Kategorie
Literatura

Królewski zwiadowca – recenzja książki

krol

Królewski zwiadowca to dwunasty tom cyklu Johna Flanagana i zarazem chyba trzeci, który został ogłoszony ostatnim. Można dyskutować czy jest sens rozwlekać tę serię, biorąc pod uwagę ostatnie nieco słabsze tomy, jednak wśród licznych fanów znajdą się także i tacy, którzy z chęcią przeczytaliby jeszcze i tuzin powieści spod znaku zwiadowców, gdyby tylko takowe powstały. I chociaż sam bardzo lubię tę serię, do najnowszego tomu podchodziłem niechętnie, tak jak podchodzi się do czegoś, co miało być zamknięte dawno temu, a kolejny raz okazuje się, że wymaga czyjejś uwagi.

Moja początkowa niechęć szybko jednak ustąpiła zainteresowaniu, gdy po raz kolejny dałem się wciągnąć w historię snutą przez australijskiego pisarza. A wszystko to za sprawą pewnych zabiegów fabularnych, które na myśl przywoływały pierwszy tom serii, wydany w naszym kraju już 5 lat temu. Przez ten czas zapewne wielu czytelników wyrosło z tego typu powieści, gdzie wątki przygodowe przeplatają się z dydaktyzmem (niekiedy wciskanym bardzo na siłę), czy więc powinni sięgać po kolejny tom przygód zwiadowcy Willa?

Tym razem sytuacja się odwróciła. Niegdyś pogodny i beztroski Will teraz jest już dojrzałym mężczyzną, doświadczonym przez życie i zmęczony nieszczęściami natury osobistej, a gburowaty do tej pory Halt, który na dobrą sprawę powinien już być starym dziadkiem, dzięki szczęśliwemu ożenkowi sprawia wrażenie pełnego życia i humoru. Nic więc dziwnego, że dawny mentor szuka sposobu na poprawę nastroju przyjaciela, sięgając po środki, których mało kto by się spodziewał. Tymi środkami okazuje się być niecodzienny uczeń, którego główny bohater ma nauczyć zwiadowczego fachu. Niecodzienny z co najmniej kilku powodów, z czego niekoniecznie najważniejszym jest ten, że przyszłym zwiadowcą ma zostać pierwsza w historii dziewczyna.

Dalej opowieść toczy się w sposób łatwy do przewidzenia, gdyż niemal to samo czytaliśmy w Ruinach Gorlanu. Nie jest to jednak zarzut, gdyż wtórność to ostatnie słowo, które przychodzi mi na myśl – przeciwnie, książka jest pełna nawiązań, które na wspomnienie pierwszego tomu serii przywołują uśmiech na twarz. Widzimy bowiem obraz głównego bohatera, który nieświadomie dla siebie samego stał się bardziej podobny do swojego nauczyciela niż kiedykolwiek mógłby przypuszczać. A to tylko początek liczącego bez mała 500 stron tomu.

Królewski zwiadowca cechuje się tą samą lekkością narracji i humorem, które znamy z poprzednich części. I także tutaj można wyliczyć mniejsze lub większe zarzuty, które wyliczałem przy okazji recenzji wcześniejszych tomów. Niestety jeden z nich stał się naprawdę irytujący i jest to oczywiście wspomniany już wcześniej dydaktyzm. Za przykład niech posłuży scena ogniska, połączonego z piciem wina, która znalazła się w książce zupełnie bez celu i w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na fabułę, a pozostawiła po sobie uczucie kazania wygłoszonego przez nauczyciela po złapaniu ucznia na głupich figlach.

Historia tego nieszczęsnego wina pokazuje, że autor chyba nie do końca miał pomysł na charakter Maddie, uczennicy Willa. Z jednej strony dziewczyna jest uczynna, zaradna, miła i rezolutna, z drugiej wykazuje pewne cechy negatywne, które stoją w zbyt dużej sprzeczności do tych pozytywów. Oczywiście finalnie pozytywne cechy przeważą, a bohaterkę naprawdę daje się polubić, jednak taki dualizm charakteru nie wydaje się logiczny.

Z oceną tomu nie mam większych problemów. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów serii, a dodatkowo spodoba się każdemu, kto przeczytał choć pierwszą część. Mając na uwadze, że wciąż jest to powieść raczej dla nastoletniego odbiorcy, każdy może po nią sięgnąć, jeżeli pragnie lekkiej i humorystycznej odskoczni od poważniejszej literatury. Ja sam cieszę się z przeczytania tej powieści, choć nie wiem ile jeszcze ostatnich tomów tej serii wytrzymam. A nie zdziwię się, jeśli powstaną, z Maddie w roli głównej.

Tytuł: Królewski zwiadowca
Seria: Zwiadowcy, tom 12
Autor: John Flanagan
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 492
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Sezon burz – recenzja książki

Sezon-burz_(1)

Mogłoby się wydawać, że kto jak kto, ale Andrzej Sapkowski, który długi czas upierał się, że nie będzie wracał do świata wiedźmina, dotrzyma słowa. Tak się jednak nie stało, ku uciesze fanów, dając jednocześnie pożywkę narzekającym na odcinanie kuponów i sprzedawanie się pisarza. Sezon burz, gdy się pojawił, wywołał małą sensację – choć informacje o kolejnym tomie pojawiały się już wcześniej, od oficjalnej zapowiedzi do premiery minęło tak niewiele, że podobnie jak na kartach powieści, przez światek miłośników fantastyki przetoczyła się burza. Było to także spowodowane kulisami wydania nowego dzieła Sapkowskiego, ale nie będę roztrząsał formy, w jakiej ukazała się książka.

Nowy tom przygód Geralta z Rivii opisuje nieznane dotąd epizody z życia Białego Wilka, które rozegrały się jeszcze przed rozpoczęciem sagi o Dziecku Przeznaczenia, ale można je wpleść pomiędzy opowiadania zamieszczone w tomach Miecz przeznaczenia oraz Ostatnie życzenie. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że chronologia tych opowiadań okazuje się być nieco inna niż kolejność wydania czy zamieszczenia w poszczególnych książkach. Jeśli ktoś jednak nie zetknął się dotąd z tymi historiami, niech zrobi to przed sięgnięciem po Sezon burz, gdyż w tekście nowej powieści jest sporo nawiązań i jest ona zwyczajnie słabsza. Nie zaszkodzi także przeczytać najpierw pięcioksiąg.

Historia opowiedziana w najnowszym dziele Sapkowskiego kręci się wokół tematu wiedźmińskich mieczów, które bohater traci i, rzecz jasna, próbuje odzyskać. Wokół tego obudowane są inne, pomniejsze historie, których największą wadą jest powielanie schematów, które wykreował sam autor – mamy więc czarodziejów, którzy w imię rozwoju nauki przynoszą więcej szkód niż pożytku, czarodziejki, które oprócz tego, że nie są za mocno powiązane z tymi niegodziwościami, manipulują Geraltem i próbują zwabić go do swego łoża (na co bohater zresztą chętnie przystaje). Mamy tutaj do czynienia z nieco naiwnym Jaskrem, obłudnymi politykami i z wieloma kalekami motywów z poprzednich tomów.

Jeśli chodzi o warstwę językową powieści, to tutaj mamy do czynienia z majstersztykiem, po którym można poznać autora. Swoboda, z jaką bawi się on językiem, jak dobiera porównania i obraca je przeciwko postaciom, które ich używają, wprawia mnie w istny podziw. Nie brakuje też szczerego, miejscami rubasznego, humoru, który wywołuje salwy śmiechu nad kartami powieści, co nie zdarza się zbyt często w przypadku dzieł innych pisarzy. Jeśli dodamy do tego nawiązania i parodie (nie oszczędzono nawet Tolkiena!), widzimy że mamy do czynienia z naprawdę wartą uwagi pozycją. Mimo tego, po zakończeniu lektury czytelnik pozostaje z pewnym niedosytem.

Niedosyt powoduje chyba rozwlekłość książki. Nie chodzi tu jednak o długość Sezonu burz, ale o sposób prowadzenia akcji i liczbę pomniejszych wątków odbiegających od zasadniczej historii. Czytając tę książkę miałem wrażenie, że autor inspirował się stylem Dana Browna – każda kolejna przewracana strona to nowy zwrot, nowe wyzwanie i nowa przeszkoda, które miały niby przyspieszyć akcję, ale w rzeczywistości oddalały bohatera od głównego celu, czyli prób odzyskania zguby. Akcja stała się nadrzędna wobec fabuły, co niestety widać i co z czasem powoduje znużenie, mimo nieukrywanej przyjemności czytania tej książki. Zakończenie także pozostawia niedosyt, bo czytelnikom zaserwowano rozwiązanie deus ex machina

Miłośnicy samego wiedźmińskiego świata także znajdą tu coś dla siebie, gdyż Sapkowski uzupełnia białe plamy oraz znacząco wzbogaca realia świata. Osobiście uważam, że w aspekcie rozwoju technicznego posuwa się za daleko, czasami opisy zaczynają niebezpiecznie przypominać steampunk – nie żebym nie lubił tego gatunku, ale chyba nie za bardzo pasuje to do świata powieści, który znamy od nieco innej strony.

Ogólnie po zakończeniu lektury, odczucia mogą być mieszane i zapewne każdy czytelnik będzie mógł dodać coś od siebie w tej kwestii. Faktem jest, że fabularnie Sezon burz jest słaby, ale pod każdym innym względem autor radzi sobie doskonale. Ja czuję niedosyt, choć całość czytało się szybko i całkiem przyjemnie. Jeżeli zatem powstanie kolejny tom przygód Geralta z Rivii, z pewnością po niego sięgnę. Jednak lektura najnowszej powieści Sapkowskiego zweryfikowała moje oczekiwania – nie chcę czegokolwiek o wiedźminie, chcę o nim dobrej fabuły.

Tytuł: Sezon burz
Seria: Wiedźmin, tom 8
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawca: SuperNOWA
Rok: 2013
Stron: 404
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Nowi ludzie – recenzja książki

nowi_ludzieNa tegorocznym Polconie miał premierę nowy zbiór opowiadań Rafała Kosika, Nowi ludzie. Jest to już druga, po Obywatelu, który się zawiesił, antologia opowiadań polskiego fantasty, kojarzonego przede wszystkim z młodzieżowym cyklem Feliks, Net i Nika.

Nowi ludzie to mieszanka mainstreamowego s-f i thrillera z lekką domieszką horroru, połączonych jednym wspólnym mianownikiem: zagładą. Temat różnie pojmowanej apokalipsy i ludzkiej tragedii przewija się przez wszystkie opowiadania Kosika, nierzadko trafiając w czułe punkty współczesnego Europejczyka: problemy z muzułmanami, szumnie deklarowane wolności obywatelskie czy postępującą alienację, wywołaną rozwojem technologii informatycznych. Chociaż część z rozwiązań przyjętych przez autora można określić jako naiwne i trudne do zaakceptowania nawet w fantastyce, to nie pozostawia on żadnych wątpliwości, że nasza cywilizacja musi ulec zagładzie. Nieważne czy w wyniku wojny, uderzenia w ziemię meteorytu, czy dlatego, że ludzie stracą ze sobą kontakt – świat, który znamy musi upaść i wcale nie jest pewne, czy przeżyje to ktoś, kto będzie mógł poprowadzić ludzkość dalej. O ile w ogóle będzie można w przyszłości mówić o jakiejkolwiek ludzkości.

Pod płaszczem (post)apokaliptycznych wizji, Kosik kryje krytykę współczesnego świata Zachodu, szczególnie ostrą w starszych opowiadaniach, powstałych w okolicach zamachu terrorystycznego na WTC i rozpoczęcia wojny w Afganistanie. Autor odważnie rozprawia się ze współczesnym liberalizmem, ale nie tylko – tak naprawdę krytykuje bowiem wszystkie nadmiernie radykalne i wypaczone doktryny polityczne: Od dawna było jasne, że Zachód rozwali się sam, od wewnątrz, przerostem luksusu, nadmiarem wolności obywatelskich, przekraczającą granice absurdu tolerancją i tą nieustanną fontanną nieograniczonych możliwości; Fundamentaliści, faszyści, lewacy, anarchiści, ekolodzy, antyglobaliści… Trudno zliczyć tych, którzy chcieli upadku systemu. Pomysłów na to, co potem, nie miał nikt. W tytułowych Nowych ludziach tendencje współczesnej Europy sprowadzone zostały do poziomu absurdu: każdy człowiek chce być dyskryminowany, gdyż w ten sposób łatwiej uzyskać zwrot podatku, czy dobrą posadę. Jeśli ktoś nie jest dyskryminowany, w praktyce okazuje się stać niżej w hierarchii, niż ci, którzy rzekomo mają gorszą od niego pozycję startową.

Rzecz jasna trudno wymagać od autora, aby każde opowiadanie było naprawdę nowe, nie zawierało wykorzystanych już wcześniej motywów i rozwiązań fabularnych. Niemniej, Kosikowi udaje się w nowy i atrakcyjny sposób podejść do tak – zdawałoby się – oklepanego tematu jak postapo.

Nowi ludzie to bardzo dobry zbiór opowiadań, według niektórych znacznie lepszy od Obywatela, który się zawiesił. Kosikowi można co prawda zarzucić pewną naiwność, trudno jednak odmówić mu wyczucia w prowadzeniu akcji i oryginalności (Wielki błękit). Nie jest to na pewno lekka lektura, zdecydowanie jednak warta polecenia każdemu, kto fascynuje się w literaturze podobną tematyką.

Tytuł: Nowi ludzie
Autor: Rafał Kosik
Wydawca: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 408
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Ambasadoria – recenzja książki

1461993-china-mi-ville-ambasadoria

Ambasadoria jest jak pocztówka. Książka zabiera nas na skraj znanego uniwersum, do tytułowego miasta, gdzie ścierają się dwie kultury – potomków ziemian oraz Gospodarzy – rasy, której sposób percepcji świata i komunikacji tak bardzo różni się od ludzkich, że postrzegają oni innych jako obiekty emitujące szum, a nie istoty rozumne. Jednak funkcjonowanie na ich planecie nie jest łatwe i bez pomocy miejscowych ludzie nie przetrwaliby zbyt długo – już choćby sama atmosfera z dala od miasta jest na tyle nieprzyjazna, że mogłaby zabić nieostrożnego wędrowca.

Komunikacja między dwiema rasami jest tak ważna, że ludzie, czy dokładniej ich potomkowie, są zmuszeni powoływać Ambasadorów, czyli dwie osoby myślące jak jedność i potrafiące posługiwać się skomplikowanym podwójnym językiem Gospodarzy. Dzięki temu możliwe jest funkcjonowanie na tej planecie oraz poznawanie kultury tubylców. A Język (pisany wielką literą) obcych zamieszkujących ten świat jest bardzo istotny z punktu widzenia fabuły książki. Nie mogąc określić obecności ludzi w znanym sobie uniwersum, Gospodarze tworzą z nich środki stylistyczne, które jednocześnie wzbogacają Język oraz ułatwiają komunikację z przybyszami. Bo trzeba pamiętać o tym, że Gospodarze nie są fizycznie zdolni do kłamstwa – ich mowa doskonale oddaje stan faktyczny, czas teraźniejszy i przeszły, ale zupełnie nie sprawdza się w mówieniu o abstrakcjach i ma problemy z czasem przyszłym.

Główna bohaterka książki, Avice, jest częścią Języka. Została porównaniem, dzięki czemu wzrósł jej status i ma możliwość bliższego obcowania zarówno z Gospodarzami jak i notablami Ambasadorii. W przyszłości będzie to miało jeszcze większe znaczenie, ale to nie jest miejsce na zdradzanie niuansów fabularnych. A fabułą toczy się w dwóch liniach czasowych – wcześniejszej i późniejszej. Nie są one dokładnie określone, oddziela je jednak ważne wydarzenie – przybycie do miasta nowego Ambasadora, EzRy. Zabieg ten jest zrozumiały z punktu widzenia czytelnika, ale rozszczepia książkę na część poświęconą wspominkom, które w znacznej mierze wzbogacają obraz świata przedstawionego, są jak zdjęcie na pocztówce, oddające technologię, kulturę, religię itp. oraz część fabularną związaną ze zmianami, jakie spowodowało pojawienie się nowego Ambasadora. Niestety jest to także wada książki – o ile całość składa się na wielce interesującą kompozycję, o tyle do połowy tomu ewidentnie brakuje akcji, a to, co w powieści najciekawsze, dawkowane jest minimalnie i tylko w miarę niezbędnych potrzeb. Dzięki temu, kiedy wreszcie zaczyna się fabularne mięso, czytelnik doskonale orientuje się w sytuacji politycznej i kulturowej Ambasadorii i bez trudu odnajduje się w tym świecie. Problem jest jednak taki, że wielu z pewnością zrazi się do tej powieści, zanim pozna konsekwencje pierwszego spotkania Ambasadora z Gospodarzami.

Ambasadoria jest pocztówką. Z jednej strony ukazującą piękno i bogactwo wykreowanego przez Chinę Miéville’a świata, który może zachwycić nie tylko miłośników odkrywania fantastycznych krain czy filologów, lubiących zagłębiać się w różnice między przenośnią a porównaniem, z drugiej zaś mającą za mało miejsca na treść, która równie ciekawa i choć niespecjalnie zaskakująca, potrafi zainteresować – ale oferuje tylko niezbędne minimum i pozostawia niedosyt i uczucie, że przez 200 stron nic się nie działo.

Czy warto sięgnąć po tę powieść? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest to książka dobra i na pewno jest ważna, o czym może świadczyć nominacja do Nagrody Hugo. Nie ma też w sobie niczego, co by od niej odrzucało. Niestety brakuje jej też magnetyzmu, czegoś, co sprawia, że chce się przeczytać jeszcze jedną stronę, rozdział, a na końcu oferuje przerwę w środku kolejnej zarwanej nocy. Sama treść też nie jest szczególnie elektryzująca, bardziej może przypominać fabularyzowany reportaż (są nawet pewne skojarzenia z chińskim powstaniem bokserów) niż powieść awanturniczą, ale to tylko nadaje jej realizmu. Ambasadoria przypomina trochę Głos Pana Lema – czyli potyczki z interpretacją przekazu, a nie z samym przekazem, przy czym nie jest książką aż tak filozoficzną i zawiera dużo pełniejszy obraz nadawcy i kontekstu w jakim odbywa się komunikacja. Czy kogoś to przekonuje? Na to pytanie sami musicie sobie odpowiedzieć.

Tytuł: Ambasadoria
Autor: China Miéville
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok: 2013
Stron: 472
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Przystań Wiatrów – recenzja

przystań wiatrów

Tytułowa kraina jest planetą, na której niegdyś osiedlili się przybysze z Ziemi. Składa się z kilku archipelagów, wielkich połaci mórz i słynie z niesłabnących wiatrów. Żegluga jest tam niebezpieczna, więc jedynym sposobem komunikowania się między poszczególnymi wyspami jest wysyłanie lotników – ludzi z rodów posiadających metalowe skrzydła, zbudowane z kadłuba statku, którym przybyli tutaj pierwsi osadnicy.

Posiadanie skrzydeł to wielki zaszczyt, dlatego są one przekazywane z pokolenia na pokolenie, a bycie lotnikiem oznacza status równy statusowi zwierzchnika wyspy.

Główną bohaterką powieści Martina i Tuttle jest Maris – córka rybaka, która od dziecka marzy o tym, aby wzbić się w przestworza. Rzecz niemożliwa staje się jednak całkiem realna; dziewczyna zostaje przygarnięta przez jednego z lotników, który sam nie spodziewa się przyjścia na świat potomka, będącego spadkobiercą skrzydeł. Oczywiście wszystko się skomplikuje, kiedy ojczym dziewczynki doczeka się wreszcie syna, lecz Maris nie należy do osób, które łatwo się poddają, rozpocznie więc walkę o własne skrzydła.

Jak mocno można przywiązać się do postaci z książki? Przystań Wiatrów pokazuje, że bardzo. Główną bohaterkę poznajemy jako małą dziewczynkę i śledzimy jej losy w najważniejszych momentach całego jej życia – aż do późnej starości. Książka składa się z części, które dzielą historię i życie Maris na etapy i znacznie się od siebie różnią. Postawa dziewczyny zmienia świat, w którym przyszło jej się urodzić, a to powoduje konsekwencje, które nie odstąpią bohaterki już nigdy.

W najnowszym wydaniu powieści Zysk zdecydował się wyróżnić nazwisko George’a R. R. Martina, jednak dostrzegam w tym zabieg marketingowy. Jest to bowiem książka zupełnie inna niż Gra o Tron, choć pod wieloma względami także dużo lepsza. Mamy tutaj jeden wątek, skupiony na jednej bohaterce, brak zdrad, przewrotów i zwrotów akcji. Całości dopełnia świat, który poznajemy co prawda tylko szczątkowo, ale ten dystans jeszcze bardziej przybliża nas do Maris – dziewczyny szybującej w przestworzach ponad światem i tak naprawdę niewiele się nim interesującej.

Fabuła powieści jest zatem dosyć prosta, lecz autorzy dużo mocniej zdecydowali się podkreślić emocje towarzyszące wydarzeniom i trzeba przyznać, że udzielają się one także czytelnikowi. Z czasem nikt nie pozostaje obojętny wobec wydarzeń rozgrywających się na kartach powieści, co skutecznie wywołuje chęć przeczytania choć jednej strony więcej.

Opinie na temat Przystani Wiatrów są różne, choć mam nieodparte wrażenie, że bardziej krytycznie podchodzą do niej osoby, które widząc nazwisko Martina spodziewały się czegoś innego – dlatego czytelnikom lubującym się w skomplikowanych intrygach i zdradach raczej nie polecałbym tego tytułu. Wszystkich innych, a w szczególności tych, którzy bardziej cenią sobie wielowymiarowych bohaterów i emocje udzielające się czytelnikowi, zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł. Zrobił on na mnie tak duże wrażenie, że może odrobinę na wyrost zdecydowałem się wystawić mu najwyższą notę.

Tytuł: Przystań Wiatrów
Autorzy: George R.R. Martin, Lisa Tuttle
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok: 2013
Stron: 412
Ocena: 6
Kategorie
Literatura

Cienioryt – recenzja książki

Krzysztof-Piskorski-Cienioryt

Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora – kiedy zobaczyłem to imię, niemal parsknąłem śmiechem. Na myśl przyszły mi automatycznie brazylijskie telenowele, zalewające niegdyś telewizję. Na szczęście, Cienioryt okazał się nie mieć z nimi nic wspólnego. Powiem więcej – to wyjątkowo kompetentna opowieść z gatunku płaszcza i szpady (czy może raczej płaszcza i rapiera) z interesującym konceptem fantastycznym.

Akcja powieści toczy się w portowym mieście Seriva, w realiach do złudzenia przypominających renesansową Hiszpanię. Już samo to podziałało na mnie odświeżająco, bo na palcach jednej ręki mógłbym wymienić przeczytane przeze mnie książki osadzone w tych klimatach. W zasadzie dziwi mnie, że ten okres nie jest bardziej popularny, bo szermierze mają w sobie, moim zdaniem, dużo więcej elegancji i swoistego romantyzmu niż czysto fantastyczni rycerze z półtorakami, zakuci w metalowe zbroje. W każdym razie, w Serivie żyje sobie wspomniany wyżej człowiek o udziwnionym nazwisku, weteran wojen, niegdyś obracający się w najwyższych kręgach władzy, obecnie najemny zabójca, prowadzący niewielką szkółkę szermierki. Po nieudanej akcji, w której zmuszony był zabić własnego ucznia, poszukuje zemsty na zleceniodawcy, nie wiedząc nawet, że wdeptuje w ten sposób w bardzo głębokie bagno. Pozornie niepowiązane wydarzenia zaczynają się splatać, ścieżki bohaterów krzyżować, a intryga zatacza coraz szersze koło.

Niesamowicie spodobał mi się styl Piskorskiego. Nie miałem do tej pory styczności z jego twórczością, ale po Cieniorycie zamierzam nadrobić zaległości. Książka jest wyjątkowo lekko i barwnie napisana, w szczególności w początkowych rozdziałach, w których jest zdecydowanie więcej luzu i humoru. Siłą rzeczy, gdy wydarzenia nabierają wagi, poważnieje również narracja. Spisek goni spisek, a rozmaitych sojuszy zawiązywanych między bohaterami, trudno się doliczyć. Pojawia się kilka gatunkowych klisz (jak na przykład trójka przeciwników walczących między sobą), ale są użyte umiejętnie i powiększają jeszcze satysfakcję z lektury. Przy tym, na przeciętnej ilości stron, skondensowane jest tyle treści, że można by nią obdarzyć kilka innych tytułów. Po prostu ideał powieści awanturniczej.

Nieco gorzej jest z wątkiem fantastycznym, który sprawia wrażenie potencjału, który nie został wykorzystany. Piskorski stworzył realia, w których cienie kryją w sobie zupełnie inny świat, częściowo zagospodarowany przez człowieka. Kraina cienia rozciąga się w głąb, zamiast wszerz, pozwalając na błyskawiczne przemieszczanie się między odległymi punktami. Same cienie również stanowić mogą zagrożenie, gdyż istnieje możliwość zespolenia przez nie umysłów. I to drugie zastosowanie zaintrygowało mnie znacznie bardziej niż pierwsze, a zarazem wydaje się pozostawać w cieniu skracania odległości. Niezmiernie trudno wyobrazić sobie świat, w którym ludzie większość swojej uwagi poświęcają unikaniu ciemnych plam, a w którym większość wydarzeń rozgrywa się w południe i po zmroku. Jeszcze trudniej jest, gdyby się tak zastanowić, dlaczego ludzie nie wykorzystują tego do pozbywania się swoich wrogów. W końcu niczym trudnym nie powinno być napuszczenie jakiegoś pijaka na najlepszego zabijakę w okolicy, żeby wymieszać ich doświadczenie, pozbawiając tego drugiego jego sprawności i odruchów. Już nawet nie mówiąc o tym, jak wspaniale radziliby sobie sędziowie, mogąc wydobyć informacje o przestępstwie bezpośrednio ze wspomnień skazanego. Żadnej możliwości kłamstwa czy choćby przemilczania faktów. Gdyby temat drążyć, można uzyskać naprawdę ciekawe rezultaty. Pytanie tylko, czy byłoby warto poświęcać akcję na korzyść rozwijania świata?

Trochę ponarzekałem, ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się świetnie. Gnająca do przodu akcja nie pozostawia wiele czasu na zastanawianie się nad konstrukcją rzeczywistości, wprawiając czytelnika w stan łagodnego oszołomienia. Książka jako całość wydaje się być znajoma, ale to solidna pozycja ze zwrotami akcji, które parę razy mnie zaskoczyły. Nie mam innego wyboru, jak polecić Cienioryt każdemu, kto ma ochotę na przeżycie barwnej przygody.

Tytuł: Cienioryt
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 456
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Dziewczyna w stalowym gorsecie – recenzja książki

dziewczyna

Współczesne powieści osadzone fabularnie w XIX wieku mają w sobie coś niezwykłego. Jakoś tak się przy tym złożyło, że to również okres szalenie zaniedbany w fantastyce – poza steampunkiem, trudno w gruncie rzeczy wskazać na jakiś podgatunek, który ściślej związany byłby z ostatnim wiekiem cywilizacji. A szkoda, bo to w końcu epoka, która debiutowała romantykami (z Faustem Goethego na czele), a u swego końca wydała chyba najbardziej rozpoznawalne monstrum na świecie – potwora Frankensteina. Dziewczyna w stalowym gorsecie to co prawda znowu zaledwie steampunk, jednak patrząc na wypowiedzi autorki, reklamującej swoją książkę jako skrzyżowanie Ligi Niezwykłych Dżentelmenów z X-Menami, można było dojść do wniosku, że spojrzymy na fin de siècle z nieco innej perspektywy.

When there’s trouble you know who to call…

Rok 1897, Londyn. Szesnastoletnia Finley Jayne stara się znaleźć stabilną pracę jako służąca w jednym z arystokratycznych domów. W ciągu ostatnich miesięcy, raz po raz była wydalana z kolejnych posiadłości, z powodu kłopotów, które sama sprawiała. Finley niewiele mogła jednak na to poradzić. W obliczu strachu i zagrożenia budziła się w niej druga – o wiele silniejsza i groźniejsza – osobowość, której dziewczyna nie była w stanie kontrolować. Gdy już zaczęła myśleć, że w domu państwa August-Raynesów znalazła posadę, której nie straci w ciągu kilku tygodni, doszło w jej życiu do kolejnej tragedii: niewiele od niej starszy syn pracodawców próbował ją zgwałcić. Dziewczyna, kierowana swoją mroczną stroną wychodzi cało, omal nie zabijając jednak napastnika. W środku nocy ucieka z domu Raynesów i wpada pod koła pędzącego motoru.

Po kilku godzinach Finley budzi się w nieznanym sobie pokoju. Dowiaduje się, że jest w domu Griffina Kinga, jednego z najbardziej wpływowych arystokratów w królestwie. Znacznie bardziej szokująca jest dla niej wiadomość, że wszyscy mieszkańcy domu Kinga, posiadają równie niezwykłe moce jak ona sama. Pan domu to telepata, potrafiący przenosić swoją świadomość do Eteru – wymiaru duchów; jego ciotka – Kordelia – również z łatwością manipuluje umysłami ludzi, a scyborgizowany przyjaciel Sam, okazuje się jeszcze silniejszy i niebezpieczniejszy niż Finley. Komplet super-mocy z czasem uzupełniają, potrafiąca rozmawiać z maszynami – Emily, i obdarzony niezwykłą szybkością, amerykański kowboj – Jasper Renn. Niezwykła grupa stawia sobie za cel powstrzymanie Machinisty, terrorysty odpowiedzialnego za agresywne zachowanie automatonów – powszechnie wykorzystywanych robotów – i okaleczenie w przeszłości Sama.

Teen Titans!

Inspiracje z których czerpała Kady Cross widoczne są na pierwszy rzut oka: wspomniani już X-Meni i Liga Niezwykłych Dżentelmenów, książki Juliusza Verne’a i opowiadania Roberta Louisa Stevensona. Oczywiście, podobieństw i pomniejszych zapożyczeń doszukiwać można się więcej. Ja, na przykład, przez większość książki miałem nieodparte skojarzenia z animowanymi Młodymi Tytanami (stąd też w tekście takie, a inne śródtytuły). Szczególnie Finley, ze względu na swoją podwójną naturę, bardzo kojarzyła mi się z Raven, a głupkowaty Jasper (nijak nie pasujący do wiktoriańskiej Anglii) z równie nieprzystosowanym społecznie Bestią.

Niestety, Dziewczyna w stalowym gorsecie nie wychodzi obronną ręką z żadnych porównań tego typu. Postacie stworzone przez Cross są płaskie i nijakie – zupełnie, jakby autorka oczekiwała, że czytelnik będzie przejmował się ich losami tylko dlatego, że zostali osadzeni w roli bohaterów pozytywnych. Zmarnowany potencjał czuć szczególnie w postaciach Finley i Sama, które z założenia chyba miały odróżniać się od reszty grupy pewną szarością. Ostateczny efekt pozostawia jednak sporo do życzenia – głównej bohaterce daleko do Jean Grey i Mrocznego Feniksa, nie mówiąc już o bezpośredniej inspiracji, czyli doktorze Jekyllu i panu Hydzie (którzy też zresztą w książce są wspomniani). Alter-ego Finley nie przeraża, ani nie budzi niesmaku – to nie pozbawione wszelkich hamulców, naznaczone piętnem szatana uosobienie mrocznej strony człowieka, ale odrobinę prowokująca dziewczyna, która nawet w czasach wiktoriańskich, nie zostałaby zupełnie poddana ostracyzmowi towarzystwa (chociaż na pewno napiętnowana). Czyżby grupa docelowa nie pozwoliła na stworzenie mroczniejszej i wiarygodniejszej postaci? Cóż, może Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a nie jest lekturą dla wszystkich, ale już Glen Murakami stworzył Młodych Tytanów dla jeszcze młodszych odbiorców, a jego Raven jest bohaterką bez porównania bardziej złożoną i przerażającą.

Jeszcze gorzej prezentuje się postać Sama, która nie jest nawet zbyt uproszczona, ale po prostu źle napisana. O ile, Finley była dla mnie przez większą część książki nijaka, o tyle Sam irytował (raczej niezamierzenie) tworzonymi przez siebie sztucznymi problemami i pseudofilozoficznymi rozważaniami nad tym, co stanowi wyznacznik człowieczeństwa.

From they’re mansion they can see it all!

No, prawie wszystko. Mniej więcej w 1/4 książki, średnio wyrobiony czytelnik wie już z całą pewnością kim jest i do czego dąży Machinista, ale na dogonienie go przez bohaterów przychodzi mu czekać jeszcze przez prawie trzysta stron. Postaci takie jak Emily, Grffin i Kordelia tracą tym samym jeszcze bardziej na wiarygodności (chociaż przykładem skrajnej głupoty jest tu akurat Sam). Jak wierzyć w ich niezwykłą inteligencję, skoro nie są w stanie rozpracować przestępcy, który sam pcha im się w ręce?

Do minusów doliczyć należy również spore przestoje w akcji – przez 1/3 czasu nie dzieje się tu prawie nic. Od momentu przybycia Finley do posiadłości Kingów aż do przypadkowej wizyty Griffina i spółki w Pałacu Buckingham, czytelnik jest świadkiem dwóch tragicznie rozpisanych wątków miłosnych (a raczej: trójkątów). Pomijając to, że pasują one do realiów epoki, jak nie przymierzając pięść do nosa, to są po prostu tak przeraźliwie nudne, że mogłyby zostać wycięte i wydane osobno w jakieś serii harlequinów (pierwotnie zresztą Steampunk Chronicles zostały wydane przez Harlequin Teen, co jest dość znamienne). Dwie osobowości Finley, do pewnego momentu – jak u Jekylla i Hyde’a – coraz bardziej są rozdzielające i żyjące niezależnie od siebie, ale aż proszą się o porządny wątek kryminalny. Wystarczyłoby pozostawić czytelnika i jasną Jayne w niepewności, co robi wyrywająca się na wolność ciemna strona jej osobowości, i pozwolić im razem z pozostałymi bohaterami dociekać prawdziwych intencji dziewczyny. Wątek taki zresztą pojawia się przy okazji wizyty peelara w domu Griffinów i śledztwa w sprawie śmierci Felixa Augusta-Reynesa. Dziewczyna nie ma pojęcia, co robiła poprzedniej nocy, miała za to doskonały motyw i możliwość popełnienia zbrodni. Zabiła?, nie zabiła? Kady Cross nie pozostawia czytelnika długo w niepewności – szybki telepatyczny skan mózgu i wynik jest już dla wszystkich oczywisty, a obiecujący wątek idzie w odstawkę na rzecz flirtu dobrej Finley z dobrym facetem, i złej Finley ze złym facetem…

When they’ll catch there won’t be any doubt – you’ve been beaten by the teens!

Pomimo kontrowersyjnej decyzji autorki, co do wyboru preferowanych wątków, słabego zarysowania postaci i przewidywalności, całość czyta się zaskakująco dobrze. Trudno, co prawda wskazać jakieś konkretne plusy (może oprócz lekkiego języka), Dziewczyna w stalowym gorsecie jest jednak niewątpliwie całkiem przyjemną lekturą, po którą można sięgnąć nastawiając się na niezobowiązującą lekturę. Pierwszy tom dostaje ode mnie solidną trójkę z plusem (chociaż daleko mi do grupy docelowej) i czekam na kolejny, który wg zachodnich portali, jest nieco lepszy niż obecny. Ci, którym Dziewczyna w stalowym gorsecie przypadnie do gustu, a język angielski nie jest straszny, sięgnąć mogą po e-book The Strange Case of Finley Jayne dostępny na Amazonie za 1.99$. Jest to krótkie, stustronicowe opowiadanie, stanowiące wprowadzenie do właściwej historii. Nie miałem okazji się z nim jeszcze zapoznać (recenzja wkrótce), ale zachodni recenzenci, którzy otrzymali opowiadanko za darmo razem z Dziewczyną… oceniają je o wiele wyżej niż właściwą książkę.

Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie [The Steampunk Chronicles]
Autor: Kady Cross
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2013
Stron: 436
Ocena: 3+
Kategorie
Literatura

Gone – Zniknęli. Faza szósta: Światło – recenzja

okladka-676Szósty tom serii Gone został wydany w niedługi czas po debiucie w telewizji serialu Pod kopułą, zrealizowanego na podstawie powieści Stephena Kinga. Czy tego chcę, czy nie, ogólne podobieństwa tych dwóch historii wymuszają na mnie ich porównanie. Jednakże muszę stwierdzić, że w tej konfrontacji, powieść Michaela Granta wcale nie wypada gorzej.

To już ostatnie spotkanie z dzieciakami z Perdido Beach. Po wielu komplikacjach, które nie ułatwiały bynajmniej życia bez dorosłych, przyszła pora na finalną konfrontację z Gaiapage, który po fizycznym pozbyciu się małego Pete’a przyjął ciało dziewczynki i po trupach zamierza zrealizować swoje plany. Czytając książkę, często można się natknąć na myśli tej istoty, które informują nas o jej planach, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że są one dość płytkie – chodzi bowiem o zło czynione dla samego zła, mordowanie dla mordowania i tak naprawdę niewiele stoi za tym – było, nie było – inteligentnym bytem.

Gaia postanawia, że zabije wszystkich w ETAP-ie, a na końcu unicestwi swoją Nemezis w postaci Pete’a. Pomóc mają jej w tym moce bohaterów książki, gdyż potrafi ona korzystać ze wszystkich zdolności, jakie dzieciaki wykształciły uwięzione pod kopułą. Są jednak pewne ograniczenia, jeśli posiadacz danej mocy zginie, razem z nim przepadnie także jego moc, więc pod tym względem para głównych przeciwników, ponownie łączących siły Sama i Caina, jest chroniona. Nie oznacza to jednak, że bohaterów nie można uwięzić lub dotkliwie okaleczyć, a w tym Gaia jest naprawdę dobra. Jest jeszcze jedno ograniczenie, które wynika z limitów jakim podlega ludzkie ciało – jest ono podatne na głód, zmęczenie i oczywiście obrażenia fizyczne. Z tym ostatnim jednak można poradzić sobie dzięki mocy Lany.

Tymczasem na zewnątrz, po dramatycznych wydarzeniach, jakie rozegrały się na oczach obserwatorów w finale poprzedniego tomu, stanowiska dorosłych są podzielone – część z nich twierdzi, że dzieci przystosowały się do nowych okoliczności i radzą sobie jak mogą, większość jednak uważa je za zdziczałe i niebezpieczne dla otoczenia. W tej sytuacji matka Sama będzie próbowała skontaktować się ze swoim synem, jednak będzie to wyścig z Gaią, która powoli realizuje swoje plany.

Natomiast jeśli chodzi o tom finalizujący całą historię, to ciężko odmówić mu rozmachu, jeśli chodzi o poświęcenie bohaterów i towarzyszące temu śmierci. Żniwo, jakie zbiera Gaia jest naprawdę obfite, zaś umierają nie tylko statyści, ale także bohaterowie, których zdążyliśmy poznać lepiej, a także polubić. Zabieg ten jest zrozumiały – kiedy bariera opadnie, trzeba będzie powiedzieć co dalej, a mniejsza liczba bohaterów oznacza mniej komplikacji i mniej kwestii, które trzeba rozwiązać.

W końcu, tradycyjnie upływający czas mija i bariera opada. I to właściwie koniec historii, która sama w sobie była bardzo zadowalająca. Pozostały jednak pytania o dalsze losy bohaterów i na nie autor odpowiada w czterech rozdziałach Co było potem. O ile więc zasadnicza część książki mogła wstrząsnąć i nawet wzruszyć, o tyle zakończenie jeszcze potęguje ten stan. Chyba wszystkie wątki doczekują się satysfakcjonującego zakończenia i nie obędzie się bez niespodzianek – radosnych i smutnych. Niczego więcej nie można oczekiwać od zakończenia cyklu.

Jeśli chodzi o tom zatytułowany Światło, to jakość jego wydania nie odbiega zanadto od jakości poprzednich części. Wita nas średnio zachęcająca okładka z fotografiami jakichś dzieci, która jednakże nie jest najgorszą w cyklu. Kilka uwag można by też mieć do korekty, czy redakcji, która nie zauważyła, jak przypuszczam, skrótu PB odnoszącego się do najważniejszej miejscowości powieści – wcześniej podobne uproszczenie nie było stosowane, więc myślę, że to pozostałość po pracy tłumacza, który w ten sposób przyspieszał swoją pracę. To jednak nie ma większego znaczenia, gdyż wszelkie niedoskonałości nikną w nurcie akcji, która nakazuje nam przerzucać kolejne strony.

Michaelowi Grantowi udało się stworzyć powieść kompletną, wciągającą od początku do końca i satysfakcjonującą czytelnika. W kategorii powieści przeznaczonej dla nastoletniego czytelnika, książki z cyklu Gone plasują się zdecydowanie w czołówce. Próżno w tej chwili szukam w pamięci tytułu science fiction, który mógłby się z nim równać. Jeśli zaś chodzi o starszych czytelników, to z czystym sumieniem mogę im polecić tę serię. Wierzę że się nie zawiodą i jak ja, dadzą się porwać snutej na kartach powieści historią. Gone to lektura obowiązkowa. Od pierwszego do ostatniego tomu.

Tytuł: Faza szósta: Światło
Cykl: Gone – Zniknęli, tom 6
Autor: Michael Grant
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 380
Ocena: 5+
Kategorie
Literatura

Przedksiężycowi II – recenzja książki

kantoch_przedksiezycowi_2_front_500Czasami zdarzają się takie recenzje, które pisze się zdecydowanie zbyt długo. Może to być podyktowane wielorakimi problemami – poczynając od absolutnego braku czasu na czytanie, poprzez problemy z komputerem czy dostępem do Internetu, na złej literaturze kończąc. Ale absolutnie najgorszym przypadkiem jest ten, gdy przeczytanie samej książki nie było syzyfową pracą, komputer działał, a czasu było dość.

Zanim spróbuję uporządkować jakoś moje przemyślenia odnośnie książki, dwa słowa o wydaniu: tu jestem bardzo zdecydowana i zachwycona. Książki wydane są przepięknie, w twardej oprawie, z pokręconymi, dziwacznymi ilustracjami, które świetnie pasują do ich klimatu. Piękna rzecz na prezent, świetnie wygląda na półce. Co do treści natomiast…

Czasem po prostu recenzent zupełnie nie wie, co napisać.

Dokładnie ten problem mam w wypadku drugiego tomu Przedksiężycowych Anny Kańtoch. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Powergraph miałam możliwość zapoznać się z obiema częściami powieści – to niestety niczego nie ułatwiło, chociaż pogłębiło moją znajomość historii i psychologii postaci.

Świat przedstawiony jest typową antyutopią: mamy metropolię, która mogłaby być idealnym miejscem do życia, zapewniającym wszelkie wygody, jedzenie, zakwaterowanie oraz z jednej strony znudzonych, a z drugiej strony zastraszonych ludzi, szukających rozrywki w różnych rodzajach degeneracji (na przykład w art-zbrodniach).

Całym tym bałaganem rządzą tajemniczy Przedksiężycowi – rzekomo ludzie, którym udało się dotrwać do Przebudzenia, osiąganego po określonej ilości Skoków. Skoki są rodzajem podróży w czasie, w trakcie której jedna wersja Lunapolis zostaje w przeszłości, druga przesuwa się w czasie do przodu. Starsze wersje przeszłości zaczynają w szybkim czasie degenerować, poddając się entropii: wybuchają w nich łatwiej pożary, rzeczy szybciej się niszczą… I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w Przeszłości zostają także niektórzy ludzie – oni z kolei z każdym dniem stają się słabsi, bardziej podatni na choroby, szybciej się starzeją. Ci, którym udało się uniknąć tak smętnego losu i pozostali w aktualnym Lunapolis, żywią się zaś nadzieją, iż dotrwają do ostatniego Skoku i zostaną Przebudzonymi. Wszystko to za wiedzą i wolą Przedksiężycowych.

Pojawiają się jednak osoby, które dostrzegają jawną niesprawiedliwość tych w swej istocie tyrańskich rządów i knują skomplikowany spisek, mający na celu zniszczyć system…

Dlaczego tak ciężko napisać jakąkolwiek konkretną recenzję Przedksiężycowych? Na początek: choćby dlatego, że nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Czy jest o zdegenerowanym, dekadenckim społeczeństwie żyjącym w ciągłym strachu? Czy o Księżycowym Mieście? A może o bohaterach, którzy przewijają się przez karty opowieści? Trudno powiedzieć – jestem niemal przekonana, że oba tomy rysują scenerię, w której ma rozegrać się jakieś grand finale, ale sceneria ta jest dla mnie nie do końca zrozumiała.

Powiem szczerze: nie potrafię zbyt wiele powiedzieć na temat tej książki. Nie czyta się źle, temat w zasadzie ciekawi, ale mam wrażenie, że ta sama ilość fabuły upchnięta w jednym tomie byłaby dalece bardziej porywająca.

Jestem więc w stanie wystawić Przedksiężycowym trójkę z plusem, z nadzieją na coś więcej…

Tytuł: Przedksiężycowi II
Autor: Anna Kańtoch
Wydawca: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 480
Ocena: 3+
Kategorie
Literatura

Partials. Częściowcy – recenzja książki

partials

Na początku powiem wprost: otrzymując do recenzji kolejną książkę od Jaguara, nie spodziewałem się od niej niczego dobrego. W gruncie rzeczy poza Wielką Wojną Diabłów i książkami Johna Flanagana nie kojarzę żadnego tytułu, który mógłby uchodzić za swego rodzaju must have, a który mógłbym z czystym sumieniem polecić czytelnikom. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy wziąłem się za lekturę książki Dana Wellsa. Co prawda, nie dorównuje on pisarsko drugiemu wielkiemu Wellsowi, ale jak widzicie w stopce, książka okazała się wcale nie najgorsza.

Akcja Partials osadzona została w połowie XXI wieku. Dwie dekady wcześniej rząd amerykański stworzył tzw. Częściowców (tytułowych Partials; swoją drogą tłumacz mógł pokusić się o lepszy przekład), biomaszyny, silniejsze i sprawniejsze od zwykłych ludzi. Ich zadanie było proste – wygrać wojnę izolacyjną na terenie Chin. Broń idealna, która bez wahania wykonała każdy rozkaz i podjęła się każdego zadania. Problem w tym, że Amerykanie nie mieli pomysłu, co zrobić z nimi po wojnie – setki tysięcy zwycięskich super-żołnierzy po powrocie do kraju zostało zepchniętych na margines społeczny, bez perspektyw życiowych i szans na normalną pracę. Nic więc dziwnego, że doszło do buntu – w przeciągu kilku tygodni Częściowcy opanowali kraj, likwidując wszystkie punkty oporu.

Zwycięscy Częściowcy nie obrócili jednak swoich stwórców w niewolników, gdyż w trakcie walk doszło do uwolnienia tajemniczego wirusa RM, który w kilka dni zabił 99% mieszkańców Ziemi. Kilkadziesiąt tysięcy ocalałych z Nowego Jorku przeniosło się na Long Island, odgradzając się od opanowanego przez Częściowców świata polami minowymi i zasiekami. Ocaleni nie mieli jednak powodów do radości. Już po kilku miesiącach okazało się, że morderczy wirus wcale nie przestał działać i zabija kolejne setki noworodków. W ciągu czternastu lat dzielących bunt Częściowców od rozpoczęcia akcji książki, lekarze nie posunęli się w swoich badaniach nad RM nawet o krok – nie przeżyło ani jedno dziecko urodzone po Wybuchu. Nie widząc innej nadziei na przetrwanie gatunku, senat decyduje się na wprowadzenie obowiązku zachodzenia w ciąże przez coraz to młodsze kobiety, licząc na to, że któraś urodzi dziecko odporne na wirusa, mogące stać się źródłem szczepionki. Grupka nastolatków, która nie chce zostać sprowadzona do roli zwykłych zwierząt rozpłodowych, postanawia walczyć z opresyjnym senatem i znaleźć inny sposób na pokonanie wirusa.

Partials to niemal typowa książka postapo. Niemal, bo jak wszystkie książki Jaguara hołduje pewnemu specyficznemu stylowi, który albo się lubi, albo nienawidzi. Z jednej strony mamy, typowy dla postapokaliptycznych opowieści, dość ciężki, przytłaczający klimat i wizję świata, z którą nie bardzo chcielibyśmy się w rzeczywistości zetknąć (no, przynajmniej częściowo – ale o tym jeszcze za moment). Jednak z drugiej strony rażą nieco postacie czternasto-, piętnasto- i szesnastolatków ratujących świat, którego nie potrafią ocalić dorośli. Nie zrozumcie mnie źle – wiem, że książka dla młodzieży rządzi się swoimi prawami i pisze się ją nieco inaczej, niż powieści dla dorosłych, pewne niezmienne zasady ma również postapo. Niemniej autor, który do walki ze śmiertelnym wirusem wystawia niespełna szesnastoletnią dziewczynę, mającą za sobą raptem kilkumiesięczne szkolenie medyczne w szpitalu, musi spodziewać się ostrej krytyki. Pół biedy, gdyby Kirze jedynie wydawało się, że prowadzi rewolucyjne badania, a w rzeczywistości okazało się, że próbuje jedynie metod, które przed nią sprawdzili już lepiej wykwalifikowani lekarze (co było chyba ideą Wellsa przez pierwszą połowę książki). Ale nie – okazuje się, że nastolatka na co dzień zupełnie przeciętnie radząca sobie ze swoimi obowiązkami w szpitalu, jest w stanie prowadzić zaawansowane badania morfologiczne i wirusologiczne, o których przez czternaście lat nie pomyśleli specjaliści w danych dziedzinach. Specjaliści, którzy zajmowali się tylko tym jednym problemem, bo przecież brak lekarstwa na RM, to koniec ludzkości w przeciągu kilkudziesięciu lat…

W wizji świata stworzonej przez Dana Wellsa są jednak plusy. Long Island w niczym nie przypomina miast jakie znamy z Fallouta, czy Mad Maxa. To nie ruiny pośrodku postnuklearnej pustyni, ale słabo zamieszkany ośrodek władzy, w którym ludzie żyją niemal tak samo jak przed Wybuchem. Nadal funkcjonują szpitale i służby porządkowe, gdzieniegdzie zobaczyć można działające jeszcze samochody, a jego mieszkańcy uczą się, studiują i pracują jak dawniej. Chwała autorowi za to, że postanowił wyjść poza szablony typowe dla gatunku.

Właściwie, gdyby nie podkreślana co chwila przez autora Ustawa Nadziei, zmuszająca kobiety do zachodzenia w ciążę, i nieco bardziej rozwinięty w drugiej połowie książki wątek s-f w postaci Częściowca Samma, to akcja Partials (po niewielkich przeróbkach) mogłaby się równie dobrze toczyć współcześnie, w dowolnym miasteczku w USA, i opowiadać o problemach przeciętnych nastolatków.

Na plus książki zdecydowanie nie oceniałbym za to podkreślanego w innych recenzjach wątku władzy totalitarnej. Nie jest on ani szczególnie odkrywczy (chociaż nie musi – niewiele nowego da się już w tym temacie wymyślić), ani szczególnie dobrze zrealizowany (a to już akurat konieczne). Ot, mamy kilku senatorów, którzy za wszelką cenę chcą utrzymać sprawowaną przez siebie władzę. Szczerze mówiąc, to kilka scen z ich udziałem można by bez problemu usunąć, bez większej szkody dla książki. A może nawet i z korzyścią, bo moment, w którym główna bohaterka jest przekupywana przez senatorów, można porównać z kuszeniem Anakina przez Palpatine’a w Zemście Sithów. Jak to po seansie filmu podsumował Evilmg: Tylko czekałem, aż zacznie mu dawać cukierki, żeby wreszcie przeszedł na Ciemną Stronę.

Pomimo powyższych zarzutów Partials czyta się zaskakująco dobrze. Chociaż pełno tu nastolatków ratujących świat i głupkowatych dorosłych, to nadal niezłe s-f. Może nie dla wszystkich (do głównej bohaterki narzekającej z jednej strony na złe życie i za bardzo kochającego ją chłopaka, a z drugiej buszującej po opuszczonych sklepach w poszukiwaniu markowych ubrań po prostu trzeba przywyknąć), ale zdecydowanie warte polecenia wszystkim tym, którzy znają i lubią książki od Jaguara. Idealna lektura na wakacyjne wyjazdy, gdy nie ma czasu sięgnąć po dużą lekturę.

Tytuł: Partials. Częściowcy
Autor: Dan Wells
Wydawca: Jaguar
Rok: 2013
Stron: 416
Ocena: 4-