Kategorie
Gry komputerowe

Call of Duty: Black Ops III – recenzja gry

Należę do grupy graczy, która rzadko gra w tytuły AAA, rzadko ogrywa produkcje na komórki i rzadko interesuje się grami głośnymi. Czyli jestem graczem nietypowym, a zarazem wydaje mi się, że bardzo zbliżonym do naszych czytelników. A jednak Call of Duty: Black Ops III okazało się dla mnie tytułem wręcz trafiającym w dziesiątkę!

…poza kampanią single player, która jest lekko nudnawa, ale chociaż całkiem ciekawie bawi się narracją.

Black Ops III to trochę Modern Warfare, trochę Deus Ex, trochę Destiny i trochę Left 4 Dead. Tak, Treyarch stworzyło znów bardzo bogatą i bardzo ciekawą grę z masą zawartości. Przede wszystkim – mamy dwie kampanie, jedna zwykła, druga z zombie. Wraca też tryb hordy, oczywiście z nieumarlakami. Potężny multiplayer znów posiada boty, jeżeli wolimy tak grać zamiast zmagać się z graczami, a oprócz tego tytuł oferuje mini-tryby w postaci gry w stylu Shock Troopers oraz biegania na czas po planszach platformowych, w stylu Mirror’s Edge.

Dużo? Tak. Przez to czasami niespójnie. Bo jest tutaj i jazz i noir, i post-cyberpunk i horror. Jest liniowa kampania i pół-otwarta horda, jest bieganie po ścianach i walka łukiem. Niemniej to wszystko do siebie pasuje w kontekście gry, spojone bardzo dobrym strzelaniem oraz poruszaniem się po planszy.
bo1
Black Ops III chyba najlepiej z serii wyważył balans między typami broni, a sposobami poruszania się. Nie ma tutaj jetpacka znanego z poprzednika, możemy jednak biegać krótko po ścianie, czy wykonać podwójny skok. Mamy również ciosy specjalne – które wraz z designem kostiumów przywodzą na myśl Destiny. Walka jest przez to dynamiczna, arsenał jak zawsze ogromny, a Black Ops III pozwala na szerokie dostosowanie wyglądu oraz broni do własnych potrzeb.

Gra wygląda dobrze, rusza się stale w 60 klatkach, jest nad wyraz kolorowa. Muzyka jest zaskakująco dobra i warto ją odrobinę pogłośnić. Co jednak kradnie spektakl to fantastyczne mapy w trybie multiplayer – dając masę zabawy w grupie, czy to z botami. Nie bawiłem się tak dobrze w multiplayerze od czasu Destiny.

Mały disclaimer – Black Ops III świetnie wygląda i rusza się na Xboksie One, PlayStation 4 oraz PC. Oferuje split-scren (na jednym PC można grać we dwóch nawet na dwóch oddzielnych monitorach!), LAN, zapowiedziano już DLC. Wersje na PS3 oraz X360 są znacznie uboższe i brzydsze – raczej należy je omijać.

Samo Black Ops III to jakby kilka gier w jednej. Każda z nich jest co najmniej poprawna – a możliwość grania w sieci lub z botami powinna dogodzić każdemu typowi gracza, o ile tylko lubi FPS-y. Brawa należą się za dobry balans ruszania się, mapy, czy ładny styl graficzny. Minus jest jeden – to wciąż Call of Duty, więc nie strzela się tak przyjemnie jak w Brutal Doom, czy Quake III, ale piszę to jako fan staroszkolnych FPS-ów. Ale to najlepsza część Call of Duty od czasów Black Ops II.

Tytuł: Call of Duty: Black Ops III
Producent: Treyarch
Wydawca: CD Projekt
Rok: 2015
Platformy: PC, PS4, Xbox One
Ocena: 4
Kategorie
Gry komputerowe

E.Y.E: Divine Cybermancy – recenzja gry

E_Y_E_Divine_Cybermancy

E.Y.E. uderzyło niemalże w tym samym momencie co najnowszy Deus Ex. Podczas, gdy Human Revolution zebrał w prasie praktycznie całą chwałę zare­zer­wo­wa­ną dla gier cyber­pun­ko­wych, E.Y.E. przem­knął nie­malże nie­zauważony. Szkoda, bo to niezwykła gra, kon­ty­nu­ująca wiele rozwiązań z produkcji takich, jak System Shock oraz pierwszej części Deus Ex, prze­ciw­sta­wia­jąc się wielu uproszczeniom dotykającym dzisiejsze gry.

Divine Cybermancy

E.Y.E. to niezależna, żeby nie powiedzieć niskobudżetowa mieszanka shootera FPS oraz RPG-a, wykonana przez niewielki zespół francuskich fanów gier wideo, RPG, mangi oraz anime. To widać. E.Y.E. wrzuca do jednego kotła Warhammera 40k, samurajów, Ghost in the Shell, Deus Exa, System Shocka, czy S.T.A.L.K.E.R.-a. Nie tylko stara się ugryźć więcej niż powinna, ale momentami wręcz dławi się swoimi kęsami. Jest zbyt ambitna, zbyt złożona i zbyt duża. I jest naprawdę dobra.

E.Y.E. toczy się w niezwykłym, dystopicznym świecie, gdzie najważniejszymi potęgami są międzynarodowy (czy raczej międzyplanetarny) rząd, łowcy, a także dwie wielkie organizacje. Nietrudno zgadnąć, że przynależymy do jednej z nich. Nie jesteśmy także zwykłymi ludźmi. Bohater nie tylko jest świetnie wyszkolony, ale posiada również cyber-implanty, moce psioniczne oraz infekcję DNA spowodowaną przez jedynego zabitego przedstawiciela wyższej cywilizacji z kosmosu. Możemy zatem dużo. Naprawdę dużo.

Otacza nas syf, zepsucie, zniszczenie, zaś po Ziemi chodzą również mutanty, cyborgi czy personifikacje ludzkich strachów oraz traum, polując również na bohatera. Świat bawi się graczem, balansując między koszmarną wizją oraz koszmarem w rzeczywistości, która wcale nie obeszła się dobrze z ludzkością. Handel żywym towarem, przemyt i prostytucja to norma.

Oko za oko

Bohater budzi się w swoim śnie, gdzie czeka na niego wiele pytań. Każda rozgrywka zaczyna się od snu, każda utrata wszystkich żyć (a mamy ich kilka, zależnie od statystyk) cofa nas do snu, gdyż przegrana partia uznana jest za „jedną z możliwych wersji rzeczywistości”. E.Y.E. oferuje ogromną i ciekawą historię świata, w którym dzieje się źle, zaś walka o władzę jest już codziennością. I o ile sama kreacja świata pociąga – zarówno bogactwem wykonania jak i designem będącym wariacją na temat orientu, łączącym w sobie Warhammera i samurajów – to sama fabuła wydaje się co najmniej przerażająco dziwaczna, nietypowa, nieziemsko inna oraz niepokojąca. Czy raczej – po prostu źle przedstawiona.

O ile samo uczestnictwo w grze jest bardzo ciekawe, budząc różnorodne emocje, tak sposób przedstawienia fabuły woła o pomstę do nieba – nie wiemy wiele, wszystkiego musimy dowiadywać się sami i to w nudny sposób, czekają nas tony tekstów do czytania, a większość misji jest wykonywana bo tak. Z drugiej strony klimat konspiracji, tajemnice oraz nieliniowość w obszarze każdej misji cieszą.

eyeJeżeli ułożyć sensownie oraz lepiej przedstawić fabułę Divine Cybermancy to mamy tutaj nieźle pokręconą mieszankę gatunkową, jednak autorzy przekroczyli pewną granicę w odkrywaniu szczegółów samemu – tak jak w grach From Software jest to pociągające oraz godnie nagradzane, tak w E.Y.E. staje się irytujące.

Nowy, wspaniały świat

E.Y.E., pomimo podziału na kilka niezależnych od siebie misji umiejscowionych w różnych lokacjach, wcale nie zapomina o swoich inspiracjach. Tu przede wszystkim strzelamy, jednakże struktura misji jest nieliniowa – każda duża lokacja to kilka do kilkunastu zadań głównych, a także misje dodatkowe. Wiele z nich można wykonać na kilka sposobów – choćby dogadać się, wybić szefostwo, wybić wszystkich, zhackować czy ukraść coś. Oczywiście różnice czasami są niewielkie, a wynik zazwyczaj taki sam, jednak podobna swoboda chwali się.

Szczególnie, gdy przekłada się na grywalność, oferującą niemniejszą zabawę. E.Y.E. to przede wszystkim fantastyczne strzelanie z wielu różnorodnych broni. Gra sprawdza się bardzo dobrze w roli shootera i wcale nie trzeba szukać alternatywnych sposobów przechodzenia etapów, żeby ukończyć ją z satysfakcją. Ale – wręcz przeciwnie do Human Revolution – wcale nie promuje jednego typu rozgrywki.

Dzięki dziesiątkom wręcz umiejętności do odkrycia, kupna, wyuczenia się i opracowania (tak, autorzy naprawdę przesadzili z przekomplikowaniem interfejsu), możemy bawić się na wiele sposobów. Na przykład zainwestować w niewidzialność. Możemy walczyć za pomocą broni białej i blokować mieczem kule. Możemy hakować (sama mini-gra jest duża, rozbudowana i ciekawa) dziesiątki rzeczy, a nawet niektóre z postaci. Możemy używać mocy psionicznych, czy skradać się po zakątkach. Bawić się w snajpera. Jest super. Obraz ten burzy niestety niekończący się respawn wrogów oraz MMORPG-owe zbieractwo rzeczy, które wypadają po nich, potrzebnych nam do opracowywania nowych technologii. Co zabawne… nas też mogą zhackować. I to nawet drzwi. Możemy oszaleć od nadmiaru wrażeń. Możemy popaść w paranoję.

cybermancyE.Y.E. to gra wymagająca – wrogów jest wielu, przeszkód jest wiele, a my jesteśmy silni, lecz nie wszechmogący. Świetnie jest zeskoczyć (robi się wielki tup, gdy spadniemy), wyrżnąć część wrogów bronią białą, przywołać swoje klony, rozwalić kilkunastu przeciwników, a potem uciec pod kamuflażem. Super jest przekradać się i mordować wrogów ich własnym sprzętem, który przejmiemy. Miło jest wywoływać wojny pomiędzy frakcjami za pomocą rozmowy. Jednak jeszcze lepiej byłoby robić to wszystko, gdyby nie zepsuty interfejs, obkładający niepotrzebnie połowę klawiatury i rozrzucony na kilkanaście menusów. W tym przypadku uproszczenie sprawy nie zaszkodziłoby grze.

Pomiędzy misjami lub w ich czasie (z poziomu menu) możemy cofać się do naszej bazy wypadowej, gdzie można zakupić nowe umiejętności i sprzęt. Baza robi wrażenie, pozwala podjąć się dodatkowych zadań i dowiedzieć się nowości o świecie gry. Świecie fanatycznym, czego dowiedli nawet autorzy, którzy wymagają od nas kilku przejść gry celem zobaczenia całej prawdy, która – choć lekko oklepana w gatunku – jest całkiem interesująca.

Cyberpunkowy raj

E.Y.E. nie intryguje postaciami ani dialogami. Żaden z bohaterów nie zapada na dłużej w pamięć, żaden wróg nie jest charyzmatyczny. Wrogów jest sporo i porozrzucani są po ogromnych oraz różnorodnych lokacjach, lecz brakuje konkretnych pojedynków z bossami albo oddziałami lepiej wyszkolonych przeciwników. Zdobywanie poziomów wzmacnia nasze moce, przeciw którym wyskoczą co najwyżej większe chmary wrogów. Problemem gry jest kompletna obojętność gracza na NPC-ów oraz wybory moralne – są, ale zarysowane w bardzo nieudany sposób, więc E.Y.E., chociaż próbuje, wciąż jest tylko grą w sferze swojej narracji oraz przekazu. I w tej roli naprawdę się sprawdza! Oprócz licznych już zalet, które wymieniłem, nie można wręcz obojętnie przejść obok fantastycznie przygotowanej kooperacji. Możemy nie tylko przechodzić wspólnie kampanię, lecz także grać w specjalne misje, nawet w 32 osoby, walcząc czy hakując innych graczy. Divine Cybermancy można przejść w kilka godzin jako shootera albo kilkadziesiąt, zdobywając poziomy, wypełniając zadania poboczne, czy zbierając nowe składniki. To gra bardzo elastyczna.

1860900-eye_screenshot_033__1_Całość wygląda nieźle (Source Engine, niczym Lenin, wiecznie żywy) i posiada bardzo atmosferyczną ścieżkę dźwiękową. Niektóre kawałki stoją wręcz na tym samym poziomie co w Human Revolution, a OST z tamtej gry uważam za jej największą zaletę. Odgłosy dzielą się na lepsze i gorsze, brakuje voice actingu, ale generalnie oprawa gry jest doprawdy satysfakcjonująca. Tłumaczenie z francuskiego na angielski jest jednak bardzo pokraczne, engrishowe i czasami nielogiczne, jednak szczerze nie psuje jakoś za bardzo zabawy.

E.Y.E. bezpośrednio nie konkuruje z Human Revolution. Uderza w inne tony, oferuje bardziej staroszkolną i pecetową rozgrywkę, nie wykorzystując do końca swojego potencjału. Jest przy tym niewiele droższa od bardzo słabego dodatku do Buntu ludzkości (to tłumaczenie tytułu nigdy nie przestanie mnie zadziwiać), a ocena, którą widzicie pod spodem, może się jeszcze zmienić w momencie wydana dużego patcha, nad którym podobno pracują autorzy. E.Y.E. jest kolejną perełką pecetów – i obok takich gier jak S.T.A.L.K.E.R. czy Mount & Blade pokazem, że platforma ta może zaoferować sporo zabawy od niewielkich developerów o dużych ambicjach.

Tytuł: E.Y.E: Divine Cybermancy
Producent: Streum on Studio
Wydawca: Streum on Studio
Rok: 2011
Platformy: PC
Ocena: 4
Kategorie
Gry komputerowe

Deus Ex: Human Revolution – recenzja gry

DeusExHumanRevolutionCover1

Human Revolution to gra niedzisiejsza. Nie gra się w nią jak w hity AAA, nie wygląda jak hity AAA, a jednak jest tytułem wysokobudżetowym oraz mocno promowanym w mediach. Pierwsza część serii, owiana już legendą, po dziś dzień jest wspominana ze względu na swoje rozwiązania i swobodę rozgrywki, która długo nie została pobita. HR stara się konkurować ze swoimi poprzednikami, oferując miks starego Deus Exa i rozwiązań aktualnie stosowanych w tym gatunku gier. Niestety, z różnym skutkiem.

Obyło się bez rewolucji. Trzeci Deus nie jest tytułem przełomowym, wzniosłym i jedynym w swoim rodzaju. To gra pełna wad, momentami obrzydliwie moralizatorska, zapełniona błędami, jednak wciągająca, oryginalna oraz przeciwstawiająca się produkcjom głównego nurtu. Rzadko kiedy prowadzi gracza za rączkę; pozwala wykonać każde zadanie na co najmniej kilka sposobów i jest pełna niespodzianek dla tych, którzy lubią lizać ściany. Zacznijmy jednak od fabuły – bo to ona była głównym wabikiem w sporej części materiałów promujących grę.

O historii

Bohaterem gry jest Adam Jensen, były policjant SWAT, obecnie odrutowany szef ochrony korporacji Sarif Industries, który doznał ciężkich uszkodzeń ciała w czasie najazdu tajemniczych najemników na swojego pracodawcę. W ataku ginie jego ukochana, Adamowi ledwo udaje się przeżyć. Wszystkie przełomowe badania, nad którymi pracowali zostają zniszczone (czy raczej starte na proch) – ludzie, którzy mordują naukowców i niszczą ich zdobycze, postanowili wszystko doszczętnie spalić. Zaczyna się wielka konspiracja, wielka polityka oraz poszukiwanie sprawców.

Generalnie uważam, że seria Deus Ex to obok Planescape jedyne stricte zachodnie i znane cRPG-i, które pod względem fabuły mogą konkurować z co lepszymi grami z Japonii. Human Revolution interesująco uzupełnia się z resztą serii, choć przyznaję, że najbardziej rozbudzające wyobraźnię fragmenty związane są z questami, mailami i e-bookami. Główna oś fabuły trzyma w napięciu, interesuje, ale jest dosyć oklepana i typowa dla dzieł osadzonych w klimatach cyberpunku. Tyle, że niekoniecznie gier wideo. Niestety, historyjka jest nierówna, ale trzeba przyznać, że pomimo przewidywalności wciąga i nadaje się na scenariusz filmowy. Ogólnie największe wady nowego Deusa pod względem fabuły, to jej narracja oraz nijacy bohaterowie.

Narracja, ponieważ do pełnego poznania historii wymaga czytania wszystkiego, hackowania wszystkich komputerów i lizania każdej ściany, co jest po prostu… nudne. Immersja w grze nie sięga tytułów takich jak S.T.A.L.K.E.R. czy King’s Field (żeby wymienić gry niejako podobne), zaś sama fabuła i kreacja świata nie są na tyle interesujące, żeby to wszystko sprawdzać z wypiekami na twarzy. Fabule dokopują dodatkowo w większości nijacy bohaterowie oraz średnie dialogi, z których aż bije papierowymi sylwetkami – to kolejna nowa gra, w której można poznać po twarzach kto będzie dobry, kto zły, kto kombinuje, a kto jest cwaniakiem (dodatkowym bonusem jest to, że po twarzy można od razu zorientować się co łączy Adama z J.C. z jedynki). Trochę przykre, szczególnie że ciężko poczuć również sympatię do głównego bohatera, który pomimo chłodnego głosu, fajnego wyglądu i interesującej przeszłości jest ogółem mocno niezdecydowany, niekonkretny i nie za bardzo rozumiemy jego motywację do wielu działań. Na szczęście nie jest denerwujący.

de1Do tego uderza owa growa nielogika, która aż boli, gdy weźmiemy pod uwagę, że trzeci Deus Ex stara się udawać tytuł bardziej realistyczny niż jest. I dlatego batony odnawiają energię. Eks-SWAT-owiec potrzebuje baterii, żeby kogokolwiek ogłuszyć. Można zmasakrować komisariat policji bez żadnych konkretnych konsekwencji. Każde ważne dla miasta ugrupowanie mieści się w budynku z kilometrami kanałów wentylacyjnych. Nie da się ominąć bossów nawet, jeżeli gramy jako pacyfista. Wrogowie porzucają alarm po chwili. Tłumik pozwala mordować wrogów obok siebie bez wzbudzania alarmu. Bez względu na tok gry, możemy obejrzeć wszystkie zakończenia poprzez wybory w ostatnich minutach gry. Wszyscy mają zawsze otwarte skrzynki mailowe i nigdy nie kasują wiadomości. Pomimo wysokiego statusu zawodowego w bogatej korporacji musimy okradać świat z pieniędzy, żeby mieć na broń i amunicję. Wrogowie walą do nas seriami, ale po pokonaniu mają przy sobie zazwyczaj jeden nabój itd., itp. To naprawdę ma swój urok i jest momentami tak złe, że aż dobre, ale nie pozwala do końca wejść w ten świat i traktować tego tak poważnie, jak zapewne chcieliby autorzy.

Grę osadzono w dystopicznym świecie, który popada w coraz większy kryzys gospodarczy oraz zależność od wielkich korporacji, zarazem zmagając się z szerzącą się cybernetyzacją. Ma to swoje przełożenie na fabułę, która zmaga się z wątkami ingerencji w ludzkie ciało, samej istoty człowieczeństwa, przekraczania własnych limitów i walki klas. Świat jest bardzo klimatyczny, nawet jeżeli nielogiczny. Kiedyś wpadłem na porównanie pierwszego Deus Exa do serii MGS – podobnie jak w serii Kojimy, Deus jest pełen spisków, tajnych organizacji, ingerencji nieziemskich sił, przy czym nie do końca poważny i absolutnie nielogiczny. Niestety, podobnie jak Metal Gear Solid 4, tak również Human Revolution często bierze siebie zbyt poważnie…

Żeby jeszcze było niewesoło do końca – nasze wybory mają w istocie niewielki wpływ na grę, brakuje romansów, brakuje prawdziwej nieliniowości, brakuje szerszego potraktowania możliwości przegadania NPC-ów jako alternatywy walki. Uniwersum jednak mi się podoba, zaś fabuła toczy się szybkim tempem, a smaczki w postaci choćby apartamentu głównego bohatera pozwalają wybaczyć wiele. Co więcej, atmosferę naprawdę się chłonie – slumsy, miasto nocą, brud, ubóstwo, gazety przedstawiające problemy z całego świata, różnice społeczne, klimaty wielkich tajemnic, odwołania do dzieł pisarzy cyberpunkowych – to naprawdę jest przyjemne. Ważne jest tylko, żeby… nie brać tej gry za poważnie i nie liczyć na coś wybitnego pod względem historii, bo to taka przyjemna, moralizatorska, wesoła grafomania z paroma mocnymi momentami. Wbrew pozorom to rozgrywka gra pierwsze skrzypce w nowym Deusie.
de2

O rozgrywce

Human Revolution reklamowano jako grę wyborów – wybieramy czy chcemy strzelać, przekradać się, walczyć lub mieszać wszystkie style. Na szczęście autorzy spełnili swoje obietnice i granie jest swobodne. Oczywiście to, jak będziemy grali, przekłada się na rozwój postaci i na odwrót – to jak rozwiniemy postać, przełoży się na styl gry. Umiejętności, jak to w większości gier gatunku, są niezbalansowane, typów broni mamy w sumie niewiele i tradycyjnie jedne mocno górują nad innymi, jednakże Adam może być zarówno cherlawym hackerem, pacyfistycznym szpiegiem, skrytobójcą, jak i terminatorem, w zależności od naszych wyborów. Samo zdobywanie doświadczenia wytłumaczono bardzo sprawnie, a oprócz pozyskiwania go w czasie walki, eksploracji i questów możemy kupować ograniczone ilości leveli ze specjalnych sklepów. Przykładowo – hackowanie, polegające na odpowiedniej (i niestety tylko jednej) mini-grze, wymaga też odpowiednich umiejętności celem dostania się do niektórych danych. Za to silne ręce pozwalają na przebijanie części murów oraz przenoszenie ciężkich obiektów. Za dużo wrogów? Można zastosować tymczasową niewidzialność, albo wzmocnić swój pancerz. Możliwości jest naprawdę sporo i za to należą się twórcom oklaski.

Nie mogę jednak ukrywać, że gra, chociaż swobodna, za mocno nastawia nas na skryte granie, oferuje punkty doświadczenia za ciche przemykanie, unieszkodliwianie wrogów bez alarmu, hakowanie komputerów czy znajdowanie ukrytych ścieżek. To jest dobre rozwiązanie, tyle że również niezwykle nużące; z czasem popada się w schemat – szukaj wentylacji, kryj się, hackuj, załatw i przeszukaj strażnika, z nowymi kodami od owego strażnika hackuj dalej, szukaj kolejnej wentylacji itd. Ogromnym plusem jest ilość ścieżek w każdej misji, lecz w istocie rzecz sprowadza się do dwóch głównych możliwości – działaj cicho i długo, albo zabij wszystkich. Jest jeszcze trzecia ewentualność – zabij część osób, czekaj aż alarm ucichnie, działaj skrycie itd. Ogromnym plusem jest nieprowadzanie nas za rączkę (z wyjątkiem strażników i cywilów, którzy lubią pogadać o tajnych przejściach) i duże lokacje, w których nieraz będziemy główkować jak najlepiej i najciszej przedostać się przez etap. Bardzo spodobało mi się to, że istnieje trofeum za przejście gry bez zabicia kogokolwiek poza bossami, bo takie przechodzenie jest wymagające oraz inne niż większość dużych gier.

de3Sama walka jest przyjemna, z niemalże obowiązkowym już skradaniem się i chowaniem za osłonami oraz ograniczonym ekwipunkiem. Strzelania może być dużo i jest przyjemne – wrogowie są liczni, mają różnorodne uzbrojenie, a lokacje zaprojektowano naprawdę bardzo dobrze. Dobre wrażenie psuje beznadziejna sztuczna inteligencja wrogów, którzy pchają się pod lufę, wchodzą na siebie, działają bezmyślnie, są ślepi i głusi. Dlatego w Deusa naprawdę lepiej grać skradając się i rozmawiając, a strzelać kiedy nie mamy już wyboru. A jeżeli już jesteśmy przy rozmawianiu – jak wspominałem, można przegadać wielu NPC-ów; niestety nie tylu, ilu byśmy chcieli, lecz możliwość negocjowania, przekupywania i wyciągania informacji jest dużym plusem.

Minus należy się za bossów, którzy są obowiązkowi, sztampowi, walki z nimi mogą być albo banalnie głupie, albo bardzo nierówne – na każdego jest sposób, nawet słabą postacią, tyle że niewiele przyjemności, a czasami również sensu w tych pojedynkach. To jedna z największych wad gry, wymuszona w dużej mierze przez fabułę.

Pomimo że sporo narzekam na rozgrywkę, grało mi się naprawdę miło. Deus Ex: Human Revolution to miks wielu gatunków, wielu typów rozgrywki, który sprawdza się właśnie ze względu na swoją swobodę – gdy zawali skradanie się, przejdziemy do strzelania. Jeżeli zechcemy zapłacić – wejdziemy frontem. Nie mamy cierpliwości? Wystrzelajmy ich.

Nie jest to tak dobra skradanka jak Thief, MGS lub Tenchu, ani tak dobry cover shooter jak Vanquish, Uncharted lub Gears of Wars, czy też wreszcie tak dobra gra wyborów jak Wiedźmin 2 lub Tactics Ogre, lecz również nie konkuruje z nimi. Jest dobra we wszystkim, wybitna w niczym i choć swobodna, to – ze względu na dwie główne możliwości robienia misji – potrafi się przejeść. Autorzy poszli własną, odważną drogą, która mimo wszystko wymaga jeszcze licznych szlifów, nawet pomimo przewagi jej plusów nad minusami.

Sumując rozgrywkę, Human Revolution oferuje stosunkowo duży świat, wiele dróg do celu, możliwość zarówno postrzelania, pogadania, jak i skradania się. Nawet sabotaż i zbieractwo wystarczą na długie godziny, jeżeli ktoś będzie chciał tak grać i jestem pewien, że to właśnie gracze lubiący przeszukać wszystko, ukraść wszystko i znaleźć każdą drogę skończą grę z największą satysfakcją oraz z masą punktów doświadczenia za swoje wyczyny, ponieważ gry tak mocno łączącej kilka typów gameplayu nie było w głównym nurcie od kilku lat. Mi się podobało, ale nie zachwyciło.

O oprawie

Deus Ex wygląda mocno przeciętnie i nie ma tutaj nad czym się rozwodzić – grze ewidentnie nie posłużyła multiplatformowość. Jest dosyć kwadratowa, modele postaci nie powodują opadu szczęki i co gorsza masa lokacji składa się ze stale powtarzających się elementów. Silnik fizyczny jest zabawnie pokraczny, trupy śmiesznie padają, a spora część środowiska nie jest interaktywna. Nie przeszkadza to jednak za bardzo w samej rozgrywce – po prostu to nie jest ani ładna, ani brzydka pod względem technicznym gra. Konsole oferują dłuższe loadingi, za to wersja pecetowa jest słabo zoptymalizowana. Voice-acting jest równie średni i niestety nic za bardzo nie zapada w pamięć, poza ochrypłym głosem Adama.

de4Problemem jest dla mnie ocena designu tej gry – połączenie klasycznego cyberpunku z renesansem wypada artystycznie nierówno, tyleż razy imponująco, co żenująco i głupio, a sama gra – będąca przecież prequelem Deus Exa – jest znacznie bardziej od niego futurystyczna. Za to zastosowana przez autorów paleta mrocznych barw, złota i pomarańczu, którą można podziwiać już na okładce, bardzo ładnie wpisuje się w resztę oprawy i dobrze buduje klimat. Świetnie, że zrezygnowano z zastosowania jedynie różnych odcieni czerni i niebieskiego.

Bez wątpienia fantastyczna jest za to muzyka Michaela McCanna, doskonale budująca atmosferę tego dystopicznego świata, przeciwności z jakimi spotyka się bohater, wielkich konspiracji i tajemnicy. Przyznam szczerze, że to właśnie muzykę uważam za najlepszy aspekt nowego Deus Exa.

O niezłej grze

Eidos stworzył grę nietypową jak na obecne czasy – pochłaniającą sporo czasu, promującą lizanie ścian, wymagającą ruszenia choćby odrobiną komórek w mózgu. Deus Ex nie jest rewolucją, ani nadejściem Mesjasza, jak pragnęłoby wiele osób. Podobnie jak część pierwsza, doczeka się pewnie więcej poklasku niż na to zasługuje, przy czym w pewnych aspektach nawet przewyższa jedynkę. Klimat, muzyka i swoboda rozgrywki to spore zalety, którym przeciwstawić można nudę, złą narrację i nieciekawych bohaterów. Nowy Deus jest po prostu nierówny, bo posiada zalety, jak i wady nowych oraz starych gier gatunku.

To dobry cRPG opatrzony interesującą fabułą i sporą swobodą wykonywania każdego zadania. Aż dobry cRPG i tylko dobry cRPG zarazem. Byłem zadowolony z kilkudziesięciu godzin w tym świecie, tylko że zabrakło zachwytu. Bo choć Human Revolution wszystkie ważniejsze składniki ma dobre, to żaden z nich nie jest wybitny lub rewolucyjny.

Tytuł: Deus Ex: Human Revolution
Producent: Eidos Studios
Wydawca: Cenega
Rok: 2011
Platformy: PC, X360, PS3
Ocena: 4-