Kategorie
Konwenty

Potworny konwent – relacja z Avangardy 8

158135_ava8_poster_500x700

W dniach 26-28 lipca odbyła się kolejna, ósma już Avangarda, czyli warszawski zlot miłośników fantastyki. Tegoroczna edycja była dla mnie trzecią z rzędu, na której miałem przyjemność gościć. Już po Avangardzie 2010 miałem pewność, że to wydarzenie na stałe pojawi w rozpisce moich wakacyjnych wyjazdów i na pewno będzie częścią szeroko pojętego urlopu. Termin przypada w samym środku sezonu wakacyjnego. Oznacza to przeważnie piękną pogodę i wakacyjny klimat. Kto jednak powiedział, że wakacje muszą być czasem wolnym od gier i fantastyki? Dla mnie sytuacja przedstawia się zupełnie odwrotnie. Tegoroczna Avangarda wypadła minimalnie gorzej od tej poprzedniej. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Motywem przewodnim imprezy były potwory i potworności wszelakie. Jako miłośnik grozy, bardzo lubię tego typu tematykę, więc cieszyło mnie podwójnie to, że punkty programu zostaną w pewnej części oparte właśnie o ten rodzaj fantastyki. Ponadto atmosferę podsycało to, że oprawa materiałów towarzyszących zgromadzenia, będzie również zachowana w tym tonie. Wszystko przebiegło w sposób profesjonalny. Organizatorzy szczegółowo rozpisali procedurę rezerwacji pokoju, a po wpłaceniu pieniędzy otrzymałem dosyć szybko maila potwierdzającego wpłatę. Strona internetowa spotkania posiadała wszelkie niezbędne informacje, była także czytelna, co sprawiało, że uczestnik był dobrze poinformowany. Organizatorzy udostępnili informator w formacie .pdf, dzięki czemu każdy mógł się zapoznać się z wszelkimi niezbędnymi informacjami i zaoszczędzić czasu po samym stawieniu się na terenie Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Po dojeździe na miejsce z warszawskiego Dworca Centralnego, w oczy rzuciła się kolejka przed budynkiem konwentu, a właściwie jej brak. Jednakże dla nas, miłośników fantasy, nie było to odstraszające. Początkowo, planowaliśmy kierować się do sali gier planszowych i tak też uczyniliśmy. Niestety, wystąpił tam pewien problem z systemem komputerowym, w wyniku czego przez pewien czas niemożliwe było wypożyczanie gier. Dlatego też postanowiliśmy pozwiedzać przepastny budynek. Jedno z utrudnień, jakie napotkaliśmy to niemal całkowity brak. Inną wadą,było złe ulokowanie sal. Dlaczego zatłoczony Games Room znajdował się na najbardziej upalnym piętrze budynku, a nie w chłodnych podziemiach, gdzie grali LARP-owcy (których zresztą zbyt wielu nie widziałem)? Dlaczego sale, w których odbywały się atrakcje, były tak porozrzucane po budynku i słabo oznaczone? Te pytanie zadawałem sobie ja, ale także i inni uczestnicy imprezy.

awa81W czwartek odwiedziłem także prelekcję o toruńskim cmentarzysku. Prowadząca zanotowała lekkie spóźnienie, dodatkowo wystąpiły także pewne problemy ze sprzętem, ale mimo to była ona. Wykład był dosyć zajmujący oraz poszerzający wiedzę o rzeczywistości, a to jest dosyć cenne.

Od piątku konwent zaczynał powoli tętnić życiem. Pojawiało się coraz więcej osób. Rozstawiane były także kolejne stoiska z grami, literaturą i najróżniejszymi fantastycznymi akcesoriami. Avangarda, to podobnie jak inne duże konwenty, quasi-targi. Fan z funduszami do wydania, zawsze znajdzie coś dla siebie na tego typu imprezach. W piątek odwiedziłem kilka turniejów gier planszowych, konkurs wiedzy o grach, uczestniczyłem także w spotkaniu z redakcją nowego magazynu grozy pod tytułem Coś na Progu. Skorzystałem z funkcjonującego na terenie konwentu bufetu, którego ceny były znośne. W upalnym dniu, orzeźwienie gwarantowały napoje energetyczne rozdawane przez miłe panie z Redbulla.

awa82W sobotę było tłoczno, ale miałem okazję zagrać, w jeden z przywiezionych przez firmę Rebel, prototypów gier planszowych, co stanowiło miłe zaskoczenie pod względem udostępnienia gier. Slavika , bo o niej mowa, nie przypadła mi szczególnie do gustu, ale duży plus za możliwość przetestowania. Podobał mi się profesjonalizm prowadzących Strefę Luzu, którzy mieli świetne podejście do uczestników atrakcji i ciekawe, innowacyjne gry w ofercie. Po raz pierwszy odwiedziłem sklepik konwentowy, aby wymienić walutę, którą inkasowałem za wygrane turnieje, na rzeczywiste nagrody. W mojej opinii na tegorocznej Avie stosunkowo łatwo można było wygrać jakieś nagrody, a ich wybór nie był zły. W niedzielę odwiedziłem ostatnie turnieje. Żałuję, że organizatorzy ustawili eliminacje do mistrzostw Polski w grę Dominion na tak późną godzinę. Mam wrażenie, że przez to wielu potencjalnych chętnych, nie miało możliwości, by wziąć w nich udział. Tego dnia było także pusto na korytarzach.

Zdecydowanym plusem tegorocznej edycji była bogata oferta programowa. Pomimo tego, że sam korzystałem głównie z atrakcji związanych z grami planszowymi i karcianymi, doceniam jak bardzo rozbudowany był program. Fan, absolutnie każdej dziedziny gier i fantastyki, na Avangardzie mógł czuć się zadowolony. Minusem z kolei, był brak znanych nazwisk, wśród zaproszonych na imprezę gości, co spowodowało, że nie było bardzo dużego zainteresowania literaturą, z powodu ubogich spotkań autorskich. Uważam, że powinno się poprawić ten aspekt w przyszłym roku. Do zalet możemy zaliczyć czystość toalet oraz cały teren obiektu. Ochrona była niemal niedostrzegalna i miła. Na koniec warto zaznaczyć, że w tym roku na zjeździe pojawiło się nieco mniej osób, niż na edycji poprzedniej. Miejmy nadzieję, że frekwencja za rok wzrośnie.

awa83Podsumowując, tegoroczna Avangarda nie była pozbawiona wad, jednak nadal stanowi ona ścisłą czołówkę imprez o tej tematyce w Polsce. Na pewno będę chciał pojawić się na imprezie z tego cyklu w przyszłym roku, a to powinno stanowić najlepszą rekomendację.

Ocena: 4+.

Kategorie
Konwenty

Pyrkon 2012, czyli wuchta wszystkiego

plakat

Poznański Pyrkon, to w mojej opinii (i chyba nie tylko mojej) najlepszy konwent fantastyczny w Polsce. Ba! Konwent, którego konkurencja jest daleko w tyle, impreza na którą czeka się cały rok z zapartym tchem, by poczuć to wszystko, tę niepowtarzalną atmosferę, nie uronić ani chwili. Tegoroczny Pyrkon był dla mnie siódmym z rzędu. Czekałem nań długo, trzy dni konwentowe minęły jak z bicza strzelił i już trzeba pisać relację. Przede mną kolejny rok czekania. No nic, pozostaje tylko przybliżyć Wam, jak było w tym roku. A było naprawdę zacnie.

Pyrkon drugi rok z rzędu odbywał się w bardzo prestiżowym miejscu – w gmachu Międzynarodowych Targów Poznańskich, lokacji wymarzonej pod każdym względem, usytuowanej niedaleko starówki, zupełny rzut beretem od Dworca Głównego. Gmach MTP to miejsce otoczonym hostelami (w jednym z nich wykupiłem nocleg), restauracjami i sklepami spożywczymi. W przestrzeniach targowych – jak zwykle w tego typu miejscach – było przestronie, bez ścisku, pomimo frekwencyjnego rekordu Polski (ponad 6500 osób!).

Tegoroczna edycja urzekał profesjonalizmem. Szczególne brawa należą się organizatorom za przyjęcie takiej fali głodnych zabawy konwentowiczów. Choć początkowo (w pierwszy dzień imprezy) zapowiadało się, że kolejka do akredytacji będzie równie epicka jak na pamiętnej edycji 2009, to w ciągu kilku godzin udało się ją poskromić i słuch po niej zaginął. Pod tym względem było bardzo sprawnie; w najbardziej krytycznym momencie na wejściówkę czekało się maksymalnie półtorej godziny.

pytt3Zanim przejdę do opisu tego, co działo się na miejscu, nie mogę nie wspomnieć o świetnej pyrkonowej aplikacji przygotowanej na telefony komórkowe, która została udostępniona kilka dni przed imprezą. W tym miejscu pragnę oddać hołd autorowi, gdyż była ona bardzo przydatna podczas samej imprezy (praktycznie nie było konieczności korzystania z tradycyjnego informatora konwentowego) – wszystkie potrzeby zaspokajał ten właśnie program. Dzięki niej można było przeglądać w szybkim tempie wszystkie punkty programu (wraz z opisami); znaleźć na mapie miejsce w jakim odbywa się konwent; przejrzeć mapki poszczególnych budynków; a także (co najważniejsze) ułożyć własną listę punktów programu, na które zamierzamy się wybrać. Tak prosta, a tak genialna!. Koniec z drukowaniem sobie siatki programowej przed imprezą, która i tak w końcu gdzieś się zawieruszała. Tym razem wszystko mieliśmy w kieszeni, upchane w naszym telefonie. Brawo!

Tegoroczny Pyrkon opiewał na 580 (!) punktów programu wyczerpujących chyba wszystkie możliwe dziedziny rozrywki dające się podpiąć pod szeroko pojętą fantastykę. Podczas każdej godziny trwania konwentu mieliśmy dylemat którą z koło trzydziestu odbywających się w danej chwili atrakcji wybrać! Kataklizm, masakra, paraliż decyzyjny. Choćbym chciał być najbardziej rzetelnym recenzentem na świecie, to i tak nie posiadam zdolności multilokacji – lecz mimo tego postaram się opisać wrażenia i ogólne obserwacje dotyczące programu.

pytt4Zawsze najbardziej interesującą mnie salą na konwentach jest Games Room, ponieważ od około 7 lat to właśnie gry planszowe, są moim najukochańszym hobby. W tym roku Games Room zorganizowany był bardzo dobrze. Sporo osób w żółtych koszulkach (obsługa), dużo gier, słowem: gracz mógł być zadowolony. Wziąłem udział w kilku turniejach, które również prowadzone były sprawnie i odbywały się punktualnie. Wszystko ładnie i czytelnie opisane. Sporadycznie występował problem z niepełną znajomością zasad danej gry przez osobę prowadzącą turniej, jednak wytrawni gracze szybko prostowali tego typu sytuacje. Games Room, choć był – jak to zwykle bywa – mocno oblegany, dzięki dużej powierzchni i liczbie miejsc dla graczy, nie raził przepełnieniem. Słowem, było wzorowo, a obsługa przeważnie była miła i skora do pomocy.

Drugą interesującą mnie rzeczą na konwentach, jest literatura. Tutaj było podobnie jak co roku. Zdarzyło mi się słyszeć ciche głosy zawodu, dotyczące tego, że na tak świetnej imprezie brak jest prawdziwej gwiazdy literackiej pokroju, na przykład, Neila Gaimana. Brakło również kilku znaczących polskich nazwisk (krótko przed imprezą swój przyjazd odwołał Andrzej Pilipiuk). Należy jednak zaznaczyć, iż pomimo tego organizatorzy odwalili genialną robotę, zapraszając zagranicznych gości (co na bodaj wszystkich innych konwentach w Polsce jest niespotykane): pisarza – Iana McDonalda, autora gry DeadLands – Sane’a Lacy’ego Hensleya, a także absolutną gwiazdę komiksu – Grzegorza Rosińskiego.

pytt5Sporo atrakcji odbyło się także na bloku multimedialnym (obecnych było kilka wydawnictw, a także Retrogralnia z niezwykle ciekawą ofertą), zaś pozostałe, tradycyjnie stanowiły bloki gier RPG, LARP-ów, prelekcji (zarówno naukowych, jak i tych fanowskich), konkursów, mangi i anime, bitewniaków, karcianek kolekcjonerskich… Warto również wspomnieć o osobnej części programu dla dzieci, gdzie pociechy pod okiem opiekunów grały w gry, malowały i robiły różne inne ciekawe rzeczy, podczas gdy dorośli mogli w spokoju oddać się doroślejszym atrakcjom.

Pyrkon to również w coraz większym stopniu prawdziwe targi. Stoisk było kilkadziesiąt, a fan mógł zaopatrzyć się w niemal wszystko. Od rozmaitych gier, przez literaturę, komiks, czasopisma, stroje, przypinki, ubrania, biżuterię, na króliczych uszkach skończywszy. Dało się także znaleźć białe kruki (przykładowo znajomy dostał na stoisku antykwariatu jakąś ultra-rzadką książkę, co dodatkowo uświetniło mu konwent).

pytt6Atmosfera na imprezie, mimo tłumu, była bardzo dobra i przyjazna. Ze spotykanymi uczestnikami można było pokonwersować na palące fantastyczne tematy, uroku całości dodawały setki przebranych na najwymyślniejsze sposoby ludzi. Znaleźć można było znaczące postaci z Gwiezdnych Wojen (na przykład Dartha Maula), orki, steampunkowego robota, rycerzy i skąpo odziane wojowniczki, catgirls, dżentelmenów, postaci z anime i wielu, wielu innych. Na mało którym konwencie jest tak dużo przebranych osób. To detal, ale ułatwiał wczucie się w niesamowity klimat.

Organizatorzy byli bardzo pomocni, podobnie jak ochrona, która grzecznie prosiła o pokazanie opaski konwentowej, kiedy wchodziło się na teren nowego budynku konwentowego; w tym aspekcie nastąpił ogromny progres. W orientacji i rozwiązywaniu problemów pomagał doskonale widoczny i dobrze ulokowany punkt informacyjny, w którym można było zapytać o co tylko się chciało. Warto również dodać, iż na samej imprezie organizatorzy przygotowali przekąski i punkt z piwem, gdzie można było spocząć na chwilkę i porozmawiać ze swoimi ulubionymi pisarzami, znajomymi lub też poznać innych konwentowiczów.

pytt7Podsumowując, tegoroczny Pyrkon był chyba najlepszym z dotychczasowych. Choć występowały drobne mankamenty to impreza pokazała, co to znaczy najwyższy poziom konwentowej ekstraligi. Czekam na kolejną edycję i na kolejną, i na jeszcze następną. Czy przestanę kiedyś jeździć na Pyrkony? Jeśli będą wyglądały tak jak tegoroczny, to na pewno nie!

Moja ocena: 5+.

Kategorie
Konwenty

Toruń rośnie w siłę – relacja z festiwalu Copernicon 2011

copernicon2011

W dniach 14-16 października Toruń po raz kolejny został nawiedzony przez rzesze fanów fantastyki oraz wszelkiej maści gier. Przybyli oni na kolejną edycję Festiwalu Gier i Fantastyki Copernicon (który kontynuuje bogatą, toruńską tradycję imprez tego typu – takich jak Zahcon czy Toruńskie Dni Fantastyki). Czy Copernicon jest godnym reprezentantem tego, co wszyscy kochamy, swoistej kultury fantastycznej oraz kultury grania czy to w gry planszowe, karciane, RPG, czy też komputerowe lub konsolowe? Bo działo się wiele…

Tegoroczny Copernicon był kontynuacją imprezy ubiegłorocznej, która zebrała całkiem niezłe opinie w fandomie, choć muszę przyznać, że osobiście nie do końca byłem z niej zadowolony. Sporo drobnych mankamentów nieco zaciemniało mi obraz całości, pomimo tego, że nadal ubiegłoroczny konwent należało uznać za co najmniej dobry. Na tegoroczną edycję szedłem bez większych oczekiwań, na domiar złego 14 października, w pierwszy dzień imprezy złapało mnie przeziębienie. Na imprezę szedłem z ponurym nastrojem, obawiałem się czy aby nie jest on zwiastunem tego, jak się będę bawił. Na szczęście było dokładnie odwrotnie, ale nie wyprzedzajmy faktów.

cop2Copernicon 2011 odbywał się w nowej lokacji (II LO przy ulicy Kosynierów Kościuszkowskich 6), umiejscowionej na Rubinkowie, toruńskiej dzielnicy-sypialni, poprzecinanej blokami jak ser szwajcarski dziurami. Dzielnica ta, choć na pewno nie należy do najbezpieczniejszych, nie stanowiła żadnego problemu dla odwiedzających festiwal. Było spokojnie. Chociaż daleko od miasta, za sprawą stosunkowo dobrych połączeń komunikacji miejskiej, również nie był to znaczny problem. Zdecydowanie na plus należy także uznać zaplecze żywieniowe w pobliżu konwentu. Obok czynna była Biedronka, kilkaset metrów dzieliło szkołę festiwalową od hipermarketu Carrefour i czynnej całą dobę stacji benzynowej. Ponadto sama szkoła była przestronna, odpowiednio duża, a zarazem sensownie rozplanowano w niej poszczególne atrakcje. Absolutnie nic się nie dało jej zarzucić. No, może do ideału zabrakło tylko wydłużenia godzin otwarcia sklepiku szkolnego. (Szczególnie mam tu na myśli niedzielę, kiedy ten był całkowicie zamknięty). Niby Biedronka była blisko, jednak jedzenie na samym terenie imprezy to zawsze wygoda oraz zaoszczędzenie czasu, który na konwentach jest tak potrzebny na…

cop3Atrakcje. Organizatorzy imprezy od początku chwalili się dużą liczbą godzin programu. Nie zawsze ilość oznacza jakość, jednak w tym wypadku było naprawdę dobrze. Programu była cała masa i nawet największy maruda czy krytykant mógł znaleźć sporo interesujących go punktów. Naliczyłem niemal 30 sal programowych, między innymi: konkursową, literacką, gier RPG, Games Room, fanowską, naukową, World of Darkness, Video Room, LARP i inne. Gdy nie chciało się grać w RPG, szło się do Video Roomu pograć w Guitar Hero; chciałeś rozszerzyć horyzonty, bach!, i już byłeś na ciekawych prelekcjach naukowych. Nie sposób było się nudzić. Nie zaobserwowałem też zbyt wielu punktów, które by się nie odbyły, z drobnym wyjątkiem piątkowym, kiedy to anonsowano mi tego typu problem (przy okazji kilku LARP-ów). Osobiście najbardziej zainteresowany byłem salą planszówkową, którą oceniam bardzo wysoko, spory wybór gier, miła obsługa, naprawdę duża i dobrze zagospodarowana przestrzeń.

Drugim polem moich zainteresowań jest literatura, więc grzechem byłoby odpuścić, jeden z największych hitów tegorocznej imprezy – spotkanie z samym mistrzem, Andrzejem Sapkowskim, które było bardzo dobrze zorganizowane i inspirujące. Organizatorom należą się wielkie brawa za to, iż starają się wybić swoją imprezę nad tabuny dziesiątek polskich imprez, które powielają w kółko nazwiska tych samych, często nieciekawych autorów. W kuluarach słyszałem plotkę o chęci zaproszenia naprawdę wielkiego zagranicznego pisarza w przyszłym roku. Trzymam kciuki, oby to się udało!

cop4Setki godzin programu oraz wszelkie niezbędne informacje na temat imprezy rozpisano – tradycyjnie – w informatorze, który był schludny i bardzo dobrze rozplanowany. Co więcej, naprawiono ogromny błąd z zeszłego roku – dodano bardzo pomocną rozpiskę godzinową poszczególnych atrakcji (popularnie zwaną tabelką programową) podobną do tej znanej z konwentu Pyrkon. W ogóle tegoroczny Copernicon sporo czerpał z doświadczenia organizatorów największego polskiego konwentu i ta współpraca wyszła imprezie na dobre.

W tym roku Copernicon mógł się także poszczycić sporą ilością stoisk, był takimi mini-targami. Nienajgorszy wybór gier, stoisko z literaturą, coś dla fanów mangi i anime, biżuterii i miłośników RPG. Dodatkowo – co już staje się tradycją imprezy – premiery, nowinki, coś na co czeka każdy fan. Tym razem były to, między innymi, premiera gry planszowej Drako autorstwa Adama Kałuży, a także wydanie przedpremierowe książki Grillbar Galaktyka Mai Lidii Kossakowskiej. Tego typu akcje powinny stać się czymś powszednim na konwentach, które są przecież pewnego typu targami.

cop5W kwestiach sanitarnych znajomi zgłaszali mi problemy z dostępnością papieru toaletowego w toaletach, jednak jest to przypadłość wielu imprez o takiej liczbie uczestników (tegoroczną imprezę odwiedziło ponad 700 osób, a więc nieco mniej niż zakładali organizatorzy, ale więcej niż na edycji w roku 2010). Noclegownia (sala gimnastyczna) była naprawdę duża, toteż nie było problemu z miejscem do spania, a szczęśliwcy, którzy przybyli na konwent odpowiednio wcześnie, mogli sobie zarezerwować duże, wygodne materace. Coperniconu i w tym roku nie ominął problem z ogrzewaniem sali sypialnej, jednak podobnie jak i rok temu był to tylko mankament nocy piątkowo-sobotniej. Tego typu drobne niedogodności nie przysłoniły jednak znakomitego odbioru całości.

Podsumowując, tegoroczny Copernicon był konwentem bardzo udanym. Pomimo przeziębienia, bawiłem się na nim znakomicie (chyba nawet lepiej niż na tegorocznej Avangardzie i Pyrkonie). Znakomity i obszerny program, dobra lokalizacja, mili uczestnicy i ambitni organizatorzy, w których widać wolę rozwijania imprezy, co jest bardzo ważne w odniesieniu do historycznego wydarzenia jakie czeka nas już za dwa lata – pierwszego Polconu w Toruniu. Perspektywy na tę imprezę są bardzo dobre. Tak jak i tegoroczny Copernicon.

Ocena: 5.

Kategorie
Konwenty

Ziemie Jałowe 2011 – relacja

ziemie_plakat_glownaMinął ponad miesiąc od pierwszej edycji Ziemi Jałowych, postapokaliptycznego konwentu odbywającego się w Będzinie. Wszystkie flejmy ucichły, organizatorzy wrócili do codziennych zajęć, pora więc włożyć kij w mrowisko i zacząć dyskusję na nowo. Jadąc na tę imprezę nie spodziewałem się zbyt wiele. Ot, kolejny konwent na mapie do odznaczenia, spotkanie z znajomymi i może jakieś tam punkty programu. Na szczęście tym razem przeczucie mnie zawiodło. Ale może po kolei.

Ziemie Jałowe odbywały się na terenach opuszczonej kopalni Grodziec. Noclegi zagwarantowane były w budynku, który znajdował się w stanie lekkiej ruiny. Jeśli komuś takie warunki nie pasowały, pozostało mu spać we własnym samochodzie, o ile go posiadał. Budynek, jako że był opuszczony, nie posiadał żadnego zaplecza sanitarnego. Dlatego też organizatorzy na wprost budynku postawili dwa toi-toie, które z rana były opróżniane. Brakowało bieżącej wody, choć zasadniczo mało komu to przeszkadzało. Wodę z butelki można było wziąć od organizatorów, a jak wiadomo, prysznice na konwentach biorą tylko mangowcy. Brakowało też oświetlenia, ale to akurat było dużym plusem, jako że wieczorem zapaliły się świeczki, co wytworzyło niesamowity klimat. Niedaleko terenu imprezy znajdował się sklep całodobowy, całkiem blisko była Biedronka, a co bardziej wymagający mogli zamówić pożywną pizzę z pizzerii Maximus (ach te jego sandały…). Jedynym minusem lokalizacji był dojazd na miejsce, jako że Grodziec to straszne rubieże pięknej aglomeracji, jaką jest Będzin.

Gdy dojechałem na imprezę, akredytacja odbyła się prawie bez żadnych problemów. Osoba, która tego pilnowała, nie wiedziała dokładnie gdzie szukać listy dziennikarzy z darmowymi wejściówkami. Choć w zasadzie przyzwyczaiłem się do tego, że na akredytacji panuje chaos, to bardzo bym chciał, żeby organizatorzy mnie od tego chaosu odzwyczajali. Po szczęśliwym zakredytowaniu, z materiałów konwentowych otrzymałem jedynie identyfikator i sznurek, na którym można go było powiesić. Jeśli robiłbym wśród identyfikatorów, które posiadam, konkurs na najładniejszy, to ten z Ziemi Jałowych na pewno znalazłby się w pierwszej dziesiątce. Szkoda tylko, że nie otrzymałem żadnego informatora, żeby zorientować się w tym, co się dzieje.

Najważniejszym punktem programu była terenówka osadzona w klimatach postapokaliptycznego westernu. Niestety, sama gra nie posiadała fabuły skoncentrowanej na jakimś jednym wydarzeniu. Była zlepkiem paru wydarzeń, które łatwo można było ominąć, przebywając w innym miejscu. Przed samą grą organizatorzy też nie przedstawili zbyt wielu informacji na temat świata, w którym dzieje się gra. W zasadzie wiadomo było tylko tyle, że jesteśmy w miasteczku Zgorzel, przez niektórych nazywanym Gangreną. Jako gracz byłem mocno zagubiony, nie mogąc nawiązać do geografii czy też do tego jak świat upadł. Problemem były też opaski oznaczające, kto aktualnie brał udział w grze a kto był poza nią. Wiele osób przywiązywało je sobie w mało widocznych miejscach, a sama kolorystyka też pozostawiała wiele do życzenia. Dodatkowo ludzie zapominali je zmieniać, co doprowadziło do sytuacji, w której osoba poza grą zabiła osobę grającą. Kolejnym problemem gry była mała ilość MG. Niestety, panów w pomarańczowych opaskach było za mało jak na taką ilość graczy. Cała gra te braki nadrabiała klimatem, który wytworzyli głównie gracze. Dzięki prośbom organizatorów, zdecydowana większość osób bardzo dobrze dobrała stroje, co ułatwiało wczucie się w samą grę. Lokalizacja imprezy miała też doskonały wpływ na klimat. Kolejnym budulcem klimatu była waluta, którą posługiwano się w grze. Były nią gibsony, czyli najzwyklejsze łuski od naboi. Mimo widocznych wielu niedociągnięć LARP-a, większość graczy bawiła się świetnie.

Część programowa, która zaczynała się po zaraz po LARP-ie, nie była może jakoś szczególnie obfita, jednak patrząc na ilość uczestników konwentu, było jej w sam raz. Zwykle naraz odbywały się maksymalnie dwa punkty programu. Nie było może jakiś strasznych fajerwerków, ale przynajmniej wszystko przebiegało zgodnie z planem i każdy fan postapokalipsy mógł znaleźć jakiś ciekawy temat. To, co zasługuje na uwagę, to wieczorne imprezy, nieskrępowane przez regulaminy szkół czy innych instytucji. Osobiście w programie widziałbym jeszcze parę sesji RPG, ale to już chyba tylko marudzenie starego RPG-owca.

Ziemie Jałowe odwiedziło lekko ponad sto osób, co, jak na konwenty postapokaliptyczne, jest wynikiem średnim. Taka ilość uczestników konwentu sprawiła, że atmosfera była bardzo rodzinna, a każdy wyjechał z masą nowych znajomych poznanych podczas zabaw. Osobiście po wielu imprezach, liczących ponad tysiąc uczestników, coraz częściej wolę właśnie takie małe zloty, gdzie człowiek faktycznie bawi się z wszystkimi uczestnikami konwentu i nie jest kolejną szarą twarzą, która przechodzi obok.

Jak wspomniałem na początku tekstu, Ziemie Jałowe odbywały się po raz pierwszy. Widać było, że organizatorzy nie mają zbyt dużego doświadczenia w robieniu tego typu imprez. Na szczęście większość rzeczy wyszła im bardzo przyzwoicie. Z nowych imprez, na których ostatnio byłem, ta rokuje chyba najlepiej na przyszłość. Jeśli tylko uda się im sprawić, żeby LARP dogadzał zarówno starym wygom LARP-owym jak i żółtodziobom, będziemy mieli do czynienia z naprawdę doskonałą imprezą. Póki co jest po prostu dobrze. A to i tak bardzo dobrze, jak na pierwszy raz.

Ocena: 4.

Kategorie
Konwenty

Pyrkon 2011 – relacja

pyrkon2011Zanim zacznę wytykać organizatorom tegorocznego Pyrkonu co mi w nim nie pasowało, małe zastrzeżenie: ci z Was, którzy oczekują rzetelnej relacji redaktora, co to na niejednym konwencie zęby połamał, mogą w tym miejscu przestać czytać. Dla Was będzie relacja borga. Dla mnie Pyrkon 2011 jest pierwszym konwentem na jaki się udałem i tekst adresuję do podobnych sobie świeżaków. Zarówno nowych jak i tych bardziej doświadczonych, którzy chcą się jednak przekonać jak to wygląda z tej drugiej strony taśmy chronologicznej, zapraszam do lektury.

Dzień 1

Pierwszy kontakt z konwentem zaliczyłem już około godziny 12:00. Wiecie, chciałem być sprytniejszy od reszty redakcji – odbieram wejściówkę, znikam na cztery godziny, o 16:00 zaś wracam i bezproblemowo wchodzę do pawilonów, podczas gdy oni sterczą w gigantycznej kolejce, nie mogąc dopchać się po akredytację (niby wejściówki dla mediów miały być wydawane osobno, ale miałem jakoś wobec tego niemiłe podejrzenia). No, cóż – nie udało się. Hol, w którym można było odbierać wejściówki, zapełniał się już co prawda powoli uczestnikami, możliwość odbioru akredytacji była jednak wciąż jedynie odległym marzeniem. Oczami wyobraźni widząc już tworzące się przez następne godziny długaśne wężyki ludzi, pełen jak najgorszych przeczuć oddaliłem się do miasta załatwiać własne sprawy.

Powrót na teren MTP o godzinie 15:00 był dla mnie miłym zaskoczeniem (swoją drogą: chyba jedynym tego dnia, ale o tym za chwilę) – w holu było zaledwie kilka osób, nowo-przybywający byli zaś sprawnie obsługiwani i bezproblemowo przechodzili na właściwy teren konwentu. Pomimo moich złych przeczuć, patroni medialni oraz twórcy programu rzeczywiście odbierali swoje wejściówki w innych niż szara masa punktach, choć jak mówiłem: problemów z akredytacją (przynajmniej na tyle, na ile ja byłem tego świadkiem) nie miał nikt.

Następne godziny były jednak dla mnie już pewnym rozczarowaniem: pierwsza prelekcja na jaką się wybrałem, opóźniła się o, bagatela, pół godziny, na sali zaś obecne były cztery osoby. Razem z prowadzącą. Niby to dopiero początek i drobne problemy organizacyjne są jak najbardziej zrozumiałe, ale nowych, takich jak ja, mogło to skutecznie odstraszyć.

1_pyr2Po przebiegającej z niejakimi problemami prelekcji, udałem się na spotkanie z przedstawicielami Kuźni Gier. Tutaj było już nieco lepiej, choć trzeba przyznać, że kolejną godzinę przesiedziałem bardziej z dziennikarskiego obowiązku, niźli przyjemności. Dlaczego ja, a nie nasz planszówkowy spec JAskier, nie pytajcie. W czasie spotkania KG zapowiedziała kilka nowych dodatków, w tym 3 nowe do Wolsunga: swojską Slavię, posiadający jak najbardziej dorosły klimat Noir (jak to określili twórcy: sex, drugs and Beethoven) oraz Wotanię. Z nowych, ważnych produkcji odnotowałem jedynie planszówkę Alcatraz, w której wcielać się będziemy w przestępców starających się uciec z tytułowego więzienia. Produkcja ma być mózgożerna, przeznaczona dla graczy zaawansowanych, nie dane mi było jednak się o tym przekonać – KG nie zaprezentowała jeszcze wyglądu gry. Choć sam szczególnie dobrze się nie bawiłem, to widziałem że reszta gości była jak najbardziej ze spotkana zadowolona – zaliczam je więc na plus.

Po zakończeniu spotkania, nieco znudzony, zacząłem się włóczyć po terenie konwentu, w celu sprawdzenia cóż też ciekawego mają do zaoferowania konwentowi sprzedawcy obwoźni. Zaskoczenia nie było – ceny całkiem wysokie, nierzadko nieadekwatne do rzeczywistej wartości towarów, zaś co najmniej jeden ze sklepów, pomimo zapowiadanych promocji, nie tylko cen wielu książek nie obniżył, ale nawet podniósł w stosunku do tego co oferuje na co dzień. Zwiedzając konwentowe pawilony natknąłem się na borga oraz JAskra – oni też nieszczególnie dobrze się bawili, choć o tym będziecie mogli przeczytać w relacjach. Po krótkiej naradzie wojennej ustaliliśmy dalszy plan działania: sklep – Games Room – prelekcja borga oraz jego dzielnego towarzysza (co by nie było im smutno, że zostali zmuszeni do spędzenia godziny w opustoszałej sali – widzisz borgu jak się o Ciebie troszczymy?). Games Room okazał się nieźle przygotowany i następna godzina upłynęła nam całkiem przyjemnie na morderczej rozgrywce w Pędzące żółwie.

1_pyr3Niejakim zaskoczeniem była borgowa prelekcja – pomimo moich i JAskra nieustannych docinków na temat pustej sali, osób przyszło tyle, że zabrakło miejsc i spore grono słuchaczy zmuszone było siedzieć na podłodze. Widać godziny wieczorne były optymalnymi na prowadzenie wykładów: wszystkie w zasadzie sale były zapełnione po brzegi i to nie zawsze osobami, które do końca wiedziały co tam robią (co najlepiej obrazuje pytanie, jakie jeden ze słuchaczy rzucił na początku borgowi: Przepraszam, ale jaki właściwie jest temat tej prelekcji?). Skromnym zdaniem autora, pierwszego dnia prelekcje powinny zacząć się właśnie wieczorem, gdy wszyscy dojadą na miejsce, na wcześniejsze zaś godziny organizatorzy powinni przygotować więcej interaktywnych atrakcji. Wprawdzie już od otwarcia działał Games Room, o 16:00 zaczynały się też LARP-y, ale konwent wcale by nie ucierpiał na wyrzuceniu pierwszych kilku godzin prelekcji (z całym szacunkiem dla ich prowadzących – spisali się na medal) i przygotowaniu większej liczby atrakcji.

Pierwszy dzień zakończył się tak, jak się zaczął – niespecjalnie podekscytowany już we wczesnych godzinach wieczornych oddaliłem się w kierunku swego mieszkania. Cóż, to niby dopiero początek, ale naprawdę nie wiem, czy gdybym nie miał trzydniowej darmowej wejściówki, to czy zdecydowałbym się na kolejną wizytę w sobotę…

Dzień 2

Pierwsze skojarzenie po wejściu na teren MTP w sobotę? O, ktoś jednak na Pyrkon przyjechał! O ile w piątek (nawet wieczorem) ludzi było nadspodziewanie mało, o tyle drugiego dnia było już zdecydowanie lepiej: pawilony nareszcie przestały świecić pustkami. Widać wiele grup również się tego spodziewało, gdyż swoją pracę rozpoczęło właśnie w sobotę. Wchodząc do hali pawilonu 8 natknąć się można było na pokazy pojedynków na szable (z warsztatami dla uczestników oczywiście), grupkę dziewczyn prezentującą nieznany mi rodzaj tańca (a przynajmniej było tak w założeniach; kwestią otwartą pozostaje to czy bardziej promowały ów taniec, czy też siebie), wreszcie wpaść trzeba było na ustawiony w strategicznym punkcie pięcioosobowy oddział elitarnego Legionu 501 (który wreszcie nauczył się tolerancji dla mieszkańców Imperium i bez skrępowania gawędził z Jawą oraz Jedi).

Porzuciwszy wieczór wcześniej borga i JAskra, tego dnia postanowiłem pokręcić się po terenie konwentu samotnie i sprawdzić jak to wszystko wygląda z punktu widzenia kogoś, kto z konwentami obeznany nie jest. A prezentowało się, muszę przyznać, przyzwoicie: w okupowanym do późnych godzin wieczornych Games Roomie bez problemu można było znaleźć rozjaśniaczy zasad, z których pomocy zmuszeni byli korzystać nawet starzy planszówkowi wyjadacze; w pobliżu Pokoju Gier można się było natknąć na bardzo dobre kursy Magica dla początkujących, uprawniające do udziału w darmowym turnieju dla noobów w niedzielę (z których to kursów niżej podpisany skwapliwie skorzystał), a w salach prelekcyjnych kontynuowano rozpoczęte w piątek wieczorem uświadamianie z czym w ogóle fantastykę i konwenty się je. Oczywiście, atrakcji dla początkujących było więcej, ale w końcu nie one były tego dnia najważniejsze, prawda?

1_pyr4Bo przecież drugi dzień konwentu, to obowiązkowe spotkania z autorami! Zaproszonych gości były blisko cztery dziesiątki, dla mnie liczyło się jednak przede wszystkim dwoje: Maja Lidia Kossakowska oraz Jarosław Grzędowicz.

Czegóż można było się od nich dowiedzieć? Kossakowska zdradziła, że na ukończeniu znajduje się wreszcie jej humorystyczna space opera, która przy dobrych wiatrach trafi na sklepowe półki jesienią. W planach autorki znajdują się ponadto: utrzymany w klimatach Upiora Południa, jak najbardziej poważny horror Niewidzialny tygrys oraz coś, co enigmatycznie opisała jako sushi-punk w klimatach filmów Takeshi Kitano. W tym miejscu mam również dobrą wiadomość dla fanów cyklu anielskiego: Kossakowska planuje w najbliższym czasie (3-4 lata…) wydać nową historię ze znanymi nam aniołami w rolach głównych, której akcja toczyć będzie się w Strefach Poza Czasem. O czym dokładnie będzie historia, autorka milczała, a wszelkie pytania pokroju: A czy Daimon będzie miał wreszcie kobietę?, zbijała stwierdzeniami: To jego prywatna sprawa. Jego zapytajcie.

Spotkanie z Jarosławem Grzędowiczem było znacznie uboższe w konkrety: jedynym w zasadzie pewnikiem jaki się pojawił, było zapowiedzenie premiery czwartego, ostatniego już tomu Pana Lodowego Ogrodu na jesień (Jeśli wszystko pójdzie dobrze). Brak zapowiedzi jakichkolwiek nowych książek, brak konkretów na temat pisanej, dużo za to humoru oraz wyjaśnień czym jest writer’s block oraz jaki wpływ na rozwój tegoż ma w przypadku autora niejaki Andrzej Pilipiuk…

Ogólna ocena dnia drugiego jest zdecydowanie wyższa niż piątku: bawiłem się dobrze (choć rewelacji nie było) i nie opuszczałem tego dnia pawilonów MTP z myślą, że jestem zmuszony pojawić się w nich nazajutrz. A w niedzielę…

Dzień 3

Plany na ten dzień były jasno sprecyzowane: trzeba coś konkretnego zabrać do domu. Jako że ceny sklepików skutecznie trzymały mnie od siebie na dystans, wyjście było jedno: należało wygrać jakiś konkurs i przy okazji ocenić ich poziom. Po szybkim przejrzeniu rozkładu jazdy, okazało się że mam szansę tylko w 2 punktach programu: albo olśnię wszystkich swoją znajomością Smoczych Kul, albo przyzwoicie zaprezentuję się na turnieju Magica. Oba konkursy – punkt 10:00. Coś trzeba wybrać. Ale to dopiero po dotarciu do MTP.

Jako, że zwykle dobre plany biorą w łeb, tak i tego nie udało się zrealizować – dlaczego nikt mi nie przypomniał o zmianie czasu?! Zadyszany zdołałem wpaść na zapisy w kilka minut po ich zamknięciu. Cóż zrobić – trzeba pozostać widzem. Na tyle, na ile zdołałem się zorientować, wszystkie konkursy cieszyły się zainteresowaniem co najmniej dużym, wymagały również od uczestników nielichej wiedzy i umiejętności (ilu z Was przypomniałoby sobie na zawołanie liczbę jednostek xeno potrzebnych do transformacji Saiyanina w Ozaru? Nikt? To dobrze, oni też nie wiedzieli; tak, tak – pytanie wymyśliłem im sam), ale przede wszystkim dostarczyły uczestnikom i obserwatorom masę zabawy.

Uwagi ogólne

I na zakończenie garść uwag własnych oraz zebranych wśród uczestników Pyrkonu. Przede wszystkim: logistyka. Trzeba niestety przyznać rację wielu konwentowiczom, że rozplanowanie sal było nierzadko po prostu beznadziejne i wyglądało, jakby próbowano w sposób losowy przypisać im poszczególne punkty programu. Najlepszym przykładem jest, odbywająca się w olbrzymiej auli, niedzielna prelekcja na temat serbskiej fantasy, na którą przyjść miało mniej niż 10 osób, podczas gdy prelekcje w innych salach się opóźniały, gdyż próbowano je pośpiesznie dostosowywać do większej niż planowana liczby uczestników. Przykład z niedzieli, choć niestety byłem świadkiem tego przez cały weekend.

1_pyr5Kwestia druga: obsługa uczestników w punktach akredytacyjnych. Chwaliłem ją już przy okazji opisywania pierwszego dnia, tutaj dorzucę więc tylko sytuację której byłem świadkiem, gdy w sobotę około 22:30 opuszczałem budynek MTP: ku mojemu zaskoczeniu wciąż czynne były dwa okienka akredytacyjne. Do jednego z nich podszedł mężczyzna, który poprosił o kolejny identyfikator, gdyż (jak domyśliłem się z kontekstu podsłuchanej rozmowy) po raz kolejny już tego dnia go zgubił. I go dostał! Bez żadnych problemów! Jestem naprawdę pełen podziwu dla obsługi, gdyż ja zapewne wyszedłbym przy takim człowieku z siebie.

Wspomnieć wreszcie należy o znienawidzonych przez wielu opaskach na ręce. Same w sobie nie są one w sumie najgorszym pomysłem, powszechnie stosuje się je na różnej maści imprezach, ale nadgorliwość niektórych ochraniarzy potrafiła mnie momentami naprawdę doprowadzić do pasji. Rekord należał do chłopaka, który w ciągu nieco ponad pół godziny sprawdzał mnie pięć razy. Moja to wina, że na piersi wisiała mi dumnie plakietka z napisem MEDIA, zobowiązująca mnie do biegania pomiędzy dwoma budynkami i najważniejszymi punktami programu?… Na plus zaliczam jednak fakt, że ochrona miała najwyraźniej dłuższe doświadczenie w tego typu imprezach i pomagała nawet w przechodzeniu przez bramki, jeśli przeskanowanie kodu z identyfikatora nie działało.

Ogólne wrażenie z Pyrkonu 2011 jest dobre. JAskier i borg będą pewnie w swojej relacji smęcić, jak to słabo nie wypadł tegoroczny konwent w porównaniu do innych, dla nowego jednak liczy się przede wszystkim to, czy ma czego na tego typu imprezach szukać. Konwent mnie nie odstraszył i na pewno na Pyrkonie 2012 również się pojawię, podobnie jak na kilku innych konwentach. I z tego punktu widzenia oceniam całość na solidną, szkolną czwórkę.

Kategorie
Konwenty

StarForce 2010 – galeria

IMG_1755 IMG_1757 IMG_1759 IMG_1762 IMG_1763 IMG_1764 IMG_1767 IMG_1769 IMG_1771 IMG_1772 IMG_1773 IMG_1774 IMG_1776 IMG_1778 IMG_1779 IMG_1784 IMG_1785 IMG_1786 IMG_1788 IMG_1790 IMG_1793 IMG_1794 IMG_1795 IMG_1796 IMG_1797 IMG_1798 IMG_1802 IMG_1803 IMG_1806 IMG_1807 IMG_1810 IMG_1813 IMG_1814 IMG_1815 IMG_1816 IMG_1818 IMG_1819 IMG_1820 IMG_1823 IMG_1826 IMG_1828 IMG_1830 IMG_1831 IMG_1832 IMG_1833 IMG_1836 IMG_1841 IMG_1845 IMG_1847 IMG_1850

Kategorie
Konwenty

Avangarda VI – relacja z konwentu

ava

sprawdź to sam, zakochać się w nim łatwo
syreni gród, dla nas dużo więcej niż miasto

Eldo Miejski folklor/Zapiski 1001 Nocy

Avangarda, warszawski konwent, od dawna należała do ścisłej czołówki tego typu imprez (to już VI edycja!). Niestety należała ona również do ścisłej czołówki imprez, na które termin mi nie pasował, gdyż tak się przyjęło, że pierwsze dni lipca mam zawsze zarezerwowane dla rodziny. Szczęśliwie, tym razem data zlotu zmieniła się na moją korzyść, a impreza zapowiedziana została na 22-25 lipca. Długo nie myśląc, zadzwoniłem do znajomych osób i całkiem sporą ekipą wyruszyliśmy z toruńskiego dworca głównego w z góry upatrzonym kierunku.

Naturalnie owo wyruszenie nie było tak spontaniczne jak opisuję wyżej, gdyż wcześniej, chociażby z uwagi na informację od organizatorów: Uwaga! Ilość sal sypialnych będzie ograniczona, przewidujemy, że na terenie będziemy w stanie przenocować do 300 osób, zdecydowaliśmy się na zabukowanie hostelu (zwłaszcza mając w pamięci zeszłoroczną frekwencję – około 1500 osób). Pomimo bogatej oferty proponowanych przez organizatorów, płatnych miejsc sypialnianych, wybraliśmy lokum poza konwentem, co wydaje się rzeczą dziwną, gdyż było ono blisko ulokowane (dosłownie 5 minut autobusem) i tanie.

ava1Choć początkowo szkołę konwentową trudno było znaleźć (zwłaszcza jeśli mowa o dojeździe samochodem), to później okazało się, iż jest ona naprawdę dobrze usytuowana (niewielkie oddalenie od centrum i dobre połączenia komunikacyjne). Co ciekawe przywitała nas stosunkowo niewielka kolejka do punktu akredytacyjnego, a także bardzo mili organizatorzy, w których oczach było widać prawdziwą pasję do tego, co robią. Nie wymęczeni długim oczekiwaniem, a jednocześnie nieco zdziwieni takim stanem rzeczy, weszliśmy w głąb czeluści zwanej Avangardą. Sam budynek znakomicie spełniał swoje zadanie. Nie był za mały, ani za duży, ponadto klimatyczne podziemia wydawały się być stworzone do LARP-ów czy sesji RPG, które notabene się tam odbywały. Również rozmieszczenie poszczególnych sal tematycznych wydało mi się adekwatne. Szczególnie mam tu na myśli odpowiednio duży powierzchniowo Games Room, w którym, pomimo sporego oblężenia ludzi, praktycznie zawsze dało się znaleźć wolny stolik i pograć w jedną z licznych gier przygotowanych przez jego organizatorów. Niestety, często zdarzały się sytuacje, że obsługa nie umiała (nie chciała?), tłumaczyć gier, ale szczęśliwie inni gracze zazwyczaj byli skorzy do pomocy. Avangarda, po jej odwiedzeniu, jawi mi się jako kolos programowy. Każdy fan fantastyki mógł znaleźć na niej coś dla siebie, począwszy od spotkań ze świetnymi gośćmi, przez Star Wars, Star Trek, LARP-y, gry, czy sale: wydawnictwa Portal, konkursową, prelekcyjne, a także salę multimadielaną, przygotowaną przez sponsora głównego. Ta ostatnia wypadała szczególnie dobrze i cechowała się miłą obsługą, nowoczesnymi konsolami Nintendo Wii i gadżetami do nich, a także matami do tańczenia. Najpewniej znacie zapach takich sal, przypominający odór spoconych skarpetek zmiksowanych z cebulą. Na Avangardzie tego nie było, pomimo niebotycznego upału, jaki panował na dworze i w budynku. Włodarze sali zadbali o odpowiednie wietrzenie, w postaci wentylatora, w związku z czym miłośnicy multimediów czuli się komfortowo.

ava2Do zalet konwentu na pewno należały także kwestie związane z wyżywieniem. Szkoła konwentowa otoczona była przez sklepy spożywcze, stosunkowo długo czynne, a nawet piekarnię otwartą w niedzielę! Muszę przyznać, iż zjedzenie w niedzielę rano świeżej jagodzianki, po trzech dniach intensywnego konwentowania, jest rzeczą niezapomnianą. Co więcej, w podziemiach szkoły działał także bufet, z miłą obsługą, niezbyt korzystnymi cenami, ale smacznym, domowym jedzeniem.

Za zaletę uważam także lokale partnerskie tegorocznej Avangardy. Mowa tu o pizzerii Dominium (prawie jak, Dominion) i znanej kawiarni Paradox Cafe. Ta druga niestety, po pierwszym jej odwiedzeniu, straciła nieco w moich oczach, co nie zmienia faktu, że jest ona całkiem dobrym lokalem. Niestety in minus wypadły tamtejsze ceny (piwo Heineken po 9zł!); również wnętrze wyobrażałem sobie lepiej, trzeba jednak przyznać, iż ilość zgromadzonych w nim książek, robi wrażenie. Natomiast konwentowa pizzeria o nazwie Dominium, była oddalona stosunkowo nieznacznie, toteż postanowiliśmy się wybrać do niej, przedkładając spacer, nad niewygodne jedzenie pizzy gdzieś w kącie budynku szkolnego. Była to dobra decyzja, gdyż również na miejscu obowiązywały spore zniżki dla Avangardowiczów, a całością zarządzała miła obsługa.

ava3Następna zaleta konwentu, to spora liczba stoisk, na których każdy fan mógł zaopatrzyć się w szeroką gamę sprzętów potrzebnych każdemu fantaście. Począwszy od gier planszowych, przez książki (w tym sporo białych kruków w antykwariacie), komiksy, przypinki, sprzęt multimedialny, a na koszulkach skończywszy (w tym bardzo ładnej koszulce Avangardy).

W kwestiach technicznych warto wspomnieć o dobrze przygotowanym i intuicyjnym informatorze, miłymi bonusami dla osób akredytujących się (smycz, długopis, gra komputerowa), a także czystości toalet, w których papieru toaletowego nie brakowało, a sam kilkukrotnie przyłapałem ekipy czyszczące z mopem. Wbrew pozorom na polskich konwentach to nie standard, więc warto to odnotować. Pośród całego morza zalet jakimi odznaczała się ta Avangarda, znalazły się również niewielkie wady.

ava4Główna i niezależna od organizatorów to pogoda, wymienia przez wielu uczestników. Mnie osobiście niebotyczny upał przeszkadzał jedynie troszkę (szczególnie w pierwszych dwóch dniach konwentu), dla innych natomiast był nie do wytrzymania. Szkoła pomimo otwartych okien, przypominała wówczas wędzarnię. Cóż, taki już urok robienia konwentu w wakacje.

Podczas Avangardy, pomimo sporego zapełnienia programu, bywały momenty nudne. Żeby daleko nie szukać, Avangardę spotkał typowy syndrom czwartego dnia (niedzieli), w którym nie działo się nic ciekawego. Ludzie szlajali się ospale i nie mieli co ze sobą począć. W mojej opinii, ów ostatni dzień jest niepotrzebny, o wiele lepiej wyszłoby, gdyby z Avangardy zrobić soczysty konwent trzydniowy.

Tak czy siak, powyższe wady są malutkie, a Avangarda to świetny konwent. Multum programu, czyste sanitariaty, dobre lokale partnerskie, mili ludzie, dobre umiejscowienie budynku szkolnego, interesujący goście – to cechy sprawiające, że za rok na Avangardzie będę chciał się znów pojawić.

Ocena konwentu: 5

Kategorie
Konwenty

Video Games Live – relacja

Jak za pomocą słów opisać muzykę? Jak wyrazić emocje towarzyszące naj­więk­sze­mu oko­ło­gro­we­mu wy­da­rze­niu roku? Video Games Live w Warszawie już za nami. Kto nie był, ma czego żałować.

Idea VGL narodziła się w 2002 roku za sprawą dwóch kompozytorów: Tommy’ego Tallarico i Jacka Walla. Zapragnęli oni pokazać światu, jak artystyczne i znaczące dla kultury stały się gry wideo. Zechcieli otworzyć oczy ludziom, którzy gry uważają za źródło wszelkiego zła, a muzykę z nich kojarzą z jakimiś piskami. Pomyśleli też, że warto nauczyć nowe pokolenie doceniania utworów symfonicznych. Pierwszy koncert z serii Video Games Live odbył się szóstego lipca 2005 roku w Hollywood. Przybyło na niego jedenaście tysięcy osób. Od tego czasu zaczęła się historia światowych sukcesów. VGL odwiedziło między innymi Anglię, Meksyk, Tajwan, Hiszpanię, Portugalię, czy Francję. Teraz przyszedł czas na nasz kraj.

Zaczęło się jakoś mało imponująco. Wydarzenie specjalne, zaplanowane na osiemnastą, ograniczało się do konsoli z Guitar Hero i komórki z NFS: Shift. Gigantyczne kolejki, powtarzanie w kółko tego samego kawałka i wyścigu, bieda z nędzą. Po jakimś czasie obserwowanie coraz bardziej wydłużających się kolejek stało się nudne. Guitar Hero miał co prawda znaczenie, ale zostało ono ujawnione dużo później. Bardziej uważni mogli jeszcze wypatrzyć małe stoisko z koncertowymi gadżetami, a mniej uważni wpadali na rozdających kalendarzyki Maria i Luigiego. Czy może raczej Marię i Luizę.

To wszystko, choć rozczarowujące, było jednak tylko przygrywką przed właściwym wydarzeniem. O dziewiętnastej trzydzieści otworzono drzwi do sali koncertowej i można było powoli zacząć zajmować miejsca. Cały czas towarzyszyła temu muzyka, choć nie należała do najbardziej interesujących. Ot, mały bonus dla zabicia czasu. Tak czy siak, wszyscy czekali na orkiestrę. Wraz z jej przybyciem rozpoczęła się euforia.

Dwie godziny muzyki (z krótką przerwą), dwie godziny obrazu, dwie godziny wspaniałej zabawy. Wodzirejem imprezy był Tommy Tallarico, najbardziej znany z muzyki do Advent Rising. Wygadany, żywiołowy i zabawny, świetnie sprawdzał się w roli gospodarza. Orkiestrą zaangażowaną do koncertu była Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus, a towarzyszył jej Chór Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Całością dyrygował Emmanuel Fratianni.

Ludzie, którym koncerty symfoniczne kojarzą się z suknią, smokingiem i dystyngowanym wsłuchiwaniem się w perfekcyjną harmonię dźwięków, musieli się rozczarować już na starcie. Tu nikt nie zabraniał klaskać, gwizdać czy w inny sposób wyrażać swoją aprobatę. Publiczność nie omieszkała z tego skorzystać i żywiołowo reagowała na wyczyny muzyków. Poczułem się niemal jak na koncercie rockowym. Wrażenie spotęgowało się jeszcze, gdy w drugiej połowie Tommy Tallarico sam złapał za gitarę i zaczął akompaniować orkiestrze, dodając mocniejszego brzmienia.

Usłyszeć można było wszystko: od utworów z klasyków w rodzaju Mario i Tetrisa, przez gry wieku średniego, jak Final Fantasy, Warcraft, aż po nowsze pozycje, jak God of War czy Starcraft II (utwór promocyjny). Nie było utworu, który by mi się nie podobał. Potężne i monumentalne, a kiedy trzeba – łagodne i wyciszone. One Winged Angel w stylu Advent Children po prostu zmiatał z krzesła, ale absolutnym hitem okazała się dla mnie muzyka z Chrono Triggera i Chrono Crossa. Chociażby tylko dla niej warto było pojawić się na koncercie.

Wad nie odnotowano. Co prawda kilka razy coś trzasnęło w głośnikach, ale nie było to aż tak upierdliwe, żeby się czepiać. W zasadzie najpoważniejszym felerem koncertu była frekwencja. Obsadzona została zaledwie połowa miejsc. Nie wiem, czy było to spowodowane pewnego rodzaju egzotyką, czy jakimś bardziej przyziemnym powodem. Wiem tylko, że kto nie był, stracił wspaniałe widowisko, będące idealnym połączeniem kultury wysokiej z popularną. O jakości Video Games Live najlepiej wypowiedzieli się widzowie, którzy nagrodzili artystów owacjami na stojąco. Ja zaś jestem pewien, że za rok nie omieszkam znów pojawić się na tym koncercie.

Kategorie
Konwenty

Avangarda V – relacja

ava5Piąty lipca roku pańskiego dwa tysiące dziewiątego. Właśnie zakończyła się piąta edycja warszawskiej Avangardy. Na mnie zaś spada niewdzięczny obowiązek zdania relacji z tego konwentu. Dlaczego niewdzięczny? Ponieważ mimo najszczerszych chęci byłem w stanie poznać jedynie niewielką część OGROMNEGO programu.

Niech przemówią liczby. Tegoroczna Avangarda to około siedemset godzin atrakcji! Wszystko zamknięte zostało w czterech dniach, a że doba nie jest z gumy, niezdecydowani mogli mieć naprawdę poważne problemy z wyborem czegoś dla siebie. Duży odsetek wydarzeń z rozmaitych powodów się nie odbył, a część została przeniesiona. To jednak nieuniknione, gdy ma się do czynienia z takim tłumem prelegentów. Na szczęście zawsze było na co pójść, a organizatorzy bardzo się starali, żeby wszelkie przetasowania programu były należycie widoczne (wiadomości na tablicy ogłoszeń, na drzwiach sal, niekiedy w korytarzach). Również frekwencja dopisała. Przez konwent przewinęło się ponad tysiąc dwieście osób, czyli blisko o połowę więcej niż w zeszłym roku. Najmłodszy uczestnik miał, na oko, pięć miesięcy, ale matek ze swoimi pociechami było ogółem całkiem sporo. Nie da się ukryć, o Avie było głośno, więc nic dziwnego, że nawet osoby spoza fandomu się nią zainteresowały. I to się chwali.

Co w ogóle konwent miał do zaoferowania? Najprościej powiedzieć: wszystko. Jednymi z najciekawszych wydarzeń były dwa doroczne konkursy: dziesiąta edycja Pucharu Mistrza Mistrzów, czyli nagrody dla najlepszego MG prowadzącego sesje oraz jedenasta edycja Quentina, gdzie wybrano najlepszy scenariusz do gry fabularnej. Tegoroczny PMM po raz trzeci w historii tej nagrody powędrował do Wojciecha Rzadka. Quentinem nagrodzeni zostali Paweł Walczak i Oskar Usarek, aczkolwiek tylko ten pierwszy pojawił się na rozdaniu nagród. Kolejnym wydarzeniem niespotykanym na innych konwentach była prezentacja polskiej wersji rosyjskiej gry karcianej Berserk. Ta jednak nie doszła do skutku z powodów technicznych (o takiej możliwości organizatorzy uprzedzali w informatorze). Mimo to możliwe było zobaczenie i nauka gry kartami rosyjskimi oraz rozmowa z twórcami, więc nie skończyło się źle.

avv2Pozostańmy na chwilę we wschodnich klimatach, bo tu Avangarda stanęła na wysokości zadania. W efekcie na konwencie pojawiła się okazja do obejrzenia dwóch rosyjskich filmów fantastycznych (Aelita i Kosmiczny rejs), wysłuchania prelekcji o różnych ciekawostkach, nauki języka rosyjskiego czy też spotkania z duetem pisarskim H. L. Oldi oraz Nikołajem Pierumowem. Planowane było jeszcze pojawienie się Władimira Wasiliewa, ten jednak nie zdołał wyrobić sobie wizy na czas. Prelekcje z pisarzami były, rzecz jasna, wspomagane przez tłumaczy, ale i tak przebywali na nich jedynie ludzie znający język, do tego niewielka ich liczba. A szkoda, bo panowie poruszyli ciekawe tematy klasyfikacji fantastyki czy różnic między pozycjami rosyjsko- a anglojęzycznymi. Jako że z terminem konwentu zbiegła się polska premiera drugiego tomu książki Heros H. L. Oldiego, można było również posłuchać o książce.

Osoby bardziej zainteresowane rodzimymi pisarzami na niedobory nie mogły narzekać. Pojawili się zarówno ci znani, jak i mniej znani. Tu najważniejszym wydarzeniem była bez wątpienia kolejna premiera, tym razem Samozwańca Jacka Komudy. Autor poopowiadał trochę o swojej nowej pozycji i zdradził nieco planów na przyszłość. Z innych osób, które można było zobaczyć na spotkaniach autorskich, to m.in. Anna Brzezińska, Marcin Przybyłek, Andrzej Zimniak czy Jacek Piekara. Pisarze poprowadzili też prelekcje na luźniejsze, wybrane przez siebie tematy. Frekwencja na tychże była różna. Od zajętych ledwie kilku krzeseł, po sale wypełnione po brzegi.

avv3Część prelekcji pogrupowana została w bloki tematyczne. Dwa największe należały do fanów Star Treka i Star Wars. Oba dostały po salce i cały czas prezentowały jakieś wydarzenia. O ile blok trekowy określiłbym raczej mianem standardowego, tak starwarsowcy wyszli z inicjatywą do młodszych, dzięki czemu można było u nich pobawić się zabawkami, pomachać mieczem świetlnym czy wziąć udział w konkursie rysunkowym. To również oni zorganizowali zbiórkę maskotek dla dzieci z porażeniem mózgowym, w której konwentowicze chętnie wzięli udział. Zebrano osiem wypełnionych po brzegi toreb.

Fanom klimatów dalekowschodnich oddano do dyspozycji gospodę japońską, czyli salkę, w której w sobotę można było rozszerzyć swoją wiedzę o Kraju Kwitnącej Wiśni. O mandze i anime nie było nic, ale pojawiły się sztuki walki, tematy kulinarne, mity i tym podobne. Nie wiem, niestety, jakim wzięciem cieszyły się gry hazardowe, ale z nimi również dało się zapoznać.

avv4Ostatni z większych bloków dotyczył gier MMO. Umiejscowiony nie najszczęśliwiej, bo w ogólnej sali komputerowej, więc gracze i prelegenci nawzajem sobie przeszkadzali. Sama sala komputerowa, podobnie jak w zeszłym roku, została nieźle wyposażona i właściwie non stop odbywały się tam turnieje, m.in. w takie nowinki, jak Wanted czy Blood Bowl. Brakowało mi nieco sali konsolowej z poprzedniej edycji, gdzie można było pointegrować się z ludźmi bliżej. Zwolennicy gier analogowych, rzecz jasna, nie zostali pominięci. Odbyło się kilka turniejów gier bitewnych, pokazów i turniejów karciankowych, a fani planszówek (bądź po prostu chętni by pograć) mogli dwadzieścia cztery godziny na dobę pożyczać pozycje z naprawdę bogatej palety tytułów. Turnieje też, oczywiście, miały miejsce.

RPG-owcy, jak zwykle, mogli posiedzieć i poopowiadać historie ze swoimi Mistrzami Gry, bądź poszaleć nieco bardziej aktywnie w jednym z wielu LARP-ów. Militarystów przyciągały karabiny i spluwy airsoftowe na specjalnie przygotowanej strzelnicy, a wojowie cięli się nawzajem atrapami mieczy. Pokojowo nastawionym zostawała nauka tańców celtyckich lub udział w jednym z mnóstwa konkursów wiedzowych.

avv5Paleta programowa była, jak widać, bardzo bogata. Technicznie konwent wypadł dobrze, choć nie rewelacyjnie. Organizatorów cały czas nękały problemy z zasilaniem, wynikające ze słabego okablowania szkoły, w której impreza miała miejsce. Bardzo brakowało jakiegokolwiek nagłośnienia w dużej auli, gdyż na niektórych prelekcjach głos prowadzących słyszała ledwie połowa sali, a rozumiały tylko dwa pierwsze rzędy. Pochwalić za to muszę rozkład sal. Przemieszczanie się między prelekcjami było w tym roku znacznie wygodniejsze, choć zarazem zrobiło się jakby nieco ciaśniej. Na szczęście w żadnym momencie nie dało się odczuć, że na konwencie bawi taka masa osób. Nawet akredytacja odbywała się bez większej kolejki.

Konwent odbywał się w tym samym miejscu, co poprzednio, czyli w Zespole Szkół nr 37. Lokacja to znakomita, jeśli chodzi o dojazd, aczkolwiek wspomniałem już, że stary budynek nie jest w stanie należycie sprostać wymogom podobnej imprezy. Na miejscu znajdował się bufet, a organizatorzy ponownie nawiązali współpracę z Paradox Cafe. Mając w pamięci zeszłoroczne problemy z noclegami, tym razem uczestnicy dostali nie tylko możliwość spania w szkole, ale również we współpracującym z konwentem hotelu i w akademikach. Wszystkie te miejsca zostały wyraźnie zaznaczone na mapce w informatorze, co znów jest krokiem w bardzo dobrym kierunku. W tym niezbędniku każdego konwentowicza znalazły się również rozkłady jazdy najważniejszych autobusów, dzięki czemu nie trzeba było nerwowo biegać i sprawdzać po przystankach. Od strony organizacyjnej naprawdę trudno coś złego powiedzieć.

avv6Krótko: kto nie był, ma czego żałować. Tegoroczna Avangarda mimo sporej ilości braków (dziury w programie, braki w wyposażeniu sal, zasilanie) była konwentem udanym. Dopisała pogoda, nie zawiedli uczestnicy, poprawiono niedociągnięcia poprzedniej edycji. Mimo to czegoś zabrakło i jak na razie nie tylko nie wiadomo, jak będzie wyglądać przyszłoroczny konwent, ale czy w ogóle się odbędzie. Organizatorzy otwarcie przyznali się do problemów, stawiających Avangardę 2010 pod znakiem zapytania, pozostają jednak dobrej myśli. Trzymajmy więc za nich kciuki, bo odwalają kawał dobrej roboty. Ja, w każdym razie, na kolejną Avę idę bez wahania, a tej przybijam piątkę.

Ocena imprezy: 5

Kategorie
Konwenty

Relacja z krakowskiej ConFuzji

conf

W dniach 19 – 21 czerwca, w Krakowie, gościłem na konwencie erpegowo-fantastycznym ConFuzja. Wrażenia? Wiele. I tych dobrych, i tych złych. Jednak już teraz chcę podkreślić, że o ile w przyszłym roku odbędzie się kolejna edycja, ja nie ominę jej na pewno.

Wydarzenia konwentowe miały swe miejsce w szkole podstawowej niedaleko centrum Krakowa (za co należy się ogromny plus). Noclegi były zapewnione w tym samym budynku.

Identyfikatory były lekko nieczytelne. Broszury z punktami programu prezentowały się dobrze, choć bez fajerwerków. Co do szkoły – przeciętna, ale nie ma to żadnego wpływu na ogólną ocenę imprezy. Toalety były zawsze zaopatrzone (przynajmniej kiedy tam zaglądałem, by nawiązać kontakt z Istotami z Głębin). Trzy sale prelekcyjne (w tym jedna multimedialna), kilka sal noclegowych, games room i RPG roomy – to wszystko było do dyspozycji konwentowiczów.

Co do uczestników, przewinęło się ich raczej niewielu. Jak na moje oko w imprezie uczestniczyło ponad 100-150 osób. Dla mnie była to sytuacja komfortowa, ale dało się odczuć pustkę na korytarzu i salach prelekcyjnych. Myślę, że organizatorzy liczyli na większy odzew fandomu.

Games room był bardzo dobrze wyposażony, do późnej nocy (a właściwie do wczesnego ranka) toczyły się tam rozgrywki.

W salach do spania nie panował zbytni ścisk, choć od ostatniego konwentu zauważam, że albo erpegowcy nie są już tak kulturalni jak dawniej, albo to ja się zestarzałem. Pierwszej nocy nie dało się spokojnie zasnąć, ponieważ niektórzy współlokatorzy, nie zważając na innych, wchodzili i wychodzili z sali noclegowej, nie siląc się na zachowanie ciszy (mimo że kilkanaście osób spało). Trzaskali drzwiami i walili ciężkimi butami. Soczyste przekleństwa, jakie serwowano moim uszom, także pozostawiały wiele do życzenia. Tak więc zrewidowałem swoje poglądy na temat erpegowców. Oczywiście obsługi konwentowej winić za to nie można, tym bardziej, że na prośbę o udostępnienie sali na drugą noc, byśmy mogli odpocząć przed podróżą, przystali bez zastrzeżeń. Tak więc za relacje organizator-konwentowicz na ConFuzji należy się duży plus.

Co do prelekcji, to było ich wiele i trzymały przeciętny lub wysoki poziom. Kilka jednak się nie odbyło (albo prelegenci spóźnili się więcej niż 20 min). W tym miejscu muszę wspomnieć o dwóch świetnych prelekcjach, do których autorzy przygotowali się niezwykle skrupulatnie. Pierwszą z nich było przedstawienie historii Delty Green i kilku innych organizacji z settingu Delta Green do Zewu Cthulhu (choć jak dla mnie, szkoda, że prelegent nie zostawił chwilki czasu na pytania odnoście dodatku). Druga prelekcja, nosząca tytuł Przestępstwa w białych rękawiczkach, czyli wielkie przekręty dotyczyła jak najbardziej realnego świata i przestępstw dokonywanych na giełdzie przez korporacje. Innym dobrym punktem programu był wykład poświęcony Obronie koniecznej w świetle polskiego prawa, co na pewno przyda się wielu ludziom, a szczególnie tym, którzy trenują sztuki walki (czyli mi). Dodam, że wykładowca rozwiał wiele mitów, które narosły wokół prawa na temat obrony koniecznej. Moja Lua zachwyciła się prowadzeniem prezentacji Wolsunga i mam nadzieję, że nie prowadzącym (dla jego dobra i Wolsunga w ogóle, bo bez autora system nie pociągnie)…

Przekonałem się, że z prelekcji można było wynieść znacznie więcej, niż tylko zagrywki na sesje, szczególnie z tych, które tyczyły się prawa. Dlatego ludzie, którzy zrezygnowali z wyjazdu, np. za sprawą pogody, powinni żałować.

Cały program oscylował wokół kryminału w najróżniejszych postaciach, z naciskiem na gry fabularne. Być może dlatego pojawiło się mało osób (czarna rozpacz mnie bierze, kiedy pomyślę, że gdyby w programie pojawiła się manga i ASG, niezbyt związane z grami fabularnymi, pojawiłaby się masa ludzi… Gdzie się podziali ci wszyscy gracze?).

Na koniec dwie dygresje. Na konwencie pojawiła się akcja Orient Express, czyli nocne sesje w mało znane w Polsce systemy (także te zagraniczne). Powątpiewam trochę w sens takich akcji, bo uważam, że lepiej zorganizować dobrą sesję Warhammera 2ed. niż np. Battlestar Galactica (ponieważ Młotek ma więcej potencjalnych fanów, których może przyciągnąć). Jak widziałem, młodsi gracze i tak sami organizowali się w drużyny i rżnęli w gry u nas znane i lubiane. Jeszcze raz podkreślam, że mało znane systemy jako dodatek są czymś genialnym, lecz jako danie główne robią się niestrawne.

Kolejna sprawa to alkohol. W broszurce wyraźnie było napisane, że konwent jest 100% bez. Po ConFuzji zastanawiam się, czy organizatorzy pisali to do konwentowiczów, czy dla szkoły, która udostępniła lokum? Co z tego, że na terenie konwentu pić nie można, skoro pijani konwentowicze, przepraszam za określenie, drą ryje w nocy, kiedy wracają struci z zewnątrz? Nie winię obsługi, bo to dość… ciężka sytuacja. Ale uważam, że jeśli organizatorzy piszą 100% bez to nie znaczy, że nie mam wnosić alkoholu w butelce na teren konwentu, ale we krwi także. A skoro noszę go we krwi, powininem zostać potraktowany jak butelka, czyli zamknięty w jakiejś komórce do końca imprezy, żeby nikomu nie przeszkadzać. Szanowni RPG-owcy, kultury trochę!

Podsumowując i wracając do relacji, konwent był dobry, jednak na kolana nie powalał. Organizacji można zarzucić tylko zbytnie rozproszenie, ponieważ nie było wiadomo, kto jest od czego i gdzie go dokładnie znaleźć. Trzy prelekcje, na które planowałem się wybrać, nie odbyły się. Lecz cała reszta była dobra lub bardzo dobra, więc nie żałuję i jestem zadowolony z tej trzydniowej imprezy!

Na koniec ocena konwentu: 4