Kategorie
Felietony

Części zamienne

Kilka miesięcy temu na ulicach Torunia pojawiły się ogromne bannery. Wielkimi, drukowanymi literami walą w kierowców hasłami, które mają ich zachęcić do zdjęcia nogi z gazu i, ogólnie rzecz biorąc, ostrożniejszej jazdy. Większość z tych sloganów rzadko trzyma sensowny poziom, jednak niektóre czasem dają do myślenia. Urodziłeś się bez części zamiennych – głosi jeden z nich.

Swojego czasu znajoma opowiedziała mi historię science-fiction. Opowiadanie, opublikowane w Nowej Fantastyce w czasach, kiedy na stojaka pod szafę wchodziłem, było o niesamowitym megamieście, w którym żyli bogaci, nieśmiertelni ludzie. Oczywiście w przyszłości wcale nie było tak znowu pięknie – wokół miasta po horyzont rozciągały się osiedla wegetującej biedoty. Według autora jedynym źródłem utrzymania biedaków była… sprzedaż ich własnych ciał. Bogacze mieli bowiem tylko jeden problem – by utrzymać swoją nieśmiertelność, potrzebowali budulca, potrzebowali właśnie „części zamiennych”. Nędzarze sprzedawali więc siebie po kawałku, ten usta, tamten uszy, a jeszcze inny rękę. Tym sposobem ulicami gigantycznych slumsów chadzały pokraczne, okaleczone paskudztwa, egzystujące z dnia na dzień w oczekiwaniu, kiedy pojawi się kolejne zamówienie na, na przykład, nos. Nigdy nie dowiedziałem się od znajomej, czy w tym groteskowym opowiadaniu bogacze byli rzeczywiście szczęśliwi. Wydawało mi się to wątpliwe; kto cieszyłby się, że wygląda jak zestaw Mały Frankenstein do samodzielnego sklejania? Ale pewnie nie o takie dylematy autorowi opowiadania chodziło. Grunt, że historia zrobiła na mnie spore wrażenie.

Tymczasem tuż po tym, jak ujrzałem ów groźny banner o „częściach zamiennych” jako żywo stanął mi przed oczami pewien obrazek z prasy popularnonaukowej. Na owym obrazku stał dumny Dawid dłuta Michała Anioła. Nie był to jednak Dawid zwyczajny – graficy magazynu dodali mu mechaniczną rękę, hydropneumatyczną nogę opartą na technologii wojskowej, sztuczne płuco; powlekli go wyhodowaną w laboratorium skórą, w kręgosłup wstawili mu tytanowe kręgi, przeszczepili mu serce, pęcherz, wszyli nawet w penisa specjalny woreczek, który umożliwiał mu wzwody. Słowem – ideał męskiego piękna epoki renesansu bardziej przypominał cyborga z dalekiej przyszłości. A jednak był człowiekiem.

Dlatego na wspomnienie Dawida poważny bądź co bądź w swojej wymowie banner wywołał u mnie uśmiech. Technologia i świat nie tyle cały czas idą do przodu; trudno się oprzeć wrażeniu, że wręcz biegną, gubiąc buty. I czuję, że w nie tak bardzo dalekiej przyszłości „części zamienne” przestaną być powodem do wstydu, a zaczną być powodem do dumy. Pięć lat temu głośno było o Sławku Dulu – ten niepełnosprawny maratończyk ustanowił Rekord Guinessa, pokonując 300 kilometrów w łącznym czasie niespełna 24 godzin. Jeżeli dziś człowiek z protezą może tyle – co będzie mógł jutro? Niedostrzegalnie wspierany przez technologię – jeszcze sprawniejszy, jeszcze szybszy, silniejszy, bliższy doskonałości (vide Will Smith i jego mechaniczne ramię w Ja, Robot). Dzieciaki na placu zabaw będą dyskutować z wypiekami na twarzach o tym, czyj tata ma mocniejsze, fajniejsze protezy. Nieuleczalnie chorzy możni tego świata dali się zahibernować w nadziei, że w przyszłości znajdą się leki na ich dolegliwości. W tej dziedzinie jednak największym sukcesem pozostaje wciąż eksperyment z 1992 roku, w którym zamrożono i przywrócono do życia gibbona. Zamrożenie trwało jednak zaledwie godzinę. Może więc nie tędy droga? Równolegle z krioniką rozwija się przecież klonowanie, kto wie, czy nie bardziej dynamicznie. Może rzeczywiście ludzie o zasobnych portfelach będą w przyszłości hodowali sobie całe ciała, w które będą mogli „przeprowadzić się” w razie potrzeby (Jacek Dukaj, Perfekcyjna Niedoskonałość)?

W gruncie rzeczy – wraz z galopującym postępem nauki co teraz wydaje się bardziej prawdopodobne – czarne opowiadanie z lat 80-tych, w którym ludzie wymieniają się kawałkami ciała? Czy wizja świata XXI wieku, w którym już wkrótce będzie można w człowieku wymienić niemal wszystko? Można rzecz jasna dyskutować, ile w nas wtedy pozostanie z człowieka – czy człowiek to umysł, dusza, czy także ludzkie ciało? Pytań będzie wiele.

Ale cóż – filozofowie mogliby się wreszcie zająć czymś nowym.

Kategorie
Literatura

Perfekcyjna niedoskonałość

perf-niedoskCzy się Jacka Dukaja lubi, czy nie, talentu odmawiać mu nie wypada. Można nie akceptować jego wyrafinowanego języka, można nie przepadać za filozofowaniem, które zapamiętale uprawia, można wreszcie nie trawić erudujnego stylu, który niektórym utrudnia odbiór; trzeba jednak oddać Dukajowi, że jest człowiekiem obdarzonym wielką, bogatą wyobraźnią, że jest pisarzem, który ma odwagę podejmować prawdziwe, literackie wyzwania, czego dobitnym dowodem były chociażby niezwykłe Inne pieśni. Tymczasem Jacek Dukaj pokusił się o napisanie czegoś naprawdę wielkiego. I tak w drugiej połowie ubiegłego roku nakładem Wydawnictwa literackiego ukazał się pierwszy tom nowej powieści autora, zatytułowany Perfekcyjna niedoskonałość. Enigmatyczny, kuszący pozornym paradoksem tytuł i śmiała wizja świata w XXIX wieku przyciągnęły już wielu; w końcu przyszedł czas i na mnie.

Trzeba to napisać od razu – Perfekcyjną niedoskonałość charakteryzują wszystkie cechy właściwe dla twórczości Dukaja, o których pisałem wyżej. Mamy wykwintny język, są elementy filozofii, autor nie kryje też swojej rozległej wiedzy. Jeśli ktoś właśnie za to ceni Dukaja to Perfekcyjna niedoskonałość jest dla niego (pozdro dla Ciebie, Mateo). Jeśli zaś zawsze cię to, czytelniku, denerwowało, to spokojnie – nie jest tak źle. Owszem, Dukaj także w tej książce jawi się jako elokwentny erudyta-myśliciel. Przesady jednak na szczęście nie ma – są to tylko często celne podsumowania, błyskotliwe spostrzeżenia, które w niektórych sytuacjach śmiało mogą posłużyć jako doskonałe cytaty. Taką dozę literackich deliberacji z pewnością każdy zniesie. Tradycyjnie też zdarzają się autorowi przegięcia pałki w stronę nauki, na pola obce przeciętnemu czytelnikowi. Mimo wszystko gotów jestem Dukaja usprawiedliwić – podobne zapędy miewają także inni, świetni autorzy, jak choćby Zimniak – prawda jest bowiem taka, że science-fiction, której głównym bohaterem jest XXI wieczny astronauta, a której akcja dzieje się w dwudziestym dziewiątym stuleciu, w świecie Komputera Ostatecznego, istot postludzkich i równoległej egzystencji na wielu płaszczyznach, bez języka nauki byłaby cokolwiek niepełna.

Usprawiedliwieniem dla Dukaja jest także to, że jego Perfekcyjna niedoskonałość jest po prostu… świetną książką! Mimo poczucia zagubienia, które towarzyszy podczas lektury kilkunastu pierwszych kart, historia Adama Zamoyskiego, astronauty, który zginął w katastrofie gdzieś w kosmosie pod koniec XXI, a który został wskrzeszony stulecia później, niezwykle wciąga. Gdy po raz pierwszy zabrałem się za książkę na odpoczynek zebrało mi się dopiero, gdy na stopce ujrzałem grubo ponad setną stronę, a to naprawdę niezły wynik, mając na uwadze gatunek literatury. Perfekcyjna niedoskonałość fascynuje; Dukaj, co już udowodnił w Innych pieśniach, ma niezwykły dar powoływania do życia całych światów. Co szczególne, uderza dbałość o ich pełnię, logiczne podstawy i zasady funkcjonowania – wszystko ma swoje uzasadnienie, każdy element jest dokładnie przemyślany. Pieczołowitość autora procentuje; precyzja i spójność, z jaką nakreślił swoją wizję świata przyszłości jest tak wielka, że wydaje się być ona wręcz naturalną – chciało by się rzec, że tak właśnie kiedyś będzie. Podczas lektury trudno się oprzeć wrażeniu, że Dukaj pomyślał naprawdę o wszystkim.

Miłośnik dobrego science-fiction znajdzie bowiem w powieści wszystko to, czego oczekuje: pytania o przyszłość rodzaju ludzkiego, dylematy moralne związane z technologiami przyszłości, umożliwiającymi człowiekowi np. jednoczesne życie w kilku ciałach (ze skopiowanymi osobowościami, rozwijającymi się niezależnie od siebie!) czy też w rzeczywistości wirtualnej; pytania o istotę człowieczeństwa, problemy ze zdefiniowaniem płci istot postludzkich czy też ich relacji ze „zwykłymi” ludźmi. Dukaj niczego nie pozostawia bez konsekwencji – przykładem może być sposób, w jaki potraktował postludzi, tworząc dla nich odrębną koniugację („nu weszłu”, „przyszłu”, „zobaczyłu”, „uścisnął jenu dłoń” itd.). Widać, że Perfekcyjna niedoskonałość musiała dawać Dukajowi w trakcie pisania sporo satysfakcji. Lubujący się w skomplikowanych, pełnych szczegółów wizjach rzeczywistości autor w tej książce prezentuje znakomitą formę. Oczywiście, niektóre elementy książki (vide wspomniana odmiana), zwłaszcza na początku wywołują czasem lekki uśmiech na twarzy. W ostatecznym jednak odbiorze świetnie spełniają swoją funkcję, zmuszając do refleksji – cholera, przecież to faktycznie będzie kiedyś problem…

Co ważne, Dukaj świetnie prowadzi fabułę w ramach ładu, który sam ustanowił, cały czas asekurując czytelnika, by nie zagubił się w obcym świecie przyszłości. Oczywiście momenty przystanków i zwątpienia pojawiają się, jednak chwilę później Dukaj cofa się ku czytelnikowi, by podać mu dłoń. Perfekcyjna niedoskonałość to bardzo dobry przykład książki, która mimo skomplikowanego świata cały czas konsekwentnie skupia się na głównym bohaterze – nie ma ucieczek w rozdmuchane opisy; mimo całej szczegółowości świata, Dukaj nie popada w samozachwyt, nie próbuje, co jest częstym grzechem erudyjnych autorów, na siłę wzbogacać swojej wizji i pokazać, jak wiele potrafi sobie wyobrazić czy jak wiele umie uzasadnić naukowo. Nie ma naukowego bełkotu – dywagacje fizyczne pojawiają się tylko wtedy, gdy jest to konieczne.

Nawet jeśli spodziewasz się, drogi czytelniku, problemów, zdecydowanie warto sięgnąć po Perfekcyjną niedoskonałość i spróbować przez nią przebrnąć – cierpliwość pomoże ci przebrnąć przez pierwsze strony, zaś potem zostanie ona sowicie wynagrodzona doskonałą fabułą i, jeśli ktoś to lubi, bogatym językiem pisarza. Fabuła zaś nieraz zaskoczy, a praktycznie cały czas będzie wciągać niczym wir; nie da się jej w żaden sposób streścić, trudno też jest ją nakreślić; to jedna z tych nielicznych książek, o której można opowiadać dopiero wówczas, gdy druga strona również już ją zna. I jedynym jej poważnym minusem jest fakt, że… się kończy.

Ale przecież jest to dopiero pierwszy tom.

Świat się jeszcze nie dokonał, Progres trwa…

Tytuł: Perfekcyjna niedoskonałość
Autor: Jacek Dukaj
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2004
Stron: 456
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

PL +50: historie przyszłości

50plus300

„Historia przyszłości” – termin tyleż interesujący, co całkowicie bezsensowny. Interesujący, bo wszyscy wiedzą, co oznacza, oznacza zaś ścieżkę, którą będzie kroczył człowiek za dekadę, dwie, a może za całe stulecia, coś, co nie ma siły – przynajmniej raz każdego w życiu zaciekawiło; bezsensowny, bo zwrot typu „historia przyszłości” jest zupełnym nieporozumieniem – najprostsza definicja historii oznacza przecież, że to „coś, co się już wydarzyło”…

…Ale to była tylko taka dygresja. Po co? A bo ja wiem? Pewnie dlatego, że musiałem jakoś zacząć tę recenzję, a że kilka (…dziesiąt?) już ich w życiu napisałem, to i pierwszy akapit każdej następnej pisze mi się coraz trudniej. Sztampy zaś odstawiać nie lubię, tym bardziej, gdy recenzuję książkę, która z pewnością do sztampowych nie należy.

PL+50: historie przyszłości wydano już dobrych kilka miesięcy temu i od samego początku ostrzyłem sobie na nią zęby. Jako miłośnik science-fiction, ale przede wszystkim futurolog-entuzjasta (wiem, futurolog to duże słowo; powiedzmy, że lubię myśleć o przyszłości i dzielić się tymi myślami z innymi) z nieskrywanym zainteresowaniem powitałem pojawienie się na rynku wydawniczym książki, która stanowiła zbiór opowiadań dotyczących Polski za pięćdziesiąt lat. Wydanie PL+50… zbiegło się w czasie z atmosferą obchodów 15-lecia III Rzeczpospolitej i, być może, z tej właśnie okazji owa antologia powstała. Książka przyciągała o tyle, że na jej zawartość złożyło się naprawdę wielu autorów o rozmaitym dorobku, łącznie dwadzieścia trzy nazwiska, wśród nich takie sławy i autorytety, jak Stanisław Lem i Ryszard Kapuściński. Skoro więc literaci tego formatu przyłożyli rękę do tytułu, musiał on być czymś niebanalnym i frapującym.

Nie pomyliłem się. Dość gruba (560) stron, świetnie wydana PL+50… wciąga od pierwszego opowiadania. Ba, od samej przedmowy! Nawet bowiem słowo wstępu, za które odpowiada Jacek Dukaj, jest niesamowicie interesujące i naprawdę świetnie wprowadza w klimat całości, czyniąc to zręcznie, lekko i zgrabnie – rozbudza zapał i ciekawość przyszłości, ale trzyma je w zdrowych ryzach realizmu wspieranego przez otwartość na alternatywy, których nie przewidzi żaden futurolog. Po prostu brawa dla pana Dukaja!

Dalej jest tylko coraz lepiej. Opowiadania w książce uszeregowano plus-minus w kolejności od najmniej do najbardziej prawdopodobnych i poważnych. Zaczynając więc z uśmiechem na ustach i pobłażaniem, brnie się przez pierwsze niepokoje i refleksje, by skończyć na głębokiej zadumie. Swoją drogą już sam fakt, że można było dokonać takiej hierarchizacji tekstów świadczy na korzyść PL+50… – różnorodność historii jest na tyle znaczna, że nie ma mowy o znużeniu. Książka dostarcza zarówno rozrywki, jak i karmi fantazję tych, którzy w wizjach przyszłości szukają czegoś więcej, którzy autentycznie lubią mierzyć się z perspektywami, jakie niesie rozwój ludzkości.

O to postarali się zresztą znakomici autorzy. Reprezentujący rozmaite poglądy, dzielący ze sobą arcyciekawe, często skrajne wizje, zadbali o to, by nie tylko zabawić, ale autentycznie poruszyć czytelnika tym, „jak to może kiedyś być”. W PL+50… odbijają się wszystkie poważne lęki związane z przyszłością, pobrzmiewają też jednak czarowne tony wciąż mocno zakorzenionej w każdym, nawet największym sceptyku nadziei. Nie brak historii szokujących, jak chociażby takich, gdzie na świecie uprawia się zakamuflowane pozbawiane życia bezrobotnych (Cezary Domarus), czy takich, w których Europa, na skutek niepohamowanych zdrowym rozsądkiem dążeń liberalnych, w końcowym rozrachunku znów podzieliła się na dwa obozy oddzielone murami, zasiekami i polami minowymi (Jarosław Grzędowicz). Między nie umiejętnie wpleciono z kolei opowiadania lżejsze, z większą ilością akcji, choć nie mniej wciągające i zagadkowe (absolutnie mistrzowskie Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła A. Ziemiańskiego czy Wyhoduj mnie, proszę Maćka Żerdzińskiego z jego rewelacyjną wizją euroslangu i emocji jako… środków płatniczych). Wyciszający, kulturalny deser stanowią zaś już może nie tyle opowiadania, co błyskotliwe eseje – właśnie Kapuścińskiego i Lema, poprzedzone równie świetnymi tekstami Staniszkis (jałowy świat przyszłości w ślepym, bezdusznym dążeniu do wiedzy, z więziami międzyludzkimi w końcowej fazie zaniku), Baumana (pięć rozmaitych przewidywań), Jęczmyka (tekst podzielony na części o demografii, przyrodzie i polityce oraz dwie wizje przyszłości Polski), a jeszcze wcześniej Wnuka-Lipińskiego (urzekająca Struga czasu – opowiedziana z dystansem historia pewnej kobiety, która urodziła się w 2001 roku…).

PL+50… fascynuje, bawi, onieśmiela, czasem przeraża. Czego więcej chcieć od książki, która zajmuje się trudną tematyką przyszłości? Z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto choć trochę jest ciekaw, co przyniosą następne dekady, a także tym, którzy mają po prostu ochotę na przyjemne oderwanie od rzeczywistości z dobrą lekturą. Zainteresowanie gwarantowane, a i refleksje czasem pewnie też się nasuną. W każdym jednak razie czas spędzony nad Historiami przyszłości nie będzie czasem zmarnowanym.

Średnia ocen opowiadań nie przekracza 5. Z uwagi jednak na ogólne wrażenia książka dostaje ode mnie zasłużone 6.

Zawiera (w nawiasach oddzielne oceny każdego z opowiadań):

  1. Listy z Tytana, Maciej Dajnowski (4)
  2. Łabędzi śpiew ministra dźwięku, Bartek Świderski (5)
  3. Kochać w Europie, Andrzej Zimniak (5)
  4. Wyhoduj mnie, proszę, Maciej Żerdziński (6!)
  5. Władca deszczu, Łukasz Orbitowski (4)
  6. Serce wołu, Maja Lidia Kossakowska (6!)
  7. Rubież, Olga Tokarczuk (3),
  8. Autorewers, Jerzy Sosnowski (4)
  9. Ostatnia poetka, Karol Maliszewski (4),
  10. Biała krew, Cezary Domarus (5),
  11. Chłopaki, wszyscy idziecie do piekła, Andrzej Ziemiański (6!)
  12. Siódme niebo, Marek Oramus (4),
  13. Et im Arcadia ego, Barnim Regalica (4)
  14. Crux, Jacek Dukaj (5)
  15. Weekend w Spestreku, Jarosław Grzędowicz (6!)
  16. Spacer, Daniel Odija (5)
  17. Gówniarze, Tomasz Piątek (4)
  18. Struga czasu, Edmund Wnuk-Lipiński (6!)
  19. Oglądając się na minione pół wieku, Lech Jęczmyk (5)
  20. Pięć przewidywań i mnóstwo zastrzeżeń, Zygmunt Bauman (4)
  21. Podwójna pętla, Jadwiga Staniszkis (6!)
  22. Kultura narodowa w erze globalizacji, Ryszard Kapuściński (5)
  23. Orzeł Biały na tle nerwowym, Stanisław Lem (6)
Tytuł: PL+50: historie przyszłości
Wybór i wstęp: Jacek Dukaj
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2004
Stron: 560
Ocena: 6
Kategorie
Konwenty

Złym okiem: Polcon 2004

XIX Ogólnopolski Zlot Miłośników Fantastyki POLCON 2004 tym razem odbywał się w niewielkiej, bo liczącej nieco ponad 100 tysięcy mieszkańców, Zielonej Górze. Dlatego nikt nie spodziewał się wielkich tłumów podczas tej imprezy. I słusznie, gdyż liczba osób jaka ściągnęła do tego przygranicznego grodu była porównywalna z tą jaka odwiedziła zeszłoroczną edycję tej imprezy w Elblągu (dla przypomnienia 350-400 osób łącznie z organizatorami i zaproszonymi gośćmi).

Jednak kiedy wspólnie z kolegami dotarliśmy na miejsce konwentu – do campusu B Uniwersytetu Zielonogórskiego – zdumieni ustawiliśmy się w olbrzymiej kolejce! Niestety nie był to ani nadspodziewany przyjazd olbrzymiej ilości uczestników, ani – wbrew żartom krążącym w kolejce LARP PRLowy pod tytułem Sklep mięsny, a jedynie brak odpowiedniego zgrania organizatorów imprezy. Nic więc dziwnego, że w obliczu prawie godzinnej pogoni za identyfikatorami spóźniliśmy się na pierwsze widniejące w programie spotkania.

Wreszcie z obolałymi nogami i pełni obaw o dalszy przebieg konwentu dotarliśmy do końca kolejkowych męczarni i trud nasz został nagrodzony olbrzymimi reklamówkami, jaskrawymi kolorami reklamującymi jednego z operatorów sieci telefonii komórkowej, w których znalazły się tradycyjne konwentowe pomoce i garść gadżetów. O ile plakat reklamujący tegoroczny POLCON oraz konwentową pocztówkę uważam za zbędne drobiazgi, o tyle przypinany znaczek imprezy mam za bardzo sympatyczną drobnostkę. Zaskoczyła mnie za to ilość broszurek, jakie dodano nam do tego zestawu. Stało się tak, albowiem organizatorzy postanowili rozdzielić program i informator konwentowy, co swoją drogą również muszę im policzyć na plus. Niestety mam wątpliwości co do ich zawartości.

Program – błędnie zatytułowany Informatorem – złożony jest w sposób bardzo przejrzysty i profesjonalny. Nic jednak nie usprawiedliwia tego, że nie ma tam programu w ujęciu chronologicznym – za to dwa razy zostaliśmy uraczeni przedstawieniem go ze względu na miejsce realizacji danego punktu. Niestety rozkład ten – dobrze spisujący się w graficznym przedstawieniu atrakcji – bardzo razi w spisie tekstowym.

Właściwy Informator prezentuje się dużo lepiej jeżeli chodzi o wygląd. Wydany został na lepszym papierze, z kolorową okładką i świetnie opracowaną grafiką. Jednak i tutaj można przyczepić się do jego zawartości. Na początku znajdziemy wstępniak, napisany w charakterze wspomnień sprzed rozpoczęcia konwentu. I chociaż tekst prezentuje się nieźle, to mimo wszystko zawiodłem się tylko widząc nieudolne próby dowcipkowania autora. Zaprawdę, po klubie z Polskiego Zagłębia Kabaretowego jakim niewątpliwie jest Zielona Góra spodziewałem się więcej. Podobnie jeżeli chodzi o szczyptę historii… została ona napisana w sposób zbyt naukowy i niezbyt ciekawy – niektóre zdania wyglądały jak żywcem wycięte z jakiegoś historycznego czytadła i – bądźmy szczerzy – raczej odstrasza potencjalnego konwentowicza od przeczytania tego. Co innego jeżeli chodzi o przedstawienie historii POLCONU i Nagrody Zajdla. Tutaj zawarto wszystkie informacje i to w sposób bardzo przejrzysty i przystępny. Kiedy jednak dotarłem do przeglądu tegorocznych nominowanych wyszło lenistwo – albo nieznajomość tematu – osoby przygotowującej Informator. Uważam tak, gdyż umieszczone tam informacje z oficjalnej strony Nagrody Zajdla były trochę nieścisłe, przynajmniej jeżeli chodzi o ich aktualność.

Opowiadania, które znalazły się w książeczce również pozostawiają wiele do życzenia. O ile Na ratunek Marcina Prackiego było wyłącznie słabe warsztatowo, ale intrygujące, o tyle Psychodelicznego obozu skoncentrowanego T. Zbigniewa Dworaka nie sposób było czytać. Przerost formy nad treścią w klasycznym wydaniu! Dalej następują fragmenty książek polconowych gości z Wydawnictwa RUNA, a o ich jakość można już być spokojnym.

Mi osobiście w omówionych wyżej informatorach zabrakło jednej rzeczy, a mianowicie przedstawienia sylwetek gości honorowych, jakimi w tym roku – zgodnie z przyjętym kanonem POLCONU (pisarz, wydawca, fan) – byli: Jacek Dukaj, Agencja Wydawnicza RUNA oraz Tadeusz Olszański.

Punkty programu przed uroczystym rozpoczęciem imprezy nie należały do najciekawszych. Odwiedziłem kilka sal prelekcyjnych na których długo miejsca nie zagrzałem, a kiedy nadszedł odpowiedni moment – udałem się na Aulę C Uniwersytetu na oficjalne otwarcie. I chociaż spodziewałem się nieco bardziej uroczystej oprawy, przyznam szczerze, podobało mi się. No, może do czasu krótkiego wystąpienia profesora Tadeusza Gila, które było połączone z otwarciem, a które, mimo że bardzo rzeczowe, nie musiało interesować wszystkich przybyłych na rozpoczęcie konwentu, a z którego nie sposób było umknąć nie zwracając na siebie powszechnej uwagi i nie przeszkadzając innym.

Dzień zakończyliśmy dość późno, ze względu na sesję, jaką zorganizowaliśmy sobie niezależnie od oficjalnego programu POLCONU. I bezapelacyjnie to był najjaśniejszy punkt pierwszego dnia.

Następny dzień – z przyczyn zależnych rozpoczęty przez nas dwugodzinnym przedłużeniem snu – był o wiele ciekawszy jeżeli chodzi o punkty programu. Pozostanie jedynie żal, że wiele ciekawych prelekcji odbywało się jednocześnie, podczas gdy bywały momenty, w których absolutnie nic nie było w stanie mnie zainteresować.

Na pierwszy ogień stanęliśmy w szranki konkursu I ty możesz zostać bohaterem, gdzie Achika wbrew przysłowiu starała się udowodnić uczestnikom, m.in. to, że bohater głową mur powinien przebić… Niestety nie byliśmy wystarczająco godni, aby dostąpić zaszczytu zwycięstwa w tym konkursie. Zaraz potem moi towarzysze udali się na Konkurs związany z WFRP, ja jednak – odporny na urok Starego Świata odwiedziłem prelekcję Co ty wiesz o periodykach, która okazała się kolejnym konkursem – tym razem ze znajomości polskiej prasy fantastycznej. Na obydwu tych konkursach zabawa była przednia, nawet jeżeli pominiemy fakt, że stanowiłem tam tylko tło dla innych…

Kolejnym punktem programu który zwrócił moją uwagę było spotkanie z naczelnym serwisu Poltergeist, który szybko przerodził się w zabawny dialog z przedstawicielami Valkirii obecnymi na sali. Na pewno to spotkanie świetnie poprawiło wszystkim humory i pokazało, że tak naprawdę nie ma agresji w rywalizacji między tymi dwoma serwisami. Następnie odwiedziłem spotkanie z przedstawicielami RUNY noszące tytuł Czy naprawdę książki są takie drogie?. Przyznam, że prowadzone przez Piotra W. Cholewę spotkanie z Edytą Szulc było naprawdę świetne i pokazywało cały proces i koszt wydania książki oraz dokładnie demaskowało odpowiedzialnych za wysokie ceny książek w naszym kraju!

W międzyczasie trafiłem także na prelekcję RPGów pokrętne tworzenie prowadzoną przez Aquiliona i LVeehala jednak oni nie zainteresowali mnie niczym – być może nie potrafiłem dostroić się do ich poczucia humoru…

Ostatnim spotkaniem w jakim wziąłem udział tego dnia – nie licząc krótkiego wstąpienia do pubu z ekipą Valkirii i Poltergeista – było wchodzące w panel tworzony przez RUNĘ spotkanie z autorami – Czy łatwo się debiutuje w polskiej fantastyce?. Znani i lubiani pisarze opowiadali jak oni stawiali swoje pierwsze kroki na tym gruncie, a Edyta Szulc przedstawiała jak to wszystko wygląda od kuchni. I to spotkanie chyba najbardziej zapadło mi w pamięć ze wszystkich w jakich uczestniczyłem w tegorocznym POLCONIE.

Trzeciego dnia nie zaspaliśmy z tej prostej przyczyny, że z założenia przedłużyliśmy sobie sen o dwie godziny. Kiedy jednak dotarliśmy na konwent poszedłem na Forum Fandomu, gdzie wybraliśmy komisję liczącą głosy oddane na finalistów Nagrody Zajdla oraz omówiliśmy i nanieśliśmy zmiany na nowy regulamin tejże nagrody. Następnie ustaliliśmy miejsce POLCONU 2006 – tym razem impreza przeniesie się na drugą stronę kraju – do Lublina. Na koniec zostało jeszcze opracowanie kalendarium na nadchodzący rok polconowy i świadomi dobrze wykonanej roboty mogliśmy się rozejść na kolejne punkty programu.

Następne w kolejności były dwa spotkania – pierwsze z Robertem Ziębińskim, szefem działu publicystyki w Nowej Fantastyce, który stronił od udzielenia odpowiedzi na pytania o rubrykę Kurier fandomu, ale za to przedstawił plany na najbliższą przyszłość czasopisma, oraz drugie – autorskie z Andrzejem Pilipiukiem, które było jak zwykle udane i zgromadziło bardzo wielu słuchaczy.

Do uroczystego zamknięcia imprezy pozostało jeszcze sporo czasu, który spędziłem krążąc pomiędzy salami prelekcyjnymi, nigdzie jednak nie znalazłem niczego co by mnie chociaż trochę zainteresowało – nie licząc brzmiących modłów grupy LARPowych kultystów czy też kolędników śpiewajacych bożonarodzeniowe pieśni i oczekujących na otwarcie sali w której miał się odbyć ich punkt programu. Kolejny raz okazało się że najciekawsze punkty programu odbywają się jednoczenie…

Do Auli C, w której odbyła się uroczystość zamknięcia POLCONU, dotarliśmy na tyle wcześnie, że mogliśmy zająć dość dobre miejsca, z których wszystko swobodnie było widać. Rozpoczęło się równie skromnie jak było na otwarciu – od przemówienia prezesa Ad Astry – organizatora tegorocznego POLCONU. Następnie był przerywnik teatralny i krótki skecz parodystyczny oraz wręczenie nagród zwycięzcom konkursów, w tym Joannie Szczepańskiej z Warszawy, która wygrała konkurs literacki na polconowe opowiadanie.

Wkrótce przygasły światła i wszystkim zgromadzonym przybliżono postacie osób nominowanych do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za rok 2003, przy pomocy prezentacji multimedialnej. Chwilę później poproszono na scenę Tadeusza Olszańskiego, gościa honorowego konwentu, aby wręczył statuetkę fandomu laureatom. Pierwszym wyróżnionym został nieobecny na sali Andrzej Ziemiański za opowiadanie Zapach Szkła, zaś drugim – Jacek Dukaj za powieść Inne pieśni. Ogłoszenie zwycięzcą tego drugiego spotkało się z owacją wszystkich obecnych na sali, tak, że chcąc czy nie Jacek został zmuszony od wyjścia na środek i powiedzenia kilku słów publice, po której zachowaniu widać było, że w pełni zasłużył na to niezwykle prestiżowe wyróżnienie, jakim niewątpliwie jest Nagroda Fandomu Polskiego.

Niedzielny program ograniczał się spotkaniami i prelekcjami trwającymi jedynie do godziny 15. Nie przeszkodziło nam to jednak zagościć na dwóch spotkaniach na których Andrzej Pilipiuk sięgając do swojej wiedzy archeologa przedstawił nam historię alchemii i alchemików, okraszając je licznymi anegdotami oraz przeprowadził pokaz slajdów dotyczących archeologicznych zabytków związanych z magią obrzędową. Obie prelekcje były nad wyraz udane i co ciekawe zgromadziły pokaźną ilość słuchaczy mimo tego, że w ostatnim dniu nie zostało ich już zbyt wielu.

Na tym wypadałoby zakończyć tę relację, jednak pokuszę się jeszcze o drobne podsumowanie całości.

Zielonogórski Kub Fantastyki Ad Astra zrzesza ludzi, którzy swoje doświadczenie w przygotowywaniu konwentów nabierali podczas organizowania niewielkich imprezę takich jak Bachanalia Fantastyczne, czy zupełnie kameralny Hobbiton. To niestety było stale widoczne. Już na samum początku – przy wydawaniu identyfikatorów pokazały się braki organizacyjne, gdyż liczba osób, która odwiedziła POLCON wcale nie była taka zawrotna. Podobnie było z programem – stale się zmieniał, a w Informatorach można było znaleźć przekłamania takie jak konkursy nazwane prelekcjami i temu podobne potknięcia. Dodatkowo niektóre punkty programu odbywały się w salach, które z trudem mieściły 30 osób, a zainteresowanych było znacznie więcej. Karygodnym niedopatrzeniem było też pozwolenie na to aby zabrakło papieru w toaletach.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że wystawię złą ocenę Ad Astrze. Nic bardziej mylnego. Organizatorzy bardzo się starali i co ważniejsze było ich widać! Zawsze skorzy do pomocy, wyjaśnień czy udzielenia informacji, braki programowe starali się uzupełniać na bieżąco, a nawet, gdy zaistniała taka możliwość zorganizowano nadprogramowy turniej łuczniczy. Wpadki które zanotowałem raziły, ale naprawdę nie były one aż tak doskwierające żebym nie mógł napisać, że bez wahania zgodziłbym się aby zielonogórski klub organizował POLCON po raz kolejny. Jedynym co psuje obraz konwentu jako całości był brak wspólnych sal noclegowych w pobliżu miejsca konwentu, przez co do minimum ograniczone zostało konwentowe nocne życie. A jak wiadomo nie ma lepszych wspomnień po konwencie niż wspólnie spędzona na rozmowach czy też graniu, nieprzespana noc…

Kategorie
Konwenty

Polcon 2004 – okiem Sir Torpedy

Zloty miłośników fantastyki są wielkim wydarzeniem dla całego fandomu – można miło spędzić czas wśród ludzi którzy podzielają nasze zainteresowania. W dniach od 19 do 22 sierpnia trwał Polcon 2004 – konwent ciekawy, z licznymi atrakcjami.

Polcon to ogólnopolski konwent miłośników fantastyki. Impreza ta corocznie odbywa się w innym mieście. Tym razem wybrana została Zielona Góra wraz z Zielonogórskim Klubem Miłośników Fantastyki Ad Astra. Chociaż był to ich pierwszy tak duży konwent, to jednak posiadali już pewien bagaż doświadczeń – co roku organizują przecież Bachanalia Fantastyczne, które są imprezą towarzyszącą zielonogórskiemu Winobraniu, a także minikonwent Hobbiton.

Dziewiętnasta odsłona tej imprezy gromadzącej fantastów odbywała się w jednym z campusów Uniwersytetu Zielonogórskiego. Mam mieszane wrażenia co do jednego z dwóch udostępnionych przez uczelnię budynków – główna budowla konwentowa jest co prawda najnowocześniejszą z całego kompleksu, przez co wręcz wymarzoną dla tego typu przedsięwzięć, jednak dało się zauważyć liczne pęknięcia tynku, co sugerowało lekką niestabilność gmachu.

Zbiorcze sale noclegowe były wynajęte w zupełnie innej szkole, oddalonej o parędziesiąt metrów od uniwersytetu, jednak konwentowiczom został zapewniony dostęp do natrysków z ciepłą wodą, za co należą się organizatorom wielkie brawa.

Pierwszy dzień – akredytacja, dwie prelekcje i LARP

Na teren konwentu dotarłem około godziny 15:20 i tu nastąpiło rozczarowanie – w kolejce do recepcji czekałem niemal godzinę. Wraz z identyfikatorem otrzymałem reklamówkę z następującą zawartością: plakat i pocztówka z motywem konwentu, program i informator Polconu (dwie osobne książeczki) oraz przypinany znaczek z nazwą imprezy.

Pierwsze dwie prelekcje, na których dane mi było chwilkę posiedzieć, nie wzbudziły mojego zainteresowania na tyle, aby wytrwać na nich do końca. Następnie udałem się na LARPa – przyznam, że bawiłem się świetnie – prowadzonego przez lekko spóźnionego Inkwizytora. Od razu po jego zakończeniu udałem się do jednej z większych sal wykładowych na oficjalne rozpoczęcie Polconu 2004. Tam, po przywitaniu wszystkich gości przez organizatorów i odczytaniu listy sponsorów, można było pokrótce poznać historię UZ, a także wysłuchać prelekcji o planowanej budowie multimedialnego planetarium w Zielonej Górze.

Dzień drugi – dwa konkursy, kawałki prelekcji i kolejny LARP

Drugi dzień Polconu rozpoczął się pobudką o 8:00… Znaczy, rozpocząłby się wtedy, gdyby autor tego artykułu dał się o tej godzinie dobudzić, jednak ma on silną wolę i za nie pozwolił się zwlec z łóżka przed 10:00.

Pierw odwiedziłem dwa konkursy pt. I ty możesz zostać bohaterem oraz Konkurs wiedzy i umiejętności Warhammer Fantasy Role Play. Szczęście niestety mi nie dopisało, ale atmosfera była przednia… Tuż przed 15:00 wybrałem się na projekcję filmu Metropolis i wytrwałbym na niej do końca, jednak sala miała pewien mankament. Był nim schładzający pomieszczenie klimatyzator – tak bardzo, że na dworze było cieplej pomimo tego, że kropił tam deszcz.

Następnie trafiłem na zakończenie bardzo ciekawej dyskusji o tym, czy książki są naprawdę tak drogie, jak się powszechnie sądzi. Piotr W. Cholewa wraz z Edytą Szulc przedstawili cały proces, jaki musi przejść tekst w niewielkim wydawnictwie, zanim trafi na półki w księgarniach. Wydanie czterystustronicowej książki zamyka się w kwocie od 10 do 32 tys. złotych. Trudno było nie przyznać im racji – dzisiejsze wydawnictwa nie mogą zbytnio obniżyć cen, jeśli nie chcą stracić płynności finansowej. Poruszono tutaj także kwestię e-booków, a konkretniej tego, iż nie są one u nas wydawane. Niestety nic nie zapowiada zmian, a przynajmniej nie z inicjatywy Runy – pierwszy krok, aby sprawdzić opłacalność takiego przedsięwzięcia, musiałyby wykonać jakieś rodzime molochy wydawnicze.

Krótka przerwa na posiłek pomogła mi w wytrzymaniu więziennej atmosfery ciekawego LARPa organizowanego przez S.M.E.R.F. pt. Altdorf by night. Proszę me słowa potraktować poważnie, ponieważ cała gra toczyła się w lochach zarządzanych przez kapłanów Urlyka, a więźniowie – co jest faktem powszechnie znanym – chleb jeno i wodę dostawać mogli…

Dzień trzeci – wręczenie Nagrody Zajdla… i LARP

A może by tak dla odmiany zagrać czymś tak niekonwencjonalnym jak drużyna złożona z elfich łuczników albo włamyhobbitów? Mateusz ‚Inkwizytor’ Budziakowski, na swojej prelekcji o częstej powtarzalności pewnych sytuacji w grach fabularnych, udowadniał, że coś takiego ma rację bytu.

Następnie salę wykładową zajęli: Tomasz ‚Aquilion’ Pruski i Jędrzej ‚LVeehal’ Lubański. Kwiatki z sesji, czyli dlaczego należy uważać na słowa? – tytuł wykładu (i przy okazji konkursu) nie pozostawia żadnych wątpliwości co do jego treści – można tu było usłyszeć historie zarówno śmieszne jak i nieco makabryczne, gdyż niekonwencjonalne pomysły MG i graczy potrafią zmiękczyć czasem nawet największych twardzieli.

Konwenty są dla mnie okazją do spotkania się ze znajomymi, wysłuchania ciekawych prelekcji i pogrania w LARPy. Dlatego też nie mogłem opuścić punktu programu, który organizował Inkwizytor: Wilczy kasztel – później przechrzczony na Wilczy kaszel ze względu na kłopoty zdrowotne prowadzącego. Gra w konwencji Dzikich Pól okazała się być dokładnie tym samym, czym uraczono uczestników ConQuestu 2003. Tutaj jednak nie wyszła ona aż tak dobrze, gdyż część graczy nudziła się do tego stopnia, że zamiast gry wybierali rozmowę z dziennikarką Gazety Lubuskiej – winą za to nie obarczam tylko organizatora, bo żeby się dobrze bawić na tego typu punktach programu, trzeba wykazać nieco własnej inicjatywy…

Ostatnie parę godzin przed oficjalnym zamknięciem Polconu 2004 i rozdaniem Nagrody Zajdla spędziłem na odpoczynku, skromnej kolacji i spacerowaniu po terenie konwentu, gdyż nie było interesujących mnie punktów programu. Nie znaczy to wcale, że nic się nie działo. Można było wziąć udział w konkursie łuczniczym czy, tak jak ostatecznie sam zdecydowałem, udać się na jedną z prelekcji. Słowiańskie zaklęcia to tytuł wykładu Marcina Szklarskiego, na którym dowiedziałem się, że wyrażenie dzień dobry jest już formą czaru, gdyż zawiera się w nim chęć sprawienia aby dzień upłynął komuś przyjemnie.

Na zakończenie parę słów o tym, jak czas do przygotowania takiej imprezy szybko organizatorom minął (a sama impreza jeszcze szybciej), podziękowania i wręczanie nagród dla zwycięzców konkursów konwentowych. Przed wręczeniem Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza Zajdla jeszcze tylko krótkie przedstawienie – humorystyczny skecz w wykonaniu dwuosobowego, teatralnego odłamu Ad Astry i już można przedstawiać nominowanych. Wreszcie nadchodzi sam moment wręczenia nagrody, tym razem został o to poproszony Tadeusz Olszański, gdyż Jadwigi Zajdel nie było wśród uczestników Polconu 2004, a to właśnie ona zwykle jako pierwsza gratulowała zwycięzcom. Napięcie sięga zenitu i… Już po chwili na sali rozlegają się gromkie brawa dla nieobecnego na konwencie Andrzeja Ziemiańskiego – on to właśnie otrzymał tegorocznego Zajdla w kategorii opowiadanie za Zapach szkła – i Jacka Dukaja, który urzekł czytelników powieścią Inne pieśni.

Ostatni dzień – podsumowanie

Dwie prelekcje Andrzeja Pilipiuka wypełniły mi cały niedzielny poranek. Według archeologów to właśnie kobieta wymyśliła maszynę do destylacji alkoholu – tego i wielu innych informacji o dawnych naukowcach można się było dowiedzieć słuchając wykładu O Alchemikach. Następny – O magii obrzędowej oczami archeologa – już nieco mniej ciekawy, bo A.P. ograniczył się niemal do omawiania kolejnych slajdów wyświetlanych słuchaczom.

Na Polconie było około 400 osób, licząc dziennikarzy, organizatorów i tych, którzy wykupili tylko jednodniowe wejściówki. Nie jest to liczba zapierająca dech w piersiach szczególnie, gdy pomyśli się, iż w latach świetności na tej imprezie było około 1000 uczestników. Nie można było spodziewać się jednak rewelacyjnych wyników, przecież Zielona Góra po raz pierwszy organizowała konwent o tak wielkiej randze – dla tych, którzy nie znali możliwości Ad Astry, był to wyjazd w ciemno. Polcon 2004 należy uznać za udany, były co prawda czasem lekkie zgrzyty organizacyjne, ale gdzież się to nie zdarza? Zielonogórzanie – organizujcie więcej tego typu spotkań fanów fantastyki – dziękuję Wam za dobrą zabawę!