Kategorie
Felietony

O „Power Rangers” A. Shakary i J. Kahna słów kilka…

W czasach Internetu pół roku to niemal wieczność. Newsy, filmy i zdjęcia pojawiają się, przeżywają swoje krótkie pięć minut sławy i znikają, na wieki ginąc w odmętach Sieci, pogrzebane pod kolejnymi gigabajtami danych. Drukowane czasopisma żyją przy tym jakby na marginesie głównego nurtu, zbierając najciekawsze informacje i publikując je z wielotygodniowymi, a czasami wielomiesięcznymi opóźnieniami, przypominając o istnieniu tego, o czym żyjące chwilą społeczeństwo sieciowe zdążyło już zapomnieć.

Nie inaczej jest z tekstem Emila Strzeszewskiego „Nowe przyszło”, opublikowanym w „Czasie Fantastyki” 2/2015. To niewielki, raptem jednostronicowy artykuł, poświęcony opublikowanemu w Sieci przed pięcioma miesiącami, krótkometrażowemu filmowi „Power Rangers”, stworzonemu przez Adiego Shankara i Josepha Kahna. Artykuł dla mnie zaskakujący pod wieloma względami: nie tylko dlatego, że po miesiącach przypomina o powoli zapomnianym już filmie, ale przede wszystkim z powodu tego w jaki sposób odnosi się do jego serialowego protoplasty.

2

Spośród wielu zastrzeżeń wymienianych przez autora artykułu z jednym nie mogę się nie zgodzić: „Power Rangers” (serial) był, jest i pozostanie na zawsze kiczowaty. W dokładnie taki sam sposób, w jaki kiczowate, ale zarazem urocze i przyjemne w odbiorze są wszystkie seriale sentai, super sentai, filmy o Godzilli, czy kaijū-eiga w ogóle. Dla jednych – do których zalicza się chyba również Emil Strzeszewski – może być to wadą, dla innych – osób takich jak ja – zaletą. Chociaż nasze spojrzenia na tę kwestię są najwyraźniej rozbieżne, to nie one skłoniły mnie do napisania tego tekstu. Znacznie bardziej zaskoczyło mnie to, że artykuł sarkastycznie traktuje to, co było najmocniejszą stroną serialu (o wielu jego elementach nie wspominając przy tym w ogóle), niejako w domyśle przedstawiając film A. Shankara i J. Kahna jako jego zupełne przeciwieństwo.

Takie podejście do tematu wydaje mi się głęboko niesprawiedliwe. To prawda: dla wielu obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków, przyzwyczajonych do współczesnego sposobu prowadzenia akcji, wspomnienie „Power Rangers” wzbudza co najwyżej uśmiech głębokiego politowania. W połowie lat 90. serial był jednak czymś wyjątkowym i dołożył wcale niemałą cegiełkę do rozwoju zachodnich seriali dla młodzieży.

Przede wszystkim spojrzeć trzeba tu na konstrukcję narracji. Pomimo tego, że większość odcinków toczyła się według utartego schematu – problem nastolatków, pojawienie się potwora, transformacja, przyzwanie zordów, zniszczenie potwora, rozwiązanie problemu nastolatków – już pierwsza seria „Mighty Morphin Power Rangers” wprowadziła koncepcję historii rozłożonej na wiele odcinków. „Green with Evil” – bo o tym mowa – była rewelacyjną opowieścią rozpisaną na aż pięć epizodów (z tylu odcinków składał się w USA tydzień emisyjny „Power Rangers”). W serialach dla dorosłych podobne zabiegi stosowane były już dobrą dekadę wcześniej, „Green with Evil” wprowadziło jednak tę koncepcję również do seriali młodzieżowych. Pomysł ten scenarzyści kontynuowali w kolejnych sezonach, a za nimi poszli twórcy innych seriali dla dzieci i młodzieży. Film A. Shakara i J. Kahna nie wprowadza znikąd rozbudowanej fabuły do opowieści o Rangersach – ona była tam od zawsze, tam – w pewnym sensie – narodziła się.

1

Nie można również powiedzieć, żeby aktorzy występowali „udając że znają kung-fu i karate”. Jednym z kluczowych elementów doboru obsady w pierwszych sezonach serialu była umiejętność wykonywania przez aktorów ich własnych, unikatowych numerów kaskaderskich (przynajmniej w scenach, gdy aktorzy nie są w strojach Rangersów – tamte nagrywane były przez inną grupę aktorów, co było niezbędne przy tak napiętej ramówce). Stąd też w oryginalną szóstkę głównych bohaterów wcielili się m.in. dwaj mistrzowie sztuk walki (Jason David Frank i Austin St. John), tancerz (Walter Emanuel Jones) i gimnastyczka (Amy Jo Johnson). Był to prawdopodobnie jedyny amerykański serial tego okresu posiadający tak rozbudowaną choreografię, nagrywaną niemal bez cięć (długie ujęcia kamery w czasie walk do dzisiaj budzą szacunek dla aktorów).

Zgadzam się w pełni, że film A. Shakara i J. Kahna przedstawia rzeczywistość, w której Rangersi „utracili niewinność”. Są złamani życiem, nie potrafią poradzić sobie z własnymi problemami, dorośli do tego, żeby zrozumieć, że świat nie jest tak czarno-biały jak im wmawiano. Ale to również można było dostrzec już w oryginalnym serialu – „Power Rangers In Space”, szósta seria, złamała kolejną zasadę seriali dla młodzieży, wprowadzając postacie ambiwalentne, na czele z Ecliptorem, tworem mrocznej energii, rozdartym pomiędzy służbą władcy ciemności – Dark Spectre’owi – honorem i głęboko skrywaną miłością do swojej przybranej córki. Jeśli którykolwiek z antagonistów pojawiających się przez pierwsze sezony serialu naprawdę zasługiwał na odkupienie i dalsze życie to właśnie on. I – paradoksalnie – to on, jako jeden z nielicznych, w finale serii ginie. Życie nie jest uczciwe i rzadko wybacza – nawet w serialach dla dzieci.

3

Specjalnie na potrzeby tego tekstu obejrzałem krótkometrażowych „Power Rangers” jeszcze dwukrotnie. Trudno nie zachwycić się oprawą wizualną, grą aktorską i efektami specjalnymi, bawią nieliczne inside-jokes (szczególnie: „Nigdy nie byłeś częścią drużyny”, wycedzone przez Kimberly w kierunku Rocky’ego*). Ten film – przynajmniej dla mnie – nie jest jednak ani lepszy, ani gorszy od oryginału. On jest po prostu inny.

* Steve Cardenas, aktor wcielający się w rolę serialowego Rocky’ego DeSantos, był prawdopodobnie najbardziej niepokornym członkiem obsady – regularnie spóźniał się na plan, wykłócał z twórcami i nigdy nie traktował poważnie granej przez siebie roli.

Kategorie
Filmy

Projekt: Monster – recenzja

projekt-monsterWyobraźmy sobie połączenie Blair Witch Project, Godzilli i Obcego. Wydaje się ciekawe, nieprawdaż? Tak samo po­myś­le­li twórcy filmu Projekt: Monster (poza naszym krajem no­szą­ce­go tytuł Clo­ver­field). Połączenie ataku potworów i tajemniczej atmosfery hor­ro­ru, bu­do­wa­nej przede wszystkim po­przez utrzy­ma­nie konwencji ama­tor­skie­go filmu, powinno być atrakcyjne. Czy tak jest w praktyce? Czy naprawdę ten film na­le­ży­cie trzyma w napięciu? Czy fabuła skłania widza do myślenia?

Na początku wrażenia są dosyć zas­ka­ku­ją­ce – za­miast inwazji potworów oglądamy nowojorską imprezę. Została ona zor­ga­ni­zo­wa­na z powodu wyjazdu jednego z bohaterów – Roba – do Japonii. Mężczyzna planuje ostatecznie ułożyć sobie życie, wyznać miłość ukochanej, by móc spokojnie spędzić czas poza krajem. Rozmowy uczes­tni­ków zabawy i większość wydarzeń filmuje przyjaciel Roba, dlatego w sposób bardzo subiektywny i, według mnie, interesujący, obserwujemy ludzkie zachowania, rozterki, problemy. Przez te kilkanaście minut wydawało mi się, że aby ten film był ciekawy, nie trzeba tam dodawać niesamowitych wydarzeń i scen przepełnionych akcją. Paradoksalnie, jeden z producentów filmu, J.J. Abrams (znany jako twórca serialu Lost – Zagubieni) oraz reżyser Matt Reeves doskonale odnajdują się w scenach obyczajowych. Wyczuwamy emocje ukazanych postaci, niemalże stajemy się uczestnikami tego towarzyskiego spotkania. Dobrze, że mamy czas zżyć się z bohaterami, ponieważ wkrótce dochodzi do tajemniczego ataku wstrząsającego całym Nowym Jorkiem. Wtedy zaczyna się bieganina bohaterów, poszukiwanie ratunku i ratowanie przyjaciół. Czujemy przypływ adrenaliny, dzieje się bardzo wiele, a twórcy dosyć ostrożnie dawkują nam prawdę i nie ujawniają przyczyny zniszczeń miasta. Niestety, wydarzenia wydają się tajemnicze tylko na początku filmu, później bezpowrotnie tracimy wrażenie zagadkowości. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta – jak zwykle Hollywood nie potrafi obejść się bez nasycenia filmu efektami specjalnymi, jeśli tylko obraz ma coś wspólnego ze słowem akcja, nawet nie wspominając o sci-fi. W przypadku Projekt: Monster twórcy nie potrafili utrzymać widza w niepewności i pokazali potwora. Kilkakrotnie, w całej rozciągłości, z wielu perspektyw. W tym momencie czar pryska i mamy przed sobą kolejną część Godzilli. Kinowy ekran pokrywa się smugami dymu ciągnącego się za pociskami dzielnych amerykańskich żołnierzy, a salę zalewają odgłosy dziesiątków wybuchów. Wszystko staje się dziwnie znajome, o ile oczywiście oglądaliśmy wspomniany wcześniej film o prze­roś­nię­tym legwanie. Czasem dochodzą również sceny podobne do tych z Obcego, gdy okazuje się, że gigantyczny stwór hasający po mieście nie jest jedynym problemem.
monster
Bohaterowie mają na głowie poważne kłopoty, lecz radzą sobie z nimi zaskakująco dobrze. Dziarsko biegają z ranami, które zwykłego śmiertelnika doprowadziłyby do wykrwawienia, z niewielką zadyszką pokonują 50 pięter drapacza chmur i dzielnie tłuką przeciwników, z którymi ciężko uzbrojeni żołnierze nie dają sobie rady. Jednak poza tym nie są nieśmiertelni, o czym przekonujemy się kilka razy podczas filmu.

W Projekt: Monster widzimy wiele. A co usłyszymy? Dane nam będzie wsłuchiwać się w krzyki tłumu, głośne stąpania potwora i potok innych dźwięków świetnie budujących atmosferę filmu. Jedyna muzyka, jaka się pojawi, będzie odtwarzana podczas początkowej zabawy u Roba.

Projekt: Monster nie jest filmem złym, ale nie należy również nazwać go świetnym. Odrzucając całą jego otoczkę – kampanię reklamową, sławne nazwisko producenta i popularność jego dzieł – zostanie nam w miarę porządne kino akcji i science-fiction. Trzeba jednak zaznaczyć, że jest to jedynie czysta synteza wspomnianych na początku recenzji filmów. Początkowe wrażenie, wynikające z unikatowego sposobu pokazania zdarzeń, po jakimś czasie niepostrzeżenie znika, a koniec filmu tylko to potwierdza. Jest to obraz na raz i nie pozostawia po sobie nic więcej, niż poczucie zmarnowanego pomysłu i myśl: ale to już było.

Tytuł: Projekt: Monster [Cloverfield]
Reżysria: Matt Reeves
Scenariusz: Drew Goddard
Obsada: Michael Stahl-David, Mike Vogel, Lizzy Caplan, Jessica Lucas
Rok wydania: 2008
Czas: 85 minut
Ocena: 3+