardziej sugestywne. Tom jest jak zawsze niegrzeczny, zadziorny i jedzie po bandzie. Cruise nie wychodzi poza znany nam image z Top Gun czy Szybkiego jak błyskawica. Widać, kto rządzi w temacie jego postaci. Być może reżyser wysyłał mu jakieś sygnały, ale aktor chyba nie miał akurat czasu, aby je odebrać. Jest dużo zbliżeń zatroskanej i zdezorientowanej twarzy. Jest zamyślenie. Mamy więcej Toma niż byśmy chcieli, ale dla miłośników to prawdziwa gratka i okazja do liczenia nieskorygowanych laserem zmarszczek.

Sceny akcji w Hollywood rządzą się swoimi prawami. Gdy dron celuje pół sekundy dużej do swoich wrogów, mimo że wcześniej bezwzględnie strzelał do wszystkiego szybciej niż zdołałem ziewnąć, to znaczy, że już po nim. Z reguły przegadane kwestie złych bohaterów w Fabryce Snów są jak wyciagnięcie koła ratunkowego dla tych dobrych. Tu się udało przeprowadzić ten motyw z dronami. Za to bezapelacyjne gratulacje.

Moim pierwszym wnioskiem po filmie było stwierdzenie, że scenarzysta uciekł w 2 minucie filmu, ale po dotarciu do domu i zgłębieniu osób dramatu okazało się, że nie mógł. Scenarzystą jest bowiem znany nam reżyser o swojsko brzmiącym nazwisku. W tym momencie wszystko stało się jasne. Miał pisać scenariusz w wolnych chwilach w czasie kręcenia, ale zapewne był bardzo zajęty. Może udawał, że reżyseruje.

np3Żeby dać czytelnikom odrobinę odetchnąć, należy pokazać też dobre strony filmu. O dziwo – są. Obraz i dźwięk. Mimo zagłady planety, jest ona przedstawiona w sposób bardzo ładny. W przeciwieństwie do reżysera i scenarzysty, Claudio Miranda, którego wygląd nie może przejść bez echa w tej recenzji, przyszedł do pracy i wykonał ją należycie. Z pomocą bez wątpienia przyszła mu koncepcja scenariusza, gdyż spora część zdjęć jest wykonywanych z powietrza, ale i bez tego widać, że to specjalista najwyższej próby. Motywy muzyczne także są dobrze wkomponowane w film. Dają wytchnienie od dialogów, których część bez cienia wątpliwości zasługuje na publikację w Demotywatorach lub kolejnych klonach tej strony. Pozwalam sobie oczywiście na uproszczenie i pomijam wpływ reżysera na zdjęcia z czystej złośliwości za jego pozostały wkład w film.

Dialogi to temat, którego nie można pozostawić bez rozwinięcia. Widowni funduje się taką dozę infantylizmu z patetyzmem, że mowy motywacyjne z Transformers 3 zaczynam odbierać na poważnie. Jestem w stanie zrozumieć, że widownia amerykańska różni się od europejskiej i to my jesteśmy niby tą bardziej wymagającą, ale nie uwierzę, że nawet za wielką wodą większość widzów jest wzruszona przemowami Toma. Na sali wywoływały tłumiony śmiech i zażenowanie. Niektóre sceny są przegadane, nie o frazę za dużo, tylko o trzy minuty, a inne powinny być po prostu usunięte, bo nie wnoszą do filmu nic, oprócz konsternacji słuchających.

np4Film jest przewidywalny, brak w nim przełomowych zaskoczeń, zwrotów akcji. No może jest jeden zwrot, ale scenariusz wykonuje go przez godzinę. Ruszono temat pamięci, ale nawet na kilometr nie zbliżono się do Vanilla Sky, skoro jesteśmy już przy Tomie. Wiemy, że Jack ma jedną drogę i nie może z niej zawrócić, bo jeżeli to zrobi, któż go zastąpi?

Nie wiem, co reżyser chciał przekazać. Nie ma w tym filmie nic, co by spowodowało, że chce się do niego wracać. Nie ma historii, która jest niepowtarzalna i ma nas trzymać w napięciu. Nie mogę nawet napisać, że zmarnowano szanse, ponieważ jej sobie nie dano. Pomysł z łączeniem producenta, reżysera i scenarzysty wymaga jednak jednostek ponadprzeciętnych w kategoriach cywilizacyjnych, a zostałem utwierdzony w przekonaniu, że Kosiński powinien wrócić do reklam i w nich się zagłębić. Nie dam się nabrać trzeci raz i nie wybiorę się na jego kolejne dzieło do kina.

Film czerpie z gatunku szerokimi garściami. Scena bliźniacza z Matrixem, odniesienie do Moon, epatowanie samotnością to tylko część tych nawiązań.

np5Bezkrytycznie podobał mi się jeden pomysł. Księżyc zniszczony przez obcych. Wspaniałe obrazy zniszczonego satelity są dla mnie rozwinięciem jednego ze skoków z Wehikułu czasu, gdzie też była scena rozpadającego się księżyca, ale to za mało. O wiele za mało. Konkurencja zmiażdży Niepamięć. Po wakacjach nikt już nie będzie o tym filmie pamiętał.

Jest jeden temat przy filmach, który często omawiam ze znajomymi, czyli logika w filmach science fiction. Mam kategorie filmów, którym wybaczam duże luki w scenariuszu i takie, gdzie szukam nawet najmniejszej nieścisłości. Podział można łatwo wykazać w oparciu o filmy oparte w luźnej formie na wymyślonym uniwersum w komiksach, gdzie nie badam sensu, tylko chłonę, a na przeciwległym biegunie stawiam filmy aspirujące do kontynuacji losów ludzkości, gdzie jako przykład można przywołać Prometeusza. O ile w Batmanie mogę zaakceptować zamkniecie całej policji z Manhattanu w kanałach, to w Prometeuszu nie mogę zgodzić się na sytuację, gdzie przy pełnym mapowaniu 3D statku, gubi się dwóch kretynów albo ściąga się hełmy na obcej planecie, bo jest jeden pokój z dobrą atmosferą. Niepamięć w tym zestawieniu jest niestety dużo bliżej Prometeusza, a więc wymagania są spore. Mamy wszak odwołanie do kontynuacji historii. Film także jest oparty o komiks, ale ma aspiracje do pisania historii przyszłości. Niestety logiki nie ma. Żeby nie zdradzać treści, nie można się jednak do tego zagadnienia odnieść.

np6Bardzo mi przeszkadza, że nie wiemy dlaczego to wszystko się dzieje. Jeżeli obcy napadają naszą Gaję, to albo nie chcę znać powodu, bo są brutalni i o nic nie pytają, jak w filmach typu Monster, gdzie ma być inwazja i finał: albo my, albo oni. Tłumaczy to brak kontaktu. Na drugiej szali stawiam obcych, którzy też z nami walczą, ale czegoś chcą, mają jakiś głębszy powód, a skoro trzymamy się Toma, to można przywołać Wojnę światów i poszerzanie przestrzeni życiowej. Jedyna próba górnolotnego odniesienia do jakiejś wewnętrznej refleksji jest użyta tylko po to, żeby bohater mógł wygłosić kwestię potwierdzającą, jaki jest twardy. Nie wiemy nic i nawet nie ma podstaw, żeby się domyślać. Wychwyciłem oczywiście wielkie stacje nad oceanem, ale nadal nie wiem po co tam stały, bo podany powód ma się nijak do rozwinięcia fabuły.

Pytanie najważniejsze – czy warto iść do kina? Na własną odpowiedzialność. Pooglądać postapokalipsę można z przyjemnością. Jeżeli weźmiecie ze sobą słuchawki i będziecie włączać muzykę zagłuszającą dialogi po pierwszej godzinie filmu, to jest nawet szansa na przyjemny odbiór. Zaręczam, że nie stracicie nic z fabuły. Wystarczy posłuchać początku i końca. Wizualnie i dźwiękowo to naprawdę dobry film.

Tytuł: Niepamięć [Oblivion]
Reżyseria: Joseph Kosinski
Scenariusz: Joseph Kosinski, Karl Gajdusek, Michael Arndt
Obsada: Tom Cruise, Morgan Freeman, Olga Kurylenko, Andrea Riseborough, Nikolaj Coster-Waldau
Rok: 2013
Czas: 125 minut
Ocena: 2
Kategorie
Felietony

Zostać Mesjaszem – idea gnostyckiego mesjanizmu w trylogii Matrix

Unfortunately, no one can be told what the Matrix is. You have to see it for yourself

Rok 1999 jest jednym z momentów przełomowych w historii kina fantastyczno-naukowego. Mający wówczas premierę film nieznanych nikomu braci Wachowskich zapoczątkował fenomen, który dla gatunku s-f porównać można chyba tylko z burzą, jaką wywołało ukazanie się dwadzieścia lat wcześniej czwartego epizodu Gwiezdnych Wojen; ludzie wykupywali bilety na kilkanaście kolejnych seansów, aby tylko ponownie obejrzeć ten sugestywny obraz alternatywnej (?) rzeczywistości.

Co zadecydowało o zawrotnej popularności filmu? Odpowiedzi na to pytanie jest oczywiście tyle, ile osób, które obraz Andy’ego oraz Larry’ego Wachowskich obejrzało, ale można pokusić się o pewne ogólne stwierdzenia: ludzi fascynowała (i robi to nadal) fantastycznie wyreżyserowana choreografia pojedynków; wypełniający sale kinowe widzowie zamierali w niemym podziwie, będąc świadkami kolejnych, fenomenalnych efektów specjalnych; fanów cyberpunku cieszyło poważne potraktowanie ich pasji; nie było tu swego rodzaju naiwności, o jaką nietrudno nawet w głównym nurcie fantastyki, puszczania oka do widza – świat przedstawiony i bohaterowie byli w jak największym stopniu rzeczywiści. Nade wszystko jednak urzekała (i przerażała) widzów wizja wykreowanego świata – ludzie hodowani w ogromnych miastach maszyn, od urodzenia zupełnie bezwolni, żyjący w iluzorycznym, wirtualnym świecie, nie różniącym się absolutnie niczym od tego, co opuszczający kino mogli ujrzeć na zewnątrz. Wielu z pewnością w tym momencie zadawało sobie pytanie czy to, co widzą, aby na pewno jest prawdziwe, czy też może to naprawdę tylko Matrix?

I can only show you the door, you have to walk through it. Przejście do nowego życia

W tak funkcjonującym, zakrytym przed oczami niewtajemniczonych, świecie żyje Thomas Anderson, Neo, przyszły Mesjasz, którego życiowym celem stanie się wyrwanie z Matriksa i poprowadzenie za sobą do zbawienia tych, którzy będą skłonni dostąpić poprzez jego osobę oświecenia.

Skojarzenia i analogie łączące chrześcijańskiego, czy też raczej gnostycko-chrześcijańskiego Mesjasza z osobą Thomasa Andersona, bombardują nas w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób, od pierwszych minut filmu – odwiedzający Thomasa Choi pozdrawia go słowami Hallelujah! You’re my savior, man! My own personal Jesus Christ!; wyzwolony z Matriksa określany jest przez Morfeusza jako Wybraniec, Zbawiciel; w momencie gdy Neo zostaje wyrwany ze świata iluzji, przylatuje po niego jeden ze statków Zionu, Nabuchodonozor, z napisem na tabliczce: Nabochadnezzar to MARK III No. 11. Napis ten w czytelny sposób odnosi się do Biblii, do Ewangelii św. Marka, do momentu, gdy Jezus otaczany zostaje przez tłum ludzi widzących w nim Zbawiciela; Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży (Mar. 3, 11, Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Poznań 2005). W filmie Matrix: Reaktywacja Neo zostaje wprost pozdrowiony przez lud jako zbawiciel: gdy jego winda zatrzymuje się na jednym z poziomów Zionu, u jej wyjścia czekają już na niego ubodzy, którzy składają przed nim dary. Przykłady tego typu można mnożyć w nieskończoność.

Analogii łączących Neo z Jezusem doszukiwać można się jednak również na głębszym poziomie – Paul Fontana w pracy Finding God in the Matrix, przywołuje scenę uratowania Morfeusza z rąk agentów, jako odpowiednik biblijnego wskrzeszenia Łazarza: Morfeusz przetrzymywany jest w wąskim pomieszczeniu, nasuwającym skojarzenia z grobem. Pojawiający się znikąd Neo jest jego wskrzesicielem, który słowami: Morpheus, get up! Get up naśladować ma słowa Jezusa Łazarzu, wyjdź! W obu wypadkach dokonuje się cud: przywrócony do życia Łazarz wychodzi z grobu, znajdujący się w niemożliwej do przezwyciężenia sytuacji Morfeusz zostaje wskrzeszony. Oba te wydarzenia są punktami przełomowymi: wskrzeszenie Łazarza jest najbardziej dramatycznym ze wszystkim czynów Jezusa, który zapewnia mu tak wielu wiernych, że ten staje się zagrożeniem publicznym. Niemożliwa do wyobrażenia akcja ratunkowa Neo uświadamia systemowi, że nie ma on do czynienia ze zwykłym błędem w programie, lecz z realnym dla siebie zagrożeniem (P. Fontana, Finding God in the Matrix [w:] Taking the Red Pill. Science, Philosophy, and Religion in Matrix, pod rekacją Glenn Yeffeth, 2003, s. 193-194).

Zgodnie z najpopularniejszymi nurtami gnostycznymi, Neo nie jest jednak od początku swego istnienia prawdziwym, wszechmocnym Mesjaszem – żyje on w Matriksie, z którego zostaje wyprowadzony dopiero przez Morfeusza, swego rodzaju Jana Chrzciciela, który poprzedza go i zarazem przeprowadza przez próby inicjacyjne, które zakończyć się mają ostatecznym zbawieniem zbawiciela (J. Prokopiuk, Matrix – świat gnostycki).

Pierwszym krokiem do wyzwolenia jest oczyszczenie: Trinity specjalnym aparatem usuwa z ciała Neo pluskwę, wszczepioną przez Agentów. Następnie mistrz ceremonii — Morfeusz — pyta adepta, czy świadomie decyduje się wybrać drogę poznania prawdziwej rzeczywistości, nawet gdyby wybór był bolesny. Tak też w Kościele katarskim jest zapytywany adept mający otrzymać consolamentum. Nasz bohater zgadza się wyjść naprzeciw wyzwaniu, połykając czerwoną pigułkę (chcielibyśmy powiedzieć: pigułkę wiadomości dobra i zła). Udzielana jest mu też przez mistrza ceremonii nauka wstępna. Potem staje się uczestnikiem najważniejszego etapu misterium, celu wszystkich obrzędów przejścia: dzieła powstawania nowego człowieka (Mariusz Dobkowski, Matrix, czyli filmowe odczytanie gnozy, Warszawa 2001).

Rytuał wyzwolenia dobiega tym samym końca – zagubiona dusza, nosząca już nowe imię, niełączące jej ze starym życiem, traci swoje pozorne ciało z Matriksa i zyskuje nowe, duchowe. Ostatnim pozostającym elementem rytuału inicjacyjnego jest nałożenie wstrzemięźliwości, które tutaj objawia się obietnicą dążenia do wyzwolenia wszystkich uwięzionych w Matriksie (Mariusz Dobkowski, Matrix, czyli filmowe odczytanie gnozy, Warszawa 2001).

Immortales animas esse nec fatorum obnoxias legibus. Astrologia a wolność człowieka

W tym momencie warto na moment odejść od wątku soteriologicznego, a skupić się na wierze gnostyka w przeznaczenie, tak silnie cechującej przecież w Matriksie najpierw Morfeusza, a następnie samego Neo. Do jakiego stopnia ich wiara możliwa jest do pogodzenia z równoczesną wiarą w to, że wyzwolony od ułudy rzeczywistości gnostyk może sam kształtować swoją przyszłość?

Gdy Morfeusz pyta po raz pierwszy Thomasa Andersona w to, czy wierzy on w przeznaczenie, ten natychmiast odpowiada, że nie, Nie chcę wierzyć w to, że ktoś może kontrolować moje życie. Jego odpowiedź spotyka się ze zrozumieniem – Morfeusz doskonale rozumie złudną wiarę nieoświeconych w to, że mogą dowolnie sterować swoim życiem. Nie rozumieją oni jeszcze, że to, co postrzegają jako własne decyzje i wolną wolę, w rzeczywistości jest tylko z góry przewidzianą przez wyższe siły odpowiedzią na tworzony wokół świat iluzji. Połączeni z Matrixem ludzie wierzą w to, że istnieją jako tworzące swój los jednostki, gdyż w ten sposób łatwiej je kontrolować. Moment jednak, gdy człowiek zaakceptuje swój los, jest pierwszym krokiem na drodze do wolności (J. Horsley, Matrix Warrior. Being the One, s. 40).

Moment wyzwolenia stanowi jednak dla gnostyka przełom w postrzeganiu swojego losu oraz problemu przeznaczenia – nie mając już przed sobą ułudy, jaką tworzy świat, rozumie, że jego los został z góry zapisany, a gwiazdy kierują zdarzeniami świata. Jednak on sam czuje się wolny, gdyż jego wolność w pierwszej kolejności sprowadza się do jego wnętrza, a nie do otaczającego go kosmosu. Dusze są nieśmiertelne i nie podlegają prawom przeznaczenia – słowa te zawierają w sobie cały bunt gnostyka przeciwko astralnemu determinizmowi. Ten krzyk przeciwko prawom kosmosu przekształca się konsekwentnie w sprzeciw człowieka przeciwko zasadom etycznym, które na równi z prawem kosmicznym ograniczają i uśmiercają człowieka (G. Quispel, Gnoza, Warszawa 1988, s. 87). Tylko wierząc w osobiste oświecenie, można dostąpić wyzwolenia, nie stojącego równocześnie w pozornej tylko sprzeczności z astrologią i przewidywaniem przyszłości.

(Not) only human. Ku wyzwoleniu ludzkości

Wróćmy jednak do mesjanizmu. Czy na pewno wspomniana powyżej pierwsza ucieczka z Matriksa może być uznana za koniec inicjacyjnej ścieżki Wybrańca, czy jednoznacznie, w myśl filozofii gnostyckiej, udowodnił on, że naprawdę jest Mesjaszem? Moim zdaniem, nie – to prawdziwe objawienie, prawdziwa gnoza, przychodzi dopiero później: wszak nauka Neo trwa nadal, uczy się on funkcjonować na nowo ze świadomością istnienia dwóch odrębnych światów. Nadal też poddawany jest próbom, które w końcu doprowadzą go do ostatecznej ucieczki nie tylko z Matriksa, ale z całego układu stworzonego przez system.

Tą ostateczną próbą, bezsprzecznie dowodzącą mesjańskiej misji Neo, według większości osób zajmujących się problemem, miałyby być jego śmierć i zmartwychwstanie w trakcie walki z agentem Smithem – do tego momentu bowiem Neo był w stanie kontrolować system w najlepszym przypadku na tym samym poziomie co strzegący go agenci, od tej chwili zaś stał się jakby istotą stojącą ponad prawami jakimi rządzi się Matrix. Do tego swego rodzaju wniebowstąpienia dochodzi dzięki jedności wiary i poznania; w filmie oglądamy proces rozwoju ku tej jedności od niewiary i niewiedzy po pewność, jaką daje synteza pistis (wiary) i gnosis. To ona decyduje o zwycięstwie Wybranego. Ale — i to jest czynnik rozstrzygający — wiara i poznanie musi być także przeniknięte Miłością. Zbawca z Matriksa ma swego Judasza, ale ma także swą Marię Magdalenę. I jak w Ewangelii to ona pojawiła się jako pierwsza u Grobu Chrystusa Jezusa i pierwsza spotkała Zmartwychwstałego, tak w Matriksie to pocałunek kochającej kobiety przywraca życie Zbawcy. Tylko bowiem Miłość może pokonać śmierć i dać nowe życie (Jerzy Prokopiuk, op.cit.). O podobnym znaczeniu tej sceny przekonany jest również Paul Fontana – śmierć i zmartwychwstanie Neo jest warunkiem koniecznym ewentualnego wygrania wojny (czy też, w szerszym znaczeniu: po prostu zakończenia jej). Tylko zwycięstwo nad śmiercią jest w stanie uaktywnić pełen potencjał Wybrańca (Paul Fontana, op.cit., S. 197).

Jeśli przypatrujemy się tylko z perspektywy jednego filmu, powyższe stwierdzenia z pewnością mają w sobie dużo prawdziwości: Neo wznosi się na poziom niedostępny agentom, zapowiada systemowi, że będzie dążył do wyzwolenia spod jego władzy innych ludzi i, wreszcie, dokonuje wniebowstąpienia – w finałowej scenie Matriksa widzimy, jak Mesjasz wznosi się ku niebu.

Powyższą scenę należy jednak rozpatrywać w znacznie szerszym sensie – dwa kolejne filmy w sposób jasny przekazują nam informację, iż Neo jest Jedynym, nie jest jednak Pierwszym. To prawda, moment śmierci i zmartwychwstania jest punktem przełomowym pierwszej części filmu: Mesjasz przestaje biernie funkcjonować w obrębie świata, w którym się urodził – zamiast tego zaczyna wydawać mu rozkazy. To dlatego agenci w ostatnich minutach filmu uciekają przed Neo: stracili oni ostatnią szansę na ograniczenie użytkownika, na jego ponowne zasymilowanie bądź wyeliminowanie. Próba zabicia go spełza na niczym, gdyż Neo zaczyna w tym momencie naprawdę rozumieć zasadę rządzącą Matrixem, zaczyna rozumieć jego kod. Gdy agent Smith próbuje go ponownie zabić, strzelając wraz ze swymi towarzyszami do Wybrańca, ten wypowiada po prostu słowo nie, będące jego pierwszą komendą w przestarzałym pozornie programie. Program anulowany. Przyśpieszone ruchy agenta Smitha są dla Neo jakby spowolnione – dla niego nie istnieje już czas, ani przestrzeń w takim rozumieniu, w jakim postrzegane są przez innych wyzwolonych, czy nawet przez archontów strzegących Matriksa (J. Horsley, Matrix Warrior. Being the One, s. 54). Gdy odnosi zwycięstwo, wraz z jego oddechem zdaje się oddychać przestrzeń wokół — w konstrukcji Matriksa pojawiają się rysy, system się psuje (M. M. Gierat, Na drodze do Zionu – kosmologia, antropologia i steriologia w filmie Matrix).

Jedna ze scen otwierających drugą część filmowej trylogii przedstawia Neo po raz kolejny walczącego z agentami – zwycięski Mesjasz odlatuje, pokonani agenci patrzą zaś na siebie z uśmiechami, stwierdzając iż jest tak jak zawsze. Znaczenia tych słów dowiadujemy się dopiero w finale filmu: Neo nie jest pierwszym, który był uznany za Mesjasza, jest dopiero siódmym z kolei. Stając naprzeciwko Architekta, niejako złego Boga Starego Testamentu, zostaje mu wyjawiona prawda ostateczna: oto on, walczący z systemem Zbawiciel, jest tylko kolejnym jego zabezpieczneniem, stworzonym nie wbrew, ale dla Matriksa. Jego zadaniem jest przeczekać wojnę, a na zgliszczach ostatniej osady ludzkości stworzyć kolejny Zion, który stanowić będzie pozorną opozycję dla maszyn. Wyjątkowość Neo potwierdza się właśnie w tym momencie – mogąc wybierać pomiędzy przejściem do Zionu i zachowaniem się zgodnie z założeniami Architekta, a powrotem do Matriksa, Neo decyduje się na ten drugi krok, przekraczając tym samym próg, którego nie zdołali przekroczyć poprzedni wybrańcy. Po raz kolejny źródłem zwycięstwa Mesjasza jest miłość: to ona, ukierunkowana na jedną, konkretną osobę, pozwala Wybrańcowi podjąć taką, a nie inną decyzję – starotestamentowy Bóg Jahwe zostaje w tym momencie ostatecznie pokonany przez nowego, dobrego Boga Nowego Testamentu.

Nowy Neo posiada szereg cech, które wyróżniają go spośród innych pozornie wyzwolonych, staje się Bogiem w prawdziwym tego słowa znaczeniu: nie tylko jest w stanie kształtować rzeczywistość Matriksa, może on również kształtować rzeczywistość realną – jest w stanie wyczuwać maszyny w świecie rzeczywistym, jest w stanie je również powstrzymywać siłą swej woli. Oślepiony przez zbuntowanego agenta Smitha nadal jest zdolny do wzrokowego postrzegania świata (choć lepszym stwierdzeniem byłoby zapewne ponadzmysłowego). Nowy, odmieniony ostatecznie Neo jest w stanie spełnić swoją misję Mejsasza – zakończyć wojnę i otworzyć ścieżkę do objawienia dla wszystkich tych, którzy będą chcieli opuścić Matrix. W ostatnich minutach filmu Wybraniec wchodzi na wyższy poziom świadomości, zarezerwowany tylko dla tych, którzy tak jak on dostąpią ostatecznego objawienia, ostatecznej gnozy; funkcjonuje on już nie tylko poza systemem Matrix lecz również poza światem rzeczywistym – Bóg Starego Testamentu nie jest już w stanie śledzić i kontrolować jego poczynań w świecie rzeczywistym, nie jest świadom tego, co stało się z Mesjaszem. Jednocześnie jednak w finale Rewolucji dostajemy niezbity dowód na to, że Wybraniec wciąż istnieje, nie zginął wraz z upadkiem poprzedniego systemu; Wyrocznia, zapytana wprost o to, czy kiedykolwiek spotkają jeszcze Neo, z przekonaniem odpowiada, że tak. A przecież Wyrocznia nigdy się nie myliła…

Wraz z rozpadem starego systemu i zniknięciem Neo, filmowa trylogia dobiega końca. To samo czeka również niniejszą analizę, której zadaniem było prześledzenie jednego z aspektów występującego w Matriksie wątku gnostycznego, mianowicie idei mesjasza. W pracy skupiłem się przede wszystkim na wskazaniu paralel pomiędzy postacią Thomasa Andersona a Chrystusem, jak również ewolucji jego osoby od prostego człowieka do wyznaczającego drogę innym zbawiciela. Poruszona została również kwestia wolnej woli oraz przeznaczenia, które determinują życie gnostyka.

Ze względu na objętość pracy, niemożliwe było prześledzenie pozostałych idei gnostycznych zawartych w filmach, tym samym więc jest ona nieco niekompletna – aby w pełni ukazać postać Neo jako Mesjasza, należałoby również prześledzić szczegółowo konstrukcję świata przedstawionego oraz przeanalizować sylwetki pozostałych postaci i ich relacji ze zbawicielem. Niestety, tak postawione zadanie wymagałoby znacznie wnikliwszych badań i, jak pokazują nieliczne próby ujęcia tematu, kilkuset stron dogłębnych analiz.

Kategorie
Filmy

Kick-Ass – recenzja filmu

kick

Zajebisty. Tak dystrybutor określa najnowszy film Matthew Vaughna, reżysera, który ostatnio popisał się tworząc rewelacyjny Gwiezdny pył. Zazwyczaj wszelkiego rodzaju peany wydawcy trzeba brać ze sporym przymrużeniem oka, ale w przypadku Kick-Assjest inaczej. To krótkie, dosadne słówko znakomicie charakteryzuje cały film. To nie filozoficzno-refleksyjna opowieść, którą pamiętać będziemy przez lata. To zajebisty film dla szukających niebanalnej rozrywki.

Nastolatek Dave Lizewski to nie wyróżniający się niczym specjalnym miłośnik komiksów o superbohaterach. Jak łatwo się domyślić, bierne obserwowanie wydarzeń pewnego dnia przestanie go zadowalać i podejmie kroki na drodze do zostania herosem. Ze swojej pierwszej akcji ledwie uchodzi z życiem, ale mimo to nie poddaje się. Czysty przypadek (a właściwie ludzie z komórkami) sprawia, że następna interwencja Kick-Assa roznosi się szerokim echem. W Internecie zaczynają krążyć filmy, a nasz bohater z dnia na dzień staje się sławny. I, na swoje nieszczęście, wplątuje się w niezłą kabałę, bo podpada wpływowemu gangsterowi.

Opowiastka do szczególnie oryginalnych nie należy, ale w tym wypadku nie pomysł się liczy, a technika. Film jest ekranizacją komiksu pod tym samym tytułem, który w naszym kraju jeszcze nie doczekał się wydania. To komediowo-sensacyjna opowieść ze sporą dozą brutalności, ale niepozbawiona sympatycznych akcentów. Przyznaję, że oglądając trailery spodziewałem się doprawionego krwią American Pie, ale rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Owszem, jest tu trochę głupawego humoru związanego z seksem i stereotypowymi przywarami nastolatków, ale to tylko drobna część filmu, która nawet nie drażniła mnie tak bardzo, jak zazwyczaj. Siła dowcipu Kick-Ass leży w śmierci, bo zazwyczaj ze zgonów się tu śmiejemy. Brzmi to paradoksalnie i takie też jest. Często łapałem się na tym, że uśmiechałem się z powodu jakiegoś efektownego zejścia (choćby widoczny w trailerach koleś, który chciał latać), a po chwili nachodziła mnie refleksja, że zaraz, zaraz, ale przecież on umarł. I choć momentami czułem się z tego powodu zażenowany, to trzeba przyznać, że czarny humor jest tak wyważony, że nie razi. Nie znaczy to, oczywiście, że nie ma innych rodzajów humoru, ale akurat ten, jako najrzadziej spotykany, wbił mi się najmocniej w pamięć.

Wątek sensacyjny również wypada dobrze. Mamy bad-assowego głównego złego i bad-assowych prawdziwych bohaterów, którzy z nim walczą. To właśnie między tą trójkę wplątuje się Kick-Ass, który sam nie do końca wie, o co biega, ale jest pod wrażeniem profesjonalizmu Big Daddy’ego i Hit Girl. Zwłaszcza ta druga zasługuje na uwagę: Mała ma wczesne -naście lat, a pozuje na Brudnego Harry’ego. Wygląda to tak niepoważnie, że aż jest niesamowicie fajne. Właśnie ta postać staje się główną heroiną opowieści i to ona ma okazję najwięcej popisywać się nieludzką sprawnością i wyszkoleniem. Scen akcji nie powstydziliby się najlepsi przedstawiciele gatunku. Momentami żywcem przypominają one kino Quentina Tarantino – krwawe, brutalne, efektowne i kompletnie nie do traktowania na serio. Chloe Moretz wcielająca się w Hit Girl jest po prostu fenomenalna. Urocza mała dziewczynka, która przedkłada zabawę nożem nad lalki. Nicolas Cage jako Big Daddy również spisał się całkiem nieźle, ale to już zupełnie inny typ bohatera. O ile Hit Girl jest nieco slapstikowa, tak „Tatuś” to twardziel pełną gębą. Poważny, precyzyjny, oszczędny w ruchach. I z kostiumem w stylu Batmana oraz zmanierowanym sposobem mówienia. Ta dwójka stanowi doskonałą przeciwwagę dla ciamajdowatych Kick-Assa i Red Mista.

kikPodobać się mogą rozmaite nawiązania i stylizacje. Tarantino, Matrix, Sin City… Fajnie prezentuje się końcowy moment walki w magazynie, kiedy oglądamy Hit Girl rozprawiającą się z bandziorami w ciemności rozpraszanej co chwila błyskami światła. Wygląda to niczym kolejne kadry komiksu. Strasznie męczy wzrok, ale w oryginalny sposób wprowadza komiksową stylistykę do filmu. W budowaniu efektu duży udział ma muzyka, ale czasami zbyt mocno dominowała nad obrazem.

Jeśli coś mi się nie podobało, to zdecydowanie latający plecaczek na koniec filmu. Był najgłupszym pomysłem, jaki mógł komukolwiek przyjść do głowy. Nie mówiąc już o tym, że sceny z jego udziałem wyglądają sztucznie i gołym okiem widać nieudolny montaż. Tak poza tym, Kick-Ass to wzorowa rozpierducha, na którą poszedłem zachęcony myślą przewodnią, że tak często jesteśmy świadkami przemocy pozostając zaledwie biernymi obserwatorami. I choć film pokazuje, że na zgrywaniu bohatera kiepsko się wychodzi, to z kina wychodziłem zadowolony.

Tytuł: Kick-Ass
Reżyseria: Matthew Vaughn
Scenariusz: Matthew Vaughn, Jane Goldman (na podstawie komiksu Marka Millara i Johna Romity)
Obsada: Aaron Johnson, Chloe Moretz, Nicolas Cage, Lyndsy Fonseca, Mark Strong
Rok: 2010
Czas: 117 minut
Ocena: 5
Kategorie
Filmy

Astropia – druga recenzja

astropia_largeIslandzki przebój kinowy, Komedia o miłości i RPG – trzeba przyznać, że już zapowiedzi Astropii były co najmniej intrygujące. Osobiście byłem jednak pełen obaw, nauczony doświadczeniem, że filmy o wąskich grupach społecznych (jaką są miłośnicy gier fabularnych, przynajmniej w oczach normalnych ludzi) zazwyczaj wypadają sztucznie i tandetnie. Jednak tym razem przekonałem się, że jak od każdej reguły, tak i od tej są wyjątki.

Główną bohaterką Astropii jest Hildur – młoda kobieta o aparycji nasuwającej skojarzenia z lalką Barbie. Razem ze swoim chłopakiem, Jollim, prowadzącym podejrzane interesy w branży samochodowej, wiodą beztroskie życie typowe dla ludzi, którzy nie muszą martwić się o pieniądze. Jednak sytuacja komplikuje się – Jolli za swoje machlojki trafia do więzienia, a Hildur, odcięta od funduszy, musi znaleźć sposób na utrzymanie siebie oraz na spełnianie próśb chłopaka, który próbuje ustawić się jakoś w więzieniu. Przy braku kwalifikacji do jakiegokolwiek zawodu nasza bohaterka zostaje w końcu sprzedawczynią w Astropii – sklepie dla fanów fantastyki – i to od razu jako szefowa działu RPG. Brak wiedzy, czym w ogóle jest RPG, a także niechęć stałych bywalców do nowej, to dopiero początek… Potem akcja komplikuje się, przyspiesza i nie zwalnia aż do epickiego (jakże typowego dla gier fabularnych) finału, zacierając stopniowo granicę między tym, co realne, a wyobraźnią. Na szczęście Hildur może liczyć na pomoc kolegów z pracy i sympatię Dagura, jednego z klientów sklepu…

Ogólnie rzecz biorąc, cały film opiera się na dość nośnym pomyśle, jakim jest zderzenie się typowej landrynki ze światem przeznaczonym, przynajmniej według obiegowej opinii, wyłącznie dla maniaków. Jest to też okazja do wykorzystania licznych stereotypów związanych z fanami RPG, więc okazji do pośmiania się nie zabraknie – jak choćby pierwsze chwile Hildur w Astropii, gdy przy kasie widzi ludzi z rodzaju przebierająch się za postacie ze Star Treka i śliniących się na widok ładnej dziewczyny. Sprzedawcy i klienci to bardzo ciekawe indywidua, oddane bezwzględnie temu, co robią (choćby Floki z ekscytacją opowiadający, na jakich filmach się wychował), przerzucający się cytatami z ulubionych filmów.

Dobrze wypadły też fragmenty zrealizowane w konwencji fantasy, co odebrałem z wyraźną ulgą. Czuć tutaj tę lekkość i swobodę, której brakowało w wielu poważnych produkcjach, w których na widok gumowego stroju orka wybuchało się śmiechem, głównie po to, aby ukryć zażenowanie. Tutaj tego problemu nie ma – wyszło zabawnie, z przymrużeniem oka. Nie brakuje też nawiązań do klasyków kina fantasy czy science-fiction – m.in. do Matrixa, Władcy Pierścieni czy Gwiezdnych Wojen. Nieźle wypada samo ukazanie sesji (Hildur postanawia empirycznie się przekonać, na czym polega RPG – to się nazywa poświęcenie dla pracy) – każdy, kto miał okazję kiedyś zagrać ze średnio rozgarniętą, kwiatkogenną drużyną (jak niżej podpisany) poczuje się jak w domu. Chociaż z Oso byliśmy zgodni – tłumacz chyba nie do końca znał specyfikę tematu, bo wszyscy przecież wiemy, że scenariusze nie zaczynają się w barze, tylko w karczmie. Ale to raczej szczegóły. Po stronie wad mógłbym dopisać też wielką przewidywalność fabuły, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem, że ze względu na przyjętą konwencję, nie mogło być inaczej.
astrp
W warstwie audiowizualnej cudów nie ma, ale też nie należało ich się spodziewać. Efektów specjalnych nie ma zbyt wiele, ale na plus należy zaliczyć ciekawy zabieg – w pewnych momentach akcja przedstawiana jest w rysowanej, komiksowej stylistyce, oczywiście z uwzględnieniem podziału na osobne klatki. Podobały mi się też plenery – zielone wzgórza Islandii mogą wydawać się pustawe, ale mają swój czar, wzbogacany urokliwymi wodospadami i dolinkami. A muzyka? Mogę o niej napisać tylko tyle, że jest wtedy, kiedy trzeba, a po seansie momentalnie ucieka z głowy, co jest typowe dla większości filmów.

Podsumowując, Astropia to bardzo sympatyczny, lekki i rozrywkowy film. Nie jest to arcydzieło, ma swoje fabularne mielizny i widać wyraźnie, że jest adresowany raczej do osób, które dobrze czują się w klimatach fantastyki i RPG. Gdybym miał oceniać film wyłącznie z tej perspektywy, należałaby się piątka. Jednak zdaję sobie sprawę, że dla pozostałej grupy odbiorców Astropia wyda się głupia, płytka, a większość żartów będzie niezrozumiała. W odróżnieniu od Oso, chciałem tym razem być złym gliną, ale i tak niżej niż 4 dać nie mogę, bo Astropii trudno odmówić uroku. A udane komedie o RPG nie zdarzają się często. Myślę, że miłośników gier fabularnych i tak nie trzeba będzie zachęcać…

Tytuł: Astropia
Reżyseria: Gunnar B. Gudmundsson
Scenariusz: Ottó Geir Borg, Jóhann Ævar Grímsson
Obsada: Ragnhildur Steinunn Jónsdóttir, Snorri Engilbertsson, Davíð Þór Jónsson
Czas: 93 minuty
Rok: 2007
Ocena: 4
Kategorie
Filmy

Matrix pod Termopilami

300-1To, co się dzieje na ekranie podczas projekcji 300, to poezja. Jeszcze nigdy w historii przemysłu filmowego walka nie była tak widowiskowa.

Los Leonidasa i garstki jego żołnierzy jest jedną z pierwszych, a zarazem jedną z najbardziej inspirujących lekcji historii, której uczy się w szkole młody człowiek. I choć 300 Zacka Snydera z historią nie ma nic wspólnego, to jednak trzeba mu oddać jedno: przedstawia bohaterskich Spartan takich, jakimi chcielibyśmy ich widzieć. Filmowi brakuje tylko iskry, która spaliłaby nas do końca. Ale po kolei, bo przede wszystkim…

BAZYL: Film niewątpliwie robi wrażenie, ale jest to zasługa bardziej zdjęć i efektów specjalnych niż fabuły czy reżyserii. Jako „superprodukcja” pozostawia pewien niedosyt, ale jako odskocznia od zgiełku rzeczywistości i ekranizacja komiksu – dzieło bardzo dobre. Oglądałem z przyjemnością.

Luinil: Pamiętaj, duże dobre kino, wygodne fotele, dźwięk surround i zapomnisz na chwilę o bożym świecie.

…tak, TO trzeba zobaczyć w kinie! Tylko tam naprawdę można nacieszyć oczy feerią obrazów, którą bombarduje nas 300! Znajomy dziennikarz radiowy powiedział, że 300 ogląda się jak teledysk. Rzeczywiście, to „produkt rozrywkowy” w najdoskonalszym tych słów znaczeniu. Techniki, które zastosował realizator zdjęć żywcem przypominają te z najdroższych wideoklipów. Film porywa dynamiką i powala na kolana jakością zdjęć. Oku kamery nie uchodzi żaden szczegół; wydaje się, że znamy pochodzenie każdej rysy na pancerzach Spartan, że śledzimy każdy cios, każde drgnięcie mięśni. W ferworze walki kamera zdaje się zaglądać walczącym prosto w twarz. Gdy trzeba – jest rozedrgana, dzika, „z ręki”; razem ze Spartanami odpiera napór Persów; chwilę później już płynie majestatycznie, kadrując charyzmatyczną postać Leonidasa (wyborny Gerard Butler) w całym majestacie. Kilkuminutowa sekwencja w zwolnionym tempie, w której ten, niczym wirtuoz, po prostu idzie i finezyjnie wyrzyna w pień perskich wojowników, zwyczajnie zapiera dech. Dominują mrok i sepia, kamera nie szczędzi „ziarna”; walka, ukazana ze smakiem, jest krwawa i prawdziwa.

A to dopiero początek.
399
Luinil: Nowa jakość… nie jest tak przerysowany jak „Sin City”, a jednak wiesz, że to jest komiksowa opowieść, wiec akceptujesz niesamowitości. A film jest niesamowity… mało tego – aktor grający króla Leonidasa to nie kto inny, jak nasz Beowulf. Faramir się tam nawet przewija… Najpiękniejsze sekwencje walki jakie kiedykolwiek widziałam.

EmpE: panom od efektów specjalnych bez większych oporów bym się pokłonił, a gdyby przy wyjściu z kina ktoś wręczył mi soundtrack z filmu na płytce ucieszyłbym się bezsprzecznie.

300 to także potężna muzyka – koniec z poważnymi, filharmonicznymi uderzeniami, 300 atakuje agresywnym industrialem, którego nie powstydziłby się Rammstein. Zresztą muzyka to ogromny atut filmu: zmiksowanie arabskich instrumentów i wokali, szczypta mocnych chórów, odrobina bałkańszczyzny i mocne riffy dają piorunujący efekt (patrz recenzja 300 O.S.T.)! W natłoku sztampowej, niczym nie wyróżniającej się muzyki filmowej miło wreszcie usłyszeć coś mocnego. Nie, żeby ten soundtrack był oryginalny: on jest po prostu diablo dobry.

Falka: Ech, a ja do kina dopiero w poniedziałek idę… W każdym razie już teraz mogę napisać, że film jest ql – koleżanka narzekała na niego i jako wady wymieniła te wszystkie rzeczy, które chcę zobaczyć i przez które tak bardzo chcę go zobaczyć: dużo sieczki, komiksowość, nosorożce i facetów w majtkach.

Kolejnym plusem 300 jest poczucie smaku, z jakim go nakręcono. Po pierwsze – naprawdę czuć, że jest to ekranizacja zeszytów Franka Millera (m.in. Sin City; patrz tekst Legenda w estetyce pop Pity w tym numerze Tawerny). Skadrowanie niektórych scen sprawia, że mamy momentami wrażenie, jakby przed naszymi oczami przesuwały się obrazy z komiksu. Trudno to opisać, ale Snyderowi naprawdę udało się uzyskać estetykę rysunkowych historii. W 300 „komiksowość” filmu jest dla mnie ewidentna i ujmująca, w przeciwieństwie na przykład do Spidermana. Zresztą ukłon w stronę Millera reżyser robi na końcu – gdy wyświetlane są napisy końcowe, jako tło służą właśnie obrazy z jego komiksu.
300-2
Po drugie – 300, jak na hollywoodzką superprodukcję, to film niezwykle piękny. Snyder udowadnia, że czuje zarówno film dynamiczny i brutalny (przed 300 nakręcił przecież udany Świt żywych trupów), jak i wysmakowany, uwodzicielski (vide sceny z ekstatycznym tańcem Wyroczni w świątyni Eforów); brawa należą się ekipie również za kostiumy i wizje postaci. Jakkolwiek bowiem nie czerpali z gotowych wzorców Millera, efekt ekranowy jest piorunujący, a dzwoniący złotem na całym ciele Kserkses – prawdziwie majestatyczny.

EmpE: Gladiator okrojony z fabuły, świetnej gry aktorskiej i motywów wywołujących jakiekolwiek głębsze emocje. Taka opinia jest nieco krzywdząca, ale zapewne po części prawdziwa. Godny polecenia amatorom scen bitewnych i grafikom – dla reszty zamiast wizyty w kinie „spacer przez ulice, aleje, place, wiosenną nocą, która płacze”.

Wadę 300 ma tylko jedną, ale za to poważną – jakkolwiek film jest perełką tak wizualną, jak i dźwiękową, i od tej strony nie można się do niego w ogóle przyczepić, to jednak poza niesamowitym widowiskiem jest… pusty. Warto go obejrzeć, by nacieszyć oczy i uszy pięknie ukazaną rozwałką, jednak nie ma, niestety, co liczyć na głębsze wzruszenia. Szkoda, bo, żeby daleko nie szukać, Gladiator rzeczywiście też był widowiskiem, a, przy okazji, także filmem poruszającym. W 300 tego ładunku emocjonalnego nie ma. Można by rzec, że w kinie otrzymujemy wszystko oprócz prawdziwego, ciężkiego klimatu, na który można było liczyć; oglądamy zapierającą dech w piersiach walkę, ale nie wiążemy się emocjonalnie ze skazanymi na porażkę Spartanami. Jeżeli są chwile, które wywołują poruszenie, to są one krótkie i, w gruncie rzeczy, płytkie. Szkoda.

Zieziór: Strasznie nudne, wyprane z jakiegokolwiek heroizmu, żałosne widowisko. Autorzy skupili się na wyrzynce i zrobili z tego arcyciekawego tematu tandetną opowiastkę o Wielkiej-Ameryce-chwilowo-zwanej-Spartą-ale-i-tak-ucieleśniającej-wszelkie-idee-państwa-cierpiącego-na-przerost-własnej-wartości-tudzież-ambicji.

Tak czy inaczej dzięki filmom takim, jak 300, docenia się potęgę kina. Wielki, panoramiczny ekran nie daje przegapić niczego, ogłuszające Dolby Surround grzmi, a widz może tylko chłonąć wrażenia. I tak powinno być. Ktokolwiek zdecyduje się oglądać 300 w domu, o komputerze nie wspominając, straci lwią część frajdy.

Tytuł: 300
Scenariusz: Michael Gordon, Kurt Johnstad, Zack Snyder
Na podstawie komiksu: Frank Miller, Lynn Varley
Reżyseria: Zack Snyder
Obsada: Gerard Butler, Lena Headey, Dominic West
Rok: 2007
Czas trwania: 117 min.
Ocena: 4