Kategorie
Gry komputerowe Humor

30 typów graczy w Hearthstone’a

Każdy kto rozegrał w Hearthstone’a trochę więcej partii, na pewno spotkał się z różnymi typami przeciwników, którzy irytują, bawią lub budzą uśmiechy politowania. Każdy z nas ma także pewne przyzwyczajenia, z których nie zawsze musi zdawać sobie sprawę. Oto praktyczny przewodnik po menażerii graczy w kultową karciankę od Blizzarda.

doom1. Prorok zagłady – kiedy porażka jest nieunikniona, przedłuża grę, licząc na rozłączenie wygrywającego przeciwnika.


wkurzo2. Wkurzotron – za pomocą emotek komentuje każde zagranie.


bgh3. Łowca grubego zwierza – mimo oczywistego końca, nie wykańcza rywala, oddaje turę i czeka na poddanie.


adv4. Poszukiwacz przygód – ten sam co wyżej, ale on ginie w oddanej turze.


asssa5. Cierpliwy skrytobójca – każdą turę wyczekuje do końca, a swoje ruchy rozpoczyna dopiero gdy lont odmierzający upływ czasu zaczyna się palić.


akol6. Akolita bólu – przeprasza przeciwnika za każdą zagraną kartę.


many7. Upiór many – mimo że nie ma na ręku kart za 1 many i monety, całą pierwszą rundę zastanawia się, co zagrać.


demol8. Burzyciel – demoluje planszę do gry z takim zapałem, że nie zauważa, iż jego tura już się rozpoczęła.


korsarz9. Straszliwy korsarz – co rundę używa emotki z groźbą, żeby zdeprymować przeciwnika.


mct10. Technik kontroli umysłu – w swojej turze rozpoczyna zagrywanie karty, po czym jednak jej nie zagrywa i wyrzuca inną. W turze przeciwnika klika w moc bohatera i karty na stole, zaklinając wygodne dla siebie zagrania.


viola11. Nauczycielka Purpurowych – w grach z typami z listy powyżej zaczyna stosować taką samą taktykę, aby pokazać przeciwnikowi, jaki jest irytujący.


web12. Tkacz sieci – gra bardzo pasywnie, wyczekując na turę z większą ilością many, po czym wyrzuca wszystko co ma na ręku i wygrywa grę.


shade13. Cień z Naxxramas – próbuje trafić na najbardziej znanych streamerów i gra przeciwko nim, podglądając na Twitchu.


walker14. Wędrowiec Pustki – kiedy nie ma już kart na ręku, co rundę dociąga to, czego najbardziej potrzebuje.


boss15. Szef chochlików – każdego rywala zaprasza do znajomych.


obser16. Prastary obserwator – rzadko gra, ale lubi podglądać jak grają jego znajomi.


unstab17. Niestabilny ghul – rzuca losowe karty, które pojawią mu się na ręku, po czym poddaje mecz, mimo że wciąż ma 30 punktów życia.


madder18. Obłakąny bombiarz – kiedy zwycięstwo ma na stole, wykonuje losowe zagrania, aby pod koniec swojej tury wyciągnąć z ręki kartę, która definitywnie kończy mecz.


sniper19. Snajper Parochlebców – słabszych rywali dodaje do znajomych, a potem czeka, aż zaczną oni wyszukiwać przeciwnika i robi to samo, próbując znowu na nich trafić.


konował20. Turniejowy konował – gra kapłanem, a w talii ma Medibota i Widzącego z Kręgu Ziemi.


under21. Grabarz – pyłuje wszystkie nowe karty, aby stworzyć jedną talię.


loot22. Zbieracz łupów – jego talia w większości składa się z kart legendarnych.


kodo23. Pędzący kodo – zawsze uderza na twarz, zwykle gra Face Hunterem.


rmo24. Ranny mistrz ostrzy – desperacko broni się do ostatniego punktu życia, po czym i tak wygrywa rozgrywkę.


tycia25. Tycia przywoływaczka – w drugiej rundzie zagrywa kartę za 7 many.


tragarz26. Tragarz oręża – w jego talii połowa kart to bronie.


saper27. Gobliński saper – wszystkie losowe efekty kart zawsze okazują się dla niego korzystne.


dummy28. Atrapa – poddaje się zaraz po tym, jak zobaczy jaką klasą gra przeciwnik.


wieszcz29. Wieszcz z Thrallmaru – znany również jako BlackFireIce.


argent30. Protektor Argentu – 75% jego talii, to karty z prowokacją.


To prawdopodobnie tylko niektóre typy graczy pojawiających się w Hearthstone’ie, ponadto zdarzają się także kombinacje powyższych archetypów. Z czasem spędzonym w grze i wraz z kolejnymi dodatkami z pewnością pojawią się kolejne.

A Ty? Którym typem jesteś?

Kategorie
Działka Mistrza Gry Humor RPG

Magiczne utensylia alchemika Viaggrusa #1

Pewnego słonecznego dnia, kiedy dotarliśmy do miasta kupiectwa – olbrzymiego Get-Warr-Garu, naszą uwagę zwrócił mały, niepozorny sklepik sędziwego alchemika. Viaggrus, bo tak mu było na imię, handlował magicznymi przedmiotami, które zdobył podczas swoich młodzieńczych wojaży. O ich walorach świadczą opisane przez nas przykłady. Kiedyś były one tak słynne, jak obecnie jest znany niebieski specyfik wynaleziony, przez wspomnianego wcześniej, Viaggrusa.

Siodło Katapultacji – Niezwykle trudny do zdobycia przedmiot. Jego zaskakujące moce, ujawniają się wyłącznie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia jeźdźca, który je właśnie używa. W takim momencie, wyrzuca konnego w losowo wybranym kierunku, na losową (k10 metrów) odległość. Bardzo przydatne, gdy np. spłoszony koń pędzi na w kierunku urwiska, bagna itp. Oczywiście, zagrożenia mogą być różnego rodzaju, np. gdy przeciwnik zamachnie się na jeźdźca mieczem albo w momencie, gdy spadająca z drzewa szyszka, zmierza w kierunku jego głowy. O szczególnych przypadkach decyduje MG (np. w razie ataku komara albo otoczenia wojaka przez pieszych wrogów). Raz dziennie, na życzenie właściciela, może pomóc mu w pokonaniu przeszkody terenowej np. w postaci muru zdobywanej twierdzy. Wyrzuca go wtedy na wysokość k10 metrów (w razie wyrzucenia na kości, wartości mniejszej niż wysokość przeszkody, decyduje MG).

Ciżemki Rozpusty – Wełniane bambosze w różnokolorowe wzorki, które powodują, że każdy, spoglądający w stronę właściciela, nie może powstrzymać ogarniającego pożądania. Jeżeli nie odeprze ów pożądania (Odporność nr 2), rzuca się na właściciela i zaczyna go rozbierać. Jako ostatnie, zawsze zdejmuje ciżemki, a wtedy cały urok pryska. Odzież, która została wykorzystana, nie nadaje się więcej do noszenia. Wyjątkiem są kolorowe bambosze.

Sedes Izolacji – Praktycznie nierozpoznawalna gołym okiem drewniana deska klozetowa, która siedzącemu na niej, zapewnia pełnię bezpieczeństwa (Uwaga! Konieczny kontakt GOŁEJ skóry z powierzchnią przedmiotu!). Tworzy wokół postaci niewidzialną otoczkę izolacji, przez którą nic nie może przedostać się do środka (dotyczy zarówno czarów, strzał, bełtów, jak i ataków bronią ręczną). Ponadto, absolutnie nic nie może wydostać się na zewnątrz izolacji. Często podkładany przez dowcipnisiów w szaletach karczemnych i w miejskich łaźniach. Wszelkie nieczystości, wewnątrz sfery ochronnej, spływają w najniżej położone miejsce, najczęściej do butów.

Szpadel Chyżości – Bardzo mocno poszukiwany artefakt. Do jego właściwości należy wzrost wartości współczynnika biegłości w posługiwaniu się bronią dwuręczną aż 10 razy. Jednak, aby zawarta w nim magia zadziałała, musi być trzymany w jednej ręce albo zawieszony na szyi. Ten drugi warunek czyni go całkowicie nieprzydatnym dla ras niskich (niziołki, gnomy i krasnoludy).

Kociołek Wieczności – Jak głosi legenda, twór ten wykonali bogowie w darze dla jednego z ich rycerzy i pierwotnie, miał być rycerskim hełmem garnczkowym. Niestety, nie wyszedł im, gdyż jego wykonawcy zapomnieli o otworze wizyjnym. Według innych podań, hełm stał się taki, jaki jest w wyniku spotkania z innym, wykonanym przez bogów artefaktem – Młotem Sklepania.

Stempel Pożądania – Z wyglądu przypomina zwykły stempel do podpierania stropów w kopalni, jednak w istocie jest niezwykle cennym wytworem. Jego magia, ujawnia się w momencie wypowiedzenia magicznego hasła: Krasnoludzka robota. Wtedy to, zaczyna rozbłyskiwać niezwykle kuszącą poświatą złota i mitrilu, co powoduje, że każdy znajdujący się w promieniu 100 metrów, czuje w sobie nieodpartą chęć (bez rzutów obronnych) odniesienia go w miejsce, w którym da się go spieniężyć.

Łańcuszek Szczęścia – Pozornie jest to zwykły ołowiany łańcuszek noszony najczęściej na szyi. Zaletą tego przedmiotu jest to, że noszącemu go przynosi on szczęście (+/-10% do każdego rzutu). Jednak za każdorazowe wykorzystanie, przybywa w nim 10 ogniw, powodując że staje się coraz cięższy i dłuższy. Po kilkunastu takich użyciach (decyduje MG), zaczyna skutecznie przeszkadzać w czynnościach, wymagających większej finezji i w pływaniu. Jeszcze później powoduje, że postać plącze się w nim i nie może poruszać. Łańcuszka szczęścia nie można zdjąć. Jedyną szansą pozbycia się go, jest wykonanie 10 podobnych łańcuszków i podarowania ich 10 innym osobom, które MUSZĄ nałożyć je na szyję. Dopiero wtedy nasz łańcuch rozsypuje się w proch.

Oryginalna Zbroja Chaosu – Niezwykle piękna, błękitna zbroja płytowa z trzema mitrilowymi paskami na naramiennikach. Noszący ją dostaje +50 do Charyzmy i do Prezencji oraz dwukrotnie zwiększa swoje umiejętności w posługiwaniu się bronią improwizowaną. Dodatkowo do zbroi, dołączony jest hełm, który automatycznie żeluje włosy noszącego. Niestety, Mądrość i Inteligencja osoby, która włoży tę zbroję, zmniejszają się do 30 punktów.

Elfie Rękawice Łucznictwa – przepięknie haftowane, kolorowe, i co najważniejsze, ciepłe rękawice, które dzięki swojemu wykonaniu, ułatwiają dwukrotnie posługiwaniem się wszelkiej maści łukami. Sekret ich wyrobu i zawartej w nich magii, który przekazywany jest z pokolenia na pokolenie, leży podobno w dwóch palcach, jakie posiada każda para…

Nocnik Pokusy – jest bardzo silny, powodujący, że wszyscy, którzy na niego spojrzą (i nie wykonają udanego rzutu na Sugestię – Odporność nr 2), po prostu nie mogą się powstrzymać i muszą z niego skorzystać. Niestety, jest on silnie uzależniający – każde skuteczne użycie, powoduje, że następnym razem, rzut obronny rzutuje na wartość odporności zmniejszoną o 10 (wartości kumulują się).


Autorzy: BAZYL i Suriel

Kategorie
Humor RPG

Zaklęcia czarownika Conkursussa

Oto wybrane propozycje czarów uczestników jednego z naszych konkursów.

Euro-demon

Opis działania czaru: Objęci nim piłkarze dostają specjalne zdolności kung-fu, pozwalające im wygrać każdy mecz. Działa przez 3 godziny, od zakończenia ceremonii.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: 11 śmiałków i tyleż szklanek, 10 litrów wódki, 10 piw, 3 piłki biedronki (do treningu), drewniany stół – może być marmurowy ołtarz.

Sposób rzucania czaru: Mag zbiera w magicznym kręgu 11 osobników, którzy mają być poddani zaklęciu. Deklamuje magiczne formuły, rozlewając do szklanek wymieszane magiczne składniki. W odpowiednim czasie mikstura zostaje wypita (ważne by czynność powtórzyć 3 razy). Po drugiej kolejce wokół uczestników ceremonii zaczynają latać zawezwane przez maga demony, które udzielają części swojej mocy graczom.

Ograniczenia czaru: Nie działa na Rosjan i reprezentację Polski.

Kreacja bobrołaka

Opis działania czaru: Czar przeistacza zwykłego, wcinającego drewno bobra w krwiożerczą i niebezpieczną bestię.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Potrzeba:

  • bobra,
  • czarownika urodzonego w zimie,
  • dwa wiadra trocin (brzozowe, ale mogą być i z dębu bądź buka, jeśli zależy nam na większej wytrzymałości bobrołaka kosztem szybkości i zwinności),
  • słoika miodu,
  • soli,
  • szklanki piwa (ciemnego),
  • co najmniej 3 śliwek węgierek, pochodzących z drzewa zasadzonego w innej strefie czasowej niż urodził się bóbr,
  • bliżej nieokreślonej liczby pomocników.

Sposób rzucania czaru: Najpierw należy zamarynować śliwki w mieszaninie piwa i soli, powinno to trwać 4 dni. Podczas czarowania mag powinien być ubrany na niebiesko. Następnie należy zlokalizować bobra. Kiedy mamy już bobra, należy go złapać, wysmarować miodem i wytarzać w trocinach, najlepiej niech to zrobią pomocnicy (nie żeby mag nie mógł, ale z obsypanymi trocinami dłońmi wyglądałby niepoważnie). Następnie czarodziej powinien rzucać w bobra zamarynowanymi śliwkami. Po pierwszym trafieniu musi wywrzeszczeć jak najbardziej wymyślne przekleństwo w kierunku bobra. Po drugim – przekląć jego matkę bobrzycę (w trakcie zgromadzeni dookoła pomocnicy również mogą przeklinać bobra). Przy trzecim trafieniu mag musi wykrzyczeć imię osoby na którą bóbr ma polować, po czym natychmiast zedrzeć z siebie niebieską szatę.

Wtedy powinna nastąpić przemiana – bóbr przemieni się w bobrołaka i ruszy natychmiast na łowy – polować będzie na ową konkretną osobę, przeciw której został wywołany. Jest bardzo trudny do zabicia, nie czuje zmęczenia ani głodu. Po zabiciu wyznaczonej osoby, przemienia się z powrotem w najzwyklejszego sympatycznego bobra.

Ograniczenia czaru:

  • jednego bobrołaka można nasłać tylko na jedną osobę,
  • imię osoby przeznaczonej do zagryzienia musi być wykrzyczane głośno i wyraźnie,
  • działa tylko na samce,
  • działa tylko w środy i soboty,
  • w około 23% przypadków czar się nie udaje i bóbr zabija maga. Nie wiadomo dokładnie czemu, badacze winią za to zły dobór trocin.

Ostatnia partia Bogów (The Last Game of Gods)

Opis działania czaru: Wszyscy (osoby żywe, nieumarli, konstrukty i przedmioty ożywione), w obrębie działania czaru (miejsce epickiego starcia, pojedynku), regenerują swoje obrażenia, odnawiają swoje czary oraz zdolności klasowe/rasowe, jednakże tracą wszelkie bonusy, jakie zapewniała im magia, np. (premie do morale, szczęścia itp.). Czar ten działa tylko do czasu rozstrzygnięcia starcia, pojedynku.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Czar można rzucić jedynie podczas epickiego starcia, walki lub pojedynku. Tę sytuację określa Los (Mistrz Gry, Admin, etc.) Rzucający ten czar musi zostać wcześniej ranny oraz poświęcić najcenniejszy dla niego przedmiot (niekoniecznie chodzi o wartość w walucie).

Sposób rzucania czaru: Rzucający ten czar nacina swoją rękę tak, by krwawiła, następnie, wypowiadając słowa zaklęcia, polewa krwią najcenniejszy dla siebie przedmiot i rzuca go na ziemię.

Ograniczenia działania czaru: Czar można rzucić tylko i wyłącznie podczas epickiego starcia, pojedynku, podczas gdy rzucający czar jest ranny. Czar nie wskrzesza poległych. Można rzucić tylko jeden raz podczas jednego starcia.

Parkowanie tyłem

Opis działania czaru: Magiczna siła przejmuje kontrolę nad pojazdem i bezproblemowo zajmuje miejsce parkingowe.

Wymagania do rzucenia czaru: bycie blondynką, ewentualnie brunetką. Wiadomo, że mężczyzna nie potrzebuje uciekania się do magicznych sztuczek przy takich prostych rzeczach.

Sposób rzucania czaru: Błędny – oglądanie się w lusterku, pudrowanie nosa, poprawianie włosów, rozglądanie się za najbliższym facetem. Prawidłowy – skupienie się na miejscu parkingowym oraz wypowiedzenie sekwencji W takich chwilach chciałabym być mężczyzną.

Skutek rzucenia czaru: Samochód bezpiecznie wjeżdża na miejsce parkingowe bez strat w lakierze.

Dodatkowe informacje: Cooldown – 12h, czas castowania – 3 sekundy.

Czyste szaty

Opis działania czaru: To nowoczesne zaklęcie w magiczny sposób pozwoli mieć czyste szaty, wyglądające jak nowe!

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Aby rzucić zaklęcie, musimy zgromadzić następujące przedmioty: magiczny pył, zwany w niektórych kręgach proszkiem do prania, tajemniczą skrzynkę z okrągłym okienkiem w środku, źródło wody, źródło energii.

Sposób rzucania czaru: Układamy brudne odzienie w środku skrzyni, do małej wysuwanej szufladki wsypujemy magiczny pył, zamykamy ją, zamykamy okienko, dostarczamy wody i energii. Mówimy podniosłym tonem: Witaj proszku do prania, wypierz moje ubrania.

Ograniczenia czaru: Zaklęcie działa tylko przy spełnieniu podanych wyżej warunków. Nie należy rzucać tego zaklęcia podczas burzy.

Ochrona przed krwiożerczymi potworami

Opis działania czaru: To współczesne zaklęcie pozwala czarownikowi chronić siebie i swoich bliskich przed atakiem nienasyconych, krwiożerczych, bzykających potworów.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Czarodziejska moc i magiczny spray.

Sposób rzucania czaru: Czarownik staje na środku polany (istnieje także wersja domowa) i wypowiada zaklęcie:

Z całej mocy mi dziś danej,
I aerozolem zwanej.
Tępię wszystkie komarzyce,
Robacznice oraz mszyce.
Byście z dala się trzymały,
Spokój temu ciału dały!

Następnie zamaszystymi ruchami spryskuje swoje ciało magicznymi sprayem.

Ograniczenia czaru: Zaklęcie działa od 2 do 3 godzin w zależności od intensywności ataku krwiożerczych stworzeń i stopnia ich nienasycenia.

Zniechęcenie rodzeństwa do korzystania z komputera

Opis działania czaru: Zaklęcie gwarantuje czarownikowi nieograniczony dostęp do komputera.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Posiadanie przez czarownika grubego, wypchanego dolarami, frankami szwajcarskimi, ewentualnie polskimi złotymi, portfela.

Sposób rzucania czaru: Czarownik sięga do portfela, wyciąga banknoty, a następnie kieruje je w stronę rodzeństwa.

Ograniczenia czaru: Czar trwa dopóki kasa, zarówno czarownika jak i rodzeństwa, się nie skończy.

Aktywizacja fujarkowa

Opis działania czaru: przekwalifikowanie wiecznego polityka, pozbawiając go przyjemności opowiadania dyrdymałów, które w żaden sposób nie mogą być przetworzone na język bliski i zrozumiały dla obywatela.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: Posiadanie przez czarownika wiejskiej fujarki, wystruganej tuż po porannej modlitwie.

Sposób rzucania czaru: zrelaksowany czarownik, wyzwolony z resztek narcyzmu, kropi brutalnie Brutalem ciało i w rytmie radosnych pląsów (nadal kropi), zaczepia usta o ustnik małej fujarki i gra…

Ograniczenia czaru: żaden szanujący się czarownik nie zagwarantuje, iż czar odniesie zamierzony skutek i miejsce polityki w umyśle czarowanego wypełni chęć bycia pastuszkiem, marsz ku robótkom ręcznym czy rzeźbiarstwu. Zawsze istnieje ryzyko, że znajdzie się oporny na wiedzę oraz czynności magiczne i co najwyżej może zostać największą fujarą.

Wygrywanie konkursów w Tawernie RPG

Opis działania czaru: to antyczne zaklęcie pozwala czarownikowi wygrywać wszystkie konkursy organizowane przez Tawernę RPG.

Warunki niezbędne do rzucenia czaru: czarownik musi posiadać własny adres e-mail i połączenie z Internetem.

Sposób rzucania czaru: rzucający unosi dłonie tuż nad powierzchnię klawiatury i, szybko opuszczając wybrane palce na odpowiednie klawisze, mamrocze zaklęcie.

Ograniczenia czaru: zaklęcie działa tylko w czasie trwania konkursów i jeden czarownik może je rzucić tylko raz w tym okresie. Niestety, kapryśni mroczni bogowie zawsze mogą odwrócić się od rzucającego i sprawić, że nawet poprawnie rzucone zaklęcie nie zagwarantuje sukcesu w losowaniu nagród.

Autorzy: Etherard de Godwin, Michał, Grzegorz, Damian, Adrianna, Joanna, Barbara, Renata, BAZYL

Kategorie
Humor RPG

Kwiatki z sesji, część 4

G: No to spotkamy się w nocy nad morzem.

BN (półork): O która godzina?

G: Przecież nie masz zegarka!

BN: Wiem!


Graczka odgrywa druidkę-fanatyczkę, co chwila mówi, że patrzy na niebo, czy zbiera się na deszcz. MG powtarza, że nie, aż wreszcie się wpienia.

G: Patrzę, czy pada deszcz.

MG: AAA! Widzisz, leje deszcz! Potop! Wszystko jest mokre! Walą pioruny!

G: Biję pokłony.


Inne fanatyczne wcielenie tej graczki (akurat poszukiwała własnej tożsamości) – złodziej.

G2 – też złodziej – wkurza się, że tamta co zobaczy, to kradnie. W pałacu:

G1: Chwytam ją i ciągnę do wyjścia, żeby nic więcej nie ukradła!

G2: Jak on mnie ciągnie, to ja zrywam obrazy i gobeliny ze ścian!


G: Rzucam się na niego z toporem!

MG: No, rzuciłeś się, ciężki jesteś, zgniotłeś go.

G: Ale z toporem się rzucam!

MG: Tak, topór trzymasz w ręce!


Gracz upiera się przy posiadaniu chowańca – wielkiego kota. („wielkiego” podkreśla parę razy). W trakcie sesji:

G1: Wchodzę do karczmy, patrzę, czy mój wielki kot idzie za mną.

MG: Kot został na dworze, bo nie mieści się w drzwi karczmy.

G1: Ej, ale on nie miał być aż taki! Miał wyglądać normalnie!

MG: No on wygląda normalnie…

G2: Tylko jest wieeelki!!! (wybucha śmiechem)

G1: Coście zrobili z moim kotem!!!


Karczma.

G: Wiecie, karczmarzu, coś o tych porwaniach w wiosce?

Karczmarz: Mówcie ciszej, panie, nie wolno przy ludziach o tym gadać.

G (krzyczy): Nie wiecie czegoś o tych porwaniach?!!!

MG: Widzisz, jak do karczmy wpadają strażnicy…

G: Żartowałem, nic nie było!


MG rozmawia w trakcie sesji przez telefon. Gramy w systemie „7th Sea” (religia: kościół Czterech Proroków, w historii przyszło trzech, przyjście czwartego będzie końcem świata).

MG: …Wiesz, jak oni nazwali swój statek?… Czwarty Prorok!… No ja też myślę, że przegięli!…


BG płyną statkiem (własnym). G1(kapitan) został wyrzucony za burtę.

G2: No to gdzie teraz płyniemy?

G1: (z wody) Ha ha! Zabrałem wam kompas!


G1 jest kurtyzaną, ale przebywa incognito na dworze sąsiedniego królestwa. Szlachcianki z jej kraju są niewykształcone, nie potrafią nawet czytać.

G1: Przyszedł do mnie dzisiaj twój służący i pytał, czy umiem pisać, bo chce napisać anonim do ambasadora z pogróżkami, ale nie podyktował mi treści niestety, bo uciekł…

G2: A ty umiesz pisać i czytać?

G1: (na cały głos) No tak, idioto, bo jestem kurtyzaną przecież…

MG (syczy): Vodacciańskie szlachcianki…

G1: (reflektuje się) …kurtyzaną… w przedstawieniu, które rozgrywamy wieczorem… i muszę nauczyć się roli…


Ostatnie słowa graczy:

BN: Mam niewidzialne zombie na usługach! Mogłyby cię zjeść!

G: (niedowierza) To czemu mnie nie jedzą?

BN: No bo im nie rozkazałem!

G: To nam udowodnij i im rozkaż!

Kategorie
Humor Opowiadania

Opowieść o dwóch takich…

Prolog

Do sali biesiadnej „Pod Świńskim Ryjem” spokojnie wszedł wysoki mężczyzna. Odziany był w długą, czarną szatę, sunącą po ziemi przy każdym jego kroku; kroku zdecydowanym, a zarazem pełnym gracji. Jego oczy skrywał szeroki, nisko opadający kaptur.

Gdy przybysz stanął przed barem, gruby gospodarz spojrzał na przypasany do boku gościa długi miecz i nerwowo przełknął ślinę.

– Nocleg – rzeczowo i chłodno rzuciła postać w czerni, a potem położyła tuż przed twarzą właściciela szynku sakiewkę. Ten, choć niechętnie, wziął mieszek, po czym położył na blacie klucz. Bał się. Wiedział, czym grozi danie schronienia temu indywiduum.

Przybysz wspiął się po schodach na piętro. Pozostali goście szynku, zarówno drobne łotrzyki, jak i bardziej trzeźwi pijacy, schodzili mu z drogi. Mężczyzna wszedł do jednego z pokoi i zamknął się w środku na klucz.

Parę minut później do gospody wpadła grupa królewskich strażników z paladynem na czele. Kilka jawnogrzesznic natychmiast czmychnęło na górne piętro, pozostawiając swych niedoszłych klientów.

Rycerz rozejrzał się gniewnie po pomieszczeniu, a następnie zdecydowanym krokiem ruszył w stronę karczmarza. Otyły człowiek marzył, by umknąć jakoś przed wzrokiem obrońcy prawa, jednak ten chwycił go za fraki i z łatwością uniósł na wysokość swojej twarzy.

– Gdzie on jest?! – Ryknął wprost w twarz szynkarza, który natychmiast zbladł.

– Na… na górze – wyjąkał z przestrachem.

– Głupiec – syknął paladyn i puścił karczmarza. – Za mną – rzucił w kierunku swoich ludzi.

Kilka chwil później wszyscy stali przed zamkniętymi drzwiami do kryjówki tajemniczego przybysza. Silny kopniak rycerza utorował im drogę.

– Czekałem na was… – wysyczał siedzący na łóżku mężczyzna. Od czasu swego przybycia nie zdjął opadającego na oczy kaptura.

– Z rozkazu królowej, masz iść z nami… – powiedział nerwowo paladyn. Na twarzy przybysza pojawił się złośliwy uśmiech.

– A jeśli odmówię? – spytał pewny siebie.

– Mamy użyć siły… – odparł rycerz i wyciągnął miecz. To samo uczynili jego ludzie.

– W takim razie… – zaczął odziany na czarno, po czym uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując białe jak mleko zęby. – Walczmy.

W jego dłoniach pojawił się miecz.

Do walki jednak nie doszło, zamiast tego między zgromadzonych wbiegł gospodarz z bojowym okrzykiem „STOP!” na ustach…

– Książę – zwrócił się do przybysza. – Czy możesz bić się z gwardią swojej matki, jaśnie pani Królowej, gdzieś indziej? – Spytał spanikowany właściciel szynku. – Nie żebym miał coś przeciw, ale… – dodał szybko z pokorą. – Ale… ubezpieczeniowcy się na mnie wypną, jak znowu coś zniszczycie… Piąty raz w tym miesiącu… – Karczmarz był na skraju załamania.

– A właśnie, książę… – Zaczął paladyn. – Czemu za każdym razem uciekasz przed narzeczoną w to samo miejsce? I nawet pokoju nie zmieniasz… – Dokończył z nutą żalu w głosie.

Tajemniczy mężczyzna zrzucił kaptur z głowy, ukazując młodzieńczą, elfią twarz. Jego długie blond włosy opadły aż do ramion, a lazurowe oczy rzuciły błysk gniewu.

– Wydawało mi się, że pomyślicie, że schowałem się gdzieś indziej. Ale wy pomyśleliście, że ja tak pomyślę, że wy pomyślicie, że… eeee… iii… i się pogubiłem – chłopak się speszył.

– Ja nie rozumiem – powiedział jeden z żołnierzy drapiąc się po głowie.

– No… Dość tej zabawy, proszę z nami Wasza Wysokość – rzucił zrezygnowany paladyn.

– Wasze niedoczekanie, szybciej skonam niż się z nią ożenię! – ryknął elf i szybkim susem przyskoczył do okna.

– Jakby tak się stało, wszystkim by się łatwiej żyło – od niechcenia rzucił jeden ze strażników, a reszta mu przytaknęła.

– Proszę nie robić głupstw – powiedział dość spokojnie rycerz, próbując chwycić młodzieńca za rękę.

Ten jednak gwałtownie się odsunął. Chciał chyba zrobić jakiś akrobatyczny manewr, ale zamiast tego zaplątał się we własną szatę i tylko fiknął niezgrabnego kozła, rozbijając plecami okiennicę i wypadając na zewnątrz. Krótki lot skończył się dość miękko, ale bardzo upokarzająco, w świńskim chlewie, twarzą w grząskim, lepkim błocie…

– Idiota… – rzucił paladyn wyglądając przez dziurę.

– Dobrze, że mamy matriarchat… – dodał Karczmarz.

Prolog II

Po tym bezsensownym i głupim wstępie, który nijak ma się do tej historii, warto by coś zacząć… Historia ta miała swój początek na posterunku rejonowym straży miejskiej numer 15 w Talarze – mieście królewskim. Gdybyście wtedy weszli do budynku, od razu usłyszelibyście coś w stylu:

– Jak to odprowadzony na parking!? – Okrzyk miał formę raczej zarzutu niż pytania.

– Normalnie – z niebywałą wręcz obojętnością odparła recepcjonistka, nie przerywając picia wywaru z jakichś brunatnych otrębów (o prawdziwej kawie nie mogło być mowy, straży brakowało funduszy).

– Ja protestuję! – ryknął paladyn…

Oto paladyn Edward, młody funkcjonariusz, którego nadgorliwość jest wprost proporcjonalna do braku jakichkolwiek kwalifikacji, a zwłaszcza kwalifikacji do jazdy…

Tak, wiem, że wielu innych pisarzy opisuje historie rozhukanych, młodych nieudaczników, którzy potem poznają swoją miłość i zostają bohaterami… Ale nie ja. Edward, choć nie mówię, że wcześniejszy opis do niego nie pasował, nie jest głównym bohaterem tej opowieści.

– Prawo jazdy i karta konia – beznamiętnie rzuciła recepcjonistka, łypiąc na chłopaka jednym ze swoich żabich oczu.

Nazywa się H.E.L.G.A. (Naprawdę: Hlodwiga, Eleonora Lawinowa Górno – Altowa) i była krasnoludką. Zdecydowanie najbrzydszą krasnoludką, choć w jej rasie jest naprawdę duża konkurencja o to miejsce… Zatrudnienie jej w recepcji było najlepszym posunięciem szeryfa Wilfreda, znacznie ułatwiło to bowiem pracę funkcjonariuszom i to bynajmniej nie ze względu na jej kompetencje… Których zresztą nie stwierdzono. Swoim wyglądem i charakterem potrafiła odegnać większość klientów tej zacnej, państwowej placówki, tym samym zmniejszając ilość pracy, która spadałaby na głowy biednych, i tak zapracowanych strażników.

Ona też nie była główną bohaterką, tak samo zresztą jak śpiący nieopodal śledczy oraz grający w karty dowódcy oddziałów prewencji, czy też nawet dłubiący w nosie oficer sił drogowych… Słowem, nikt z obecnych na tym posterunku.

Wróćmy jednak do rozmowy oficera Edwarda z panią H.E.L.G.A. – ą. (O zgrozo panią! Nie panną!)

– Oto one – powiedział Ed, podając dokumenty. Był już ostro poirytowany.

– Jeździsz na koniu cywilnym? – pytała dalej obojętna recepcjonistka.

– Tak, służbowego mi zabraaa… znaczy, ten, no… na akcji straciłem… he he… – jego irytacja ustąpiła zażenowaniu.

– Trzysta złotych monet i można odebrać konia z parkingu za posterunkiem – powiedziała i wyjęła spod biurka gazetę „Głos Herolda”. Zaczęła czytać artykuł o chłopcu z największą na świecie kurzajką.

– Ale ja jestem funkcjonariuszem – żałośnie pisnął chłopak.

– Dla mnie, serdeńko, to ty możesz być nawet królową. Koń był źle zaparkowany. – Powiedziała i wróciła do czytania.

– Ale… – zaczął błagalnie młodzieniec, zaowocowało to jednak tylko tym, że krasnoludka zamknęła okienko recepcji i wywiesiła tabliczkę z napisem: „Przerwa, życzymy miłego dnia”. Pod spodem ktoś dopisał krzywymi, kulfoniastymi literami: „znaczy się, że do domu, hołoto niemyta”.

Paladyn jeszcze raz smutno spojrzał na H.E.L.G.A. – ę, a potem obrócił się i poczłapał zrezygnowany w kierunku wyjścia. W tym samym czasie, gdzieś na polu, poza Talarem stał se ino chłop, co go wołali Joncuś. Łopierał się łon ino na trzonku widłów wbitych w hołdę siona, se ino chłop łypnoł łoczami to wewto, to nazad, a potem przeciągle beknoł… On też nie należał do grona głównych bohaterów tej opowieści. Jeden z nich natomiast dokładnie w tym samym czasie minął się w drzwiach posterunku z Edwardem… Też był paladynem, jednak miał całkiem inną sprawę.

Kategorie
Humor Opowiadania

Opowiastka o podstarzałym rycerzu

Podstarzały człek siedział przy kominku w pokoju ogarniętym przez półmrok, wpatrując się tępo w dogasające płomienie. Z kącika ust ciekła mu stróżka śliny, a wzrok miał taki… nijaki taki, nieobecny. Z cienia panującego za fotelem ogłupiałego wyłonił się niski, a przysadzisty grubas, który wziął i palnął omamionego silnie w łeb.

*tu odgłos palnięcia a następnie upadek ciała zsuwającego się z fotela na ziemię*

– Wiadomość dla pana, sir!

– …

– Sir! Wiadomość!

– …

– Psiamać! Znowu potrzebne będą zdecydowane kroki!

*odgłos kilkukrotnego kopnięcia leżącego ciała, jęknięcie*

– Taaaa, Pansy?

– Wiadomość dla pana, sir!

– Do mnie? Och, doskonale, doskonale! Kto do mnie napisał tym razem?

– Dama w wielkiej opresji, sir.

– Psiamać! Tfu! Zaraza żeby je pochłonęła, nie mają co robić niewyrosłe pannice tylko popadać w opresje! Szlaja się taka jedna z drugą po jakichś lasach, uroczyskach czy innych takich, porwie je smoczydło albo inne licho, a potem „ratuj panie rycerzu bo jestem za głupia żeby zadbać o własne bezpieczeństwo!” Jasna cholera, czemu do mnie nie mogą przychodzić rachunki i ulotki z supermarketów jak do normalnych ludzi, tylko wiecznie te damiszcza w opresji, w kółko Macieju! Oszaleję! Oszaleję! Oszalajo… Oszajale… Osza… O czym to ja mówiłem, Pansy?

– Że pan oszaleje.

– Co za bzdury mi tu opowiadasz, kto to powiedział?

– Pan.

– Nie wmawiaj mi tu jakichś ambaji czy innych banialuków, Pansy, co to to nie. Ja wiem co mówię, i nie wciśniesz mi taniej bajeczki o tym, że zapominam co mówię, a potem mówisz, że ja to mówię, a to co naprawdę chcesz mi powiedzieć, to to, że mnie nie znosisz. Pansy?

– Tak, sir?

– Przynieś mi moje ciepłe papucie, dobrze?

– Tak, sir.

Ociężała postać imieniem Pansy wycofała się chyłkiem poza zasięg wzroku. Niecałe 13 minut po wyjściu wróciła niosąc z niejakim namaszczeniem piękne różowe papucie, każdy z parą białych pomponów. To papucie z rodzaju tych papuci, na które jak się patrzy, to aż się ciepło w stopy robi. Takie ferrari wśród papuci. Mam nadzieję, że rozumiemy się w kwestii papuci, bo a nóż widelec owe papucie okażą się bardzo ważne dla fabuły i kiedy w tejże fabule odegrają swoją istotną rolę, to Wy będziecie mogli pokiwać wertykalnie głowami i powiedzieć – tak tak, to te papucie co były na początku co wiemy jak wyglądają i co takie fajne są. Co prawda najpewniej nie wystąpią, ale jesteście ubezpieczeni na wypadek ponownego się ich pojawienia.

Wracając do meritum, Pansy wniósł papucie w obręb wzroku. Twarz staruszka momentalnie pojaśniała, oczy zabłyszczały wesoło, a strużka śliny pociekła wartko.

– Ach, moje papucie!

Powoli acz starannie starzec włożył kapcie na nogi, po czym spoczął na fotelu.

– No, Pansy, nawijaj, co tam nowego!

– Poczta, sir.

– Ach! Pewno od damy w opresji!?

– Nie inaczej, sir.

– Doskonale, doskonale! Nie ma to jak uratować sobie jedną lady przed obiadem, dla zdrowotności! Nie ma co tracić czasu, wierny giermku, szykuj mego nieprzebijalnego konia i mą chyżą zbroję!

– Chciałeś powiedzieć nieprzebijalną zbroję i chyżego konia, sir.

– Pansy, nie wydurniaj się, dobrze wiem, co powiedziałem! A teraz uczyń to niezwłocznie! Migusiem!

*w trakcie przygotowywania powyżej wymienionych ingrediencji dobrego i udanego ratowania damy z opresji wstawka reklamowa.*

Na różowym tle pojawiają się piękne różowe kapcie, z białymi pomponami. Na pierwszy plan z wielką sprawnością wskakuje prezenter z perłowo białym uśmiechem, włosami „na żel”, zaczesanymi na jedną stronę, w garniturze w modną beżowo brązową kratę z metką „Arnami” wystającą z jednej z kieszeni. Zaczyna wylewać z siebie z olbrzymią prędkością potok słów którego nikt, włączając prezentera, nie potrafi zrozumieć. Na koniec obdarza nas kolejnym pięknym uśmiechem prosto od dentysty po czym przygniatany jest wielką makietą kreta. Obraz rozbryzganego człowieka pod sztucznym ślepym zwierzątkiem jest z niewiarygodną wręcz szybkością zasłaniany przez planszę z napisem: „Kapcie zmiany nastroju! Wystarczy tylko je założyć, a z gderliwego zgreda staniesz się roześmianym wesołkiem! Hurrraa!

*koniec reklamy, powrót do przygotowań*

Oto znajdujemy się przed zdewastowanym dworkiem staruszka. Późna jesień, żółte liście walają się w każdym możliwym miejscu, ciemno, ponuro, mokro. A dworek dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy.

Starzec już był zakuł się w swoją chyżą zbroję, nawiasem mówiąc niemiłosiernie przerdzewiałą i posklejaną tu i ówdzie czarną taśmą izolacyjną. Nieprzebijalny koń (bo rzeczywiście, chyżym to go nie można nazwać) stał już oporządzony i drżący pod ciężarem siodła, boć i szkapina chuda była. Nowozakuty albo nie zauważał, albo nie chciał zauważyć tego faktu, i ze skrajnym optymizmem wymalowanym na twarzy, ocierającym się o debilizm, wskoczył na konika. Konik z kolei upadł pod ciężarem zbroi (a raczej rdzy), po czym jął niezdarnie gramolić się z powrotem na kopyta, z nieocenioną pomocą Pansego i jego dźwigni mechanicznej w postaci kijka i sporego kamienia. Po dłuższej chwili nasi bohaterowie doszli do stanu jako takiego.

– No, to już prawieśmy gotowi. Jeszcze tylko ma wierna klinga! Przynieś mi, Pansy, mojego Kawiora! – ogłosił wszem, ale nie wobec, starzec.

– Zechciej wybaczyć, sir, ale co mam przynieść?

– Nie udawaj głupszego niż jesteś, Pansy, i przynieś mi Deoksyryboza!

– Czy chodzi ci o Dekapitatora, twój miecz, sir?

– No przecież mówikę, że Dekapolisatora! Przynieś mi wreszcie tego Deliriumtora albo cię zdzielę!

– Tak jest, sir!

– Pansy, określ się do jasnej ciasnej, to „tak jest” odnosi się do przyniesienia Deriszura czy do zdzielenia cię w łeb?

– Do przyniesienia miecza, sir.

– Twoje szczęście. No, migusiem!

Pansy w podskokach i podrygach zniknął z widoku, zanurzając się w odmętach rudery. Po kilku krótkich chwilkach wrócił, już nie w podskokach, bo się zmęczył. I w rzeczy samej niósł klingę, której imię jest w tak przeróżny i prymitywny sposób przekręcane. Co do samego miecza – miecz jak miecz, ostrze, jelec, rękojeść, zbrocz, nic nadzwyczajnego.

Tak więc po przedłużających się przygotowaniach wyprawa wreszcie wyruszyła, brodząc po kostki w zgniłych liściach i mijając smętne łyse drzewa. A sam starzec wciąż miał nieskalanie optymistyczny uśmiech na gębie. Widać kapcie dają niezłego kopa.

Nagle, z tak zwanego nienacka, Pansy wydobył dwie łupiny kokosów i truchtając za konikiem swojego sera zaczął uderzać nimi o siebie.

– Pansy, weź i mi wytłumacz, co ty na wszelkie świętości wyprawiasz? – wycedził starzec, taksując już-nie-tak-bardzo-optymistycznym wzrokiem giermka.

– Heh… Widzi pan, sir, to taki myk, którym podpatrzł w bardzo śmiesznym filmie.

– Pansy, tego to ja się domyślam, bo z tobą go oglądałem (ba! To ja za niego zabuliłem w wypożyczalni!), ale ja się ciebie pytam, jaki to ma sens, skoro ja mam konia, który już ma kopyta, i nie musi mieć podłożonej ścieżki dźwiękowej.

– Nie wiem, sir – powiedział giermek, po czym zarumienił się na swojej i tak rumianej twarzy, przybierając tym samym kolor ciemnej purpury.

Przez kilka kolejnych minut panowało ogólne ponure milczenie, nawet optymistyczny uśmieszek wziął i się zaszył w bliżej nieokreślonej głuszy. Aczkolwiek niedługo uczestnicy tejże wyprawy musieli dołować się widokiem na wpół martwego lasu.

– Sir? – zagadnął nieśmiało giermek.

– Tak, Pansy? – odpowiedział cokolwiek śmiało Starzec.

– Sir, ja sobie tak myślę, skąd my wiemy, gdzie mamy się udać? – nieśmiały ton wciąż pałętał się koło wypowiedzi giermka.

– Pansy, przestań rżnąć głupa, bo kiedyś się zapomnisz i ci zostanie. Przecież masz wyraźnie napisane w liście: „w strasznym lesie w upiornej wieży”.

– Ale sir, późną jesienią wszystkie lasy są cokolwiek straszne, a i o upiorną wieżę w nich nie trudno, no bo przecież dużo w okolicy porzuconych strażnic… – w rzeczy samej słusznie zauważył giermek.

– Pansy, nie komplikuj niepotrzebnie spraw. Jesteśmy bohaterami tej niedorzecznej opowiastki więc na pewno zaraz natrafimy na właściwą wieżę.

Oczywiście rycerz nie mógł się bardziej mylić. Po dniu poszukiwań i utarczce (w sumie to bardziej pasowałoby określenie „paniczna ucieczka”) z wilczą sforą, para najwyraźniej nie miała pojęcia gdzie jest i co robić. Całe szczęście, że starzec pod pancernymi buciorami ciągle miał swoje ukochane kapcie, bo byłby się zawiesił setkę razy.

Włóczenie się po lesie trwało jeszcze dobre kilka minut, kiedy ponurą, dobijająco-wszechogarniającą ciszę w przygnębiającym lesie przerwało kolejne, tym razem całkowicie pozbawione śmiałości pytanie giermka.

– A jak właściwie ta opresyjna dama wysłała nam ten list, sir?

– Co takiego tam mamroczesz, Pansy?

– No jak ona ten list dostarczyła nam, skoro jest uwięziona?

– Pansy, zanim znowu zadasz jakieś niedorzeczne pytanie zastanów się piętnaście razy, czy rozwiązanie twojego mało znaczącego problemu nie jest aby banalnie proste. Bo jest. Otóż, mój drogi Pansy, ta dama wysłała tenże list – tu rycerz dla podkreślenia wagi i prawdziwości swoich słów pomachał papierzyskiem przed oczami giermka – poprzez urząd pocztowy. I powiedz Pansy, czy było tak ciężko się domyślić? Czy musiałeś wytrącić mnie z równowagi?

– Ale sir, jeśli ona jest w straszliwym niebezpieczeństwie to dlaczego straszliwe niebezpieczeństwo nie przykuło jej do ściany albo nie uniemożliwiło jej napisanie tego listu? Przecież taki list to potencjalne zagrożenie dla enigmatycznego cosia, nazywanego dotychczas straszliwym zagrożeniem.

– Do diska głupia osobo! A co jeśli to coś jest bardzo cywilizowanym straszliwym zagrożeniem i na przykład uważa przykucie kogoś do ściany i odcięcie go od świata za coś poniżej jego godności?

– Wtedy, zdaje się, nie byłoby straszliwe.

– A co jeśli byłoby jednocześnie poborcą podatkowym? Co ty na takie dictum?

– Yhm… Racja.

– No. I nie wyskakuj więcej ze swoimi nieznaczącymi i obezwładniająco głupimi problemami, bo mi się wypryski na mózgu zrobią od myślenia nad takimi durnoctwami. – Jak widać przygnębienie dwudniową wycieczką po zimnym i mokrym jesiennym lesie potrafi zabić optymizm w nawet bardzo optymistycznej osobie, jaką niewątpliwe jest ów rycerz, szczególnie będąc w pap… Tfu! W kapciach.

Ale jako że opowiastka padłaby na ryj jakbym tu wstawił jeszcze jeden głupi dialog pomiędzy panem i jego wiernym giermkiem, przeskoczmy w czasie o tyle, ile potrzeba.

– I widzisz Pansy, nie było co się martwić, jesteśmy na miejscu! – krzyknął rozradowany starzec.

I rzeczywiście, byli. Pośród polanki wznosiła się wieża, cała zbudowana z przedniej jakości kamienia i z czerwonymi dachówkami. Oczywiście z jednym wejściem i z obowiązkowym okienkiem z balkonem. Niestety okienko było zabite, to i nie można było pokwilić trochę do lady w opresji.

– Sprawdźmy jeszcze czy się adres zgadza… Straszny las… Wokół jak okiem sięgnąć ni żywej duszy, drzewa bezlistne… Zgadza się… Upiorna wieża… – tu otaksował wzrokiem ostentacyjnie powywieszane na całej wysokości budowli czaszki i kościotrupy – z całą pewnością się zgadza… No cóż, jesteśmy na miejscu!

Pansy nie okazał entuzjazmu. Pewnie albo dlatego, że był zajęty baniem się, albo dlatego, że nie dosłyszał. Tak czy siak, w rzeczywistości byli na miejscu.

– No dobra, Pansy, jesteśmy gotowi. Yhm… Pansy. Pansy! Ekhm… Pansy!

Giermek zdawał się w dalszym ciągu zajmować jedną z wcześniej wymienionych czynności.

– CHOLERA, PANSY!

– Tak sir! – giermek otrząsnął się ze swoistego letargu.

– Pomóż mi zsiąść z tego zacnego konika.

– Tak jest, sir! Oczywiście sir! – Pansy zaczął uwijać się jak w ukropie, wyjmując ze swojego plecaczka niedużą drabinę i podstawiając do konia swojego pana. Pan majestatycznie acz niezgrabnie zszedł z wierzchowca, co ten przyjął z niekłamaną ulgą.

– No cóż, trzeba stawić czoła nieznanemu. Ekhem… – starzec wziął głęboki wdech. – HEJŻE, TY TAM POCZWARNE ZŁO COŚ PORWAŁO NADOBNĄ BIAŁOGŁOWĘ! WYCHYL NO SWÓJ ŁEB, STWORZE, COBYM CI MÓGŁ GO ODRĄBAĆ! WYZYWAM CIĘ, JA, RYCERZ ZGRYZELOT! – tak oto bez zbędnych fanfar wreszcie poznaliśmy imię zacnego głównego bohatera.

To wielce imponujące przemówienie nie mogło zostać bez odzewu ze strony wielkiego a złego. I rzeczywiście, drzwiczki w wieży powoli i ze straszliwym jękiem otworzyły się, a z mroku pomieszczenia wychynął Straszliwe Zło. Okute w czarną jak smoła zbroicę, z morgensternem (oczywiście czarnym) i w poszarpanym, karmazynowym płaszczu. Wejście byłoby może efektowniejsze gdyby nie to, że Zło przyklinował się trochę w wąskch odrzwiach.

– Czego tu szukasz, śmiałku, ty, który stajesz twarzą w twarz ze ZŁEM? – zapytało metalicznie-harczącym głosem.

– Demonie, uwolnij niewiastę, którą trzymasz w swych obmierzłych szponach! – wrzasnął dzielnie Zgryzelot, dobywając miecza. – Ja i Defibrylator cię zniszczymy!

Po czym nastąpiła klasyczna szarża za okrzykiem na ustach.

I oto zaczęło się – punkt kulminacyjny! Szczęk kling, snopy iskier, ciężki oddech, pot i krew! O tak, to lubimy najbardziej! Chleba i igrzysk, krzyczymy! A wiecie, co ja na to? Takiego! Zło zamiata morgenszternem z lewej do prawej, rycerz sprawnie przechodzi pod ciosem i przebija Zło na wylot Dekapitatorem. Straszliwe Zło zacharczało, kaszlnęło i ciężko walnęło w liście. Koniec. Finito. A co, nie można? Co to, że finalny pojedynek to od razu musi ciągnąć się nie wiadomo ile i nie wiadomo po co? No. Mam nadzieję, że się rozumiemy.

– Oto ja i Depilator znowu zwyciężyliśmy! – krzyknął rycerz radośnie.

Zgryzelot bez zbytnich oporów wytarł ubrudzoną juhą klingę w truchło Zła, po czym dziarsko ruszył w głąb wieży. Kręte schody były tylko formalnością. Uchylił dębowe wrota i…

*przerwa na reklamy*

Jako że kapciom nie udało się być ważnymi dla fabuły, postanowiły zrobić małą hecę i wcisnąć się w finalną scenę ze swoją reklamą. Jeżeli jesteście ciekawi reklamy, możecie zerknąć z powrotem na początek opowiastki. Możecie też potakiwać głowami i mamrotać: „tak tak, to te papucie co były na początku co wiemy jak wyglądają, i co takie fajne są.”.

Reklama przeczytana drugi raz? No to lecimy dalej!

*koniec przerwy na reklamy*

…oto oczom Zgryzelota ukazał się widok nie tyle przewspaniały, co przecudowny. Powabna i zgrabna lady z burzą kasztanowych włosów i w pięknej jedwabnej sukni (oczywiście ma duży biust i nienaganną figurę, jak wszystkie ważne dla fabuły kobiety w heroic fantasy) leżała wyciągnięta na łóżku, śpiąc. Rycerz, z drżącymi dłońmi podszedł do pięknej księżniczki i wyszeptał do niej drżącym głosem:

– Ach, lady, obudź się, zło pokonane, jesteś wolna, wolna jak ptak!

Kobieta powoli, powolutku, tak strasznie powoli jak tylko jesteś sobie w stanie to wyobrazić, zaczęła otwierać oczy. Otwiera je, otwiera, otwiera… I otworzyła! Przez chwilę patrzyła na swego wybawcę maślanym wzrokiem, kiedy nagle brew jej się zmarszczyła, czoło nachmurzyło, a oczy poczęły ciskać gromy.

– To tyś jest mój wybawca?

– Jam ci jest, lady!

– Ty stary pierdzielu! Ty cholero przegnita! To ja się tu męczyłam żeby wyprosić od Straszliwego Zła jeden jedyny list, a tu zamiast królewicza z bajki przyłazi jakieś próchno w przerdzewiałej zbroi, posklejanej pieprzoną taśmą! Zwariowałeś dziadu? Jak dawałeś ogłoszenie do gazety trzeba było zaznaczyć, że jesteś stary pryk, a nie ludzie czas marnują, siły marnują! Takie rozczarowanie! Co ja powiem koleżankom? One to mają dobrze, Kasię to uratował Rycerz w Lśniącej Zbroi, Agatkę Rycerz Bez Skazy, a do Zosi to nawet Rycerz o Wielce Mężnym Sercu przyjechał żeby ją wyrwać ze szponów smoka! A co ja mam biedna powiedzieć? Że uratował mnie Rycerz Zaawansowany Wiekiem? Geriatryczny Wybawca? Co za wstyd, co za wstyd! Teraz znowu będę musiała niszczyć nowe pantofle i sukienkę żeby mnie porwało następne czupiradło i mieć nadzieję, że nie przyjdzie po mnie znowu jakiś dziadyga! Co ty tu jeszcze stoisz!? Won mi stąd! No precz! A ty co z tym notesikiem to siedzisz? Podglądasz? Notujesz? Że opowiadanie piszesz? Może jeszcze to do „Faktu” wyślesz? Zero prywatności! No zero! Zgiń, przepadnij!

„Lady rzuca wazonem. Wazon trafia mnie.”

*Ała. Ciemno. Boli. Ał.*

*3 godziny później, po odzyskaniu przytomności i doprowadzenia się do jako-takiego porządku*

Rycerz siedzi na kamieniu przy wieży, z której jeszcze dobiegają wściekłe krzyki damy już-nie-w-opresji, ale najwyraźniej z problemami pokroju emocjonalnego. Zgryzelot pochlipuje z cicha, wpatrując się w swoje papucie, które trzyma w rękach. Mamrocze coś o byciu „za starym jak na fach rycerza” i że „ona ma rację, jestem stary pierdoła”. Pansy siedzi obok rycerza i poklepuje go po plecach, samemu roniąc łzę nad losem Zgryzelota.

No i jaki z tego morał?

Starość nie radość.

Kategorie
Humor RPG

Kwiatki z sesji, część 3

Gracz jest odprowadzany do więzienia za próbę kradzieży świętego kielicha ze świątyni.

G: O tak, podziemia! Będę mógł łatwiej kontaktować się z Szatanem!

Zamykają go w wieży, po jakimś czasie przybywa kapłan, odprawić egzorcyzmy.

G: Skaczę wokół niego i przeszkadzam mu w modlitwie.

MG: Nie zwraca na to uwagi.

G: Pluję mu na głowę i krzyczę: Szatan wyżre ci mózg!


Karczma po rzezi, nadszedł oddział zbrojnych i zastał BG nad okrwawionymi ciałami. G1 tłumaczy sytuację:

G1: Napadli nas okrutni wyznawcy Setha!

G2 (patrząc na niego jak na debila): Przecież to ty jesteś kapłanem Setha!


G: Nazywam mojego konia Mistrz Gry i spuszczam mu lanie.

MG: No dobra, zatłukłaś swojego konia. Co robisz?


MG: Wydaje się wam, że jeden schodek skrzypi bardziej.

Gracze (chórem): Zrywamy!

MG: Nie możecie.

G1: Ciągniemy!

G2: Czekaj! Schodzimy z niego i wtedy ciągniemy!

MG: No udało wam się. Pod nim jest ziemia.

G2: Kopię!

MG: Wchodzi karczmarz i pyta oburzony: Co wy tu robicie!

G2: Inkwizycja rekwiruje ten schodek!

MG trochę zaniemówił, rzuca kością, niebotycznie zdumiony: Uwierzył wam!!!

Kopią dalej, nagle znajdują czaszkę.

G2: To znak z niebios!

G1: Czekaj! Panie karczmarz, co tu było, zanim stanęła karczma?

Karczmarz: Cmentarz.


BG (nekromanta): Macie tu jakąś nekropolię?

NPC (chłop): Nie, panie, ale mamy cmentarz!


BG dyskutują nad sprawą zabójstwa kolesia. Jego duch, wywołany, upiera się, że winna jest kochanka i domaga się zemsty, ale BG wątpią w jego słowa, doszukują się motywów i wymyślają wersje alternatywne.

G1: (…) on wiedział za dużo, no i ona się wkurzyła i zabiła go w afekcie!

G2: Nie, czekaj, to nie był afekt… To musiał być ktoś inny!


Gracz w mieście strzela z łuku w tłum, zabija człowieka, robi się rzeź i panika, wpadają straże.

G (nadal z łukiem): Udaję niewinnego przechodnia!

MG: A strzała tkwi w głowie trupa i robi dowód rzeczowy…

G: Wyrzucam łuk!

W zamieszaniu dopadają go strażnicy, gracz ich obraża i walczy.

Strażnik (w najwyższym oburzeniu): Ty!… Ty!… (brak mu słów)

G: Ja! Ja! Udaję, że mdleję.


G: Wchodzę do karczmy, patrzę, czy jest miejsce na podłodze.

MG: Nie ma, wszędzie stoją stoły.

G: (półork) Odrzucam na boki stoły i krzesła.

Karczmarz: Ej! Proszę mi tu nie robić bajzlu!

G: Ja tylko namiocik chcę rozstawić!

Gdy rozstawił namiot i dogadał się z karczmarzem w sprawie zapłaty:

G: Walę taranem w ścianę (ma przenośny)

MG: Zrobiłeś dziurę. Widzisz strażnika wchodzącego do karczmy.

G: Chowam się do namiociku!

MG: Strażnik wstawia głowę do namiotu.

G: Walę go z tarana!


Graczki wypadają z burdelu, gdzie właśnie zrobiły rzeź. Obie z zakrwawionymi mieczami w rękach wpadają na strażników:

G1: Ratujcie! Tam jest morderca!


G1 (dotąd łotrzyk) postanawia zagrać paladynem. Pobita kobieta prosi go o pomoc w odnalezieniu skradzionych klejnotów.

G1: A co z tego będę miał? A nie, miałem być dobry!

Po utworzeniu drużyny (z G2 – leśną elfką wojownikiem i G3 – elfem magiem), docierają do wioski orków.

G2: Oddajcie nam klejnoty!!!

MG: Orkowie łapią się za jajka i krzyczą, że nie oddadzą wam swoich klejnotów!

Kategorie
Humor Opowiadania

Eustachy i Klaus na tropie

Był późny wieczór, oczarowałem kolejną niewiastę – któraż mogłaby oprzeć się memu urokowi? Obnażyłem już jej powabną szyję, już miałem wgryźć się w jej alabastrową skórę, gdy wtem…

– Co tam się dzieje?! – zakrzyknął ktoś zza mych pleców.

– Czego chcesz? – zapytałem grzecznie.

– Zostaw ją, ty… ty… potworze!

„Potworze” – cóż za oryginalność.

– Cóż to, już nawet napić się nie wolno? Ach, ta prohibicja.

– Puść ją, albo…

– Albo?

Czym też mógłby mi zagrozić?

– Albo nabiję cię na bełt z kuszy!

– Och? Cóż za niefortunny obrót wypadków.

– Obróć się i połóż na ziemię!

Nie poznał się na żadnym z cytatów. Ludzka kulturo…

– Czyżby nie dostawało ci odwagi, by strzelić mi w plecy… tchórzu?

– Mnie? To masz!

Strzelił. Ludzie… Nadal głupi tak, jak przed laty. Ten w dodatku strzelał w plecy. Kompletny zanik kurtuazji.

– Przedziurawiłeś mi płaszcz. Jak i płaszcz tej pani – można by rzec, iż połączyłeś nas za pomocą bełtu z kuszy… ciekawym, jak to przyjęła? Hmm, panienko? Jest jakoś milkliwa, nie sądzisz?

– Coś ty zrobił, potworze!

– Ja, potworem? Masz tupet, człowieczku, by mnie zwać potworem, po tym, coś uczynił. Choć wykazujesz pewne zdolności.

– Milcz!… Jakie zdolności… potworze?

– Pod okiem wytrawnego nauczyciela mógłbyś stać się użytecznym sługą. Jeśli, rzecz jasna, pożyjesz tak długo.

– Dlaczego miałbym nie pożyć? I czy mógłbyś się w końcu odwrócić?

– Jesteś mordercą – bez ochrony szybko zostaniesz złapany, osądzony i skazany. Abym zaś mógł się obrócić, musisz mi pomóc.

– Jak?

– Zabierz swą własność. Innymi słowy, pomóż mi wyrwać ten bełt.

Najwidoczniej nie tego spodziewał się po swojej nocnej eskapadzie – przypuszczam, iż liczył na gorącą wdzięczność wybawionej niewiasty. Cóż, tej nocy los nie był dla niego łaskawy. Tym niemniej, pomógł mi wyrwać bełt. Lekko przy tym zbladł, jednak trzymał się dzielnie – nawet gdy ujrzał, co też stało się z nieszczęsną kobietą. Istotnie, miał zadatki na sługę – pomyślnie przeszedł pierwszą próbę. Miał jednak szczęście, iż w ocenie nie kieruję się wyglądem ocenianej istoty – ten tutaj nie był zbyt urodziwy: sylwetka, którą ludzie zwą ,,krępą”, potężny garb, krzywe i krótki nóżki, nadto zaś twarz jego zdecydowanie nie została by przyjęta jako kanon ludzkiej urody. Szczęściarz, bez dwóch zdań.

– I co teraz? – zapytał lekko jedynie trzęsącym się głosem.

– Teraz ja odchodzę. Ty zaś ciesz się życiem, póki jeszcze trwa.

– Potworze…

– Tak?

Nietrudno było zgadnąć, o czym myślał.

– Czy nie mógłbyś ty mnie uczyć?

Kto wie? Od wielu już lat nie miałem kompana – przez to nabrałem zwyczaju mówienia do siebie. Choćby dla posiadania słuchacza mógłbym zabrać go z sobą. Pierwej jednak…

– Mógłbym, zapytać jednak powinieneś nie o możliwość, a o chęć i potrzebę. Otóż, nie trzeba mi ucznia, nie mam również ochoty uczyć. Moje zdanie mogłoby jednak zmienić twoje postępowanie. Na przykład: co zamierzasz uczynić z tą kobietą?

– Co zamierzam?…

– Czy chcesz ją tu zostawić, ukryć, czy też zabrać ze sobą? Czy może coś jeszcze innego?

– Nie wiem… Nie myślałem o tym.

– Myśl teraz.

Nie zastanawiał się długo. Śmiem sądzić, iż tok jego myślenia nigdy nie był zbyt skomplikowanym.

– Może zabierzemy ją ze sobą, a potem ukryjemy w innym miejscu? Jak porzucimy ją gdzieś w lesie, nikt jej nie znajdzie, a nawet jeśli, kto domyśli się, jak zginęła? I przez kogo? – chłopak wyraźnie zapalał się do swojej wizji.

– My? – zapytałem z lekkim uśmiechem.

– Mhm – mruknął.

– Dobrze zatem, chodźmy. Być może okażesz się być choć zabawnym kompanem.

– Khem – chrząknął.

– Tak?

– Ta dziura może niektórym wydać się podejrzana.

– Możemy udawać, że mój płaszcz służy nam jako cel dla bełtów.

– Nie ta. Ta w ciele.

– Ach. Póki nie zasklepi się, musiał będziesz odciągać od niej uwagę nieprzychylnych oczu.

Tak i poszliśmy. Zabawne – ja, wampir, starszy niż całe to mizerne, ledwie stuletnie miasteczko, kawaler Orderu Nietoperza, podróżuję, mając przy boku człowieka imieniem…

– Jak cię zwą?

– Klaus. – wysapał pod ciężarem kobiety.

… Klaus. Imię pasujące do postaci. Moje nie jest dużo piękniejsze – lata temu, będąc młodym, niedoświadczonym jeszcze wampirem, zgodziłem się na rozegranie partii szachów. Stawką było imię przegrywającego, który miał – pod słowem honoru – przybrać imię nadane mu przez zwycięzcę, i używać go do końca swoich dni… Przegrałem. Jak gdyby nie było to dostatecznym upokorzeniem, nadano mi imię, które nawet wśród ludzi nie uchodzi z szczególnie dostojne – Eustachy. Wampir Eustachy! A teraz – Eustachy i Klaus. Z tymi imionami moglibyśmy występować jako członkowie wędrownej trupy, rozbawiając tłuszczę. Nie byłby to taki zły pomysł – jeśli bylibyśmy sami.

Teraz jednak Klaus pozbyć się musiał swego brzemienia. Gdy rozmyślałem, zdążyliśmy wyjść z miasteczka – czyli w zasadzie większej niż przeciętna wioski – i dojść do ściany lasu, a nawet wedrzeć się nieco w głąb. Terminator mój bez szemrania poddał się mej szybkości, daleko większej niż ta, z którą zazwyczaj chadzał – znać było jego determinację. Niemniej, winien nabrać sił, jeśli chciał mi towarzyszyć – sapał niczym zdychający muł, lecz niesiona przez niego kobieta była niejakim usprawiedliwieniem. Jak też – poniekąd – spełnieniem przypuszczalnych jego planów.

– Klaus?

Ciężki jego oddech jedyną był odpowiedzią.

– Możesz położyć ją i odpocząć, skoro zatrzymaliśmy się.

Znużony skinął głową, rzucił ciało i padł na ziemię. Cóż, bycie nikczemnikiem to nielekka praca. Mógłby jednak być bardziej autonomicznym – jeśli trzeba byłoby mu usłyszeć moje pozwolenie do wykonywania elementarnych czynności życiowych, życie jego mogłoby być krótszym pod moja kuratelą niż bez niej. Jak dobrze, że nie prosił o pozwolenie na oddychanie. Wypoczął już, jak sądzę – czas był rozpocząć inicjację.

– Jesteśmy oto w lesie. Czas, abyś rozpoczął.

– Co?

– Chowanie ciała, jak przypuszczam.

– Ale… nie mam łopaty.

– Zaiste, jest to problem nie do rozwikłania. Nawet jednak człowiek o tak nikczemnej wiedzy jak twoja wiedzieć musi o alternatywnych zastosowaniach przedmiotów.

– Co?

– Podejmij próbę znalezienia czegoś, co mogłoby łopatę zastąpić.

Trafił mi się prawdziwy geniusz. Klaus znikł wśród drzew, w poszukiwaniu odpowiednich narzędzi. W swoim zapamiętaniu nie dostrzegł, iż wszechobecna ciemność uniemożliwi mu dostrzeżenie czegokolwiek. Po chwili powrócił jednak, niosąc ułamaną gałąź – rana na jego czole świadczyła, że gałąź nie była przyjaźnie nastawioną.

– Doskonale, znalazłeś gałąź. Co teraz?

– Teraz zrobię z niej łopatę! – wykrzyknął w uniesieniu.

Ach tak… Począł szarpać gałąź, wydając jednocześnie bojowe okrzyki: „Niech cię!”, „Ja cię zaraz…”, „Osz ty!” i inne w tym guście. Zmęczywszy się okrutnie, złamać zdołał gałąź na dwie części, które przyłożył do siebie, tworząc coś w rodzaju krzyża – doprawdy, w innych okolicznościach pomyśleć mógłbym, iż jest to pułapka na mnie, jego jednak nie podejrzewałem o taką przemyślność.

– I cóż masz zamiar uczynić z tym krzyżem?

– No, tego… nie wiem… – wyjąkał zmieszany.

Żałosne. Czy on mógłby być zdatnym do jakiejkolwiek użytecznej pracy? Z pewnością byłby rozchwytywanym podnóżkiem, lub niewolnikiem, ja jednak nie potrzebowałem żadnej z tych rzeczy. Nagle usłyszałem odgłosy płaczu, zrazu ciche, z każdą chwilą głośniejsze. Był to Klaus, oczywiście.

– J-j-j-a… prze-ppp-raszam… p-p-pójdę j-j-już. – zdołał wyjąkać, wstrząsany spazmami.

– Głupcze – rzekłem łagodnie – czy nie rozumiesz, jaki los czeka cię po powrocie? Nadto, dałem słowo, iż będziesz pod moją opieką. Wszystko wszystkim, nie sądzę, abyś był całkowicie pozbawiony zdolności. Musisz coś umieć – cokolwiek. Przestań już płakać – robisz się brzydszy niż zwykle, a to już nieliche osiągnięcie.

Mimo wszystko wolałbym go zostawić – oczekiwanie na niezbyt możebną przemianę Klausa w użytecznego towarzysza świadczyłoby o tym, iż zacząłem przesiąkać tą uroczą ludzką emocją – nadzieją. Trudna rada, być może los tak chciał.

Próbowałem wynajdować dla niego zajęcia: wpierw zajęliśmy się rozbójnictwem. Niestety, postura Klausa nie przekładała się na siłę fizyczną – był słabszy niż przeciętny człowiek w jego wieku, czyli dwudziestu lat. W istocie, jedynie nikczemny jego wygląd pozwalał mu na niejakie sukcesy. Prędzej czy później jednak ktoś zechciałby sprawdzić, czy taki Klaus straszny, jak go malują – czy też, jak ja go malowałem, rozsiewając plotki o okrutnym zbóju Klausie. Zrezygnowaliśmy zatem z pomysłu bycia wesołymi brygantami. Nie przejawiał również specjalnych zdolności umysłowych, wszystkie tedy profesje związane z myśleniem należało odrzucić. Pozostawała jeszcze trupa, tam jednak musiałbym występować razem z nim – nie zniósłbym takiego upokorzenia.

Koniec końców, okazało się, iż przejawia jakieś szczególne zdolności – może być mi zawadą, spowalniając podróż i rzucając niemal zabawnymi żarty, w gatunku: „Jakie to szczęście, że słońce cię nie pali, inaczej musielibyśmy kupić trumnę! Ha, ha, ha!”, lub też: „Jaka szkoda, że nie możesz zmienić się w nietoperza i przenieść mnie w locie – wtedy jechalibyśmy szybciej! Ha, ha, ha!” (niedoczekanie twoje, grubasie). Zabawne niczym morowe powietrze. Często również prowokuje bójki, wykazując jednocześnie doskonały brak talentu do walki – toteż ja walczę, on krzyczy, co jest czasem zabawne. Choć rzadko.

Klaus, Klaus, co z ciebie wyrośnie? Kto wie? Tymczasem jednak jedźmy szlakiem wagabundów, my, przygód szukający… Och, a co stało się z ciałem? Wykonaliśmy pierwotny plan, zmieniony jedynie o osobę kopiącą, która to zaszczytna funkcja przypadła mnie. Ciekawym, jakie miny mieliby ludzie, jeśli mogliby mnie zobaczyć – wampir, który przy świetle księżyca kopie grób drewnianym krzyżem, to widok raczej niecodzienny, może nawet niezwykły.

Kategorie
Humor Wiersze

Akt stworzenia III

Akt stworzenia w aktach wielu czyli sztuki komiczne, acz niekoniecznie…

CZĘŚĆ III

czyli pełnowartościowa – powiedzmy – sztuka szowinistyczna z feministycznym akcentem
O STWORZENIU KOBIET, CZYLI HISTORIA PEWNEJ MIŁOŚCI

Dramatis personae (in order of appearance):
Chór, skondensowany.
Narrator, postać mówiąca za często i za długo.
Osse, Orome, Lórien, Tulkas, bogowie, na scenie przejazdem.
Eru, nieco łatwowierny Wszechwiedzący.
Szerszeń, błonówka, pojawiając się nie wiadomo skąd, jako, że nikt jej jeszcze nie zmajsterkował (chyba, że po godzinach).
Melkor, postać w ogóle negatywna, w szczególe zaś tym bardziej.
Pajęczyca, wierząca i praktykująca.
Mandos, tradycjonalista.
Manwe, kochanek liryczny.
Varda, kochanka prozaiczna.
Polmos S.A., w roli muzy natchnienia.
Inni, inni.

Czas akcji: przed czasem.
Przestrzeń akcji: poza przestrzenią.

Parodos

Na scenie Chór, skondensowany w osobie Narratora.

Narrator:
Za górami, za lasami,
za trzecim zakrętem,
żył raz sobie Eru Stwórca
ze swym śrubokrętem.

Tworzył tedy rzeczy różne.
Liczba ich jest spora.
Wszystkie były dobre, czyste…
Może prócz Melkora.

Dlaczego się tak stanęło?
Na to Wam odpowie
„Pierwsze śliwki, robaczywki”
przysłowie ludowe.

Jednak wielki boski ojciec
nie stygł w swym zapale.
Bowiem Osse i Orome
wyszli wcale, wcale.

Osse i Orome wchodzą z lewej strony sceny, po czym wychodzą stroną prawą (wcale, wcale).

I tak w dziele tym stworzenia
Eru się rozhasał,
że naprędce się dorobił
Lóriena, Tulkasa.

Lórin i Tulkas, naprędce przemierzają z lewej do prawej scenę i znikają wśród odmętów czasu i przestrzeni.

Po czem usiadł boski ojciec,
zaczął się mazgaić.
Ze łzą w oku patrzył czule
na swych samurai.

Były tedy złote wieki,
czas chluby i chwały,
bogi zaś co wieczór z „Żywcem”
futbol oglądały…

Wtedy były te prywatki!
Ileż tam się działo!
No i komu, psia zaraza,
tak to przeszkadzało?

Schodzi ze sceny tupiąc donośnie, by zbudzić widzów.

Epeisodion I

Dumnie.

Eru:
Siedzi sobie na tronie wyjątkowo nie dłubiąc śrubokrętem.

Jakiż boski dzień dziś nastał!
Słowik zaiwania…
Nic nie było takie boskie…
Oprócz Maryjana.

Ale hola! Idzie Melkor,
wyrób mych rąk pierwszy.
Czuję to przez boską skórę:
Zaraz mi dzień spieprzy.

Narrator:
Melkor, nadmienić to trzeba,
cholernie się zmienił.
Wściekły, jakby rękę włożył
wprost w gniazdo szerszeni.

Porównanie to na wyrost
trochę zbudowałem.
Spytasz: „Owad! Ciąłeś Melka?”

Szerszeń:
Pojawia się niewiadomo skąd, a i niewiadomo jak.

„Nie, bowiem spieprzałem.

Melkor furiat, więc co żywe
odwłok w troki bierze.
Przy nim nawet Pajęczyca
odmawia pacierze”

Schodzi ze sceny.

Narrator:
Pan Zła nam się tu narodził…

Melkor:
Nadchodząc wreszcie, na uboczu, głosem Gargamela.

Bogów ja zniewolę!

Narrator:
…przy nim nawet Ozzy Osbourne
nosi aureolę.

Ale cicho już! Bogowie
siadli wśród akacji.
Czas najwyższy by podsłuchać
temat konwersacji.

Eru:
Melku, mój kochany synu,
witam Cię z radością.

Melkor raduje się, wszak mu per kochany nigdy nikt nie mówił.

Czemu weekend psuć miś zechciał
swoją obecnością?

Ot i radości koniec: szczypta zachwytu, łyk cierpienia.

Melkor:
Obu nas Twoi synowie
karmią łyżką dziegciu.
Nie szanują przykazania
czwartego z dziesięciu!

Eru:
Och, już czuję, iż me serce
zranione jak nożem.
Jakież słowa są mych synów?
Co jest ich powodem?

Melkor:
Dookoła gdzie się zoczysz,
wszędzie męskie ciała.
Mówią o Cię moi bracia,
żeś kawał pedała.

Mandos:
Nadchodząc z Nikąd, wcina się w rolę Narratora.

Takie kłamstwa wredny Melkor
wciska ojcu, szelma.
Biedny Tatuś zaś mu wierzy…
Cholerna oferma.

Narrator:
Wówczas Eru, boski ojciec
bardzo się zasmucił,
że mu ktoś tak śmiał dziś niecnie
pedałem w twarz rzucić.

Rzecze tedy:

Eru:
Ja pedałem?!
Mówić tak nieładnie.
Zadam dziatkom mym ja bobu,
ukarzę przykładnie.

Źle im w naszym męskim gronie?
Tedy wyrok rzekę:
Spadnie na was wielka plaga!
Ja stworzę kobietę!!!

Nie usłucham jęków, pisków!
Wyroku nie zmienię!

Mandos:
Tym sposobem nad bogami
wnet zalegną cienie.

Kurtyna spada osłaniając aktorów przed gradem szminek, pilników i puderniczek.

Stasimon

Narrator:
Witaj ma śliczna Widowni!
Znów akt rozpoczynam.
Ciekawe, czy mi zapłacą
za to w nadgodzinach.

Uśmiecha się ironicznie dając Widowni znak, że było to pytanie retoryczne.

W naszym kraju przesąd tworzy
przedziwny scenariusz:
że jak kto uczciwie robi,
to już wolontariusz!

Ale dość materializmu!
Krąg sacrum nam ożył!
Sprawdźmy co porabia Eru,
a nuż wódkę tworzy?

Epeisodion II

Widowni – jak zwykle wielce rozbawionej – objawia się Eru, na ganku swego pałacu.

Siedzi, rzekłbyś, za prawdziwie polski stołem. Czyli chłepce wódkę.

Eru:
Och, tak siedzę sobie bosko,
przed boskim domostwem.
Słodką zemstą się upijam…
No i flaszką troszkę.

Zemstę warto bowiem mieszać
z polskim alkoholem.
Ów mariaż wnet owocuje
wprost boskim humorem.

Dwa powyższe akapity zasponsorowane zostały przez Polmos S.A.

Hola! Oto Manwe bieży
tutaj boskim szlakiem.
Pędzi niczym Radio Taxi
na biogazie jakiem.

Manwe pędzi, pędzi, wreszcie przypędza do Iluvatara.

Zza pleców wyłania mu się zaś Mandos, ponury tradycyjnie.

Jakież wiatry synalkowie
Was do mnie przywiodły?
Czy o boskie przebaczenie
odprawicie modły?

Manwe:
Niezupełnie, drogi ojcze.
Nadzwyczajnym trybem
dostaliśmy faks, co głosił,
że urządzasz bibę.

Eru:
Wzburzony.

O Wy ochlejpyski brzydkie!
O syny plugawe!
Wiecie, co Wam uczyniłem?!
Stworzyłem Wam babę!!!

Manwe:
Pobladły dość znacznie.

Cóże my Ci uczynilim?
Ojcze nas, łaskawco!
Że na nas spuściłeś plagę
i karę tak straszną?!

Eru:
Jak to za co? A u kogo
powstała idea,
by nic ojca nie szanować
i szukać w nim geja?!

Wszystko Melkor mi oznajmił!
Dochował wierności!
Co mi teraz odpowiecie
sępowie miłości?

Mandos:
A wszystko to, drogi Ojcze,
wierutne są kłamstwa!

Narrator:
Moment minął, na jaw wyszły
Melkora łajtajstwa.

Boski ojciec się zasmucił:

Eru:
Jakże ja się smucę!
Chyba zaraz się z rozpaczy
ze skały jakiej rzucę!

Narrator:
Byłby Pan słowa dotrzymał,
ale problem mały
przed tym czynem go powstrzymał:
nie stworzył On skały.

Z braku rekwizytu nie dochodzi do romantycznej sceny boskiego samobójstwa – a i nieśmiertelność byłaby PEWNĄ przeszkodą – toteż Eru stara się ratować, co się tylko da.

Eru:
Synu drogi, ratuj wolność,
każda panna harda.
Rusz więc rzyć stąd – och, za późno!
Już lezie tu Varda!

Wchodzi Varda.

Manwe:
Witaj pani! Jam jest Manw…

Varda:
Mało lirycznie jakoś.

Dobra, dobra stary, jak cię zwał, tak cię zwał. No co tak na mnie patrzysz, kobiety nie widziałeś? Przydałbyś się na co! Nic byś nie robił, tylko rządził tym światem, rządził, rządził. A kto śmieci wyniesie? Kto wytrzepie dywan? Ja poświęcam tobie najlepsze lata mojej nieśmier…

Narrator:
Wchodzi między wódkę a zakąskę, czyli Manwe i Varde, przerywając tym samym powyższy monolog…

Widzi więc moja Widowni,
sztuka to tragiczna.
Jaką klątwę rzuci Manwe?!

Dramatyczna pauza.

Manwe:
Jaka ona śliczna…

Narrator:
Lyrycznie y poetycznie.

Prawdę mówi powiedzenie:
Serce to nie sługa.
Jest one swym własnym sterem,
z nim słodka żegluga.

Oczu się nie słucha wcale,
rozumu nie słucha.
W ogóle jak pień jest głuche…
Tylko pary szuka.

Tak i szuka Manwe boski
mariażu narodzin.
Rzecze tedy poetycznie:

Manwe:
Będziesz ze mną chodzić?

Narrator:
Serce Vardzie podskoczyło,
do samej tchawicy.
Lirycznego kozła fikło
w biuście tej dziewicy.

Tak jej się ciepło zrobiło,
miło na podołku.
Odpowiada romantycznie:

Varda:
OK [oł-kej] mój Amorku…

Mój misiaczku, mój potworku!
Będę twoją żabcią!
Sierotką będę Marysią,
a ty moim Gapciem.

Narrator:
Amor strzałą ich ugodził
w samo miejsce miętkie.
Miłość im zabuzowała,
splotły się ich ręce.

Ręce się splatają.

Innych także taki zaszczyt
kopnął w centrum zadka:
Mandosa oblubienicą
jest Vaire – Tkaczka.

Wchodzi Vaire i obściskuje Mandosa – z wzajemnością.

Uczucie też połączyło
Este i Lórina.
Yavannę zaś kocha Aule,
bo ładna dziewczyna.

Bieda także jest każdemu
kto zaczepi Vanę.
Orome mu moc przypieprzy
swym Valarómanem.

Rzecze także mężny Tulkas:
All I need is love [czyt. lowe]
Pojął więc za żonę Nesse.

Tulkas:
Uśmiechając się lubieżnie.

Ciało ma wzorowe!

Narrator:
Jeden tylko Melkor, szuja,
sobie w kącie szlocha.

Szloch dochodzi zza sceny.

Bowiem żadna z boskich dziewic
nie chciała go kochać.

W szczególności Melka Varda
niecnie odtrąciła.
Dwakroć po twarzy trzasnęła
i obsobaczyła.

Eru:
Przerywając wreszcie Narratorowi.

Smutku dość już! Niechaj mazgaj
czyni swoje: beczy!
Nam dziś czas jest, by świętować!
Kaca się uleczy.

Wina, wina, wina dajcie!
Trzeźwym rzekę: biada!
Miłość wszak to jest rzecz wielka
i wypić wypada!

Narrator:
Rzewnie.

Wzruszyło mnie wielce boskie
do picia natchnienie.
Myślałbyś: Bóg wszystkich ludzi.
A polskie korzenie!

Eru:
Prawdę mówisz! Niechaj tedy
zwyczajem pradawnym
rzeknę sobie: „Ea love!”
Wszyscy się kochajmy!!!

W tle rozbrzmiewa polonez ze stosownej sceny Pana Tadeusza, bogowie kroczą mężnie koło nadobnych boginek, w ostatnią parę zaś Eru, z braku lepszego asortymentu bierze Narratora.

Wszyscy:
Ku sobie, w rytm muzyki, lirycznie.

A wszystko to, bo Ciebie kocham
i nie wiem, jak bez Ciebie mógłbym żyć.
Choć pokażę Ci czym moja miłość jest, dla Ciebie zabiję się.

Schodzą ze sceny, Wielce Szanowna Publiczność zaś wykazuje się taktem nagradzając aktorów.

Bilonem, jeśli łaska.

Eksodos

Narrator:
Wielka w niebie była radość
i wielkie „amore”.
I wesela, i hulanki.
Cielesne swawole….

Rzekł po wszystkim Eru ojciec:
„Kobieta mi wyszła!
Kiedy będę stwarzał ludzi,
to je wykorzystam.

Chociaż jest to diabli zamysł,
w mym boskim warsztacie
koncepcyje przeinaczę.”
Wynik oglądacie.

Kobieta to wszak żywiołów
wielka plątanina.
W środku: ying, yang, anioł, diabeł.
A jedna dziewczyna!

Tedy, drogi mój mężczyzno
wyciągaj już wnioski:
Panna, jaka by nie była,
to przecież dar boski.


Autor zastrzega, że wbrew powyższym herezjom do płci nadobnej ma stosunek jak najbardziej pozytywny. Czego dowieść jest gotów dowolnej pannie o dowolnej porze.

I koniec.

Kategorie
Humor Opowiadania

Star Worse, epizod 2

Star Worse

(than ever)

Epizod 2

Blair in Solo został zkarbonizowany. W węglowej płycie odbijała się jego krzywa twarz. Tymczasem George wparował do sali i rozpoczęła się walka. Na Larę i Castrata nikt nie zwracał uwagi. Wtedy pomógł im nawrócony Leonardo DiCaprio i uciekli z Gwiazdy Iraku.

Walka przeniosła się do sali Imperatora…

– George, wyczuwam w tobie nienawiść! Przejdź na złą stronę Alfreda, zostań Sedesem!

– A niby dlaczego miałbym to zrobić Lejpper?!

– Ponieważ… ponieważ jestem dziadkiem twojego wujka Wiesława!

– Ach NIE! TO NIEMOŻLIWE! KŁAMIESZ! TO TY ZABIŁEŚ DZIADKA WUJKA WIESŁAWA DAWNO TEMU!

– George, naprawdę nazywam się Andrew Jose Maria Bushwalker, jestem dziadkiem twojego wujka, to po mnie masz Alfreda! Obi Brytney Kenobi była głupia, wcisnęła ci taki kit, bo wiedziała, że inaczej przejdziesz na naszą stronę! To jest twoje przeznaczenie!

– Nie, ja nie chcę! Nie będę taki jak ty! Co ciebie skłoniło do przejścia na stronę Sedesa?! Przecież kiedyś byłeś Padywanem Obi Brytney! Byłeś Yetim, poślubiłeś babcię wujka Wiesława – Azbestę!

– No cóż, Sedesy mają ładniejszy kolor Biczów Świetlnych…

– Mój purpurowy też jest ładny, zobacz!

– Och, rzeczywiście, ładnie by się komponował z moją karnacją!

– Darth Lejpper!

– Przepraszam Imperatorze Ladenie! Mój Bicz jest od Ormianiego!

– A mój od Curla Lugerfelda!

– Ach naprawdę?! To jeden z moich ulubionych projektantów! O kurcze, mam dylemat moralny…

– Lordzie Lejpperze, przywołuję cię do porządku! Jak nie będziesz lojalny wobec mnie, zabiorę ci twój hełmofon!

– Ach, przepraszam! Sorry, George, ale jak nie przyłączysz się do nas to ci utnę rękę.

– Nigdy się do was nie przyłączę! Założyłem się o to z Mr Jedim o wielki plakat z Legolasem!

– No tak, też bym taki chciał… No ale trudno, a masz!

Darth Lejpper z wrodzonym wdziękiem odciął rękę Georgowi, który z wrażenia zrzucił się do zsypu śmieci. Na szczęście na dnie czekał statek Leonarda.

– Ach na szczęście miałam wizję! Zobaczyłam cię i postanowiliśmy zawrócić! Twój przeterminowany towar jest niesamowity!

– Ach Lara, kochanie, dziękuję! Uratowałaś mi życie!

– Nie musisz dziękować. Ty też mnie uratowałeś!

Lara podniosła niskiego Yetiego i pocałowała go. George bardzo się zawstydził, ale spodobało mu się. Później obmyślili plan. George miał odwiedzić Mr Jedi i odebrać plakat, a później pójść do siedziby Saddama the Hutt, gdzie już będą przebrani Lara, Castrat i Leonardo.


Na planecie Mr Jediego…

– Ach miszczu, udało mi się! Oczywiście pomijając brak jednej kończyny…

– Twój przyjazd bardzo mnie cieszy, George. Co do twojej ręki, nie martw się. Swoich najlepszych chirurgów plastycznych wynajmę, którzy ją ci przywrócą.

– Masz chirurgów plastycznych?!

– A myślisz, że jakim cudem tak dobrze wyglądam, na karku 890 lat mając?! Dzięki nim nadal przystojny jestem i laski na mnie lecą, bo kto by się tej aksamitnej, brunatno zielonej skórze oparł?

– Akurat! Jakie laski by na ciebie poleciały?

– Bezczelny jak na takiego zidiociałego kurdupla jesteś! A na ciebie jakaś dziewczyna leci?

– Oczywiście, że tak. Lara, Blair in Solo, Leo też patrzy na mnie w ten dziwny sposób…

– Lara?!

– No co, zazdrościsz cieniasie? Cha, cha, cha!

– Coś ci powiedzieć muszę zanim wyjadę w rejs po Morzu Śródziemnym z Claudią Shiffer, Charlize Theron i Catherine Zeta-Jones (Pamela chyba też będzie…).

– Yyyy… Że co?

– Wyjeżdżam, młocie i coś powiedzieć ci muszę. Otóż, że Darth Lejpper dziadkiem twojego wujka Wiesława jest, już wiesz, ale, że miał on nieślubne dziecko z dresiarzem z Pcimia Dolnego nie wiesz. Dziewczynka, która z tego chorego związku się narodziła, jest twoją kuzynką! Macie wspólnego dziadka!

– To fajnie, ale przecież ja jej w ogóle nie znam.

– Tak myślałem, nie zajarzyłeś… Ta dziewczynka to Lara!

– Och, nazywa się tak samo jak księżniczka!

– Czy jak mały byłeś, TO GŁÓWKĄ NA BETONIK SPADŁEŚ?! To jest ta Lara, księżniczka i przywódczyni Ruchu Oporu!

– Ach! To niesamowite! To niemożliwe! Ja się z nią całowałem!

– No właśnie, ale teraz wyjechać muszę, więc żegnaj. I zapomnij, że mnie znasz!

– Ale miszczu, a co ja mam zrobić z Gwiazdą Iraku? Jak możesz teraz wyjeżdżać?!

– Piękne panie na mnie czekają. Rozwal wszystko albo wyślij tam do uczciwej pracy agentów FBI, po paru miesiącach Imperium padnie. Niech Alfred będzie z tobą! Adios!


Tymczasem w pobliżu zatęchłej siedziby Saddama the Hutt niedaleko fabryki broni biologicznej „Bagdad entertainment”…

– Myślisz, że te stroje są odpowiednie?

– Oczywiście Lara. Castrat w stroju Drag Queen, ja w lateksowych ciuchach i ty w odblaskowo pomarańczowym dresie Rembok zrobimy na Saddamie the Hutt bardzo dobre wrażenie. HoMM3 będzie udawał żel do włosów. Czy może być lepiej?!

– Ale on mnie użyje do swoich wąsów!

– Powiemy, że jesteś przeterminowany.

– To go nie powstrzyma. Myślisz, że kto jest największym rynkiem zbytu akcesoriów do układania i modelowania zarostu?!

– No dobra, nie będziesz żelem. Ale możesz udawać naszyjnik Castrata ze sztucznego złota. A teraz wchodzimy. Tylko uważajcie, Saddam podobno ma skłonności do kanibalizmu…


W sali tronowej Saddama the Hutt…

– Gdzie są przybory Saddama do układania wąsów? – zapytał Saddam.

– Ależ panie, przecież wszystko jest na stole!

– Nie dyskutuj! Saddam chce lokówkę i szampon z odżywką z 54 prowitaminami!

– Tak panie, zaraz przyniosę.

– Ach, Saddam jest bardzo zadowolony ze swojego Blaira in Solo. Ładnie komponuje się z jacuzzi! Ma nauczkę za swoje długi. Potem Saddam będzie musiał się rozprawić z tymi bezczelnymi twórcami South Parku! Wyśmiewają się z Saddama, a on jest taki wrażliwy! A kto to przyszedł?! Jakie śliczne stroje!

– Dziękujemy panie. Chcielibyśmy ci towarzyszyć przez jakiś czas w tej obleśnej ruderze!

– Ach, Saddam się cieszy. Saddam lubi wasze stroje. Możecie zamieszkać z Saddamem


Lara, Leonardo DiCaprio i Castrat z HoMM3 na szyi spędzili dwa dni w rezydencji Saddama the Hutt, cały czas stojąc obok płyty z Blairem. W pewnej chwili Lara rzuciła się na płytę karbonową. Chciała ją dezaktywować, ale uderzyła się w głowę i zemdlała. Leo i Castrat chcieli uciec, ale Saddam przetestował na nich nową broń biologiczną. Po trzech godzinach obudzili się przywiązani łańcuchami do ściany.

– Nieładnie postąpiliście z Saddamem. Saddam tak się zdenerwował, że musiał zabić i zjeść trzech niewolników. Teraz będę was tuczyć, a jak utyjecie, to was zjem!

– Witaj panie – w sali zjawił się tajemniczy kurdupel z Biczem Świetlnym w ręku.

– Wow, ale fajne ciacho!

– To nie jest jedzenie grubasie, to Yeti!

– To jakieś nowe chipsy?

– Rycerz Yeti, nie chipsy.

– Szkoda… Czego chcesz rycerzu?

– Jestem Bushwalker, George Bushwalker. Przyszedłem po swoich przyjaciół. Masz ich natychmiast wypuścić!

– Wypuszczę ich jak odpowiesz na moje pytanie! W przeciwnym razie zjem was wszystkich!

– No dobra, let’s rock!

– Ile to jest: 10 + 5?

– To nieuczciwe! To jest za trudne pytanie!

– George, przecież chodziłeś do szkoły! – krzyknęła Lara.

– Chwila, muszę pomyśleć! – W protezie mózgu zachodziły lekkie reakcje…


Po dwóch godzinach…

– Kit z tym! Wsadź sobie takie trudne łamigłówki! Do ataku! – George wyciągnął Bicz Świetlny i przeciął Saddama na pół. Uwolnił przyjaciół i uratował Blaira in Solo.

– George, to ty?

– Tak Blair. Już nic ci nie grozi. Ze mną jesteś bezpieczny.

– Ze mną też! – powiedziała Lara. – Tworzymy wspaniałą trojkę. Razem będziemy zawsze szczęśliwi!

– To takie romantyczne! Jak w „Rozwiązłościach i namiętnościach”! Ale muszę ci o czymś powiedzieć Laro. Mamy wspólnego dziadka, Andrew Jose Marię Bushwalkera.

– Domyśliłam się po nazwisku.

– Ach, jakaś ty mądra, ale jest jeszcze coś…

– Cicho George! Teraz musimy się udać na planetę CDA. Zniszczymy północnokoreański reaktor, kupimy parę rzeczy od Smugglerów, a potem na Gwiazdę Iraku! Ruszajmy więc!


Albatros Dekada wyruszył w kierunku małej, niepozornej planetki CDA. Reaktor znajdował się obok stolicy Smugglerów – Old Smuggler. Statek wylądował na placu w centrum miasta. Smugglery zaczęły bezczelnie drwić z tych wspaniałych, poważnych, niezwykle ynteligentych przybyszów (Jak on w ogóle śmiał?! Przecież oni wszyscy płacą co miesiąc 20 zł na ochronę Parku Narodowego Smugglerów – AR! Co za bezczelność i chamstwo!). Oni postanowili jak najszybciej dostać się do reaktora.

– Jak my się teraz tam dostaniemy?

– Spokojnie SoF2. Widzisz? Teraz szturmowcy bawią się w Salon Piękności i nakładają maseczki. W tym zamieszaniu łatwo się przemkniemy.

Rzeczywiście, szturmowcy zajęci kosmetykami nie zauważyli grupy rebeliantów, którzy w 5 minut byli już w odległości kilometra od wybuchającego reaktora. Lara powiadomiła siły Ruchu Oporu i rozpoczął się atak! Przed wyjazdem kupili jeszcze parę napojów od Smugglerów. Później Lara i Blair in Solo wsiedli do myśliwców E15, a George dostał się do sali Imperatora Ladena by zniszczyć Sedesy.

– George, tylko nie daj się zabić!

– Nie martw się Lara. Idę na spotkanie z dziadkiem mojego wujka Wiesława.

– Jak to? Przecież on nie żyje!

– Właśnie o tym chciałem ci powiedzieć. Darth Lejpper to naprawdę Andrew Jose Maria Bushwalker, nasz dziadek.

– A więc to po nim mam te cudne kości policzkowe! Wiedziałam, że coś nas łączy!

– …

– George, idź na spotkanie z przeznaczeniem. Tylko musisz zdążyć zanim wysadzę główny silnik Gwiazdy Iraku.

– Ok, Blair! Do zobaczenia…


W sali Imperatora Ladena…

– Zaraz się zjawi… Czuję to…. Och, już jest! Witaj młody Bushwalkerze!

– Imperator Laden! Zaraz zginiesz kanalio!

– A niby jak chcesz to zrobić? Najpierw będziesz musiał pokonać Lorda Sedesa Darth Lejppera! Cha, cha, cha!

– Dziadku wujka Wiesława!

– Mów mi po prostu dziadku.

– Dziadku! Ja czuję w tobie dobro, przejdź na moją stronę! Imperator cię całkowicie nie opanował!

– Ach, znowu mam dylemat moralny! Ja tak dłużej nie mogę! Osama! Rzucam cię! Purpurowe Bicze Yeti bardziej pasują do mojej osobowości! Stanę po stronie swego wnuka!

– Lejpper, ty zdrajco! Nie ujdzie ci to płazem… Porażę cię moim zatrutym Promieniem X!

– O nie, Promień X! Auuu, ja chyba umieram!

– Nie! Zostaw mojego dziadka, brutalu! Nie przeżyjesz mojego nowego chwytu, którego nauczył mnie Mr Jedi!

George z gracją wykonał trzy obroty z krążącym wokół niego Biczem Świetlnym, po czym zrobił potrójne salto i odciął Imperatorowi głowę.

– Brawo, George. Dokonałeś wspaniałych czynów. Nie myślałem, że ktoś tak tępy i niski ma w sobie tyle uroku. A teraz uciekaj! Blair in Solo zaraz zniszczy Gwiazdę. Nie obawiaj się o mnie. Moim przeznaczeniem jest zginąć tutaj…

– OK, no to nara!

– Hej, zaczekaj, ja żartowałem… – wyszeptał umierający Darth Lejpper, gdy George wybiegał z sali, ale zaraz zawrócił.

– Ach George, wiedziałem, że mnie tak nie zostawisz!

– Nie, skądże! Chciałem tylko zabrać twoją pelerynę i Bicz Świetlny, będę miał strój na zmianę! To teraz możesz umierać! Pa!

– Ty niewdzięczniku… Skarlały ignorancie… Jak mógł mnie tak zostawić i zabrać moje rzeczy? Ach, umieram!

George wsiadł do statku kosmicznego i w ostatniej chwili uciekł z Gwiazdy Iraku. Blairowi udało się rozwalić główny silnik i wielka siedziba Sedesów wybuchła. Siły Ruchu Oporu zniszczyły wojska zniewieściałych szturmowców i 4 oddziały Talib Forces, a nawet 5 Talib Forces 2 Revenge. Galaktyka była wolna, a rebelianci skierowali się na Koruszant. Lara została wielką królową i przejęła władzę w stolicy Galaktyki. Jej pierwszym zarządzeniem było zalegalizowanie związków poligamistów. Poślubiła Blaira i Georga, i w trójkę żyli szczęśliwie w pałacu na Koruszancie. Włochaty Castrat został kucharzem Jej Królewskiej Mości, a para robotów dostała posadę stróżów. Mr Jedi został producentem w Hollywood i poślubił Jennifer Lopez. A Smugglery podbiły światowy rynek alkoholowy. Równowaga sił w kosmosie została przywrócona. Wreszcie zapanował pokój…