Kategorie
Gry komputerowe

Call of Duty: Black Ops III – recenzja gry

Należę do grupy graczy, która rzadko gra w tytuły AAA, rzadko ogrywa produkcje na komórki i rzadko interesuje się grami głośnymi. Czyli jestem graczem nietypowym, a zarazem wydaje mi się, że bardzo zbliżonym do naszych czytelników. A jednak Call of Duty: Black Ops III okazało się dla mnie tytułem wręcz trafiającym w dziesiątkę!

…poza kampanią single player, która jest lekko nudnawa, ale chociaż całkiem ciekawie bawi się narracją.

Black Ops III to trochę Modern Warfare, trochę Deus Ex, trochę Destiny i trochę Left 4 Dead. Tak, Treyarch stworzyło znów bardzo bogatą i bardzo ciekawą grę z masą zawartości. Przede wszystkim – mamy dwie kampanie, jedna zwykła, druga z zombie. Wraca też tryb hordy, oczywiście z nieumarlakami. Potężny multiplayer znów posiada boty, jeżeli wolimy tak grać zamiast zmagać się z graczami, a oprócz tego tytuł oferuje mini-tryby w postaci gry w stylu Shock Troopers oraz biegania na czas po planszach platformowych, w stylu Mirror’s Edge.

Dużo? Tak. Przez to czasami niespójnie. Bo jest tutaj i jazz i noir, i post-cyberpunk i horror. Jest liniowa kampania i pół-otwarta horda, jest bieganie po ścianach i walka łukiem. Niemniej to wszystko do siebie pasuje w kontekście gry, spojone bardzo dobrym strzelaniem oraz poruszaniem się po planszy.
bo1
Black Ops III chyba najlepiej z serii wyważył balans między typami broni, a sposobami poruszania się. Nie ma tutaj jetpacka znanego z poprzednika, możemy jednak biegać krótko po ścianie, czy wykonać podwójny skok. Mamy również ciosy specjalne – które wraz z designem kostiumów przywodzą na myśl Destiny. Walka jest przez to dynamiczna, arsenał jak zawsze ogromny, a Black Ops III pozwala na szerokie dostosowanie wyglądu oraz broni do własnych potrzeb.

Gra wygląda dobrze, rusza się stale w 60 klatkach, jest nad wyraz kolorowa. Muzyka jest zaskakująco dobra i warto ją odrobinę pogłośnić. Co jednak kradnie spektakl to fantastyczne mapy w trybie multiplayer – dając masę zabawy w grupie, czy to z botami. Nie bawiłem się tak dobrze w multiplayerze od czasu Destiny.

Mały disclaimer – Black Ops III świetnie wygląda i rusza się na Xboksie One, PlayStation 4 oraz PC. Oferuje split-scren (na jednym PC można grać we dwóch nawet na dwóch oddzielnych monitorach!), LAN, zapowiedziano już DLC. Wersje na PS3 oraz X360 są znacznie uboższe i brzydsze – raczej należy je omijać.

Samo Black Ops III to jakby kilka gier w jednej. Każda z nich jest co najmniej poprawna – a możliwość grania w sieci lub z botami powinna dogodzić każdemu typowi gracza, o ile tylko lubi FPS-y. Brawa należą się za dobry balans ruszania się, mapy, czy ładny styl graficzny. Minus jest jeden – to wciąż Call of Duty, więc nie strzela się tak przyjemnie jak w Brutal Doom, czy Quake III, ale piszę to jako fan staroszkolnych FPS-ów. Ale to najlepsza część Call of Duty od czasów Black Ops II.

Tytuł: Call of Duty: Black Ops III
Producent: Treyarch
Wydawca: CD Projekt
Rok: 2015
Platformy: PC, PS4, Xbox One
Ocena: 4
Kategorie
Gry komputerowe

Transformers: Devastation – recenzja gry

Transformers_Devastation_cover_art

Devastation to ogromny hołd dla Transformers, świetny wstęp do character action games, kuzyn Bayonetty i najlepsza gra o Autobotach walczących z Decepticonami.

Platinum Games, znane z fantastycznych gier akcji, ma na koncie praktycznie same hity – nawet średnio oceniane Legend of Korra uważam za jeden z najlepszych tytułów tamtego roku. Wszystkie gry Platynowych łączy kilka rzeczy – są proste do grania na niskim poziomie, ale bardzo wymagające i głębokie jeżeli chodzi o systemy walki. Liczenie klatek, różne właściwości ciosów, geometria etapów – w tych grach liczy się to wszystko.

Hołdują kulturze arcade. Czyli nie są zbyt długie, ale idealnie nadają się do powtarzania, przechodzenia na najwyższych notach, speedrunowania oraz rywalizacji. I kolejno są bardzo efektywne oraz efektowne. Brutalne, szybkie, dzikie, a oglądanie jak gra w nie dobry gracz sprawia ogromną przyjemność, syci oczy oraz ducha. Samemu natomiast możemy łatwo doznać efektu WOW, grając nawet przeciętnie.

Posługując się analogią – to po prostu spadkobiercy takich tytułów jak Metal Slug, czy Final Fight.

More than meets the Eye

Przyjemna, ale prosta fabuła to oczywiście pretekst do zabawy. Warto jednak zaznaczyć, że gra rozpoczyna nowy kanon uniwersum, bazowany na generacji pierwszej oraz przedstawionych w niej wydarzeniach.
2015-10-13_00005
Transformers to character action games, z drobnymi elementami shootera i racera. Gra w głównej mierze polega na rozgrywaniu efektownych pojedynków, korzystając z uproszczonego systemu walki Bayonetty, ale ma kilka własnych rozwiązań. Przede wszystkim mamy podział na ciosy lekkie i silne, transformację, strzelanie i cios specjalny. Ze względu na mieszanie bicia i strzelania oraz formy robota i pojazdu (lub, w jednym przypadku, dinozaura) system combo jest molochem.

W jednej chwili uderzamy toporem, żeby przełączyć się na miecz. Robimy unik przed ciosem, co włącza spowolnienie czasu, i rzucamy się w bok, strzelając z działa, żeby upaść już w formie samochodu. Przechwytujemy ciosy wroga, rzucamy przedmiotami i dobijamy, paląc na nim opony. Kilka klas broni i kilku bohaterów (w tym ma się rozumieć nasz ukochany dinozaur!) to masa zabawy.
2015-10-18_00002
Ale walka to nie wszystko. Często skaczemy i jeździmy. Czasami bawimy się w side-scrolera w prawo. A czasami… w Diablo. I powiem Wam, że jeżeli Diablo 3 byłoby w połowie tak grywalne, to nie odrywałbym się od peceta. System lootów oraz sklep to tylko dodatki do replayability. Level design może nie urywa głowy, ale nie musi – gra jest różnorodna, dynamiczna i po średnim początku ciągle trzyma zawrotne tempo.

Jeżeli kochacie chodzone bijatyki – bierzcie. Jeżeli kochacie efektowne gry – bierzcie. Jeżeli pałacie sympatią do tytułów dobrych na 30 minut i na 3 lata – bierzcie, bierzcie, bierzcie!

Transformacja

Nie tylko oddano szacunek poprzez modele oraz występy wszystkich ważniejszych bohaterów z obu stron barykady. Zatrudniono żyjących jeszcze aktorów pierwszej generacji do podłożenia głosów. Przygotowano indywidualne cut-scenki i odzywki dla każdego bohatera. Stworzono powermetalowy (chociaż oczywiście przechodzący między gatunkami) OST, który zagrzewa stal w sercu gracza. Zaoferowano logi z lore świata Transformersów… po prostu godnie oddano robotom co im należne; jest to miłe, biorąc pod uwagę kinowe ekranizacje (i ich adaptacje do grania).
2015-10-18_00011
Gra wygląda fantastycznie i jest zawsze płynna, zarówno na starszych konsolach, obecnych konsolach, a nawet moim leciwym już PC. 60 klatek, piękny cell-shading, dźwięk przestrzenny i dobrze zbudowany interfejs, to coś, co trzeba zawsze chwalić. Po naprawdę dobrych dwóch grach o autobotach z tamtej generacji (dylogia Cyberstron) teraz nadeszło arcydzieło. Wierzę w Platinum Games.

Pomimo Wiedźmina 3, Bloodborne, czy MGSV to raczej będzie moja gra roku.

Opinia Pity: Uproszczona Bayonetta z elementami Vanquisha, w uniwersum Generacji 1? TAK! To fantastyczna gra akcji i prawdziwy pokaz jak robić gry na licencji. Jeżeli kochacie dobre gry i tęsknicie do czasów automatów – nie ma wielu lepszych produkcji na rynku. Może wygląda to jak spisek fanbojów, ale jeszcze nigdy nie zawiodłem się tytułem od platynowych. In Platinum Games We Trust.

Kategorie
Gry komputerowe Humor

30 typów graczy w Hearthstone’a

Każdy kto rozegrał w Hearthstone’a trochę więcej partii, na pewno spotkał się z różnymi typami przeciwników, którzy irytują, bawią lub budzą uśmiechy politowania. Każdy z nas ma także pewne przyzwyczajenia, z których nie zawsze musi zdawać sobie sprawę. Oto praktyczny przewodnik po menażerii graczy w kultową karciankę od Blizzarda.

doom1. Prorok zagłady – kiedy porażka jest nieunikniona, przedłuża grę, licząc na rozłączenie wygrywającego przeciwnika.


wkurzo2. Wkurzotron – za pomocą emotek komentuje każde zagranie.


bgh3. Łowca grubego zwierza – mimo oczywistego końca, nie wykańcza rywala, oddaje turę i czeka na poddanie.


adv4. Poszukiwacz przygód – ten sam co wyżej, ale on ginie w oddanej turze.


asssa5. Cierpliwy skrytobójca – każdą turę wyczekuje do końca, a swoje ruchy rozpoczyna dopiero gdy lont odmierzający upływ czasu zaczyna się palić.


akol6. Akolita bólu – przeprasza przeciwnika za każdą zagraną kartę.


many7. Upiór many – mimo że nie ma na ręku kart za 1 many i monety, całą pierwszą rundę zastanawia się, co zagrać.


demol8. Burzyciel – demoluje planszę do gry z takim zapałem, że nie zauważa, iż jego tura już się rozpoczęła.


korsarz9. Straszliwy korsarz – co rundę używa emotki z groźbą, żeby zdeprymować przeciwnika.


mct10. Technik kontroli umysłu – w swojej turze rozpoczyna zagrywanie karty, po czym jednak jej nie zagrywa i wyrzuca inną. W turze przeciwnika klika w moc bohatera i karty na stole, zaklinając wygodne dla siebie zagrania.


viola11. Nauczycielka Purpurowych – w grach z typami z listy powyżej zaczyna stosować taką samą taktykę, aby pokazać przeciwnikowi, jaki jest irytujący.


web12. Tkacz sieci – gra bardzo pasywnie, wyczekując na turę z większą ilością many, po czym wyrzuca wszystko co ma na ręku i wygrywa grę.


shade13. Cień z Naxxramas – próbuje trafić na najbardziej znanych streamerów i gra przeciwko nim, podglądając na Twitchu.


walker14. Wędrowiec Pustki – kiedy nie ma już kart na ręku, co rundę dociąga to, czego najbardziej potrzebuje.


boss15. Szef chochlików – każdego rywala zaprasza do znajomych.


obser16. Prastary obserwator – rzadko gra, ale lubi podglądać jak grają jego znajomi.


unstab17. Niestabilny ghul – rzuca losowe karty, które pojawią mu się na ręku, po czym poddaje mecz, mimo że wciąż ma 30 punktów życia.


madder18. Obłakąny bombiarz – kiedy zwycięstwo ma na stole, wykonuje losowe zagrania, aby pod koniec swojej tury wyciągnąć z ręki kartę, która definitywnie kończy mecz.


sniper19. Snajper Parochlebców – słabszych rywali dodaje do znajomych, a potem czeka, aż zaczną oni wyszukiwać przeciwnika i robi to samo, próbując znowu na nich trafić.


konował20. Turniejowy konował – gra kapłanem, a w talii ma Medibota i Widzącego z Kręgu Ziemi.


under21. Grabarz – pyłuje wszystkie nowe karty, aby stworzyć jedną talię.


loot22. Zbieracz łupów – jego talia w większości składa się z kart legendarnych.


kodo23. Pędzący kodo – zawsze uderza na twarz, zwykle gra Face Hunterem.


rmo24. Ranny mistrz ostrzy – desperacko broni się do ostatniego punktu życia, po czym i tak wygrywa rozgrywkę.


tycia25. Tycia przywoływaczka – w drugiej rundzie zagrywa kartę za 7 many.


tragarz26. Tragarz oręża – w jego talii połowa kart to bronie.


saper27. Gobliński saper – wszystkie losowe efekty kart zawsze okazują się dla niego korzystne.


dummy28. Atrapa – poddaje się zaraz po tym, jak zobaczy jaką klasą gra przeciwnik.


wieszcz29. Wieszcz z Thrallmaru – znany również jako BlackFireIce.


argent30. Protektor Argentu – 75% jego talii, to karty z prowokacją.


To prawdopodobnie tylko niektóre typy graczy pojawiających się w Hearthstone’ie, ponadto zdarzają się także kombinacje powyższych archetypów. Z czasem spędzonym w grze i wraz z kolejnymi dodatkami z pewnością pojawią się kolejne.

A Ty? Którym typem jesteś?

Kategorie
Gry komputerowe

Disgaea D2 – recenzja gry

2305754-disgaea

Disgaea od zawsze bawiła się konwencją, ale niestety w swojej zabawie – i w swojej ilości wersji, sequeli, konwersji – zagubiła się rynkowo. Gracze byli oczarowani pierwszą odsłoną. Oczarowani jej zwariowanym systemem, tak bardzo odmiennym od poprzednich dzieł gatunku taktycznego RPG, oczarowani jej klimatem, tak bardzo odmiennym od smutnych opowieści z tego gatunku zalewających pierwsze PlayStation, oczarowani wreszcie radosną oprawą.

Znudzili się przy sequelach, których czasami nie rozumieli, a które czasami były po prostu zbyt do siebie podobne. I dodatkowo były innymi historiami, i jakoś utrwaliło się, że gorszymi. Ale pierwsza odsłona Disgaei pozostała kultowa w świadomości mas. NISA, producent, wpadł wreszcie na genialny pomysł – stworzenia bezpośredniego sequela do pierwszej odsłony, z tymi samymi bohaterami. I tym dokładnie jest Disgaea D2.

Te same potwory, ten sam system, te same problemy, ci sami bohaterowie – zagrano na nostalgii w każdy możliwy sposób, wywalając sporo mechanik i zmian z części czwartej, którą uważam za grę lepszą, ładniejszą, ciekawszą. Nie zmienia to faktu, że D2 to dobra odsłona – zabawna, campowa, durnowata, bardzo growa – która jest dokładnie tym, czym chce być. Wirtualnym placem chorych zabaw w turach.

2238252-687861_20130913_002Jeżeli nie słyszeliście o poprzednikach, to są to bardzo skomplikowane taktyczne RPG w turach, gdzie rządzi system polegający na podziale na klasy, rzucaniu w siebie innymi postaciami, pokonywaniu ogromnych przeszkód terenowych i levelowaniu wszystkiego we wszystko (na wszystkim i przez wszystkich!). Paradoksalnie – pomimo, że można levelować przedmioty, postaci, klasy, nawet w pewien sposób walutę – to jest to jeden z rzadkich przypadków, gdzie nie zepsuto game designu przez grind. Zasady są klarowne, główny wątek zbalansowany, a levelowanie wszystkiego i zabawa w nieskończoność stworzone są… no właśnie dla ludzi, którzy chcą się bawić w nieskończoność.

I na tym głównie polega Disgaea – o ile seria stara się być parodią gatunku, stara się być zabawna i stara się pokazać stary, dobry koncept, że ci źli i demoniczni nie są wcale gorsi od tych pięknych, anielskich, to przede wszystkim jest bardzo dobrą, bardzo wciągającą i bardzo rozbudowaną grą wideo.

Disgaea-D2-Screenshot-01Walki w turach zawsze mi się podobały. Zawsze kochałem taktyczne RPG-i właśnie za ich warstwę taktyczną i w dobie, gdy artyści tacy jak Yasumi Matsuno muszą korzystać z Kickstartera, miło jest widzieć firmę, która wciąż rozwija swoje serie taktyczne po swojemu, nie żebrząc o łaskę Zachodu.

Bo klimat tej serii można lubić lub nie – mnie generalnie potrafi przemęczyć w dłuższych dawkach, ale nie dla klimatu w nią gram. System jest solą, chlebem, mlekiem oraz miodem tej gry – to nim się bawimy. To z niego się radujemy. To on przewyższa swoją jakością co najmniej wątpliwy dla naszego kręgu kulturowego projekt postaci i humor. W grach RPG zawsze ważniejszy jest system niż oprawa – ważniejsza jest fabuła niż grafika – ważniejsza jest muzyka i opisy niż realistyczna fizyka. I D2 wie, gdzie ma swoje priorytety.

uLTaQf1Disgaea D2 jest w pewien sposób sporym krokiem w tył dla serii – ale tak naprawdę zapowiedziano, że od teraz będą dwie serie. Poza tym jest krokiem do łatwiejszych, bardziej przyswajalnych reguł, prostszej historii i oprawy (trochę zbyt festyniarskiej, niestety), krokiem, który powinno uczynić więcej serii, które nie rozumieją pewnej zasady.

Że perfekcja to moment, gdy nie można nic odebrać, a nie nic dodać.

Tytuł: Disgaea D2
Producent: Nippon Ichi Software
Wydawca: NIS America
Rok: 2013
Platformy: PS3
Ocena: 4
Kategorie
Gry komputerowe

Kero Blaster – recenzja gry komputerowej

maxresdefault

Najnowsza gra Daisuke Pixela Amaya, znanego przede wszystkim z doskonałego Cave Story, przez złośliwych nazywana jest jej ubogą wersją. Powód prozaiczny – Kero Blaster to dosyć klasyczna platformówka z jasnym podziałem na etapy i w żadnym przypadku nie jest tak rozbudowana jak pierwsza produkcja Japończyka. Natomiast w moim przekonaniu jest jeszcze lepsza!

Kero Blaster opowiada uroczą historykę o żabie walczącej ze złymi myślami – myślami, które zakłócają przyrządy do teleportacji, uniemożliwiając godną łączność w świecie gry, a tym samym utrudniając żywot mieszkańców co najmniej całego świata. I chociaż fabuła gra tutaj niewielką rolę, to samo przesłanie – nie dać się złym myślom – jest bardzo, ale to bardzo ważne dla wydźwięku całej produkcji. Pixel zrobił bowiem rzecz niebywałą – na zatłoczonym rynku platformówek wydał grę, która jest genialna w swej prostocie. Wystylizowana na retro oprawa oraz rozgrywka, łącząca koncept Contry oraz Mario, oddaje hołd starym tytułom, ale jest przy tym relatywnie wybaczająca, dopracowana, nie za długa, lecz satysfakcjonująca.

kero2Kero Blaster rusza się tak jak trzeba, ma odpowiednią długość oraz balans. Każda z dostępnych broni posiada inne właściwości, przydatne wobec innych wrogów, a zdobywany z czasem jetpack, pozwalający na klasyczny w platformówkach podwójny skok, świetnie urozmaica grę. Muzyka oraz level design są doskonałe, bossowie są wymagający, a poziom trudności odpowiedni i mający małe co nieco dla hardcorowców w postaci ciekawego New game + oraz samego projektu gry, który nadaje się idealnie do powtarzania, przechodzenia na jednym życiu lub z podstawową bronią.

Kero Blaster dobrze miesza stare oraz nowe podejście do tworzenia gier. Mamy tutaj licznik żyć, ale raz pokonany pomniejszy boss nie przeszkadza nam już w danej rozgrywce. Mamy malutkie zagadki, poprawiające tempo gry. Mamy tutaj wiele precyzyjnego strzelania, lecz gdy sobie nie radzimy, możemy po prostu nazbierać sporo monet i polepszyć arsenał naszej żaby.

kero3Bo wiecie, ta żaba się broni, zdobywa nowe sztuki uzbrojenia i może kupować życia, powiększenia energii i ulepszenia giwer w sklepie. Może, ale nie musi. Zgodnie z zasadami dobrze skonstruowanej gry arcade’owej, Kero Blastera można skończyć na jednym żetonie i z podstawową bronią. I chociaż nie ma za to osiągnięć, to przygoda tej żaby daje coś ważniejszego – prawdziwą frajdę.

Diabeł tkwi w szczegółach. W balansie. W dopracowaniu takich małych rzeczy jak długość skoku, szybkość strzału, umiejętności wrogów. I w zalewie platformówek na rynku PC twórca Kero Blastera nie poddał się złym myślom – pokazał, że jest możliwość stworzenia klasycznej gry tego gatunku, która będzie czystym złotem. Pytaniem pozostaje, czy na taką produkcję jest jeszcze miejsce?

kero4Mam nadzieję że tak, bo sam bawiłem się przy niej przednio. Poza tym nie przypuszczałem, że w dobie Dark Souls 2, Watch Dogs, czy Drakengard 3 to właśnie Kero Blaster okaże się dla mnie najlepszym tytułem tego półrocza.

Tytuł: Kero Blaster
Producent: Studio Pixel
Wydawca: Studio Pixel
Rok: 2014
Platformy: PC
Ocena: 5+
Kategorie
Gry komputerowe

Volgarr the Viking – recenzja gry

voll

Volgarr the Viking to inspirowany Rastanem (którego z kolei inspirował Conan) platformer akcji przeznaczony na PC. Został on sfinansowany z pomocą kampanii na Kickstarterze. Jest to gra wybitnie brutalna, momentami denerwująca, bardzo satysfakcjonująca i dobrze przemyślana.

Fabuła jest nieważna. W skrócie: nasz wiking chodzący po barbarzyńskich krainach pełnych świństw wszelakich stara się zabić złego smoka. Ginie przy tym często, ale towarzyszy mu moc Odyna. Koniec.

Najważniejszą cechą Volgarra są bardzo dobrze przemyślane poszczególne umiejętności. Nasz wojownik ma skok z ciosem, podwójny skok z odbiciem z powietrza, uderzenie mieczem, blok tarczą, włócznię i kilka innych bajerów, z których każdy ma wiele zastosowań – ofensywnych, defensywnych czy platformowych.

vol2Chociaż Volgarr wiąże się przede wszystkim z masą akcji i sieczką, to niejednokrotnie uratuje nas staranne planowanie swoich ruchów, bo to diabelnie trudna gra. Punkty kontrolne rozmieszczone są rzadko, zapis gry występuje tylko pomiędzy etapami, dodatkowe poziomy, prowadzące do lepszego zakończenia, pozwalają tylko na limitowaną liczbę prób, zaś bossowie są bezlitośni.

vol3Na szczęście sterowanie jest perfekcyjne. Wrogowie to mieszanka znanych motywów, ale jest ich tylu, są na tyle dobrze przemyślani i sprawni, że zginiemy setki razy. Pierwszy etap szybko pokazuje, że to nie jest gra dla wszystkich. Ma to swoje ogromne plusy, bo to prawdziwe NES hard, ale zgadzam się z Pitą, że wzorem dla takich gier powinien być Mega Man 10 ze swoim easy mode z jednej strony i setkami trudnych wyzwań z drugiej.

Przypuszczam, że Volgarr nie miał budżetu na takie rozwiązanie lub… autorzy nie chcieli szerszego grona odbiorców. Produkcja wygląda zatem jak poprawna gra z konsol 16-bitowych, brzmi natomiast jak porządna gra następnej generacji. Muzyka ma moc i trzyma klimat. Inspirowana była, jakżeby inaczej, przez ścieżkę dźwiękową do ekranizacji Conana.

vol4Od czasów La Mulany nie było tak dobrego platformera akcji na pececie. Jednak tutaj zamiast otwartego świata, mamy ściśle wyznaczone poziomy, co bardzo przypomina stare Castlevanie. Chociaż Volgarr nie robi nic, czego nie byłoby wcześniej, to w moim przekonaniu jest bardzo udanym projektem z Kickstartera. Jest trudny, dopracowany i wciągający. Niczego więcej nie trzeba.

W tę produkcję łatwo się wciągnąć, ponieważ większość gry jest świetnie zaprojektowana. Znajdziemy w niej wiele niespodzianek, skakania, walki, sekretów, a także skupimy się na zdobywaniu lepszego pancerza (bohater traci go pod wpływem ciosów – jak postać z Ghost & Goblins). Twórcy przygotowali aż trzy zakończenia, a powracanie do raz ukończonych etapów nie nuży.

vog5Chociaż czasami Volgarr jest niesprawiedliwy, to jednak mimo wszystko gra bardzo satysfakcjonuje. Obok Dragon’s Crown to dla mnie materiał na tytuł tego roku. Obok Shinobi III jest to najlepszy platformer akcji na PC. Z całego serca polecam fanom trudnych gier.

Tytuł: Volgarr the Viking
Producent: Crazy Viking Studios
Wydawca: Adult Swim Games
Rok: 2013
Platformy: PC
Ocena: 5
Kategorie
Gry komputerowe

Code of Princess – recenzja gry komputerowej

CTR_TITLE_SHEET_(05-02-12)_CTR-62-0080-001B

Code of Princess to twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony przesłodzona, głupiutka, japońska do bólu gra, z drugiej autoironiczne podejście do gatunku jRPG. A na dodatek to nie jRPG tylko… chodzona bijatyka!

Tytuł to w zasadzie chodzona bijatyka na arenach – zamiast długich misji raczej bawimy się tutaj w pokonywanie wrogów na danej arenie. Przypomina to zasadę znaną choćby z Painkillera, czyli: załatw wrogów, żeby przejść kawałek dalej. Reszta zabawy to teoretycznie standard gatunku – kilka ciosów, special, różne typy postaci. CoP jednak stawia na bardzo, bardzo skomplikowany, ale prosty do przyswojenia system ekwipunku. Zależnie od tego, co sobie pozdobywamy i w co się ubierzemy, nasze ciosy nabiorą innych właściwości, a statystyki podskoczą. Levelowanie, zbieranie i walka na arenie – to podstawowe atrakcje tej gry.

code-of-princess-e1352225443477CoP zatem nie pozwala nam na specjalnie długie misje, ale nagradza nas ich ilością. Na takim rozwiązaniu zyskuje dynamika gry, to także sensowny pomysł dla produkcji na platformy przenośne, ale cierpią na nim w zasadzie nieistniejące projekty poziomów. Ot, po prostu przemy przed siebie i lejemy się. Chociaż wydawałoby się to normalne w tym gatunku, wystarczy sobie powspominać choćby Golden Axe, żeby zrozumieć, że ten koncept przecież da się urozmaicać.

Nie do końca odpowiadał mi design gry z roznegliżowaną bohaterką, toną kolorów i humorystyczną otoczką. Nie ma tutaj przesadnego grania na ciele, niemniej oprawa jest mocno nijaka. Ładna, ale bez pazura, ciekawa, jednak nie zapadająca w pamięć. Zawiedli trochę artyści, chociaż i tak jest lepiej niż w przeciętnym odpowiedniku z zachodu.

Pomimo tego rozgrywka jest naprawdę wyśmienita. Gra wygląda i brzmi ładnie, jest dynamiczna, szybka oraz zbalansowana, dzięki dziesiątkom misji rozgrywka sprawia przyjemność, a sama historyjka całkiem angażuje. Powiem tak – uważam, że od pewnego czasu chodzone bijatyki naprawdę wstają z martwych. Code of Princess plasuje się wysoko, bo bije produkcje takie jak Dead Pixels czy Sacred Citadel na głowę, ale nie dorasta do poziomu króla, którym wciąż pozostaje Dragon’s Crown. Czyli to nie ta sama liga, co najnowsza gra VanillaWare, ale wciąż produkcja warta grzechu. Szczególnie na 3DS-ie, gdzie praktycznie nie posiada żadnej konkurencji.

code_of_princess2-e1350932566880CoP to przede wszystkim produkcja na wiele godzin. Trochę przekombinowana, na pewno nie na poziomie legendarnego protoplasty w postaci Guardian Heroes, ale bardzo ładnie pasująca do 3DS-a. Fajna zabawka, dobry dowód na to, że da się zrobić chodzoną bijatykę skierowaną do samotników i ładnie zapoczątkować potencjalną serię. Spodziewałem się czegoś innego, ale mimo wszystko gra zaskoczyła mnie raczej pozytywnie. To niesamowicie nietypowa produkcja – bardziej arena brawler, niż klasyczna chodzona bijatyka, bardziej zabawa w różne buildy, niż gra na kilka chwil, jak to już z gatunkiem bywa. Lubię jednak eksperymenty, a ten jest bardzo udany, więc jeżeli pasuje Ci opisywana przeze mnie koncepcja, to gorąco polecam.

Tytuł: Code of Princess
Producent: Agatsuma Entertainment
Wydawca: Agatsuma Entertainment
Rok: 2012
Platformy: 3DS
Ocena: 4+
Kategorie
Gry komputerowe

Etrian Odyssey IV – recenzja gry komputerowej

EO4boxcomp

Etrian Odyssey IV to pod wieloma względami najłatwiejsza do zrecenzowania gra świata. Jeżeli nie przeszkadza Ci manga – to idealny dungeon crawler z systemem tur, bez względu na twój poziom zaawansowania w tym trudnym gatunku.

Seria Etrian Odyssey jest piękną odpowiedzią dla wszystkich tych, którym brakuje tytułów w stylu Wizardry, którzy tęsknią za dawnymi hitami i którzy jęczą na miałkość dzisiejszych gier cRPG. Problem jest jeden – to seria na konsole i mangowa, więc nagle wszyscy ci wielcy fanatycy i specjaliści od gatunku na nią psioczą. Nie wiedzą co tracą, ponieważ systemowo mamy tutaj do czynienia ze szlifowaną od lat formułą poruszania się różnorodnymi drużynami, urozmaiceniami rozgrywki i świetną zabawą w budowanie gildii.

eo0Etriany zawsze były dla mnie diabelsko trudne. To ten typ gier, do których warto mieć założony oddzielny zeszyt, w którym spisujemy notatki, ustawienia drużyny, rozwój postaci. Po prostu nie ma zmiłuj się – w Etriany grasz albo porządnie, albo będziesz siedział przy każdym lochu kilkakrotnie dłużej niż to wymagane. I nie jest to żadna wada.

Zdradzę jednak pewien sekret. Atlus z czwartą częścią postanowił jednak wyciągnąć pomocną dłoń do graczy, którzy nie mają tyle wolnego czasu lub samozaparcia. Casual mode jest po prostu łatwiejszy i przyjemniejszy, ale za wszystko trzeba płacić – wybór tego trybu pozbawia nas części możliwych do zdobycia osiągnięć. Uczciwa wymiana. Dzięki temu systemowi odnajdą się w grze zarówno zawodowi poszukiwacze przygód, jak i osoby używające konsolki, przede wszystkim w czasie dojazdów lub w poczekalniach wszelkiego rodzaju.

eo1Poza tym niewiele się zmieniło, ponieważ nadal mamy pięcioosobowe drużyny, świetną muzykę, kilkaset możliwych drużyn do stworzenia oraz bardzo skomplikowany i ciekawy rozwój postaci. Pływanie statkiem zastąpiło podróżowanie w powietrzu, gdzie czekają nas dodatkowe zadania, smoki i rozbudowa naszego podniebnego arsenału. Chociaż nie wygląda, jest to swojego rodzaju dodatkowa rozgrywka. O ile w podstawowej zabawie biegamy po lochach, tak tutaj z ograniczonym paliwem, eksplorujemy podniebny świat, co czasami sprowadza się do matematycznego kombinowania.

Lochy wciąż pozostały wielopoziomowymi, pełnymi pułapek, sekretów, NPC-ów i wrogów strukturami, które mimo braku losowego generowania i tak powodują zgrzytanie zębów. Autorom po raz kolejny udało się zbudować świetnie zaprojektowane etapy, które urozmaicają co rusz jakimiś dodatkowymi elementami mechaniki. Z drugiej strony, nigdy nie przesadzają – co czasami odczuwałem, ogrywając stworzone na silniku poprzedników Shin Megami Tensei: Strange Journey.

eo2Podstawą EO jest odpowiednie budowanie sobie różnych zestawów postaci – do losowych walk, do polowania na widocznych na mapach bossów (znani jako F.O.E., obrzydliwe kreatury), do zbierania kruszców i ziół. Przejście głównego wątku nawet na casual mode to kilkadziesiąt godzin, a jeżeli chodzi o zgłębienie całej gry to… cóż, ja wciąż gram w poprzednika wydanego lata temu i nie widziałem w nim jeszcze wszystkiego. System dodatkowych medali za specjalne osiągnięcia pogłębia i tak sporą żywotność tego tytułu.

Grafika i efekt 3D generowany przez 3DS-a są przeciętne. Z bólem serca przyjąłem zmiany sprite’ów na trójwymiarowe modele, design jest jak zwykle kolorowy i ładny (chociaż nie podoba mi się wygląd postaci w serii, daleko mu do japońskich odłamów Wizardry z PS2), muzyka świetna. Dużo tutaj miłości do klasyki gatunku. Mapki rysujemy sami na dolnym ekranie, klasy to wciąż archetypy, zadania pełne są odwołań do fantastyki… Świetna paczka.

eo3Etrian Odyssey IV to wspaniała zabawka. Nie stara się angażować fabułą, nie posiada niesamowicie oryginalnego uniwersum (chociaż…), zamiast tego będąc po prostu idealnym RPG-iem w konwencji dungeon crawlera, przystosowanym grania na przenośnym sprzęcie.

Pozostaje jedynie żałować, że nikt nie ryzykuje ze zmianą designu na bardziej zachodni w wydaniach na Europę i USA – może wtedy więcej osób przekonałoby się do tej serii? Chociaż może to i lepiej, że produkcja odsiewa na dzień dobry część graczy?

Tytuł: Etrian Odyssey IV
Producent: Atlus
Wydawca: Atlus
Rok: 2013
Platformy: 3DS
Ocena: 5
Kategorie
Gry komputerowe

The King of Fighters XIII SE – recenzja gry

King of Fighters XIII

The King of Fighters XIII zapewniło dwa wspaniałe finały na największym turnieju bijatyk EVO, pokazując klasę jaką ma ta niepozorna produkcja, pozostająca ciągle w cieniu Street Fightera. KoF to gra nie tylko szybsza, ale także lepiej zbalansowana i przemyślana – jednakże w chwili obecnej – najlepszy wybór dla fanów bijatyk 2D. Szczególnie w swojej komputerowej edycji.

Steamowa edycja jednej z najciekawszych bijatyk 2D ma jedną znaczącą przewagę nad edycjami konsolowymi – doskonałą rozgrywkę przez sieć. Jest również edycją najbardziej kompletną, ponieważ posiada w zestawie wszystkie elementy dokupowane na konsolach jako DLC. W sumie to prawie 40 postaci, kilkanaście rodzai tła, dwie ścieżki dźwiękowe, tryb story, walki przez sieć i tony bonusów. Wymarzona paczka.

k13aJednak to, co stawia tytuł nad innymi grami gatunku, to fakt, że w tak świetny sposób łączy ze sobą łatwo przyswajalne sterowanie z głębią zabawy. Przede wszystkim, mamy tylko cztery przyciski odpowiedzialne za ciosy, prosty system speciali i krótkie, ale ważne kombosy, co pozwala szybko wdrożyć się do gry. Uczymy się jej mocniej dzięki głębokim możliwościom gry psychologicznej, czy samej zasadzie, że pojedynki toczą po kolei 3 różne postaci z każdej z drużyn. Wisienką na torcie jest mechanika z silniejszymi wersjami ciosów oraz kilka typów skoków.
kingoffightersxiii31KOF zawsze stawiał na dynamikę, ale jako jedna z nielicznych serii bijatyk, można grać w niego zarówno defensywnie, jak i ofensywnie, a o samej klasie gry świadczy fakt, że nawet w rozgrywkach turniejowych o grube pieniądze używa się kilkunastu postaci, a nie zwyczajowo w gatunku 2-3 wystających ponad resztę.

Oddzielnym aspektem jest styl gry – piękna, nowoczesna, ładna, zaprojektowana ze zmysłem estetycznym, jaki rzadko widujemy w grach wideo. Gra wygląda bardzo dobrze, jest płynna, posiada kilka ustawień graficznych w wersji PC i bez problemu łapie każdego pada podłączanego do komputera. Gra w sieci jest płynna, istnieje lokalny multiplayer oraz ciekawe osiągnięcia (z ang. achivements). To prawdziwa uczta pixel-artów i chociaż muzyka jest słabsza niż zazwyczaj w serii, to również wybija się ponad przeciętność.

king-of-fighters-xiii-mai-screensTo gra na lata. Grałem w nią od czasów premiery na konsolach, obecnie gram na PC, będę w nią oraz kolejne odsłony, grał przez kolejne lata. Zaryzykuję stwierdzenie, że najlepsza bijatyka tej generacji dostała właśnie swoją najlepszą wersję.

Dodatkowa opinia Pity

Zawsze kochałem gry SNK za rozgrywkę oraz prezentowany przez nie styl. King of Fighters XIII to jedna z najlepszych bijatyk tej firmy i chociaż opinie o niej bywają podzielone, to dla mnie nie ma wielu lepszych gier gatunku. Piękna, dynamiczna, skomplikowana oraz dopracowana, właśnie dostała tanią i porządną wersję. Na peceta nie ma w chwili obecnej lepszej bijatyki. I raczej długo nie będzie.

Tytuł: The King of Fighters XIII
Producent: SNK
Wydawca: Atlus
Rok: 2013
Platformy: PC, X360, PS3
Ocena: 6
Kategorie
Gry komputerowe

Shin Megami Tensei: Devil Summoner: Soul Hackers – recenzja

SoulmockupLogoOnlySoul Hackers musiało mnie rozczarować. Nie było szansy na to, że tak się nie stanie. To owiana legendą produkcja, która oryginalnie pojawiła się lata temu na pierwsze PlayStation, nigdy nie wychodząc poza Japonię. Owoc zakazany wielu fanów multi-uniwersum Shin Megami Tensei, które latami mitologizowano, czasami nawet do poziomu najlepszej produkcji z serii. Wiedziałem, że to muszą być bujdy.

Ale zawsze czułem pociąg do tego tytułu, który wzrósł jeszcze bardziej w momencie, gdy seria zmieniła się z mrocznej mieszanki gatunkowej w popową, chociaż dalej świetną, serię tym razem przeznaczoną dla większej liczby odbiorców. Po prostu nowe Megateny nie były tytułami tak (nie boję się tego napisać) artystycznie dojrzałymi jak poprzednicy. I nagle Atlus zgotował wszystkim niespodziankę – rozszerzoną, zlokalizowaną konwersję Soul Hackers na 3DSa.

mh1Przede wszystkim w Soul Hackers nie brakuje zawartości. Tytuł jest oczywiście dungeon crawlerem FPP, z silnie zaznaczonym elementem planowania drużyny oraz losowymi walkami i jak zwykle pokazuje, że diabeł tkwi w szczegółach. Drużynę składamy z demonów łapanych w czasie naszych wojaży. Ważne są nie tylko ich poziomy, ale również ich przynależność czy żywioły, którymi dysponują, ale także ich lojalność, charaktery czy nawet fazy księżyca. Soul Hackers nie brakuje skomplikowania – to świetnie poprowadzona i trudna gra gatunku, w której powinni odnaleźć się wszyscy fani starych RPG-ów. Do tego wszystkiego ta edycja została wzbogacona o dodatkowe 30 demonów oraz pewne funkcje socjalne dla posiadaczy konsol, które niestety u nas nikomu się raczej nie przydadzą.

mh2Zawsze uważałem, że Atlus robi najlepsze lochy w gatunku i Soul Hackers tylko to potwierdza. Pomimo związanej z samą konwencją powtarzalności przestrzeni, w których gramy to, dzięki ciekawym zabiegom wizualnym, dodatkowym pułapkom i mądrze poprowadzonej strukturze, lochy generalnie nie nużą nas jak dajmy na to w Diablo 3 czy Personie 3. Znaleziono dobry balans pomiędzy walką, eksploracją oraz fabułą – nawet jeżeli tempo gry jest nierówne, to w ostatecznym rozrachunku produkt świetnie broni się jako całość.

Dla mnie najmocniejszą cechą tej produkcji nie jest ani sama rozgrywka, ani oprawa. Jest nią klimat. Połączenie cyberpunku i demonologii jest jeszcze ciekawszym motywem, niż świat Shadowruna – połączeniem rozpalającym umysł, pobudzającym wyobraźnię. Znajdujemy tutaj Gibsona, Dicka, mitologię judeochrześcijańską i zamiast byle jakiego miksu dostajemy bardzo interesującą historię o strachu przed tym, co nieznane i zderzeniu wiary z rozwojem ludzkości. Shin Megami Tensei we wczesnych latach swojej świetności uwielbiało motywy techno-noire, okultyzmu i cyberpunku, a Soul Hackers nie boi się podejmować tematów trudnych, nawet jeżeli momentami robi to banalnie.

mh3Projekty rodem ze złotych lat anime, wspaniała, niepokojąca muzyka, ciekawa, wielowymiarowa (chociaż prosta i niedopracowana…) historia tworzą po prostu zabójcze połączenie. W zasadzie połączenie, które mi przypomina dlaczego w ogóle w gry wideo warto grać. Mówiąc wprost – artystycznie ta gra zjada przeciętnego przedstawiciela gatunku cRPG na śniadanie. Co ciekawe, Soul Hackers posiada bardzo dużo voice actingu. Nie brakuje tutaj weteranów tej branży, chociaż niestety kilka głosów jest bolesnych dla uszu. Na szczęście główne postaci brzmią odpowiednio, a całości dopełnia świetna ścieżka dźwiękowa.

Gra ma jeszcze jedną wspaniałą cechę – system rozmów. Tutaj działa on bodajże najlepiej w całej serii i często zamiast walczyć z demonami możemy je przegadać. Zaciekawić, zastraszyć, uprosić, przekupić – rozmowy dotyczą nie tylko wydarzeń w grze, ale również kwestii wiary, etyki czy filozofii. Demony są różnorodne, posiadają własne, silne poglądy, a odpowiednio się z nimi dogadując, możemy nie tylko uniknąć walki, ale również zyskać pieniądze, przedmioty, lub nowych członków drużyny. Oczywiście nie jest to jeden z tych nielicznych RPG-ów, gdzie nie walczymy, jeżeli odpowiednio gramy – bo walczymy tutaj dużo – ale bycie wygadanym może nas naprawdę daleko zaprowadzić.

mh4W zasadzie z poważniejszych zarzutów mam jeden – Atlus średnio radzi sobie z dostosowywaniem konwersji swoich gier do handheldów. Czasami save’y są za daleko, czasami gry robią się dziwnie banalne. Chociaż nie mam porównania do oryginału, to gra na szczęście jest wymagająca i czasami niestety każe nam czekać na możliwość zapisu.

Chociaż Soul Hackers nie daje zapomnieć o tym, że jest grą wideo, nie wyznacza nowej jakości i nie jest najlepszym Megatenem, to wciąga i powoduje, że ma się w nosie te wszystkie duże, przereklamowane produkcje. Soul Hackers jest wybitna, mroczna, cyberpunkowa i po prostu grywalna.

Nie czułem się tak przy grze wideo od czasu Shin Megami Tensei III.

Tytuł: Shin Megami Tensei: Devil Summoner: Soul Hackers
Producent: Atlus
Wydawca: NIS America
Rok: 2013
Platformy: 3DS
Ocena: 5+