Kategorie
Gry planszowe

Enclave: Zakon Krańca Świata – recenzja gry planszowej

front_REDIMP_ZKS

Gdy w czerwcu 2012 roku zasiadłem do prototypu Zakonu Krańca Świata, gra zrobiła na mnie dość pozytywne wrażenie, o czym napisałem w zapowiedzi. Przed premierą miałem okazję zagrać jeszcze kilka razy, a za każdym razem tytuł ten podobał mi się coraz bardziej; nic dziwnego, że z niecierpliwością czekałem na to, aż Zakon w końcu wyląduje na sklepowych półkach. W międzyczasie zaznajomiłem się także z pierwowzorem książkowym – dzięki czemu tym razem mogę także odnieść się do odwzorowania klimatu prozy Kossakowskiej.

Zakon Krańca Świata upakowany jest w sporej wielkości pudle – w środku znajdziemy oczywiście instrukcje w trzech językach, solidną i dużą planszę, drewniane znaczniki, plansze graczy i ogrom kart oraz żetonów. Dodatkowo wydawca umieścił w środku kartonowe przedziałki (jeśli ktoś miał do czynienia z grami wydawnictwa Hans im Gluck, to wie o co chodzi), które pomagają utrzymać w środku porządek. Jakość wydania jest fenomenalna i niczym nie odstaje od zachodnich tytułów – nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że gra produkowana była w Niemczech. Kwestią dyskusyjną jest oprawa graficzna – mnie nie urzekła, aczkolwiek znam kilka osób, którym przypadła do gustu. Zasady gry są przedstawione w sposób dość jasny, aczkolwiek osoby mające pierwszy raz styczność z tym tytułem, mogąpo pierwszej lekturze doświadczyć pewnych wątpliwości. Część z nich rozstrzygnie na pewno dokładniejsze wczytanie się w instrukcję lub rozegranie pierwszej partii.

enc1Świat przedstawiony w grze to postapokaliptyczna rzeczywistość, w której po wywołanej przez przywódców religijnych (czyli Mistrzów Blasku) globalnej katastrofie, część ludzi została przeniesiona wraz z nimi do wyższego wymiaru, zwanego Enklawą. Pozostała ludzkość, której udało się przeżyć na ziemi, korzysta teraz z pomocy pozyskiwaczy – osób, które podczas snu potrafią przeniknąć do Enklawy i wykraść stamtąd przydatne przedmioty (pryzy). Właśnie w nich wcielają się gracze, którzy w trakcie rozgrywki będą przygotowywać i przeprowadzać niebezpieczne abordaże do wymiaru Mistrzów Blasku. Ich celem jest zdobycie jak największej ilości punktów wiedzy, które następnie w lokacji Ku Drzewu można zamieniać na punkty zwycięstwa.

W trakcie partii rozegranych zostanie sześć rund. Każda z nich rozpoczyna się od fazy inicjatywy, w której – poczynając od pierwszego gracza – każdy umieszcza swój znacznik kolejności rozgrywania lokacji na wybranym przez siebie wolnym miejscu. Następnie rozgrywana jest faza planowania – gdzie wszyscy wybiorą, do których lokacji zdecydują się wysłać swoich pozyskiwaczy. Możliwości jest kilka – można udać się do Pasterza, by wykonać dobrze płatny abordaż, odwiedzić wyrocznię, by poznać swoją przyszłość (czyli podejrzeć trzy karty z wybranych stosów) i ustalić kolejność na następną rundę, zakupić przedmioty leczące, chroniące przed pułapkami lub ulepszenia na Placu Noży i w Kantorku u Glizdy, wykonać abordaż do Enklawy, aby zdobyć cenne pryzy i wiedzę, czy wreszcie udać się w podróż ku Drzewu, trafiając na przypisany danej rundzie poziom, by posiadaną wiedzę zamienić na punkty zwycięstwa i skorzystać ze specjalnych zdolności, dostępnych tylko tam. Gdy wszyscy rozłożą swoje drewniane pionki akcji, można rozpocząć właściwą część rundy, w której zgodnie z ustaloną wcześniej kolejnością rozpatruje się obszary. Na końcu każdego cyklu następuje rotacja kart przedmiotów oraz misji w Enklawie, a znacznik rundy trafia na kolejną z pięciu kart na obszarze Drzewa. Po piątej rundzie rozgrywa się jeszcze jedną, dodatkową, w której dostępne są wszystkie poziomy Drzewa.

enc2Krzyśka Wolickiego trzeba pochwalić przede wszystkim za połączenie bardzo udanej mechaniki typowej dla eurogier z klimatem powieści Kossakowskiej. Osoby zaznajomione z tłem fabularnym znajdą w grze masę odniesień do oryginału, szczególnie jeśli chodzi o świetnie przemyślane karty Drzewa. Oczywiście nie oznacza to, że ten, kto nie czytał książek, nie będzie się dobrze bawił – po prostu część zastosowanych rozwiązań może nie okazać się do końca jasna na pierwszy rzut oka. Miłym akcentem jest także zawarcie w instrukcji podstawowych informacji na temat przedstawionego świata, które być może skłonią kogoś do zgłębienia tematu. Kolejnym plusem jest z pewnością mnogość możliwości taktycznych – zależnie od chęci, można próbować bardziej ryzykownych abordaży lub mozolnie przygotowywać się przed każdym skokiem – obie te drogi mają swoje wady i zalety, a ideałem jest chyba znalezienie złotego środka. Spore pole do popisu daje także faza inicjatywy z wyborem kolejności rozgrywania lokacji – przykładowo jeśli w danej chwili jesteśmy świetnie przygotowani do abordażu, możemy celowo ustalić tę lokację jako pierwszą, by pozostali gracze nie byli w stanie odpowiednio się wyposażyć. Ciekawą opcją jest też alternatywny warunek zwycięstwa po zebraniu czterech znaczników Drzewa – jest to dość karkołomne do wykonania i nie zawsze się powiedzie, ale nie jest niemożliwe. Dzięki temu nawet gracz, który został w tyle w wyścigu na torze punktów zwycięstwa, wciąż ma szansę by przechytrzyć rywali.

Mnogość kart przedmiotów, pryzów, ulepszeń czy wreszcie kilka wariantów kart drzewa zapewnia także całkiem przyzwoitą regrywalność. Każda partia jest inna od pozostałych, dzięki czemu nie ma wrażenia zmagania się po raz kolejny z tymi samymi problemami. Szkoda tylko, że pułapki czyhające na pozyskiwaczy w Enklawie nie są ciut bardziej zróżnicowane, z drugiej jednak strony zabieg ten niweluje nieco losowość i ułatwia odpowiednie przygotowanie się do abordażu.

enc3Nie da się ukryć, że Zakon Krańca Świata to pozycja stosunkowo złożona i wymagająca wprowadzenia mózgu na nieco wyższe obroty. Aby poznać wszystkie rządzące grą zależności, zdecydowanie trzeba zagrać co najmniej kilka razy – nie jest to niestety jeden z tych tytułów, w których zakochujemy się od pierwszego wejrzenia. Poświęcony czas zwraca się jednak w formie naprawdę solidnej rozrywki, gdyż każda kolejna wizyta w wymiarze Mistrzów Blasku odsłania nowe smaczki.

enc4Enclave: Zakon Krańca Świata to jeden z tych nielicznych tytułów, które w naprawdę udany sposób łączą mechanikę z klimatem, dzięki czemu nawet osoby nieprzepadające na co dzień za eurogrami mogą czerpać przyjemność z rozgrywki. Zatwardziali miłośnicy niemieckich produkcji z pewnością docenią zaś tzw. krótką kołderkę i mnogość wyborów w trakcie partii. Zdecydowanie zachęcam do zapoznania się z tą pozycją, bo naprawdę brakuje na rynku udanych polskich eurogier, którymi możemy się pochwalić na zachodzie – a Enklawa jest po prostu jednym z najlepszych towarów eksportowych.

Plusy:

  • świetne odwzorowanie klimatu książek…
  • …których znajomość nie jest wymagana do czerpania przyjemności z gry,
  • spore możliwości taktyczne,
  • niezła regrywalność,
  • świetny balans,
  • wysoka jakość wydania.

Minusy:

  • aby ją docenić trzeba zagrać kilka razy,
  • dyskusyjna oprawa graficzna.
Tytuł: Enclave: Zakon Krańca Świata
Autor: Krzysztof Wolicki
Wydawca: STGames
Rok: 2013
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: 120 minut
Ocena: 5
Kategorie
Gry planszowe

Zakon Krańca Świata – zapowiedź gry planszowej

front_REDIMP_ZKSNa Pionku miałem okazję zagrać w prototyp zapowiedzianej przez wydawnictwo RedImp gry Zakon Krańca Świata. Gra powstaje na podstawie powieści Mai Lidii Kossakowskiej, niestety z książką nie dane było mi się jeszcze zaznajomić, toteż ciekawy byłem między innymi czy planszówka przyciągnie kogoś, kto nie jest zorientowany w settingu.

Po wytłumaczeniu zasad rozpoczęliśmy rozgrywkę. Gra składać się ma z sześciu tur, w których każdy z graczy będzie wykonywał po cztery z sześciu dostępnych akcji. Trzeba przyznać, że możliwości jest sporo: możemy m.in. kupować nowe przedmioty dla naszego bohatera lub jego maszyny do międzywymiarowych skoków, wykonywać misje, podglądać karty z poszczególnych talii (których w grze jest pięć), czy po prostu zdobywać pieniądze. Na początku każdej z tur gracz posiadający najwięcej inicjatywy (losowanej przed, a następnie ustalanej przy użyciu akcji wyroczni) decyduje w jakiej kolejności będą rozgrywane lokacje na planszy. Następnie uczestnicy rozstawiają się na dostępnych polach w lokacjach, wybierając cztery razy po jednej z kart akcji. Mechanizm jest o tyle ciekawy, że na bieżąco możemy kontrolować to, co zagrano wcześniej i odpowiednio dostosować kolejną akcję. Po tym następuje faza rozpatrywania akcji, w której kolejno będziemy rozgrywać lokacje.

zks1Źródłem punktów zwycięstwa są znaczniki wiedzy, które zdobywamy głównie przy okazji wykonywania misji. Aby wymienić znaczniki na punkty trzeba wykonać dodatkową akcję Ku Drzewu, za którą zazwyczaj dostaniemy dodatkowe bonusy, często związane z naszą pozycją w kolejce. Oprócz tego za udane zadania otrzymujemy pryzy, nagrody, pozwalające na uzyskanie różnych dodatkowych efektów w grze. Same misje jednak nie są wcale proste w realizacji – przy każdej dociągamy karty pułapek, które osłabiają naszą siłę fizyczną i umysłową, a niektóre z zadań per se powodują jakieś utrudnienia.

W Zakonie Krańca Świata występują elementy losowości – przede wszystkim w dociągu pułapek czy pryzów. Również wybierając misję w ciemno możemy napotkać na zadania od bardzo łatwych do niemożliwych w realizacji. Trudność misji można kontrolować wykorzystując wyrocznię, ale to samo mogą robić inni gracze, krzyżując nam szyki. Interakcji w grze jest niewiele, ale wystarczająco, by nie mieć wrażenia grania każdy sobie.

zks2Trudno oceniać grę po jednej partii, trzeba jednak przyznać, że Zakon Krańca Świata może być jedną z ciekawszych polskich pozycji tego roku. Do terminu wydania gry zostało jeszcze trochę czasu, który zostanie poświęcony na testy, więc możemy spodziewać się kilku drobnych poprawek w kwestii balansu. Sama mechanika sprawia jednak wrażenie dobrze przemyślanej: zasady są proste, aczkolwiek zawierają kilka niuansów. Nie powinny one mieć jednak wpływu na próg wejścia, zwłaszcza że jak zapowiada wydawca „ ma świadomość, iż po tytuł mogą sięgnąć osoby, które znają książkę, a do tej pory nie miały kontaktu z nowoczesnymi planszówkami”. Czas rozgrywki utrzymuje się na bardzo przystępnym poziomie – sądzę, że maksymalnie półtorej godziny.

W kwestii oddania klimatu powieści nie będę się wypowiadać, aczkolwiek widać, że sposób zdobywania punktów zwycięstwa jest spójny z powieścią, w której drzewo pełni bardzo ważną rolę. Dlatego w oczekiwaniu na ostatnie szlify i premierę, planuję przyjrzeć się także książkowemu oryginałowi. Na koniec krótki wywiad z Krzysztofem Wolickim z wydawnictwa RedImp.


Gra planszowa Zakon Krańca Świata to wydawniczy debiut REDIMPa. Dlaczego zdecydowaliście się akurat na ten tytuł?

Pomysł zrobienia gry na podstawie powieści Zakon Krańca Świata Mai Lidii Kossakowskiej przyszedł jakoś tak naturalnie podczas czytania tejże lektury, a w dużej mierze ma to też związek z tym, iż w tym samym czasie tworzyłem mechanikę do innej gry.

I tak, podczas czytania ociekającej postapokaliptycznym klimatem powieści, kolejne strony dokładały elementy układanki tworzącej dzisiejszą mechanikę prototypu gry.

Jak mnie pamięć nie myli, to sama idea gry narodziła się dwa lata temu, lecz dopiero w tym roku zdecydowałem się wdrożyć pomysły w życie i starać się o licencję. Być może te dwa lata, jakie minęły od pomysłu do pierwszego prototypu, były sprawdzeniem czy wystarczająco wierzę w jego sens.

Nie było w planach pozyskania licencji na przykład na Wiedźmina? Dzięki grze komputerowej jest znany na zachodzie, zresztą na rodzimym poletku także sprawdziłby się świetnie. Nie da się ukryć, że zasługuje także na godną planszówkę… może w przyszłości?

Zgodzę się z tobą, iż uniwersum wykreowane przez Andrzeja Sapkowskiego zasługuje na znakomitą planszówkę i z chęcią podjęlibyśmy się wyzwania stworzenia takiej, lecz mamy już na rynku grę karcianą na podstawie Wiedźmina, która patrząc na serwisy branżowe, ma średnie oceny, a to nasuwa nam prosty wniosek – im bardziej znana powieść, tym większe wymagania odbiorców. Co do przyszłości i naszych planów to zobaczymy jak nam wyjdzie z pierwszą grą i jak przyjmą ją gracze.

Jak zamierzacie wprowadzić w świat gry osoby, które nie znają prozy Kossakowskiej? Czy oprócz krótkiego streszczenie historii, możemy liczyć na jakieś bonusowe opowiadanie?

Znajomość świata powieści nie jest wymagana, aby dobrze bawić się podczas grania, lecz przyjemność z gry jak i poczucie post apokaliptycznego klimatu będzie większe po zapoznaniu się przez graczy z podstawą świata powieści Mai Kossakowskiej, dlatego też planujemy na początku instrukcji umieścić wierny opis uniwersum jak i samego zawodu pozyskiwacza. Jeśli chodzi o temat bonusowego opowiadania to rozważamy taki pomysł, lecz jest on ściśle uzależniony od Mai Kossakowskiej.

W kilku słowach – dlaczego Zakon Krańca Świata będzie warty zakupu? Jakie ciekawe elementy będzie zawierać mechanika gry?

W zasadzie pierwsze, co wyrywa mi się z ust to klimat i ciekawa interakcja między graczami, lecz trudno mi obiektywnie oceniać własne pomysły, zwłaszcza że elementów w mechanice gry jest sporo. To, co mi może wydawać się w grze ciekawe, dla kogoś może być mało interesujące, wiec z oceną jestem ostrożny i poczekam na opinie niezależnych testerów oraz samych graczy.

Czy REDIMP pojawi się z grą na tegorocznych targach w Essen?

To jest takie nasze małe marzenie, lecz jest za wcześniej, aby o tym mówić. Chcemy uniknąć pośpiechu przy tworzeniu gry i skupić się na tym, aby gra sprawdziła się na własnym podwórku, a potem możemy myśleć o reklamie za granicą naszego kraju. W każdym razie staramy się elementy składowe gry oprzeć na symbolach, tak aby ilość tekstów do tłumaczenia była jak najmniejsza.

W Waszych planach wydawniczych znajduje się także gra Zbójnicy; czego możemy się po niej spodziewać?

Istotnie w planach mamy taką grę. Gra powstaje wspólnymi siłami dwóch małych wydawnictw i będzie ona przedstawiać część dziedzictwa kulturowego regionu Żywiecczyzny. Prototyp gry, który testujemy, zawiera plansze z lokacjami, w których bohaterscy harnasie mogą łupić bogatych i rozdawać biednym. Termin wydania gry na pewno ulegnie przesunięciu ze względu na inne projekty pochłaniające nasz całe zasoby.

Kategorie
Konwenty

Toruń rośnie w siłę – relacja z festiwalu Copernicon 2011

copernicon2011

W dniach 14-16 października Toruń po raz kolejny został nawiedzony przez rzesze fanów fantastyki oraz wszelkiej maści gier. Przybyli oni na kolejną edycję Festiwalu Gier i Fantastyki Copernicon (który kontynuuje bogatą, toruńską tradycję imprez tego typu – takich jak Zahcon czy Toruńskie Dni Fantastyki). Czy Copernicon jest godnym reprezentantem tego, co wszyscy kochamy, swoistej kultury fantastycznej oraz kultury grania czy to w gry planszowe, karciane, RPG, czy też komputerowe lub konsolowe? Bo działo się wiele…

Tegoroczny Copernicon był kontynuacją imprezy ubiegłorocznej, która zebrała całkiem niezłe opinie w fandomie, choć muszę przyznać, że osobiście nie do końca byłem z niej zadowolony. Sporo drobnych mankamentów nieco zaciemniało mi obraz całości, pomimo tego, że nadal ubiegłoroczny konwent należało uznać za co najmniej dobry. Na tegoroczną edycję szedłem bez większych oczekiwań, na domiar złego 14 października, w pierwszy dzień imprezy złapało mnie przeziębienie. Na imprezę szedłem z ponurym nastrojem, obawiałem się czy aby nie jest on zwiastunem tego, jak się będę bawił. Na szczęście było dokładnie odwrotnie, ale nie wyprzedzajmy faktów.

cop2Copernicon 2011 odbywał się w nowej lokacji (II LO przy ulicy Kosynierów Kościuszkowskich 6), umiejscowionej na Rubinkowie, toruńskiej dzielnicy-sypialni, poprzecinanej blokami jak ser szwajcarski dziurami. Dzielnica ta, choć na pewno nie należy do najbezpieczniejszych, nie stanowiła żadnego problemu dla odwiedzających festiwal. Było spokojnie. Chociaż daleko od miasta, za sprawą stosunkowo dobrych połączeń komunikacji miejskiej, również nie był to znaczny problem. Zdecydowanie na plus należy także uznać zaplecze żywieniowe w pobliżu konwentu. Obok czynna była Biedronka, kilkaset metrów dzieliło szkołę festiwalową od hipermarketu Carrefour i czynnej całą dobę stacji benzynowej. Ponadto sama szkoła była przestronna, odpowiednio duża, a zarazem sensownie rozplanowano w niej poszczególne atrakcje. Absolutnie nic się nie dało jej zarzucić. No, może do ideału zabrakło tylko wydłużenia godzin otwarcia sklepiku szkolnego. (Szczególnie mam tu na myśli niedzielę, kiedy ten był całkowicie zamknięty). Niby Biedronka była blisko, jednak jedzenie na samym terenie imprezy to zawsze wygoda oraz zaoszczędzenie czasu, który na konwentach jest tak potrzebny na…

cop3Atrakcje. Organizatorzy imprezy od początku chwalili się dużą liczbą godzin programu. Nie zawsze ilość oznacza jakość, jednak w tym wypadku było naprawdę dobrze. Programu była cała masa i nawet największy maruda czy krytykant mógł znaleźć sporo interesujących go punktów. Naliczyłem niemal 30 sal programowych, między innymi: konkursową, literacką, gier RPG, Games Room, fanowską, naukową, World of Darkness, Video Room, LARP i inne. Gdy nie chciało się grać w RPG, szło się do Video Roomu pograć w Guitar Hero; chciałeś rozszerzyć horyzonty, bach!, i już byłeś na ciekawych prelekcjach naukowych. Nie sposób było się nudzić. Nie zaobserwowałem też zbyt wielu punktów, które by się nie odbyły, z drobnym wyjątkiem piątkowym, kiedy to anonsowano mi tego typu problem (przy okazji kilku LARP-ów). Osobiście najbardziej zainteresowany byłem salą planszówkową, którą oceniam bardzo wysoko, spory wybór gier, miła obsługa, naprawdę duża i dobrze zagospodarowana przestrzeń.

Drugim polem moich zainteresowań jest literatura, więc grzechem byłoby odpuścić, jeden z największych hitów tegorocznej imprezy – spotkanie z samym mistrzem, Andrzejem Sapkowskim, które było bardzo dobrze zorganizowane i inspirujące. Organizatorom należą się wielkie brawa za to, iż starają się wybić swoją imprezę nad tabuny dziesiątek polskich imprez, które powielają w kółko nazwiska tych samych, często nieciekawych autorów. W kuluarach słyszałem plotkę o chęci zaproszenia naprawdę wielkiego zagranicznego pisarza w przyszłym roku. Trzymam kciuki, oby to się udało!

cop4Setki godzin programu oraz wszelkie niezbędne informacje na temat imprezy rozpisano – tradycyjnie – w informatorze, który był schludny i bardzo dobrze rozplanowany. Co więcej, naprawiono ogromny błąd z zeszłego roku – dodano bardzo pomocną rozpiskę godzinową poszczególnych atrakcji (popularnie zwaną tabelką programową) podobną do tej znanej z konwentu Pyrkon. W ogóle tegoroczny Copernicon sporo czerpał z doświadczenia organizatorów największego polskiego konwentu i ta współpraca wyszła imprezie na dobre.

W tym roku Copernicon mógł się także poszczycić sporą ilością stoisk, był takimi mini-targami. Nienajgorszy wybór gier, stoisko z literaturą, coś dla fanów mangi i anime, biżuterii i miłośników RPG. Dodatkowo – co już staje się tradycją imprezy – premiery, nowinki, coś na co czeka każdy fan. Tym razem były to, między innymi, premiera gry planszowej Drako autorstwa Adama Kałuży, a także wydanie przedpremierowe książki Grillbar Galaktyka Mai Lidii Kossakowskiej. Tego typu akcje powinny stać się czymś powszednim na konwentach, które są przecież pewnego typu targami.

cop5W kwestiach sanitarnych znajomi zgłaszali mi problemy z dostępnością papieru toaletowego w toaletach, jednak jest to przypadłość wielu imprez o takiej liczbie uczestników (tegoroczną imprezę odwiedziło ponad 700 osób, a więc nieco mniej niż zakładali organizatorzy, ale więcej niż na edycji w roku 2010). Noclegownia (sala gimnastyczna) była naprawdę duża, toteż nie było problemu z miejscem do spania, a szczęśliwcy, którzy przybyli na konwent odpowiednio wcześnie, mogli sobie zarezerwować duże, wygodne materace. Coperniconu i w tym roku nie ominął problem z ogrzewaniem sali sypialnej, jednak podobnie jak i rok temu był to tylko mankament nocy piątkowo-sobotniej. Tego typu drobne niedogodności nie przysłoniły jednak znakomitego odbioru całości.

Podsumowując, tegoroczny Copernicon był konwentem bardzo udanym. Pomimo przeziębienia, bawiłem się na nim znakomicie (chyba nawet lepiej niż na tegorocznej Avangardzie i Pyrkonie). Znakomity i obszerny program, dobra lokalizacja, mili uczestnicy i ambitni organizatorzy, w których widać wolę rozwijania imprezy, co jest bardzo ważne w odniesieniu do historycznego wydarzenia jakie czeka nas już za dwa lata – pierwszego Polconu w Toruniu. Perspektywy na tę imprezę są bardzo dobre. Tak jak i tegoroczny Copernicon.

Ocena: 5.

Kategorie
Konwenty

Pyrkon 2011 – relacja

pyrkon2011Zanim zacznę wytykać organizatorom tegorocznego Pyrkonu co mi w nim nie pasowało, małe zastrzeżenie: ci z Was, którzy oczekują rzetelnej relacji redaktora, co to na niejednym konwencie zęby połamał, mogą w tym miejscu przestać czytać. Dla Was będzie relacja borga. Dla mnie Pyrkon 2011 jest pierwszym konwentem na jaki się udałem i tekst adresuję do podobnych sobie świeżaków. Zarówno nowych jak i tych bardziej doświadczonych, którzy chcą się jednak przekonać jak to wygląda z tej drugiej strony taśmy chronologicznej, zapraszam do lektury.

Dzień 1

Pierwszy kontakt z konwentem zaliczyłem już około godziny 12:00. Wiecie, chciałem być sprytniejszy od reszty redakcji – odbieram wejściówkę, znikam na cztery godziny, o 16:00 zaś wracam i bezproblemowo wchodzę do pawilonów, podczas gdy oni sterczą w gigantycznej kolejce, nie mogąc dopchać się po akredytację (niby wejściówki dla mediów miały być wydawane osobno, ale miałem jakoś wobec tego niemiłe podejrzenia). No, cóż – nie udało się. Hol, w którym można było odbierać wejściówki, zapełniał się już co prawda powoli uczestnikami, możliwość odbioru akredytacji była jednak wciąż jedynie odległym marzeniem. Oczami wyobraźni widząc już tworzące się przez następne godziny długaśne wężyki ludzi, pełen jak najgorszych przeczuć oddaliłem się do miasta załatwiać własne sprawy.

Powrót na teren MTP o godzinie 15:00 był dla mnie miłym zaskoczeniem (swoją drogą: chyba jedynym tego dnia, ale o tym za chwilę) – w holu było zaledwie kilka osób, nowo-przybywający byli zaś sprawnie obsługiwani i bezproblemowo przechodzili na właściwy teren konwentu. Pomimo moich złych przeczuć, patroni medialni oraz twórcy programu rzeczywiście odbierali swoje wejściówki w innych niż szara masa punktach, choć jak mówiłem: problemów z akredytacją (przynajmniej na tyle, na ile ja byłem tego świadkiem) nie miał nikt.

Następne godziny były jednak dla mnie już pewnym rozczarowaniem: pierwsza prelekcja na jaką się wybrałem, opóźniła się o, bagatela, pół godziny, na sali zaś obecne były cztery osoby. Razem z prowadzącą. Niby to dopiero początek i drobne problemy organizacyjne są jak najbardziej zrozumiałe, ale nowych, takich jak ja, mogło to skutecznie odstraszyć.

1_pyr2Po przebiegającej z niejakimi problemami prelekcji, udałem się na spotkanie z przedstawicielami Kuźni Gier. Tutaj było już nieco lepiej, choć trzeba przyznać, że kolejną godzinę przesiedziałem bardziej z dziennikarskiego obowiązku, niźli przyjemności. Dlaczego ja, a nie nasz planszówkowy spec JAskier, nie pytajcie. W czasie spotkania KG zapowiedziała kilka nowych dodatków, w tym 3 nowe do Wolsunga: swojską Slavię, posiadający jak najbardziej dorosły klimat Noir (jak to określili twórcy: sex, drugs and Beethoven) oraz Wotanię. Z nowych, ważnych produkcji odnotowałem jedynie planszówkę Alcatraz, w której wcielać się będziemy w przestępców starających się uciec z tytułowego więzienia. Produkcja ma być mózgożerna, przeznaczona dla graczy zaawansowanych, nie dane mi było jednak się o tym przekonać – KG nie zaprezentowała jeszcze wyglądu gry. Choć sam szczególnie dobrze się nie bawiłem, to widziałem że reszta gości była jak najbardziej ze spotkana zadowolona – zaliczam je więc na plus.

Po zakończeniu spotkania, nieco znudzony, zacząłem się włóczyć po terenie konwentu, w celu sprawdzenia cóż też ciekawego mają do zaoferowania konwentowi sprzedawcy obwoźni. Zaskoczenia nie było – ceny całkiem wysokie, nierzadko nieadekwatne do rzeczywistej wartości towarów, zaś co najmniej jeden ze sklepów, pomimo zapowiadanych promocji, nie tylko cen wielu książek nie obniżył, ale nawet podniósł w stosunku do tego co oferuje na co dzień. Zwiedzając konwentowe pawilony natknąłem się na borga oraz JAskra – oni też nieszczególnie dobrze się bawili, choć o tym będziecie mogli przeczytać w relacjach. Po krótkiej naradzie wojennej ustaliliśmy dalszy plan działania: sklep – Games Room – prelekcja borga oraz jego dzielnego towarzysza (co by nie było im smutno, że zostali zmuszeni do spędzenia godziny w opustoszałej sali – widzisz borgu jak się o Ciebie troszczymy?). Games Room okazał się nieźle przygotowany i następna godzina upłynęła nam całkiem przyjemnie na morderczej rozgrywce w Pędzące żółwie.

1_pyr3Niejakim zaskoczeniem była borgowa prelekcja – pomimo moich i JAskra nieustannych docinków na temat pustej sali, osób przyszło tyle, że zabrakło miejsc i spore grono słuchaczy zmuszone było siedzieć na podłodze. Widać godziny wieczorne były optymalnymi na prowadzenie wykładów: wszystkie w zasadzie sale były zapełnione po brzegi i to nie zawsze osobami, które do końca wiedziały co tam robią (co najlepiej obrazuje pytanie, jakie jeden ze słuchaczy rzucił na początku borgowi: Przepraszam, ale jaki właściwie jest temat tej prelekcji?). Skromnym zdaniem autora, pierwszego dnia prelekcje powinny zacząć się właśnie wieczorem, gdy wszyscy dojadą na miejsce, na wcześniejsze zaś godziny organizatorzy powinni przygotować więcej interaktywnych atrakcji. Wprawdzie już od otwarcia działał Games Room, o 16:00 zaczynały się też LARP-y, ale konwent wcale by nie ucierpiał na wyrzuceniu pierwszych kilku godzin prelekcji (z całym szacunkiem dla ich prowadzących – spisali się na medal) i przygotowaniu większej liczby atrakcji.

Pierwszy dzień zakończył się tak, jak się zaczął – niespecjalnie podekscytowany już we wczesnych godzinach wieczornych oddaliłem się w kierunku swego mieszkania. Cóż, to niby dopiero początek, ale naprawdę nie wiem, czy gdybym nie miał trzydniowej darmowej wejściówki, to czy zdecydowałbym się na kolejną wizytę w sobotę…

Dzień 2

Pierwsze skojarzenie po wejściu na teren MTP w sobotę? O, ktoś jednak na Pyrkon przyjechał! O ile w piątek (nawet wieczorem) ludzi było nadspodziewanie mało, o tyle drugiego dnia było już zdecydowanie lepiej: pawilony nareszcie przestały świecić pustkami. Widać wiele grup również się tego spodziewało, gdyż swoją pracę rozpoczęło właśnie w sobotę. Wchodząc do hali pawilonu 8 natknąć się można było na pokazy pojedynków na szable (z warsztatami dla uczestników oczywiście), grupkę dziewczyn prezentującą nieznany mi rodzaj tańca (a przynajmniej było tak w założeniach; kwestią otwartą pozostaje to czy bardziej promowały ów taniec, czy też siebie), wreszcie wpaść trzeba było na ustawiony w strategicznym punkcie pięcioosobowy oddział elitarnego Legionu 501 (który wreszcie nauczył się tolerancji dla mieszkańców Imperium i bez skrępowania gawędził z Jawą oraz Jedi).

Porzuciwszy wieczór wcześniej borga i JAskra, tego dnia postanowiłem pokręcić się po terenie konwentu samotnie i sprawdzić jak to wszystko wygląda z punktu widzenia kogoś, kto z konwentami obeznany nie jest. A prezentowało się, muszę przyznać, przyzwoicie: w okupowanym do późnych godzin wieczornych Games Roomie bez problemu można było znaleźć rozjaśniaczy zasad, z których pomocy zmuszeni byli korzystać nawet starzy planszówkowi wyjadacze; w pobliżu Pokoju Gier można się było natknąć na bardzo dobre kursy Magica dla początkujących, uprawniające do udziału w darmowym turnieju dla noobów w niedzielę (z których to kursów niżej podpisany skwapliwie skorzystał), a w salach prelekcyjnych kontynuowano rozpoczęte w piątek wieczorem uświadamianie z czym w ogóle fantastykę i konwenty się je. Oczywiście, atrakcji dla początkujących było więcej, ale w końcu nie one były tego dnia najważniejsze, prawda?

1_pyr4Bo przecież drugi dzień konwentu, to obowiązkowe spotkania z autorami! Zaproszonych gości były blisko cztery dziesiątki, dla mnie liczyło się jednak przede wszystkim dwoje: Maja Lidia Kossakowska oraz Jarosław Grzędowicz.

Czegóż można było się od nich dowiedzieć? Kossakowska zdradziła, że na ukończeniu znajduje się wreszcie jej humorystyczna space opera, która przy dobrych wiatrach trafi na sklepowe półki jesienią. W planach autorki znajdują się ponadto: utrzymany w klimatach Upiora Południa, jak najbardziej poważny horror Niewidzialny tygrys oraz coś, co enigmatycznie opisała jako sushi-punk w klimatach filmów Takeshi Kitano. W tym miejscu mam również dobrą wiadomość dla fanów cyklu anielskiego: Kossakowska planuje w najbliższym czasie (3-4 lata…) wydać nową historię ze znanymi nam aniołami w rolach głównych, której akcja toczyć będzie się w Strefach Poza Czasem. O czym dokładnie będzie historia, autorka milczała, a wszelkie pytania pokroju: A czy Daimon będzie miał wreszcie kobietę?, zbijała stwierdzeniami: To jego prywatna sprawa. Jego zapytajcie.

Spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem było znacznie uboższe w konkrety: jedynym w zasadzie pewnikiem jaki się pojawił, było zapowiedzenie premiery czwartego, ostatniego już tomu Pana Lodowego Ogrodu na jesień (Jeśli wszystko pójdzie dobrze). Brak zapowiedzi jakichkolwiek nowych książek, brak konkretów na temat pisanej, dużo za to humoru oraz wyjaśnień czym jest writer’s block oraz jaki wpływ na rozwój tegoż ma w przypadku autora niejaki Andrzej Pilipiuk…

Ogólna ocena dnia drugiego jest zdecydowanie wyższa niż piątku: bawiłem się dobrze (choć rewelacji nie było) i nie opuszczałem tego dnia pawilonów MTP z myślą, że jestem zmuszony pojawić się w nich nazajutrz. A w niedzielę…

Dzień 3

Plany na ten dzień były jasno sprecyzowane: trzeba coś konkretnego zabrać do domu. Jako że ceny sklepików skutecznie trzymały mnie od siebie na dystans, wyjście było jedno: należało wygrać jakiś konkurs i przy okazji ocenić ich poziom. Po szybkim przejrzeniu rozkładu jazdy, okazało się że mam szansę tylko w 2 punktach programu: albo olśnię wszystkich swoją znajomością Smoczych Kul, albo przyzwoicie zaprezentuję się na turnieju Magica. Oba konkursy – punkt 10:00. Coś trzeba wybrać. Ale to dopiero po dotarciu do MTP.

Jako, że zwykle dobre plany biorą w łeb, tak i tego nie udało się zrealizować – dlaczego nikt mi nie przypomniał o zmianie czasu?! Zadyszany zdołałem wpaść na zapisy w kilka minut po ich zamknięciu. Cóż zrobić – trzeba pozostać widzem. Na tyle, na ile zdołałem się zorientować, wszystkie konkursy cieszyły się zainteresowaniem co najmniej dużym, wymagały również od uczestników nielichej wiedzy i umiejętności (ilu z Was przypomniałoby sobie na zawołanie liczbę jednostek xeno potrzebnych do transformacji Saiyanina w Ozaru? Nikt? To dobrze, oni też nie wiedzieli; tak, tak – pytanie wymyśliłem im sam), ale przede wszystkim dostarczyły uczestnikom i obserwatorom masę zabawy.

Uwagi ogólne

I na zakończenie garść uwag własnych oraz zebranych wśród uczestników Pyrkonu. Przede wszystkim: logistyka. Trzeba niestety przyznać rację wielu konwentowiczom, że rozplanowanie sal było nierzadko po prostu beznadziejne i wyglądało, jakby próbowano w sposób losowy przypisać im poszczególne punkty programu. Najlepszym przykładem jest, odbywająca się w olbrzymiej auli, niedzielna prelekcja na temat serbskiej fantasy, na którą przyjść miało mniej niż 10 osób, podczas gdy prelekcje w innych salach się opóźniały, gdyż próbowano je pośpiesznie dostosowywać do większej niż planowana liczby uczestników. Przykład z niedzieli, choć niestety byłem świadkiem tego przez cały weekend.

1_pyr5Kwestia druga: obsługa uczestników w punktach akredytacyjnych. Chwaliłem ją już przy okazji opisywania pierwszego dnia, tutaj dorzucę więc tylko sytuację której byłem świadkiem, gdy w sobotę około 22:30 opuszczałem budynek MTP: ku mojemu zaskoczeniu wciąż czynne były dwa okienka akredytacyjne. Do jednego z nich podszedł mężczyzna, który poprosił o kolejny identyfikator, gdyż (jak domyśliłem się z kontekstu podsłuchanej rozmowy) po raz kolejny już tego dnia go zgubił. I go dostał! Bez żadnych problemów! Jestem naprawdę pełen podziwu dla obsługi, gdyż ja zapewne wyszedłbym przy takim człowieku z siebie.

Wspomnieć wreszcie należy o znienawidzonych przez wielu opaskach na ręce. Same w sobie nie są one w sumie najgorszym pomysłem, powszechnie stosuje się je na różnej maści imprezach, ale nadgorliwość niektórych ochraniarzy potrafiła mnie momentami naprawdę doprowadzić do pasji. Rekord należał do chłopaka, który w ciągu nieco ponad pół godziny sprawdzał mnie pięć razy. Moja to wina, że na piersi wisiała mi dumnie plakietka z napisem MEDIA, zobowiązująca mnie do biegania pomiędzy dwoma budynkami i najważniejszymi punktami programu?… Na plus zaliczam jednak fakt, że ochrona miała najwyraźniej dłuższe doświadczenie w tego typu imprezach i pomagała nawet w przechodzeniu przez bramki, jeśli przeskanowanie kodu z identyfikatora nie działało.

Ogólne wrażenie z Pyrkonu 2011 jest dobre. JAskier i borg będą pewnie w swojej relacji smęcić, jak to słabo nie wypadł tegoroczny konwent w porównaniu do innych, dla nowego jednak liczy się przede wszystkim to, czy ma czego na tego typu imprezach szukać. Konwent mnie nie odstraszył i na pewno na Pyrkonie 2012 również się pojawię, podobnie jak na kilku innych konwentach. I z tego punktu widzenia oceniam całość na solidną, szkolną czwórkę.

Kategorie
Literatura

Zbieracz Burz, tom 2 – recenzja

zb-burz

Na twarz padnijcie przed Aniołem Zagłady, wy, którzyście zwątpili w sens jego misji! Albowiem zaprawdę powiadam wam – autorka po raz kolejny na wysokości zadania stanęła, lecz dostrzec tego nie chcieliście!

Gdy przed siedmioma miesiącami recenzowałem pierwszy tom Zbieracza Burz, kontynuację świetnego cyklu anielskiego Mai Lidii Kossakowskiej, miałem pod jego adresem szereg zastrzeżeń – mało skomplikowana fabuła, postawienie na czystą akcję, spłycenie profili psychologicznych głównych bohaterów… W proroczej, jak się dziś okazuje, wizji wyraziłem jednak przekonanie, że wraz z premierą kolejnego tomu, również pierwsza część zdoła zalśnić nieco jaśniej. I choć część elementów w tomie I nadal pozostaje słabych, to całą resztę tom II w sposób satysfakcjonujący poprawia.

O samej fabule niewiele da się napisać, gdyż nie jest ona nawet rozwinięciem wątków części pierwszej, lecz zbiorem brakujących rozdziałów. Czytając całościowo Zbieracza Burz, odnosi się bardzo niemiłe uczucie, że wydawca na siłę podzielił historię na dwa tomy, tak aby dwukrotnie sprzedać jeden produkt i nawet nie próbuje tego ukrywać… Pomijając jednak politykę wydawniczą Fabryki Słów, wspomnieć należy, iż fabuła kolejnego tomu w interesujący sposób rozwija wątki zawarte w poprzedniej części. Opowieść od początku do końca trzyma w napięciu, zgodnie z hitchcockowską zasadą iż historia powinna zaczynać się od trzęsienia ziemi (wojna wywiadów!), a napięcie później powinno już tylko rosnąć. Dowiemy się więc w końcu od kogo Daimon otrzymał swój niepojęty rozkaz, otrzymamy odpowiedź na pytanie dlaczego Michał zwariował, będziemy wreszcie świadkami walki pomiędzy Abaddonem a Apolyonem, mającej rozstrzygnąć o losie Ziemi. Lecz choć akcja jest naprawdę interesująca, a Daimon nie jest już bohaterem w stylu Johna Rambo, to nadal brakuje mi w tej historii tego nieokreślonego czegoś, co sprawi, że stanie się ona prawdziwie idealna i zmusi do wracania doń po wielokroć. Hołubiony przeze mnie w recenzji poprzedniego tomu Siewca Wiatru to coś posiadał, kompletny Zbieracz Burz tego już niestety nie ma.

Na równi z poprawieniem poziomu fabuły, cieszy również pogłębienie portretów psychologicznych postaci, dzięki czemu mamy okazję spotkać się ze starym, dobrym Daimonem Freyem, takim, jakiego pamiętamy z Siewcy Wiatru, o niebo lepiej przedstawionym niż ostatnim razem. Wiele zyskali również Lucyfer oraz Gabriel. Najsłabiej w tym zestawieniu nadal prezentuje się jednak Michał – jego zachowanie wyjaśnione zostało w sposób ciekawy, aczkolwiek nadal pozostaje on dla mnie jedną z najgorzej skonstruowanych postaci tej opowieści. Dużo lepiej od Pana Zastępów prezentują się już bohaterowie drugoplanowi, którzy stali się jeszcze bardziej naturalni i do których nie sposób się nie przywiązać.

Przed premierą Zbieracza Burz, Fabryka Słów długo chwaliła się jego oprawą, prezentując na swej stronie grafiki Daniela Grzeszkiewicza, jakie zdobią tom II. Nie mam, niestety, w chwili pisania tego tekstu dostępu do poprzednich części cyklu, mam jednak wrażenie, że ilustracji jest więcej niż dotychczas i stoją na jeszcze wyższym poziomie, wspaniale komponując się z opowiadaną przez autorkę historią. Niestety, zachwyt nad jakością wydania, psuje nieco jakość samego tekstu – rażą dość często pojawiające się literówki, tak jakby nikt nie sprawdził tekstu przed podaniem go do druku…

Powyższe zastrzeżenia to jednak drobnostki, nie wpływające na wysoką ocenę końcową. Choć psioczyłem wiele na pierwszy tom Zbieracza Burz, to przyznać muszę, iż jego druga część jest godną kontynuatorką cyklu – cieszy poprawiona fabuła, zgrabnie komponująca się z fabułą Siewcy Wiatru, cieszą również ciekawe profile psychologiczne głównych bohaterów. Nie mogę sobie wyobrazić, aby ktoś zakochany w świecie Obrońców Królestwa, Żaren Niebios oraz Siewcy Wiatru nie sięgnął po tę pozycję. Szczególnie, że może to być już ostatnia część cyklu.

Tytuł: Zbieracz Burz, tom 2
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 416
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Zbieracz Burz, tom 1 – recenzja

zbieracz-burz-tom-1Cykl anielski Mai Lidii Kossakowskiej pojawiał się na łamach Tawerny RPG kilkukrotnie, po raz ostatni przed miesiącem [W numerze 128 – dop. red.], po ponad 7 latach od ukazania się na rynku. Przez ten czas zdążył zdobyć już sobie dość dużą popularność oraz grono wiernych fanów, urzeczonych świeżym podejściem do tematu. Bohaterowie Kossakowskiej byli w swej anielskości (opcjonalnie: diabelskości) niezwykle ludzcy, posiadali swoje słabości oraz namiętności – klęli, pili na umór, prali się po gębach, zmagali się z nierównościami społecznymi. Jednocześnie potrafili kochać i przeżywać rozterki – potrafili zwątpić w sens swojej misji, a nawet zwątpić w Pana. Nie ukrywam, iż z miejsca zakochałem się w tym świecie, a książki Kossakowskiej trafiły na honorowe miejsce w mojej domowej biblioteczce. Nie sądziłem jednak, że autorka zdecyduje się wydać po tylu latach kolejną część cyklu, mający więc premierę w lutym pierwszy tom Zbieracza Burz był dla mnie niejakim zaskoczeniem.

Akcja powieści osadzona jest w tym samym miejscu i rozpoczyna się kilka tygodni po zakończeniu Siewcy Wiatru. Starcie z Antykreatorem oraz zniknięcie ukochanej Hiji odcisnęło na psychice Daimona Freya nieusuwalne znamię. Samowolnie, nie informując nikogo o swoich zamiarach, opuszcza Królestwo, w odległych Sferach Poza Czasem starając się znaleźć ukojenie w walkach gladiatorów. Podczas starcia z Lokim ponownie budzi się w nim jednak Abbadon, a głos Pana wydaje mu rozkaz tak niepojęty, iż nawet najbliżsi przyjaciele Daimona zaczynają wątpić w jego poczytalność. Czy Pan mógłby zniszczyć to, co umiłował najbardziej? Czyżby Burzyciel Światów oszalał? A może został opętany przez Cień?

Przyznać trzeba, że fabuła kolejnej części przygód niekonwencjonalnych archaniołów, choć nie jest szczególnie wybitna, jeśli tylko dać jej szansę, naprawdę potrafi wciągnąć. Akcja pędzi na łeb na szyję, przed oczami przewijając nam obrazy toczonego grzechem pychy Królestwa Niebieskiego, ogarniętej chaosem Głębi (choć to akurat nic nowego) oraz brudnej i znacznie bardziej ponurej niż w poprzednich częściach Ziemi. Zresztą cały świat ukazany w Zbieraczu Burz jest znacznie poważniejszy i mroczniejszy niż do tej pory – choć już w Siewcy Wiatru aniołowie dalecy byli od ideału (czego najlepszym przykładem jest demiurg Jaldabaot), ich występki ukazywane były z drobnym przymrużeniem oka i usprawiedliwieniem. W końcu to armia, tudzież polityka. Tym razem, gdy mamy okazję oglądać go oczami przygarbionego w uniżonym pokłonie przedstawiciela najpośledniejszych aniołów, widzimy wyraźnie jak wygląda Niebo, w którym zabrakło Boga. Zaliczam to autorce zdecydowanie na plus – choć rażą mnie ukazywane poważnie aż do przesady światy fantasy, to Siewca… wydawał mi się miejscami nieco zbyt infantylny. Tym razem, na szczęście, tego nie ma.

Gdy przed miesiącem evilmg recenzował Siewcę Wiatru, największym zarzutem jaki postawił pod jego adresem, była dość niewprawnie poprowadzona intryga polityczna, z niemal natychmiastowym odsłonięciem wszystkich kart, zepchnięta szybko na margines przez czystą akcję. Tych wszystkich, którzy uważali, że wątki polityczne były Siewcy… niepotrzebne i zaniżały jego poziom, śpieszę uspokoić – tym razem Kossakowska postawiła na czystą akcję. Niestety, nie jestem do końca przekonany, czy wyszło to powieści na dobre – z pewnością czyta się ją bardzo szybko, wartka akcja nie pozwala odejść od książki do samego końca, jednak podczas lektury czuć wyraźnie pewien niedosyt: miejscami działania bohaterów wydawały mi się nielogiczne, tak jakby Kossakowska chciała jak najszybciej uraczyć nas kolejnym pojedynkiem, nie bardzo przejmując się wyjaśnianiem motywacji bohaterów. Gdyby autorka poświęciła choćby kilkanaście stron więcej na ściślejsze powiązanie ze sobą poruszonych wątków, mógłbym przymknąć na to oko. Można by wybaczyć takie niedociągnięcia początkującemu pisarzowi, jednak nie autorce tej klasy co Maja Lidia Kossakowska. Zarówno Siewca Wiatru jak i, na tyle na ile mogę sięgnąć pamięcią, Żarna Niebios pozbawione były takiej nielogiczności. Duży krok w tył.

W parze ze spłyceniem fabuły idzie również spłycenie profili głównych bohaterów – mający uchodzić za szalonego i ogarniętego zazdrością Michał aż do ostatniego rozdziału zachowuje się raczej jak kapryśne dziecko; sztuczny jest, teoretycznie przechodzący załamanie nerwowe, Razjel; Dżibril i Lampka, choć niby nie zmienili się przez ostatnie lata, również stracili coś z dawnych siebie. Najbardziej żal jest w tym miejscu Daimona – być może Destruktor nie był dotąd najbardziej skomplikowaną postacią literatury fantasy, jednak posiadał w sobie coś, czym potrafił zjednać sobie czytelników (a przynajmniej mnie). Odrobinę niekonformistyczny, zdystansowany wobec świata, czasami ironiczny, momentami wręcz śmiertelnie poważny, targany rozterkami, naprawdę mógł się podobać. W Zbieraczu Burz niewiele już z tego pozostało. Abbadon brnie przez kolejne strony powieści po trupach, bardzo przypominając mi Sylvestra Stallone w kolejnych częściach Rambo. Jedyny moment, kiedy możemy dostrzec dawnego Daimona, to krótka (niestety – nad wyraz sztuczna) rozmowa z ukochaną Hiją.

Żeby nie było, że Zbieracz Burz jest aż tak złą książką, wskazać należy teraz kilka jego plusów. Przede wszystkim, choć żal mam do autorki, że w natłoku wszelkiej maści pojedynków gubiła momentami logikę działań postaci, to trzeba oddać jej sprawiedliwość i przyznać, iż wszystkie starcia stoją na naprawdę wysokim poziomie. Jeśli ktoś szuka licznych strzelanin i pościgów, nie znajdzie chyba wśród ostatnimi czasy wydawanej polskiej fantastyki lepszej pozycji niźli nowa książka Kossakowskiej. Po drugie – pomimo zmian jakie dotknęły bohaterów, to nadal ten sam, równie (a może nawet jeszcze bardziej) urzekający świat aniołów i demonów, zmagających się z typowo ludzkimi problemami i troskami. Po trzecie wreszcie, przy ocenie końcowej wziąć należy pod uwagę, że jest to dopiero tom pierwszy nowej powieści. Chociaż Kossakowska bazuje na dawnym pomyśle i wydarzeniach, to należy się liczyć z tym, że jest to dopiero wstęp do większej całości. Być może tom drugi będzie nie tylko lepszy od obecnie recenzowanego, ale nawet sprawi, że to co teraz razi, zaświeci nowym blaskiem.

Zbieracz Burz, choć nie jest pozycją wybitną, jest z pewnością godzien polecenia wszystkim tym, którzy szukają w literaturze fantastycznej przede wszystkim akcji, na plan dalszy spychając rozterki bohaterów. Ci, którzy zakochali się w świecie Obrońców Królestwa, Żaren Niebios oraz Siewcy Wiatru, mogą czuć się odrobinę rozczarowani, uważam jednak, że również powinni sięgnąć po nową książkę Kossakowskiej. To w końcu nadal świat, który tak bardzo lubią. Tym, którzy dotąd nie mieli do czynienia z Cyklem anielskim, zachęcałbym raczej do sięgnięcia po wcześniejsze jego części i wstrzymanie się z lekturą Zbieracza… do momentu wydania ostatniego, jak sądzę, tomu. Jest spora szansa, że spodoba się Wam on wtedy znacznie bardziej, niż mógłby w chwili obecnej.

Tytuł: Zbieracz Burz, tom 1
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2010
Stron: 344
Ocena: 4-
Kategorie
Literatura

Nagroda im. Janusza A. Zajdla 2007

zajdelJuż na samym wstępie pragnę zaznaczyć, że niniejszy tekst miał być recenzją, ale w gruncie rzeczy wyszedł z tego felieton z oceną książki. To chyba nawet lepiej, bo już od dawna czułem potrzebę porwania się na analizę tytułów, jakie sięgają po wyróżnienie w postaci nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz tych, które ową nagrodę zdobywają.

Książka opatrzona tytułem Nagroda im. Janusza A. Zajdla 2007, to nic innego jak antologia opowiadań, które głosami fanów zostały nominowane do tego wyróżnienia za rok 2006. Ponadto znalazły się w niej także fragmenty powieści, które uzyskały rzeczoną nominację oraz krótkie przedstawienie sylwetek nominowanych autorów. Zbiorku nie można kupić, ponieważ był rozdawany podczas Polconu 2007 jako dodatek dla jego uczestników. To jednak chyba nie do końca prawda, ale tą sprawą zajmę się na końcu.

Sama idea takiego zbiorku nie jest niczym nowym. Jak sięgnąć pamięcią, podobne książki, z utworami z lat 2002 i 2003 zostały wydane wcześniej przez Fabrykę Słów. Co zadecydowało o tym, że zrezygnowano z tej inicjatywy nie wiem. Być może problemy z dogadaniem się wydawcy z autorami, a może niski poziom sprzedaży. Może świadczyć o tym fakt, że ja swoje egzemplarze nabyłem w sklepie z tanią książką, dość mocno przecenione.

Nic jednak nie zmienia faktu, że i tym razem w ręce czytelnika trafia zbiorek, który można nazwać ukoronowaniem roku 2006. To najlepsze z najlepszych utworów, jakie można było spotkać na łamach pism drukowanych i antologii wydanych w ubiegłym roku. Sprawia to, że są tym bardziej pożądane przez miłośników fantastyki.

Tym razem jednak spotkało mnie spore rozczarowanie. Spodziewając się dzieł wybitnych, dostałem porcję tekstów dobrych i bardzo dobrych. Niestety niczym nie wybijały się spośród innych bardzo dobrych opowiadań, dla których zabrakło w tym roku miejsca wśród nominowanych. W żadnym wypadku nie jest to jednak zarzut do samych nowelek ze zbiorku – być może one i są najlepsze, ale z pewnością bledną przy tekstach znanych z lat ubiegłych.

Tak jak zawsze lista nominowanych opowiadań składała się mniej więcej po równo z tych zamieszczonych w antologiach, jak i w pismach, tak ostatnio wszystkie nowelki pochodzą z antologii. Logicznym wydaje się więc pytanie czy świadczy to o słabszych utworach w pismach, czy może są związane z tym jakieś inne przyczyny. Być może ma na to wpływ konkurencyjna nagroda – Nautilus, przyznawany głosami czytelników na łamach jednego z pism z literaturą fantastyczną. Jakie by jednak nie były te przyczyny, odnoszę wrażenie, że zubaża to jednak samą wagę tego wyróżnienia.

Na uwagę zasługuje także fakt, że połowa nominowanych w kategorii opowiadanie utworów pochodzi z wydanej nakładem Agencji Wydawniczej Runa antologii Księga smoków. Czy świadczy to na korzyść zbiorku o wielkich gadach, czy o dobrze przeprowadzonej akcji marketingowej wydawnictwa? Logika podpowiada, że Księga smoków sprzedała się bardzo dobrze, bowiem niedługo po niej Runa zapowiedziała dwutomową Księgę strachu. Promocja tych zbiorków – tak niepodobna przecież do dotychczasowej polityki marketingowej wydawnictwa – pozwala zinterpretować to jako swoisty atak na przyszłoroczną edycję nagrody. Choć z drugiej strony smoki zawsze fascynowały, więc może czytelnicy faktycznie tak wysoko oceniają ten zbiorek?

Moim subiektywnym zdaniem dwa spośród tych trzech opowiadań z pewnością należą do najsłabszych spośród znajdujących się w antologii konkursowej.

Druga część książki Nagroda im. Janusza A. Zajdla 2007 to fragmenty powieści wyróżnionych nominacją do tej nagrody. Na użytek swój i tego felietonu-recenzji podzielę je na trzy grupy: kontynuacje, rozwinięcia opowiadań i powieści oryginalne, których honoru broni samotny biały żagiel – Rafał Kosik ze swoim Verticalem.

Powiada się, że Sapkowski czego by nie napisał, to Nagrodę Zajdla dostanie, a przynajmniej otrzyma samą nominację. Sprawdziło się to także w przypadku Lux perpetua jak i wcześniej Bożych bojowników. Na szczęście w obydwóch tych przypadkach skończyło się na nominacji, co cieszy w kontekście tego, że obie powieści są… nudne. Czyżby więc kontynuacje dostawały nominację jako spuściznę po poprzednich, rewelacyjnych tomach?

Znacznie ciekawsza sytuacja jest z drugą kategorią. Nocarza czy Obol dla Lilith znamy z wcześniejszych publikacji jako opowiadania. Mam trochę mieszane uczucia wobec podobnych nominacji. To tak jakby w jednym konkursie startować dwukrotnie. Co prawda powieść wymusza jednak dopisanie sporej części materiału, ale nie szukając daleko, Andrzej Pilipiuk także był dwukrotnie nominowany za Kuzynki – raz jako opowiadania, a drugi raz jako powieści, która, nie da się ukryć, była bliźniaczo podobna do pierwowzoru. Choć trzeba oddać pisarzowi, że sam mówił, iż byłoby mu głupio, gdyby otrzymał drugi raz nagrodę za ten sam utwór w nieco tylko zmienionej formie.

To może być jednak dobry patent na zdobywanie tej nagrody – pisanie opowiadań, a później rozwinięcie tych lepszych i bardziej docenionych do rozmiarów powieści. A potem jeszcze można dopisać kontynuację… istne perpetuum mobile do zdobywania Zajdli. Choć chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

Podobnie jest zresztą z Plewami na wietrze. Jak dobrą książką nie byłby Zbójecki Gościniec, tak uważam, że nawet po gruntownej reedycji tej książki i zmianie tytułu, jest to swoiste drugie podejście do jednego konkursu. Już pal licho sam pomysł na sprzedaż po raz drugi tej samej książki i rozważanie czy jest to w porządku czy nie, ale dopuszczanie do konkursu? Albo – z drugiej strony – głosowanie na taką książkę? Jak widać czytelnicy nie są tutaj bez winy, nawet jeżeli chodzi tu tylko o głupią ignorancję.

Jakie utwory nie zdobyłyby jednak tych nominacji, nic już nie zmieni tego co znalazło się między okładkami książki pod tytułem Nagroda im. Janusza A. Zajdla 2007, białego kruka z najlepszymi opowiadaniami roku 2006. Czy jednak na miano białego kruka ona zasługuje? Wszak nakłady książek w naszym kraju nie są duże, a tę pozycję – według informacji zamieszczonej na czwartej stronie – wydano w 1700 egzemplarzach. Coś jednak w tym musi być, zważywszy, że dostępność do niej jest mocno ograniczona, a otrzymywali ją tylko uczestnicy Polconu 2007, a i to nie wszyscy, bo tomiki skończyły się jeszcze przed wydaniem tysięcznej wejściówki…

Swoją drogą, kto mi powie gdzie się podziało pozostałych 700 egzemplarzy? [Odpowiedzi na to pytanie udzielił Witold „Szaman” Siekierzyński, główny organizator Polconu 2007. „Zaginione” egzemplarze trafiły do autorów (jako tzw. egzemplarze autorskie), do Instytutu Książki i bibliotek na terenie całego kraju – dop. red.]

Opowiadania:

  • Jakub Ćwiek – Bóg marnotrawny;
  • Maciej Guzek – Zmiana;
  • Marek S. Huberath – Balsam długiego pożegnania;
  • Tomasz Kołodziejczak – Piękna i graf;
  • Maja Lidia Kossakowska – Smok tańczy dla Chung Fonga;
  • Wit Szostak – Raport z nawiedzonego miasta.

Fragmenty powieści:

  • Anna Brzezińska – Plewy na wietrze;
  • Jarosław Grzędowicz – Popiół i kurz;
  • Rafał Kosik – Vertical;
  • Maja Lidia Kossakowska – Zakon Krańca Świata, tom II;
  • Magdalena Kozak – Nocarz;
  • Andrzej Sapkowski – Lux Perpetua.
Tytuł: Nagroda im. Janusza A. Zajdla 2007
Autor: Antologia
Wydawca: Związek Stowarzyszeń „Fandom Polski”
Rok wydania: 2007
Stron: 380
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Siewca Wiatru – recenzja

siewca-wiatru-b-iext8613166

Cenię sobie Fabrykę Słów. Po pierwsze dlatego, iż na żadnej z książek, które do tej pory wypuściła, jeszcze się nie zawiodłem, po drugie zaś z tego powodu, iż są one zwykle ciekawie wydane. Frapująca oprawa, interesujące okładki, specyficzny styl współpracujących z wydawnictwem grafików. I choć o książkach spod znaku pióra i koła zębatego wiem z reguły sporo wcześniej, to jednak w księgarniach sięgam po nie zwykle dlatego, że moją uwagę przykuwają ich okładki. Tak też było z Siewcą Wiatru, powieścią Maji Lidii Kossakowskiej. Bo czy można przejść obojętnie obok wizerunku ponurego anioła z twarzą wykrzywioną groźnym grymasem, odzianego w skóry, z mieczem przerzuconym przez ramię na tle ogromnych, oprawionych w żelazo skrzydeł? Czy można przejść obojętnie obok Daimona Freya?

Maja Lidia Kossakowska, do tej pory mająca na koncie szereg opowiadań, wreszcie wydała powieść, i to powieść, dodajmy, niezwykle interesującą. Siewca Wiatru jest bowiem książką opowiadającą o losach aniołów w mrocznych dniach Sądu Ostatecznego. Akcja całej powieści toczy się na przemian to w niebiosach, to w Otchłani (jak nazywa autorka piekło), czasem też przetaczając się przez Limbo (obszar graniczny) i zahaczając z rzadka o Ziemię bądź księżyc. Głównymi postaciami książki są archaniołowie Gabriel i Michał, a także ich dawny przyjaciel Lucyfer (zwany pieszczotliwie Lampką – warto sprawdzić, dlaczego), jednakże pierwszym bohaterem opowieści uczyniła pisarka Daimona Freya, ponurego dowódcę niebiańskiej kawalerii zwanej Szarańczą. Frey, żyjący, lecz stanowczo nie żywy; umarły, a przecież jednak nie martwy; Anioł Zagłady, karząca ręka Pana, Abbaddon – Niszczyciel Światów, jest bohaterem szczególnym i interesującym. Jednocześnie przez tę niezwykłą postać uwidacznia się ogromna wrażliwość i delikatność Kossakowskiej, zafascynowanej najwyraźniej ludzkimi emocjami, pragnieniami, rozterkami i słabościami. Tak właśnie, ludzkimi, bo chociaż wszyscy bohaterowie książki są mniej lub bardziej znaczącymi aniołami, to jednak przez ich literackie sylwetki niczym przez pryzmaty przepływają jasne strużki ich niedoskonałych osobowości, by rozszczepić się na wszystkie odcienie składowe tego, co nazywamy człowieczeństwem. Chociaż więc fabuła książki rozgrywa się głównie wśród aniołów, jest to przede wszystkim bardzo frapujące studium ludzkiej natury, tyleż przyjemne w odbiorze, że napisane w pięknym, delikatnym, lecz gdy trzeba – odpowiednio mocnym i wyrazistym stylu.

Siewca Wiatru nie jest jednak nudną książką psychologiczną. To przede wszystkim interesująca, wcale wartka opowieść, w której nie brakuje wszystkiego tego, co cenią miłośnicy dobrej fantasy; są więc wielcy bohaterowie i równie mocarni nikczemnicy, są monumentalne konflikty i zapierające dech bitwy z władcą ciemności, Antykreatorem, ale również elementy szpiegowskie; jest mrok i poczucie nieuchronnej klęski, lecz są także promienie nadziei pozwalające trwać w niezłomnym uporze. Siewca Wiatru jest książką bardzo wyważoną, harmonijną, której każdy element pasuje do siebie, głównie zresztą dzięki bogatej wyobraźni autorki, spajającej wszystko w interesującą całość. I choć fabuła, poza tą oryginalnością, iż opiera się o niebiosa i anioły, nie należy do szczególnie zaskakujących, to jednak Kossakowska potrafi prowadzić z czytelnikiem subtelną grę, jednocześnie dając mu wiele satysfakcji i radości. Dla tych zaś, których ciekawią wierzenia z kręgów muzułmańskiego i judeochrześcijańskiego Siewca Wiatru będzie miał z pewnością dodatkowy, magnetyczno-humorystyczny urok.

Czy Siewca… ma jakieś wady? Ma, choć niewiele. Kossakowska zdaje się lubić bohaterów prostych i wyrazistych (co potwierdza w przedmowie), co nie każdemu musi przypaść do gustu. Postaci niczym nas nie zaskoczą – są, jacy są i dokładnie wiadomo, czego się po nich spodziewać. Chociaż więc są charakterystyczne, w praktyce nie zaprzątają zbyt długo uwagi i nie zapadają w pamięć, może za wyjątkiem Freya. Skoro zaś przewidywalni są bohaterowie, także fabuła nazbyt nie dziwi – choć książka jest napisana dobrze, nie rodzi w czytelniku większych wątpliwości, co też będzie dalej. Wielki magnes pojawia się tylko na początku, bo trudno nie być zaciekawionym wizją garstki spiskujących aniołów, próbujących ukryć przed resztą fakt, że Bóg pewnego dnia odszedł, zostawiając ich samych sobie, do tego ze świadomością, że gdy pewnego dnia Armageddon nadejdzie, będą całkowicie osamotnieni…

Siewca Wiatru nie jest zatem książką, do której będzie się wracało z wielką pasją. To powieść dobra, nawet bardzo dobra, ale przecież nie wybitna; wciągająca, lecz nie entuzjazmująca. I choć należy uczciwie przyznać, że lektura przynosi sporo satysfakcji, to równie uczciwym trzeba być stwierdzając, że ciekawość książki wypala się wraz z jej ukończeniem. Mimo wszystko wątpię więc, czy ktoś, kto już raz Siewcę… przeczyta, jeszcze do niego kiedyś wróci.

Zaręczam jednak, że ten raz naprawdę warto.

Tytuł: Siewca Wiatru
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2004, 2007
Stron: 560
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

PL +50: historie przyszłości

50plus300

„Historia przyszłości” – termin tyleż interesujący, co całkowicie bezsensowny. Interesujący, bo wszyscy wiedzą, co oznacza, oznacza zaś ścieżkę, którą będzie kroczył człowiek za dekadę, dwie, a może za całe stulecia, coś, co nie ma siły – przynajmniej raz każdego w życiu zaciekawiło; bezsensowny, bo zwrot typu „historia przyszłości” jest zupełnym nieporozumieniem – najprostsza definicja historii oznacza przecież, że to „coś, co się już wydarzyło”…

…Ale to była tylko taka dygresja. Po co? A bo ja wiem? Pewnie dlatego, że musiałem jakoś zacząć tę recenzję, a że kilka (…dziesiąt?) już ich w życiu napisałem, to i pierwszy akapit każdej następnej pisze mi się coraz trudniej. Sztampy zaś odstawiać nie lubię, tym bardziej, gdy recenzuję książkę, która z pewnością do sztampowych nie należy.

PL+50: historie przyszłości wydano już dobrych kilka miesięcy temu i od samego początku ostrzyłem sobie na nią zęby. Jako miłośnik science-fiction, ale przede wszystkim futurolog-entuzjasta (wiem, futurolog to duże słowo; powiedzmy, że lubię myśleć o przyszłości i dzielić się tymi myślami z innymi) z nieskrywanym zainteresowaniem powitałem pojawienie się na rynku wydawniczym książki, która stanowiła zbiór opowiadań dotyczących Polski za pięćdziesiąt lat. Wydanie PL+50… zbiegło się w czasie z atmosferą obchodów 15-lecia III Rzeczpospolitej i, być może, z tej właśnie okazji owa antologia powstała. Książka przyciągała o tyle, że na jej zawartość złożyło się naprawdę wielu autorów o rozmaitym dorobku, łącznie dwadzieścia trzy nazwiska, wśród nich takie sławy i autorytety, jak Stanisław Lem i Ryszard Kapuściński. Skoro więc literaci tego formatu przyłożyli rękę do tytułu, musiał on być czymś niebanalnym i frapującym.

Nie pomyliłem się. Dość gruba (560) stron, świetnie wydana PL+50… wciąga od pierwszego opowiadania. Ba, od samej przedmowy! Nawet bowiem słowo wstępu, za które odpowiada Jacek Dukaj, jest niesamowicie interesujące i naprawdę świetnie wprowadza w klimat całości, czyniąc to zręcznie, lekko i zgrabnie – rozbudza zapał i ciekawość przyszłości, ale trzyma je w zdrowych ryzach realizmu wspieranego przez otwartość na alternatywy, których nie przewidzi żaden futurolog. Po prostu brawa dla pana Dukaja!

Dalej jest tylko coraz lepiej. Opowiadania w książce uszeregowano plus-minus w kolejności od najmniej do najbardziej prawdopodobnych i poważnych. Zaczynając więc z uśmiechem na ustach i pobłażaniem, brnie się przez pierwsze niepokoje i refleksje, by skończyć na głębokiej zadumie. Swoją drogą już sam fakt, że można było dokonać takiej hierarchizacji tekstów świadczy na korzyść PL+50… – różnorodność historii jest na tyle znaczna, że nie ma mowy o znużeniu. Książka dostarcza zarówno rozrywki, jak i karmi fantazję tych, którzy w wizjach przyszłości szukają czegoś więcej, którzy autentycznie lubią mierzyć się z perspektywami, jakie niesie rozwój ludzkości.

O to postarali się zresztą znakomici autorzy. Reprezentujący rozmaite poglądy, dzielący ze sobą arcyciekawe, często skrajne wizje, zadbali o to, by nie tylko zabawić, ale autentycznie poruszyć czytelnika tym, „jak to może kiedyś być”. W PL+50… odbijają się wszystkie poważne lęki związane z przyszłością, pobrzmiewają też jednak czarowne tony wciąż mocno zakorzenionej w każdym, nawet największym sceptyku nadziei. Nie brak historii szokujących, jak chociażby takich, gdzie na świecie uprawia się zakamuflowane pozbawiane życia bezrobotnych (Cezary Domarus), czy takich, w których Europa, na skutek niepohamowanych zdrowym rozsądkiem dążeń liberalnych, w końcowym rozrachunku znów podzieliła się na dwa obozy oddzielone murami, zasiekami i polami minowymi (Jarosław Grzędowicz). Między nie umiejętnie wpleciono z kolei opowiadania lżejsze, z większą ilością akcji, choć nie mniej wciągające i zagadkowe (absolutnie mistrzowskie Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła A. Ziemiańskiego czy Wyhoduj mnie, proszę Maćka Żerdzińskiego z jego rewelacyjną wizją euroslangu i emocji jako… środków płatniczych). Wyciszający, kulturalny deser stanowią zaś już może nie tyle opowiadania, co błyskotliwe eseje – właśnie Kapuścińskiego i Lema, poprzedzone równie świetnymi tekstami Staniszkis (jałowy świat przyszłości w ślepym, bezdusznym dążeniu do wiedzy, z więziami międzyludzkimi w końcowej fazie zaniku), Baumana (pięć rozmaitych przewidywań), Jęczmyka (tekst podzielony na części o demografii, przyrodzie i polityce oraz dwie wizje przyszłości Polski), a jeszcze wcześniej Wnuka-Lipińskiego (urzekająca Struga czasu – opowiedziana z dystansem historia pewnej kobiety, która urodziła się w 2001 roku…).

PL+50… fascynuje, bawi, onieśmiela, czasem przeraża. Czego więcej chcieć od książki, która zajmuje się trudną tematyką przyszłości? Z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto choć trochę jest ciekaw, co przyniosą następne dekady, a także tym, którzy mają po prostu ochotę na przyjemne oderwanie od rzeczywistości z dobrą lekturą. Zainteresowanie gwarantowane, a i refleksje czasem pewnie też się nasuną. W każdym jednak razie czas spędzony nad Historiami przyszłości nie będzie czasem zmarnowanym.

Średnia ocen opowiadań nie przekracza 5. Z uwagi jednak na ogólne wrażenia książka dostaje ode mnie zasłużone 6.

Zawiera (w nawiasach oddzielne oceny każdego z opowiadań):

  1. Listy z Tytana, Maciej Dajnowski (4)
  2. Łabędzi śpiew ministra dźwięku, Bartek Świderski (5)
  3. Kochać w Europie, Andrzej Zimniak (5)
  4. Wyhoduj mnie, proszę, Maciej Żerdziński (6!)
  5. Władca deszczu, Łukasz Orbitowski (4)
  6. Serce wołu, Maja Lidia Kossakowska (6!)
  7. Rubież, Olga Tokarczuk (3),
  8. Autorewers, Jerzy Sosnowski (4)
  9. Ostatnia poetka, Karol Maliszewski (4),
  10. Biała krew, Cezary Domarus (5),
  11. Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła, Andrzej Ziemiański (6!)
  12. Siódme niebo, Marek Oramus (4),
  13. Et im Arcadia ego, Barnim Regalica (4)
  14. Crux, Jacek Dukaj (5)
  15. Weekend w Spestreku, Jarosław Grzędowicz (6!)
  16. Spacer, Daniel Odija (5)
  17. Gówniarze, Tomasz Piątek (4)
  18. Struga czasu, Edmund Wnuk-Lipiński (6!)
  19. Oglądając się na minione pół wieku, Lech Jęczmyk (5)
  20. Pięć przewidywań i mnóstwo zastrzeżeń, Zygmunt Bauman (4)
  21. Podwójna pętla, Jadwiga Staniszkis (6!)
  22. Kultura narodowa w erze globalizacji, Ryszard Kapuściński (5)
  23. Orzeł Biały na tle nerwowym, Stanisław Lem (6)
Tytuł: PL+50: historie przyszłości
Wybór i wstęp: Jacek Dukaj
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2004
Stron: 560
Ocena: 6