Kategorie
Felietony

Wieki strachu

Wampiry i wilkołaki…

Erpegowcy znają dobrze te bestie, śmiem rzec, iż czasami zbyt dobrze, czego świadectwem są tematy na forach, w których poruszane są różnorakie kwestie związane z nadnaturalnymi. White Wolf wciąż raczy nasze wysublimowane gusta (np. picie krwawej Merry, czy spożywanie świeżego mięsa) wałkując temat ludzi (i potworów) w skórach bestii. Trafia z tym doskonale, co zresztą widać po ilości fanów Świata Mroku i ukazujących się masowo dodatkach do systemów z tej linii wydawniczej.

nosferatu-the-vampyre-still2

Nie spodziewajcie się, że artykuł stanie się peanem na cześć wilka-albinosa, chociaż normalnych wilków będzie w nim kilka. Tak, tak – wampiry i wilkołaki (w mojej czysto subiektywnej opinii) straciły już swoją rolę nadrzędnych straszydeł. Przecież wiadome jest to, że Canis Lupus nie dostanie się do fabryki mięsa, by spowodować tam straty na linii produkcyjnej, tak jak kiedyś wybijał naszym przodkom trzody. Strzygonia nie obarczymy winą za epidemie, czy zwiększoną umieralność wśród dzieci. Więc po co się ich bać?

Straszno dzisiaj, straszno wczoraj, nie chcę czekać do wieczora!

Oczywiście, nie warto czuć trwogi przed tymi upiorami, które w żadnym względzie nie są realnym zagrożeniem dla współczesnego człowieka.

Więc czego boi się współczesny mieszkaniec Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych? Zacznę, bo tak wypada, od wspomnienia krańca XIX i początku XX wieku, tuż po spektakularnym rozwoju techniki, który oczywiście wciąż trwa, chociaż w trochę wolniejszym tempie niż to działo się wiek wcześniej, kiedy to w 1898 powstała Wojna Światów H.G. Wellsa oraz roku 1938, kiedy w Halloween odtworzono słuchowisko na podstawie tej powieści. Wywołano tym sposobem ogólną panikę wśród słuchaczy radia, gdzie nadano tę audycję. Także w tym czasie swoją mitologię tworzył H. P. Lovecraft, racząc czytelników grozą z najgłębszych otchłani kosmosu i niezbadanych zakątków Ziemi.

yoda

Powieść H. G. Wellsa, jak i opowiadania Samotnika z Providence ukazywały nam, na różne sposoby, konfrontację człowieka z istotami od niego inteligentniejszymi, bardziej zaawansowanymi technicznie, lepiej przystosowanymi do życia. Co najważniejsze – zupełnie obcymi dla ludzkich schematów myślenia i pragnącymi tylko jednego: eks­ter­mi­na­cji gatunku Homo Sapiens. Nie był to strach abstrakcyjny, bo przedstawiane istoty, które miały za zadanie siać grozę, mogłyby faktycznie istnieć, co zdawały się potwierdzać badania naukowe. Wynikało z nich jasno, że Wszechświat wymyka się ludzkiej percepcji, a sama Ziemia, pyłek w kosmosie, także nie jest do końca poznana, więc logicznym jest, iż z nieba może przylecieć śmierć w latających spodkach, a z lodów Antarktydy nadejść inna, straszna rasa.

Poza tym strachem przed nieznanym, społeczeństwo zachodu starało się utonąć w zapomnieniu po dopiero co zakończonej I wojnie światowej i złapać oddech tuż przed rozpoczęciem kolejnej wojny. Powietrze udało się wciągnąć, lecz na podstawie słuchowiska z 1938 i zbiorowej paniki, jaka w jego czasie wybuchła, możemy spostrzec, że kosmici, UFO, nieznane, było dziurą w płucach ludzkości, a przynajmniej Amerykanów. Rana była na tyle rozległa, by sądzić, że ludzkość w okresie międzywojennym starała się budzić pozory życia. To tak jakby sparaliżowanego przystroić w strój klauna i kazać bawić dzieci w cyrku. Niestety, wszyscy mają świadomość tragedii, a zarazem czarnego humoru, zaistniałej sytuacji.

Czas mijał. Kolejna Wielka Wojna, z jej tyranami i szaleństwem, okazała się remedium na lęk przed nieskończonością próżni. Strach na kilka lat stał się namacalny…

Nadeszła Zimna Wojna. Pojawiło się nowe zagrożenie w zbiorowej świadomości ludzi – III wojna światowa, w której główną bronią będą wszechpotężne bomby atomowe. Człowiek wyparuje. Nieliczni, którzy zdołają przetrwać, będą musieli zmierzyć się ze zmienionymi warunkami klimatycznymi, brakiem pożywienia i niemożnością używania dobrodziejstw cywilizacji.

Potęga, którą stworzyli fizycy, była niewyobrażalna dla przeciętnego człowieka. I do tego tak żywa. Skończyły się lata siły kosmitów – mamy coś, czego powinni się bać przybysze z kosmosu! Ale… jeśli użyjemy tego przeciwko sobie?!

Dzisiaj, wiele lat po awersji do zmarłych i bestii, wciąż przebrzmiewają echa terroru z kosmosu i fali uderzeniowej bomby wodorowej. Są słabe, współczesna technologia i wiara w siłę ludzkości jest w stanie przeciwstawić się inwazji innej rasy, lub (tym bardziej) komunistów. Wilki, czy krwiopijcy wydają się śmieszni w tym zestawieniu.

Ogólnoświatowa sieć łączy ludzkość, medycy opracowują doskonałe szczepionki, a broń ma coraz większy zasięg i niszczycielską moc. To tryumf wiedzy i intelektu Homo Sapiens!

Rzeczą ludzką jest się bać

Na początku baliśmy się zjawisk naturalnych – burz, powodzi, ognia, piorunów. Zarazem je ubós­twia­liśmy. Następnie nadeszła trwoga przed duchami, demonami i bóstwami – je także czciliśmy. Wampiry i wilkołaki, im składano ofiary, chociaż budziły nienawiść. Kosmici też rozsiewali panikę i zyskali wierzących. Bomby atomowe? Który z tyranów ich nie kochał, który z maluczkich nie drżał przed nimi? Za­awan­sowana technologia, nauka, medycyna także straszy, ale bądźmy szczerzy – po części wszyscy jesteśmy nią zachwyceni…

Czyżbyśmy kochali strach? A może boimy się tego, co kochamy? Zbyt często oddajemy się miłości ku rzeczom, które faktycznie są narzędziem lub wcieleniem terroru.

C-3PO_in_Phantom_Menace

Droga terroru: natura – demony – kosmici – ludzkie wynalazki, świadczy o tym, że najprawdopodobniej człowiek z czasem staje się na tyle potężny, by zamiast nieznanych i wrogich mu sił, bać się swojej natury, a następnie swoich własnych tworów. Ładunki elektronów zastąpiły pioruny rozwścieczonych bóstw, wirusy hodowane w laboratoriach są większym zagrożeniem, niż wiedźmie klątwy.

Technika współpracuje z nami, służy nam w pewnym sensie, lecz obawa przed buntem z jej strony wydaje się być uzasadniona. Dlaczego? Ponieważ nikt nie określił wyraźnych granic. Matrix, Terminator, czy choćby Neuroshima – czy czeka nas taka przyszłość?

Rachunek sumienia

Genetyka i medycyna obdarzają nas długim i w miarę bezbolesnym życiem. Mimo to są straszne, mogą obrócić się przeciwko nam – znowu: nikt nie wie, gdzie leżą granice badań. Oczywiście, etyka oraz moralność obowiązują. Skąd jednak mieć pewność, że nieznany światu, szalony naukowiec, na swojej wyspie zagubionej pośród fal na Morzu Jawajskim, nie przeprowadza eksperymentów na ludzkich genach? Terroryści w podziemnych laboratoriach nie wyprodukowali wirusa tworzącego z ludzi autodestruktywne, wygłodniałe zombie?

Nie wiemy nic. Boimy się, nasza niewiedza budzi strach.

Resident Evil, Doom, 28 tygodni później itd; ostatnimi czasy wiele filmów o destruktywnych wirusach, a zarazem broniach biologicznych pojawia się w ki­nach. Matrix, Terminator i podobne produkcje opowiadające o buncie maszyn zmuszają nas do myślenia o przyszłości technologii informacyjnej.

Są naszym rachunkiem sumienia.

Kategorie
Literatura

Wojna światów – recenzja książki

1_wojna

Science fiction wyprzedzająca swoją epokę

Chyba prawie każdy widział już film z Tomem Cruisem, w którym – wraz z dwójką swoich dzieci – ucieka przed zagładą z kosmosu. Spore grono miłośników kinematografii ocenia film jako średni i nastawiony na efekciarstwo, czemu nietrudno się dziwić, gdyż oglądanie głównych bohaterów jest… uciążliwe. Dzieci mają chłodne stosunki z ojcem, przy czym syn lubi się buntować, zaś córeczka robi bardziej za irytujący bagaż w całej podróży, niż za faktycznego bohatera.

Film zobaczyłem dawno, w wakacje nad morzem, gdy w tamtejszym kinie pojawił się z półrocznym opóźnieniem. Tak się jakoś złożyło, że tego samego lata miałem wizytę u lekarza i w poczekalni dla zabicia czasu wziąłem do ręki gazetę, w której przeczytałem o słuchowisku radiowym. Słuchowisko Wojna światów zostało przygotowane przez Orsona Wellesa i Mercury Theatre. Wyemitowane zostało 30 października 1938 roku w święto Halloween i wprowadziło całe Stany Zjednoczone w stan absolutnej paniki. Ogłoszono stan wyjątkowy, ludzie zamykali się w domach, bojąc się nadejścia obcych. Skąd tak gwałtowna reakcja? Słuchowisko było prawdziwym majstersztykiem, dokładnie przygotowanym i przedstawionym w formie reportażu, jakby czytający kwestie relacjonowali na żywo zdarzenia z miejsca zajścia. Dodatkowo działo się to wszystko w latach poprzedzających drugą wojnę światową, dlatego społeczeństwo było przesiąknięte napięciem i poczuciem zagrożenia. Najbardziej jednak przyziemnym powodem była zwykła niewiedza Amerykanów. Audycję nadano w czasie, kiedy na każdym kanale emitowano inne tego typu programy. Ludzie mieli w tamtych czasach zwyczaj zasiadać przy radioodbiornikach i skakać po kanałach, dlatego prawie wszyscy przegapili komunikat, że słuchowisko jest fikcją.

Artykuł bardzo mnie zainteresował, jednak Wojna światów przypomniała mi się dopiero parę miesięcy później, kiedy na półce w osiedlowej bibliotece zobaczyłem książkę opatrzoną tym tytułem. Zaciekawiony od razu ją wypożyczyłem i po powrocie do domu zagłębiłem się w lekturze.

To wszystko działo się dawno temu, jednak od tego czasu zacząłem znacznie bardziej cenić książki science fiction, które dzisiaj można uznać za stare. Herbert George Wells, chociaż znany z wielu książek fantastycznonaukowych, w Wojnie światów przedstawił motyw inwazji obcej rasy na Ziemię, który wszedł do powszechnego użytku powieści tego gatunku znacznie później.

Przez całą książkę śledzimy inwazję obcych – Marsjan – oczami głównego bohatera, pisarza, który pozostaje jednak anonimowy. Koło miasteczka, w którym mieszka, spada meteoryt, okazujący się pojazdem kosmicznym. Wraz z tłumem gapiów przybywa obejrzeć niezwykłe zjawisko, kiedy dziwny cylindryczny obiekt otwiera się, a z jego wnętrza wypełza obcy o przerośniętej głowie, wielkich czarnych oczach i mackach zamiast odnóży (kto grał w Metal Slug 2 ten będzie wiedział o co chodzi). Jest to początek inwazji i od tego momentu towarzyszymy głównemu bohaterowi w tułaczce, podczas której obserwuje wydarzenia jakie są następstwami lądowania złowrogich Marsjan na Ziemi.

Przez całą powieść Wells raczy czytelnika obrazem wszystkich plag, jakie mogą spaść na ludzi w takim kryzysie. Bohater na własne oczy widzi bestialskie zachowanie zdesperowanych ludzi, rozpacz, głód i cierpienie. Każdy promyk nadziei, jaki się pojawia, gaśnie zdławiony podczas konfrontacji z technologicznie zaawansowanymi obcymi dysponujących śmiercionośną bronią w postaci trzydziestometrowych trójnogów wyposażonych w gorący promień czy pociski z zabójczym czarnym dymem. Autor nie tylko przedstawił wizję broni, która dzisiaj w science fiction jest powszechna, ale również ukazał masę psychologicznych i społecznych ułomności, jakie wychodzą w czasie trwania apokalipsy (należy pamiętać, że zawsze pod koniec wieku autorzy tworzyli dzieła o zagładzie i tragediach z mocnym fatalistycznym wydźwiękiem). Najbardziej jednak wstrząsający ze wszystkich aspektów książki to opis obcych, ich wyglądu oraz zachowań. Wells, wykorzystując wiedzę odnośnie darwinizmu i teorii ewolucji, przedstawił Marsjan jako to, co może wyewoluować z nas, jeżeli będziemy stawiać intelekt ponad innymi wartościami jakie czynią z człowieka tego, kim jest. Marsjanie – meduzowate, pozbawione emocji istoty o zdegenerowanych ciałach i potężnie rozbudowanym mózgu, o nieludzkiej inteligencji – to wyjątkowo nieprzyjemna wizja, szczególnie, kiedy czyta się ich dokładny opis, jaki jest zawarty na kartach Wojny światów.

Dzięki Wojnie światów zacząłem cenić klasyczną fikcję naukową. Nieraz, czytając nowe pozycje, mam wrażenie, iż autorzy czerpią inspirację z historii lub legend, tworząc coś, co można nazwać future-fantasy. Jednak każdemu, kto uwielbia porządne, jednak nie przesadzone s-f, serdecznie i gorąco polecam przeczytanie Wojny światów, bowiem jest to pozycja naprawdę warta uwagi.

Tytuł: Wojna światów
Autor: Herbert George Wells
Wydawca: Muza
Rok: 2004
Stron: 224
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Steampunk – recenzja antologii

steampunk

Na polskim rynku wydawnictw fantastycznych pojawił się nowy gracz – ArsMACHINA. Pierwszą książką, którą wydało to wydawnictwo, jest Steampunk, antologia opowiadań z tytułowego gatunku, pod redakcją Ann i Jeffa VanderMeerów. Zbiór ten ujął mnie za serce swoją formą. Lubię antologie opowiadań, ponieważ rzadko się zdarza, by większość utworów była słaba. Opowiadania dają mi także więcej radości z czytania niż powieści. Mknę przez nie szybko, a często raczony jestem świetnym produktem, na długo pozostającym w pamięci. Tak samo było w przypadku Steampunku, w którym znalazło się kilka klejnotów.

Antologię otwiera fragment powieści Michaela Moorcocka – Błogosławieństwo. Trudno mi go ocenić, ponieważ bardziej wydaje się być częścią przedmowy niż właściwej historii. Jako czytelnik niezaznajomiony z nowoczesnym steampunkiem, zostałem wprowadzony w jego klimat przy użyciu tego fragmentu, który mówił do mnie: „Dzień dobry, to ja, steampunk. Skoro już mnie znasz, to pogłębmy naszą znajomość”. I idąc za tą radą, zagłębiłem się w kolejnym, już pełnoprawnym, opowiadaniu.

Maszyna Lorda Kelwina Jamesa P. Blaylocka jest dżentelmeńską powieścią przygodową. Główni bohaterowie muszą zapobiec zderzeniu komety z Ziemią, przy okazji nie dopuszczając do przeprowadzenia akcji ratunkowej przez Królewską Akademię Naukową i działań dywersyjnych zaplanowanych przez głównego złoczyńcę. To herbaciano-parowy steampunk, przygodowe, lekko humorystyczne opowiadanie. Godne polecenia i uwagi.

Ian R. MacLeod, znany już w Polsce z powieści Wieki Światła i Dom Burz, snuje surrealistyczną opowieść, steampunkową baśń, Dar ust. Przyznam, że byłem niechętnie nastawiony do utworu, ponieważ nie lubię lirycznego stylu – moim zdaniem, autorzy zbyt często ukrywają w pustosłowiu braki fabuły. Z czasem jednak wyzbyłem się swoich uprzedzeń. Przynajmniej względem MacLeoda, ponieważ jest on świetnym bajarzem. Jego styl, mimo rozbudowanych opisów, jest również sugestywny i nie spowalnia akcji. Mieszanina feudalizmu i koszmarów epoki pary, czyli wielkiej kopalni, która wszędzie i na wszystkich odciska swoje piętno, stanowi przerażający i ciekawy obraz.

Technofobię, feminizm i nieciekawą fabułę – tyle właśnie oferuje Mary Gentle w Słońcu na poddaszu. Feminizm jestem w stanie ścierpieć. Technoparanoję też. Tylko wypadałoby podać je w sposób ciekawy, odkrywczy. Niestety, autorka nie podołała wyzwaniu. Matriarchalna społeczność (swoją drogą, całkiem ciekawie przedstawiona!) i przeciwstawianie się męskim odkryciom, które zaprowadzą wszystkich do zguby. To tyle z fabuły. Słabo.

Opowiadanie Jaya Lake’a Nadciąga bóg klaun, jest kontrapunktem w antologii, odchodzącym nieco od obrazu dżentelmeńskiego steampunka. Tym razem autor skupia się na dosyć wąskiej dziedzinie – golemologii – zestawiając ją przy okazji z religią oraz frankensteinologią. Utwór interesujący, nie powoduje jednak dreszczu emocji, niewiele przy nim także głębszych przemyśleń nad treścią. Jest lekki i przyjemny, ale nie dobry.

Każdy tort musi posiadać swoją wisienkę. Spotkanie parowego człowieka z prerii i mrocznego jeźdźca: powieść wagonowa Joe R. Lansdale’a jest właśnie takim owocem. Świetne w każdym calu, podnosi wartość całej antologii do kwadratu. Teraz, gdy spoglądam na okładkę Steampunku i widzę parowego człowieka i mrocznego jeźdźca, wiem, że wybrałem dobry zbiór opowiadań.

Co zachwyciło mnie w tym opowiadaniu? Na pewno nie głębia przemyśleń autora. Rozrywkowa (przez duże R!) fabuła, ociekająca różnymi płynami wydzielanymi przez ludzi i nie-ludzi, gadżet, w postaci parowego człowieka a także uczynienie z Podróżnika w czasie H. G. Wellsa mrocznego jeźdźca, pełnego mrocznych pragnień i czyniącego masę mrocznych rzeczy. Dodatkowo znalazły się tam doskonała rytmika toku powieści, bez nagłych przyspieszeń lub opóźnień i naprawdę śmieszne przedstawienie brutalnych scen. Na uwagę zasługuje także przebogata wyobraźnia, zupełny brak dobrego smaku i przepotężne niezrównoważenie umysłowe autora…

Trochę ochłonąłem i udałem się do Klubu Księżycowego Ogrodnictwa. Opowiadanie napisała Molly Brown i jest ono przeciwieństwem poprzedniego utworu. Co nie oznacza, że jest słabe. Panna Molly stworzyła przyjemną, humorystyczną powieść obyczajowo-steampunkową, w której pojawiły się elementy jak najbardziej związane z dzisiejszymi czasami (np. terraformacja). Chociaż zwykle na to nie zwracam uwagi, spodobały mi się kobiece i męskie postacie, ich zachowanie, problemy i interakcje. Opowiadanie ma w sobie olbrzymią dawkę optymizmu, jest świetnym przykładem na to, że o technologii też można pisać z przymrużeniem oka, bez zbędnej paranoi. No i kobiety w opowiadaniu na pewno nie są Pandorami, lecz Muzami. A rakiety używane są w ogrodnictwie. Czego chcieć więcej?

Ted Chiang, w Siedemdziesięciu dwóch literach nie wysila się zbytnio. Opowiadanie jest wtórne, wykorzystuje znany motyw – rasa ludzka posiada skończoną liczbę pokoleń, trzeba znaleźć sposób, by temu zaradzić. Przy okazji pojawia się idealistyczny bohater chcący wyciągnąć ludzi z manufaktur, towarzystwo naukowe starające się w tajemnicy uratować ludzkość przed nieuchronną zagładą, którego założyciel ostatecznie okazuje się być wyznawcą eugeniki. Co jest siłą opowiadania? Zamiana inżynierii genetycznej i automatyki na steampunk, czyli wykorzystanie golemologii i kabały. Ted Chiang, w moim mniemaniu straszny fatalista, tym razem mile mnie zaskoczył. Opowiadanie nie ocieka pesymizmem, poza tym ze strony na stronę staje się ciekawsze. Obyłoby się nawet bez sensacyjnych zwrotów akcji, aczkolwiek zwiększają one przyjemność z jego odbioru.

Młoda królowa Wiktoria znika, a na tronie, tuż przed koronacją, zasiada traszka-hybryda o tym samym imieniu. Paul di Filippo posiada niezwykłe poczucie humoru, co widać w jego Wiktorii. Mroczny i mglisty Londyn nie wydaje się w ogóle być domeną Kuby Rozpruwacza, ale miejscem pełnym zabawnych sytuacji i zbiegów okoliczności. Wiktoria pod płaszczykiem humorystycznej historii o poszukiwaniu zaginionej królowej, nawiązuje wyraźnie do problemów ówczesnej epoki. Wyzysk pracowników, rozrzut między klasami społecznymi i prawa kobiet – to kilka elementów, o których wspomina Filippo, choć zawsze w bardzo zabawny sposób (lecz bez zbędnej ironii).

Rachel E. Pollack sięga w Odbitym świetle do motywu utopijnego świata, gdzie większość ludzi to robotnicy (najniższej warstwy), którymi kierują tajemniczy inżynierowie (może maszyny)? Opowiadanie przypomina trochę sekwencję snów; historię poznajemy z kilku archiwalnych, woskowych taśm, tak więc akcja dzieje się w przeszłości świata przedstawionego. Ciężko napisać mi cokolwiek więcej, ponieważ mimo potencjału, jest to utwór przeciętny. Nie przypadł mi do gustu i właściwie nie wiem, co autor miał na myśli.

Mglisty Londyn lub dzikie, niezbadane dżungle to nie jedyne scenerie steampunku. W Minutach ostatniego spotkania Stepana Chapmana pojawia się carska Rosja, z samym Mikołajem II, superkomputerem-szpiegiem, rzeszą nanotechnologicznych cudeniek (medycznych i szpiegowskich), a także psionikami. Akcja, dzięki temu, że przedstawiana z wielu punktów widzenia, cały czas absorbuje uwagę. Co najważniejsze, samo zakończenie jest zaskakujące. Szkoda dodawać coś więcej, oprócz zachęty do przeczytania.

Tom zamyka opowiadanie Neala Stephensona Ustęp z trzeciego i ostatniego tomu plemion wybrzeża Pacyfiku. Utwór nie jest steampunkiem, nawiązuje raczej do postapokalipsy z elementami hard science fiction. Do parowych klimatów odwołuje się podróżą grupki odkrywców przez tereny wrogich plemion, niczym w powieściach przygodowych. Autor umiejętnie korzysta przy tym z terminologii fizycznej. Ma ona sens, nie nuży i nie przeradza się w technobełkot. Poza tym starcie grupki bohaterów z całym plemieniem gangerów w ruinach centrum handlowego prezentuje się nadzwyczaj ciekawie.

Antologię zamykają dwa eseje. Pierwszy z nich, Parowy wehikuł czasu: ujęcie popkulturowe Ricka Klawa, może przydać się osobom chcącym pogłębić obcowanie ze steampunkiem także na telewizję i kino. Drugi, Billa Bakera, Steampunk graficzno-sekwencyjny: Skromny przegląd podgatunku na polu powieści graficznych, samym tytułem wskazuje na treść. Nie jestem miłośnikiem komiksów, ale fani powinni być zadowoleni, ponieważ w podsumowaniu pojawia się kilkanaście tytułów, których być może, nie znają.

Antologia Steampunk składa się z 12 opowiadań, dwóch esejów, jednej przedmowy, wstępu i not o autorach. Z tych dwunastu opowiadań, stanowiących esencję książki, większość jest bardzo dobra. Słabe gdzieś są, ale co z tego, skoro giną w natłoku świetnych?

Owszem, należy sięgnąć po Steampunk. Jest to jedna z antologii, którą trzeba mieć. Można ją scharakteryzować jednym słowem: wybitna. Dawno nie zostałem uraczony tak przepysznym daniem – spróbujcie i wy, na pewno nie pożałujecie! Z czystym sumieniem przyznaję Znak Jakości i najwyższą notę.

Tytuł: Steampunk
Wybór: Ann i Jeff VanderMeerowie
Wydawca: ArsMACHINA
Rok: 2011
Stron: 344
Ocena: 6
Kategorie
Literatura

Trylogia kosmiczna – recenzja

trylogia_kosmiczna01

Choć może wydawać się to dziwne, fantastyka naukowa, to naprawdę ciężki kawałek chleba dla pisarza. Teoretycznie wszystko jest proste – wystarczy wystrzelić ludzi w kosmos albo rozwinąć ich cywilizację do niebotycznego poziomu, dorzucić trochę quasi-naukowego słownictwa i dodać jakiegoś – niekoniecznie charyzmatycznego (vide filmowy Luke Skywalker) – bohatera. Proste? Proste – świadczyć może o tym chociażby rosnąca hurtowo liczba książek o tematyce sci-fi, nieporywających, co prawda, lecz znośnych. Problem tkwi jednak w tym, w jaki sposób napisać książkę o tematyce science-fiction tak, aby za lat kilkanaście, ba! Kilkadziesiąt, gdy ludzkość dokona kolejnego skoku technologicznego, wciąż znajdowali się tacy, którzy będą ją czytali, zachwycając się konstrukcją świata i przygodami bohaterów.

Per analogiam, pisarz fantasy ma niemal zawsze w tych warunkach ułatwiony start, jako że gatunek ten zdominowany jest przez swą odmianę mediewistyczną (w opinii laików tzw. medival fantasy jest nawet synonimem fantasy jako takiej, jedyną jej formą), autorzy głównie piszą więc o światach które już kiedyś istniały, a nie dopiero będą istnieć w jakieś mniej lub bardziej nieokreślonej przyszłości. Wizja świata wykreowanego przez autora fantasy najczęściej się nie dezaktualizuje, co jest luksusem na jaki nie mogą już sobie pozwolić autorzy sci-fi (najlepszym przykładem jest komiksowa Trylogia Nikopola, która pomiędzy swoją premierą papierową a filmową zestarzała się w ciągu dwudziestu lat na tyle, że trzeba było do pewnego stopnia przebudować świat stworzony przez Enkiego Biala).

Ten – może nieco zbyt długi – wstęp powstał po to, abym łatwiej ukazać mógł wyjątkowość dzieła C.S. Lewisa. Dzieła, które w kategoriach fantastyki, powstało tak naprawdę w zupełnie innej epoce: premiera pierwszej części Trylogii Kosmicznej, Z milczącej planety (Out of silent planet) miała miejsce tuż przed wybuchem II Wojny Światowej, w roku 1938. Wizja świata Lewisa odbiega znacząco od tego, do czego przyzwyczaiło nas ostatnimi czasy sci-fi – to już nie space opera w stylu Gwiezdnych Wojen, ale zupełnie nowa jakość łącząca ze sobą fantasy i science fiction; jakość która – jak sądzę – już się nie zestarzeje.

Głównym bohaterem cyklu jest dr Elwin Ransom, filolog na jednym z angielskich uniwersytetów, który w pierwszym tomie porwany zostaje przez dwóch, ogarniętych chęcią podboju wszechświata naukowców na Malakandrę (tj. Marsa), gdzie od ducha opiekuńczego planety dowiaduje się prawdy o naszym świecie (Tulkandrze – „Milczącej Planecie”) oraz dostępuje łaski oświecenia w jaki to tak naprawdę sposób funkcjonuje kosmos. W drugiej części, Perelandra, Ransom przeniesiony zostaje na Wenus, gdzie staje się świadkiem kuszenia jej pierwszych mieszkańców przez Szatana, w finale zaś (Ta straszliwa siła), już na Ziemi, dochodzi do finałowego starcia sił Dobra ze Złem.

Już ten krótki zarys fabuły ukazuje, w jak odkrywczy sposób tworzy Lewis swój świat – nie ma tu wehikułów czasu (jak u Wellsa), nie ma upadającego, stworzonego przed mileniami Imperium Galaktycznego (jak u Asimova), nie ma Gwiazd Śmierci, ani myśliwców gwiezdnych (jak u Lucasa). Zamiast tego, cały cykl jest wielkim peanem na cześć Boga – co rusz spotykamy tutaj odniesienia zarówno do Starego, jak i Nowego Testamentu: anioły opiekuńcze, motyw zmartwychwstania Chrystusa, kuszenia pierwszych rodziców, Szatana… Ktoś mógłby powiedzieć, że to banał, że żerowanie na powszechnie znanych motywach religijnych oznacza zapewne brak inwencji twórczej autora, ale nic dalszego od prawdy! Wizja świata w Trylogii kosmicznej urzeka niemal od pierwszych chwil – Lewis przetwarza znane motywy w sposób mistrzowski, tworząc tak naprawdę zupełnie nową interpretację Biblii i tworząc uniwersum które ma jak najbardziej prawo istnieć. A może nawet istnieje naprawdę, tylko my – zaślepieni przez Szatana i pęd ku wielkości – nie jesteśmy w stanie go dostrzec? Dzieło Lewisa cechuje ogromna wiara w Boga, w ostateczne zwycięstwo Dobra nad Złem i jestem przekonany, że przypadnie ono do gustu wszystkim tym, którzy lubią inspiracje religijne w literaturze i nie są do religii nastawieni z gruntu sceptycznie.

Zawiodą się natomiast na Trylogii kosmicznej z pewnością ci z czytelników, którzy chcą dostać w swe ręce książkę obfitującą w nagłe zwroty akcji i wartką narrację – historia opowiadana przez autora płynie leniwym nurtem; pomijając Tę przerażającą siłę brak tutaj w zasadzie dynamiki, a główny nacisk położony jest na dialogi, które roztrząsają dylematy moralne oraz koncepcje dobra i zła (nie bez kozery zresztą: jak już była powyżej mowa, drugi tom ukazuje kuszenie pierwszych ludzi na Wenus, a nawet Szatan nie jest w stanie bez problemów przełamać oporów istoty obcującej z samym Bogiem). Tempo akcji przyśpiesza znacząco dopiero w III tomie, który różni się znacząco od pierwszych dwóch – chyba nawet Lewis traktował go jako na poły odrębny, gdyż zastrzega na początku, iż można go czytać oddzielnie, bez kontaktu z dwoma wcześniejszymi. Widać również, że powstawał w nieco innych warunkach od wcześniejszych – jego premiera miała miejsce już po kapitulacji Trzeciej Rzeszy, brak więc tutaj tego napięcia i oczekiwania jak to wszystko się skończy.

Trylogia kosmiczna jest dziełem, które polecałbym wszystkim, nie tylko fanom fantastyki (którzy pewnie w przeważającej części czytali ją już w różnych wydaniach na długo przed przed edycją z wydawnictwa Media Rodzina). Świat wykreowany przez Lewisa jest tak wiarygodny i tak przepełniony ufnością w religię i Boga, że powinien urzec również tych, którzy fantastykę uważają za dzieło Szatana. Jedyną grupą, jaka będzie zapewne nieusatysfakcjonowana Trylogią kosmiczną będą fani tradycyjnego sci-fi z blasterami, statkami kosmicznymi i złym Imperium Galaktycznym, jednak ufam iż nawet oni, natchnieni przez Maledila, spróbują po nią sięgnąć. Chociażby po to, aby móc ją później skrytykować. Amen.

Tytuł: Trylogia kosmiczna
Autor: C. S. Lewis
Wydawca: Media Rodzina
Rok: 2009
Stron: 780
Ocena: 5+