Kategorie
Filmy

Człowiek ze stali – recenzja filmu

czlow

Superman. Symbol. Największe wyzwanie w temacie superbohaterów. Można położyć Dardevila, co pozwoli Benowi Affleckowi zdobyć Oskara, ponieważ aktor ten posiada sporą dozę samokrytyki oraz potrafi pisać scenariusze i zauważył, że należy opuścić ten gatunek filmowy. Można zabić Green Latern w sposób uniemożliwiający stworzenie sequela oraz gwarantujący restart serii, nie szybciej niż po wymarciu pokolenia. Ryan Reynolds po tym filmie stwierdził, że niektórzy reżyserzy nie powinni dotykać naszego ulubionego gatunku. Można, posiłkując się nawet produkcjami tegorocznymi, nakręcić Oblivion. I kogo to obchodzi? Fanów. Superman nawet dla osób które mylą fantasy z science fiction jest niezawodnie rozpoznawalny. Jest najsłynniejszy i najstarszy. Przez te przymioty premiera Supermana przebija się do prasy o wiele łatwiej niż filmy z innymi superbohaterami. Można przywołać historię, zapełnić całą kolumnę, a po dorzuceniu kilku ciekawostek, robi się z tego pokaźny artykuł. Superman jest także bohaterem przeklętym w świecie filmowym. Jego kanoniczny wykonawca skończył na wózku inwalidzkim, a przedostatni film był tak kiepski, że został zdecydowanie zapomniany.

Na Człowieka ze stali wybrałem się po przeczytaniu kilku recenzji. Zrobiłem to z premedytacją. Chciałem poznać zdania kilku moich ulubionych recenzentów. Przeważała krytyka, a w jednym przypadku miałkość, spowodowana, jak sądzę, absencją recenzenta na pokazie prasowym. W zestawieniu z opiniami kolegów, którzy z reguły ograniczają się do recenzji jednowyrazowej, a w większości były to wyrazy – w tym przypadku – niecenzuralne, szedłem na film za karę. Z obowiązku. Bez cienia nadziei…

Suche fakty. Ten obraz jest bez wątpienia początkiem serii. Pół filmu jest po to, żeby widz wiedział, kto kogo okłada po twarzy i za co. Geneza pojawienia się bohatera na farmie Kentów należy do kanonu i nie została tu zmieniona. Krypton się rozpada, generał Zod zostaje uwięziony, a idealna farmerska rodzina przyjmuje dar z gwiazd. Następuje kształtowanie przekazu. Superman jest współcześnie bohaterem bardzo trudnym do pokazania. W erze obdzierania herosów z masek i epatowania ich wnętrzem jak w Batmanie Nolana czy mniej udane, ale jednak kluczowe dla scenariusza niesnaski Avengersów lub fałszywa próba podróży do wnętrza siebie w Iron Manie 3, Superman ma najmniej do odkrycia. To nie jest bohater, którym targają wątpliwości, a jeżeli nawet, to oscylują one, co najwyżej w kręgu rozterek czy najpierw łapać Lois, czy ten autobus, co spada obok niej i jest pełen dzieci? Superman nie zadaje sobie pytania czy?, on wie, że musi. Obawiałem się tego wątku od momentu, gdy film zaczął firmować Nolan. O ile Batman siedzący w domu i mający wszystko gdzieś mnie przekonuje, to Superman, siedzący na Kilimandżaro i rozmyślający czy jednak warto dla tych maluczkich poświęcać czas, a nie przejąć nad nimi władzę, już budził mój wewnętrzny niepokój.

sup2Superman nie jest antybohaterem, który zostaje bohaterem. Superman jest kryształowy. Dysponuje mocą zdolną przejąć władzę nad światem, ale on nawet tego nie rozważa. Chce służyć i pomagać. Stąd pierwsza część filmu ocieka infantylizmem. W dobie ery bohaterów pokroju Hellboya, Spawna lub płonącego Nicolasa Cage’a, Superman jest prawdziwym antykiem. Rozterki bohatera rozwiewa jego ziemski ojciec; Kevin Costner ma fatalną rolę do odegrania. Przekazuje prawdy uniwersalne Supermanowi. To nie może skończyć się dobrze. Ociera się o śmieszność. Sam jednak jestem ojcem i od 3 lat patrzę na jego rolę inaczej. Zastanówmy się, czego miałby uczyć Jonathan Kent swojego przybranego syna. Boksu? Judo? Przy nocnym stoliku zostawiał by mu Nietzschego? Nie. Przybrany ojciec uczy go jak być dobrym człowiekiem. Uczy opanowania. Wewnętrznego spokoju. Sami Kentowie, zarówno w filmie jak i w komiksie, to ludzie idealni. Archetyp człowieka południa. Tradycja, praca i siła. Cechy nabyte od osadników i kultywowane.

Młody Superman nie jest człowiekiem, ale ma te same problemy, co zwykli nastolatkowe. Jego są jednak większe, bo może je rozwiązać momentalnie za pomocą przemocy, a jednocześnie nie może tego zrobić, żeby pozostać w społeczeństwie. Państwo Kentowie, wychowując bohatera, nie mieli do wyboru innej drogi, gdyż mogą zostać postawieni w roli rodziców tyrana; pojawia się więc pytanie, w jaki sposób postąpiłaby matka tyrana, gdyby wiedziała, co wyrośnie z jej syna? Nikt nie jest bliżej tego zagrożenia niż oni. Niepohamowane dobro, prezentowane przez archetyp Kentów, jest tak naprawdę jedyną drogą wychowawczą młodzieńca, którego nie da się przełożyć przez kolano i zdyscyplinować pasem, bo może nam przez przypadek wyrwać rękę. Jedna rozmowa prowadzona między małżonkami w oddaleniu od Clarka mogłaby uratować ich postawę i uwolnić nas od ogromnego ciężaru patosu, ale niestety, reżyser się na to nie zdecydował. Nawet najbardziej zajadła obrona predestynacji, do przekazywania szeroko pojętego dobra dla Supermana, nie przesłoni tego, że sceny te ogląda się ciężko, a jedna zdecydowanie przejdzie do historii kina z adnotacją: zupełnie nie tak i dopisuje do szerokiego spektrum wpadek Kevina Costnera, chociaż uważam, że w tym przypadku został wrobiony przez scenarzystę.

sup4Wprowadzenie obejmuje jeszcze parę kluczowych scen związanych z hartowaniem ducha i snuciem historii. Na szczęście, gdy już zaczynają błyskać światełka telefonów, czyli widzowie sprawdzają godzinę, następuje jasny przekaz. You are not alone! Zdanie to od czasów Archiwum X ma swój jasny wydźwięk. Jeszcze jeden krótki dylemat naszego herosa, o czym wspominam ze względu na rozgrywanie się go w kościele i nadchodzi coś, na co czekamy. Pojedynek. Seria pojedynków. Eskalacja przemocy jakiej kino science fiction dawno nie widziało. Po nalocie armii w finale Avengersów nie zwróciłem w ogóle uwagi na aspekt ofiar wśród cywilów. Co prawda parę razy ktoś zahaczył o wieżowiec, ale poza tym to wszyscy wstali rano i poszli po pączki, co sam Marvel zademonstrował w scenie po napisach. W Człowieku ze stali ofiary były na pewno. I nie były ich setki. Skala zniszczenia w odniesieniu do 11 września pozwala sądzić, że były to dziesiątki tysięcy, zresztą jest to nieprzypadkowe. Da się tu wyczuć fakt, że jeżeli amerykanie burzą budynek to widzą WTC. Do tej pory nie widziałem żeby w filmie wieżowiec burzył się tak, jak to było po zamachach. O ile np. w Transformerach 3 mieliśmy do czynienia z zupełnym absurdem i zrobieniem zjeżdżalni z połowicznie złamanego wieżowca to tutaj także budynki burzą się inaczej, ale efekt kurzu na ludziach pogłębia wrażenie realizmu. Realizm to jedno z kluczowych haseł filmu. Rozumiem, że część z czytelników właśnie sprawdziła czy nadal czytają recenzję filmu o Supermanie. Reżyser postawił na naturalistyczne odzwierciedlenie świata. Widać to po łuszczącej się farbie na drzwiach domu Kentów. Kto pamięta jeszcze drewniane okna z lat 80 w swoim domu, ten wie, że tak to w rzeczywistości wyglądało. Ważne są detale. Kevin Costner po pracy jest spocony i brudny. Szyby w samochodzie Kentów są pokryte plamami po rozbitych owadach. Zbliżenia na zbroję generała Zoda pokazują detale rękawicy. Po twarzach żołnierzy cieknie pot. Ludzie się brudzą. Niby niewiele, ale jednak zbliża nas to do filmu. Ktoś, kto się spóźnił na autobus przynajmniej raz w życiu i wykonał 200 metrowy sprint równo z nim wie, że po tym jak wsiądzie, zaleje go pot. W tym filmie ludzie się męczą, mają ograniczenia które zostały pokazane za pomocą kilku zbliżeń. Nikomu nie trzeba tłumaczyć różnicy pomiędzy Supermanem a resztą, wystarczyło ją pokazać. A skoro mówimy o aspekcie wizualnym filmu, to zaryzykowano dużo. Kamera nie prowadzi nas po sznurku. Nie kierunkuje, oprócz kilku kadrów traktowanych jako ukłon dla klasycznego Supermana, na to, co najważniejsze. Wychwytuje szczegół, gest, grymas, część postaci. W przypadku walk z pierwszej połowy filmu wygląda to fatalnie. Oko nie zdąży się jeszcze przyzwyczaić do 3D, a już mamy środek bitwy jak na początku Zemsty Sithów. Obraz jest rozmazany i de facto nic nie widać. Te same kadry w odniesieniu jednak do farmy Kentów, czy łapania autostopu przez Supermana, jednak się sprawdzają. Nadają intymność miejscu i charakteryzują je. Spacerując po wsi, nie widzimy jej całościowo, ważne są elementy. Na dzieciństwo też składają się fragmenty i w tym przypadku tak nam przedstawia się okolicę, w której wychował się Superman. Stara zniszczona zabawka, czy wyschnięty na oknie motyl, to obrazy które mogą się wielu z nas kojarzyć z dzieciństwem, a dzieciństwo, w większości przypadków, kojarzy się ze spokojem i brakiem trosk. Montaż kosmicznych scen jest za to kalką z Battlestar Galactica. Skupienie kamery na planie ogólnym i mimowolne zauważanie ważnych elementów, typu dwa mniejsze statki kosmiczne i śledzenie ich losów jest fanom tego serialu bardzo dobrze znane. Po przyzwyczajeniu się do odbioru obrazu walki z drugiej części filmu, wyglądają już znacznie lepiej.

sup6Man of Steel jest filmem kompromisów. Z jednej strony położono akcent na dzieciństwo Clarka, a z drugiej nastąpiło znaczne spłycenie wątku romansu z Lois Lane. Przyjąłem to od znajomego jako jeden z głównych zarzutów. Faktycznie, poszukiwanie logiki w działaniach Supermana i dziennikarki, z góry skazane jest na porażkę. Można jedynie przyjąć, że producentom nie zależało na czterogodzinnym filmie i dlatego zdecydowali się potraktować ten wątek jako mrugnięcie oka do widzów z podtekstem przecież wiecie, że i tak by się zakochali, więc po co to pokazywać? Ja się godzę na taki kompromis, ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób może mieć zdanie odrębne.

W jednej z gazet spotkałem się z opinią, że ten film jest gloryfikacją Supermana jako boga. Samo umieszczenie zdania będzie dla nich bogiem w trailerze, gdzie Russel Crowe bierze grube miliony za jego wygłoszenie i zapewne musiał się mocno zmotywować, żeby zachować powagę, wzbudziło podejrzenia w elektoracie pewnej partii. Wątek boskości według mnie nie jest zupełnie epatowany. Może był taki plan, może dlatego to zdanie w początkowej wersji pojawia się na początku, ale samo rozwiewanie wątpliwości w kościele obala tę tezę. Superman nie stanie i nie powie jak Khan w Star Treku (notabene bardzo udanym): jestem lepszy od wszystkich. To nie jest istotne. On chce się zasymilować, o czym świadczą ostatnie sceny.

sup5Jeszcze o tych złych, czyli generale Zodzie i spółce. Tradycją jest, że w ostatnich dekadach łatwiej zagrać dobrego niż złego. Russell Crowe widać, że się meczy w roli ojca-mentora. Nie ma czego grać. Przejętych min i frazesów wystarcza mu na 2 minuty. Polecam zobaczyć go w roli czarnego charakteru w 3:10 do Yumy, gdzie partneruje mu sam Batman, a jego rola jest smakowicie dwuznaczna, gra subtelna i przekonywająca. Wpisując się pasmo udanych czarnych charakterów, Michael Shannon dobrze gra swoją rolę, ale prawdziwą furorę jak dla mnie zrobiły stroje przybyszów. Są przerażające i fascynujące. Bardzo podobała mi się rola Antje Traue jako ukłon dla Sary Douglas z Supermana II, chociaż uważam pierwowzór za niedościgniony, a jej role w Gryfie z krainy ciemności czy Strippers vs Werewolves, mimo że przez mnie nie oglądane, napawają mnie smutkiem. Dla tych, co nie pamiętają, pani ta grała także w Conanie Niszczycielu. Także sposób uwięzienia Zoda był znacznie lepszy w Supermanie II. Do tej pory pamiętam, jak w osobliwości płynęli przez przestrzeń. Czasem nie trzeba wydawać grubych milionów na scenę, wystarczy dobry pomysł.

Film nie jest kamieniem milowym w historii kina, jednak jest warty obejrzenia. Nie jest konsekwentny, ale jednak się broni. Sceny pojedynków przeprowadzone są wspaniale. Czuć, że nie bije się dwoje ludzi. Infantylizm kapie z niektórych scen, a czasami płynie szerokim strumieniem, ale na szczęście, druga część filmu nam to rekompensuje. Logika nie istnieje, ale jak wielokrotnie w sporach podnoszę, filmy o superbohaterach nie muszą kierować się logiką. Jak dla mnie mogą nawet mieć w tym zakresie przeciągi w scenariuszu. To nie są filmy kształtujące rzeczywistość lub ją opisujące, i nie po to są kręcone. Niektórych pytań nie wypada zadawać wprost, jak np. czemu Iron Man nie zbudował sześćdziesięciu tysięcy klonów, by zlikwidować przestępczość, bo każdy pilnował by jednej ulicy? W tym przypadku także można zadać dziesiątki pytań, ale to nie ma sensu. Zgodnie z zapowiedziami to początek serii. Są bardzo miłe smaczki w szczegółach, a więc da się zauważyć, że Lex Luthor poniósł straty w czasie problemów z przybyszami i pewnie dlatego da się we znaki bohaterowi w drugiej części. Nikt nie mówi, że Smallville to rodzinne miasto Supermana, tylko trzeba sobie to przeczytać, a sam złapałem się na tym, że miasto w filmie to nie Nowy Jork, ale Metropolis. Zresztą w Dark Knight Rises miałem taką samą sytuację z Gotham City.

sup7Najważniejsze pytanie to: czy warto? Zdecydowanie tak. Nawet jeżeli ta forma się w waszym przypadku nie sprawdzi, jest przynajmniej pole do polemiki. I na koniec słowo o samym Supermanie czyli Henrym Cavillu. Może być zastanawiające, dlaczego dopiero teraz o nim wspominam… On jednak w tym filmie nie przeszkadza. To jest chyba najtrafniejsze stwierdzenie. Pięknie wygląda w obcisłych ciuszkach i nie wysila się na odegranie roli na miarę Hamleta. Gra kiedy trzeba, a więc gdy nie jest w stroju. Gdy jest Supermanem staje się posagowym obrazem i to mimo wszystko nie przeszkadza. Wspomniane ukłony dla klasyki to m.in. lądowanie z Lois Lane.

Z niecierpliwością czekam na drugą część. Nie będzie już obciążeń związanych z wstępem do historii i tłumaczeniem wszystkiego poprzez retrospekcje. Nie będzie wymówek. Jedna z osób, z którą rozmawiałem o tym filmie stwierdziła, że bardzo jej się nie podobał, ale na drugą część pójdzie z całą pewnością, bo może być tylko lepsza. Zauważam, że sporo negatywnych odniesień mają fani serialu Smallville, gdzie życie Clarka było przedstawione w najdrobniejszych szczegółach, ale ta grupa badanych zdecydowanie nie jest reprezentatywna i ich opinia w wielu przypadkach może być nieprawdziwa.

sup8Muzyka to dzieło Hansa Zimmera, czyli każdy wie, czego się spodziewać. Wiadomo, że pewien poziom zostanie utrzymany i zawsze pozostaje otwarte pytanie, czy znowu uda mu się wrzucić temat muzyczny, który wyląduje na setkach tysięcy playlist? Ostatnio z powodzeniem udało mu się to z utworem Time z Incepcji. Tutaj jednak chyba obyło się bez perełki, przynajmniej po pierwszym przesłuchaniu OST, ale kawał dobrej roboty został wykonany. Zapewne nie stoi za tym Zimmer, ale mamy w filmie nawet country, wszak należało pokazać jeden ze stereotypów Ameryki, czyli bar dla kierowców ciężarówek.

Na koniec pozostają dwie kwestie. Osobiście chciałem podziękować armii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdyż jest to pierwszy film od dłuższego czasu, gdzie w tak oczywistej sytuacji żaden generał lub sekretarz obrony, nie chciał zrzucić bomby atomowej na miasto pełne ludzi. Doceniam. A jak ktoś wie, ile Nikkon zapłacił za trzy zbliżenia w trakcie filmu, to niech mi napisze, bo jestem bardzo ciekaw.

Tytuł: Człowiek ze stali [Man of Steel]
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: David S. Goyer
Obsada: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Diane Lane, Russell Crowe, Antje Traue, Kevin Costner
Rok: 2013
Czas: 143 minuty
Ocena: 5
Kategorie
Filmy

Niepamięć – recenzja filmu

oblivion

Niepamięć… Sam tytuł skłania do rozważań czy chcę zapomnieć o tym filmie, czy pamiętać go jako przestrogę. Poukładajmy to, co wiemy przed seansem. Jest były złoty chłopak Hollywood, jest gatunek science fiction, jest budżet roczny województwa opolskiego i reżyser filmu Tron: Dziedzictwo. Nadal nic nie zapowiada tragedii, choć nie da się ukryć lekkiego niepokoju. Każdy ma coś do udowodnienia. Tom Cruise musi pokazać, że nie tylko religią człowiek żyje i chwilowe wpadki z rzekomym porywaniem własnych dzieci oraz dręczeniem kolejnej żony to tylko psikusy. Konwencja filmu, że konkurencji się kłaniać nie będzie, wszak w tym roku tego typu produkcji czeka nas prawdziwe zatrzęsienie i aby zostać zapamiętanym po sezonie, trzeba pokazać coś więcej niż to już było. Budżet w wysokości 120 milionów to dużo. Można osiągnąć wiele i nie można zrzucić na studio Universal, że nie sypnęło złotymi monetami. Reżyser, w osobie Józefa Kosińskiego, zdecydowanie miał coś do udowodnienia po swoim pierwszym filmie, który był daleki od doskonałości. Jeśli mam być szczery, to dla mnie był tak daleki, jak tylko mogę sobie wyobrazić.

Do składników przed grillowaniem należy dorzucić Morgana Freemana, czyli żelazny akcent drugoplanowy (uspokajam, na Oskara się nie zanosi) oraz spijanie śmietanki związanej ze sławą najprzystojniejszego z Lannisterów, którym jest – i tu posiłkuję się źródłami – Nikolaj Coster-Waldau.

np1Zaczynamy, czyli… 20 minut reklam zastępujących współczesnej młodzieży to, co sam bardzo przeżywałem gdy gasły światła, czyli sygnał, że zaczyna się coś wyjątkowego. Dzisiaj, zanim zacznie się coś wyjątkowego, zaczyna się margaryna i wszystkie sieci telefoniczne. Część osób nie wyłapuje, że film się rozpoczął, gdyż starają się ignorować zalewającą je komercyjną papkę. Nie można mieć do nich pretensji.

Czas leci. Akcja stoi. Obserwujemy życie zapracowanego człowieka A.D. 2077 i dostajemy pierwszy cios. Kogo drażni nachalny amerykanizm związany ze sportami narodowymi, ten pada pierwszy raz na deski. 1-0 dla Toma grającego Jacka i naszego rodaka (przynajmniej jeśli osądzać po brzmieniu nazwiska). Zarys sytuacji opiera się o złych i groźnych obcych, których dobrzy ziemianie powitali bombami atomowymi. To spowodowało, że obcy przestali być groźni, a dobrzy ziemianie stali się, z powodu radiacji, bezdomni i wybierają się na Tytana. Zostało na Ziemi paru obcych i właśnie nasz niestrudzony bohater na nich poluje – w sposób pośredni, czyli naprawiając drony, które są maszynami do zabijania. Idyllę dopełnia zmysłowa współpracowniczka, która czuwa nad naszym bohaterem i raportuje wszystko do statku matki ludzkości, orbitującego nad ich głowami. Ach, i te jej buty na obcasie zakładane do pracy stojącej przy konsoli!

np2Tajemnica goni tajemnicę, a ziewnięcia na widowni robią się coraz bardziej sugestywne. Tom jest jak zawsze niegrzeczny, zadziorny i jedzie po bandzie. Cruise nie wychodzi poza znany nam image z Top Gun czy Szybkiego jak błyskawica. Widać, kto rządzi w temacie jego postaci. Być może reżyser wysyłał mu jakieś sygnały, ale aktor chyba nie miał akurat czasu, aby je odebrać. Jest dużo zbliżeń zatroskanej i zdezorientowanej twarzy. Jest zamyślenie. Mamy więcej Toma niż byśmy chcieli, ale dla miłośników to prawdziwa gratka i okazja do liczenia nieskorygowanych laserem zmarszczek.

Sceny akcji w Hollywood rządzą się swoimi prawami. Gdy dron celuje pół sekundy dużej do swoich wrogów, mimo że wcześniej bezwzględnie strzelał do wszystkiego szybciej niż zdołałem ziewnąć, to znaczy, że już po nim. Z reguły przegadane kwestie złych bohaterów w Fabryce Snów są jak wyciagnięcie koła ratunkowego dla tych dobrych. Tu się udało przeprowadzić ten motyw z dronami. Za to bezapelacyjne gratulacje.

Moim pierwszym wnioskiem po filmie było stwierdzenie, że scenarzysta uciekł w 2 minucie filmu, ale po dotarciu do domu i zgłębieniu osób dramatu okazało się, że nie mógł. Scenarzystą jest bowiem znany nam reżyser o swojsko brzmiącym nazwisku. W tym momencie wszystko stało się jasne. Miał pisać scenariusz w wolnych chwilach w czasie kręcenia, ale zapewne był bardzo zajęty. Może udawał, że reżyseruje.

np3Żeby dać czytelnikom odrobinę odetchnąć, należy pokazać też dobre strony filmu. O dziwo – są. Obraz i dźwięk. Mimo zagłady planety, jest ona przedstawiona w sposób bardzo ładny. W przeciwieństwie do reżysera i scenarzysty, Claudio Miranda, którego wygląd nie może przejść bez echa w tej recenzji, przyszedł do pracy i wykonał ją należycie. Z pomocą bez wątpienia przyszła mu koncepcja scenariusza, gdyż spora część zdjęć jest wykonywanych z powietrza, ale i bez tego widać, że to specjalista najwyższej próby. Motywy muzyczne także są dobrze wkomponowane w film. Dają wytchnienie od dialogów, których część bez cienia wątpliwości zasługuje na publikację w Demotywatorach lub kolejnych klonach tej strony. Pozwalam sobie oczywiście na uproszczenie i pomijam wpływ reżysera na zdjęcia z czystej złośliwości za jego pozostały wkład w film.

Dialogi to temat, którego nie można pozostawić bez rozwinięcia. Widowni funduje się taką dozę infantylizmu z patetyzmem, że mowy motywacyjne z Transformers 3 zaczynam odbierać na poważnie. Jestem w stanie zrozumieć, że widownia amerykańska różni się od europejskiej i to my jesteśmy niby tą bardziej wymagającą, ale nie uwierzę, że nawet za wielką wodą większość widzów jest wzruszona przemowami Toma. Na sali wywoływały tłumiony śmiech i zażenowanie. Niektóre sceny są przegadane, nie o frazę za dużo, tylko o trzy minuty, a inne powinny być po prostu usunięte, bo nie wnoszą do filmu nic, oprócz konsternacji słuchających.

np4Film jest przewidywalny, brak w nim przełomowych zaskoczeń, zwrotów akcji. No może jest jeden zwrot, ale scenariusz wykonuje go przez godzinę. Ruszono temat pamięci, ale nawet na kilometr nie zbliżono się do Vanilla Sky, skoro jesteśmy już przy Tomie. Wiemy, że Jack ma jedną drogę i nie może z niej zawrócić, bo jeżeli to zrobi, któż go zastąpi?

Nie wiem, co reżyser chciał przekazać. Nie ma w tym filmie nic, co by spowodowało, że chce się do niego wracać. Nie ma historii, która jest niepowtarzalna i ma nas trzymać w napięciu. Nie mogę nawet napisać, że zmarnowano szanse, ponieważ jej sobie nie dano. Pomysł z łączeniem producenta, reżysera i scenarzysty wymaga jednak jednostek ponadprzeciętnych w kategoriach cywilizacyjnych, a zostałem utwierdzony w przekonaniu, że Kosiński powinien wrócić do reklam i w nich się zagłębić. Nie dam się nabrać trzeci raz i nie wybiorę się na jego kolejne dzieło do kina.

Film czerpie z gatunku szerokimi garściami. Scena bliźniacza z Matrixem, odniesienie do Moon, epatowanie samotnością to tylko część tych nawiązań.

np5Bezkrytycznie podobał mi się jeden pomysł. Księżyc zniszczony przez obcych. Wspaniałe obrazy zniszczonego satelity są dla mnie rozwinięciem jednego ze skoków z Wehikułu czasu, gdzie też była scena rozpadającego się księżyca, ale to za mało. O wiele za mało. Konkurencja zmiażdży Niepamięć. Po wakacjach nikt już nie będzie o tym filmie pamiętał.

Jest jeden temat przy filmach, który często omawiam ze znajomymi, czyli logika w filmach science fiction. Mam kategorie filmów, którym wybaczam duże luki w scenariuszu i takie, gdzie szukam nawet najmniejszej nieścisłości. Podział można łatwo wykazać w oparciu o filmy oparte w luźnej formie na wymyślonym uniwersum w komiksach, gdzie nie badam sensu, tylko chłonę, a na przeciwległym biegunie stawiam filmy aspirujące do kontynuacji losów ludzkości, gdzie jako przykład można przywołać Prometeusza. O ile w Batmanie mogę zaakceptować zamkniecie całej policji z Manhattanu w kanałach, to w Prometeuszu nie mogę zgodzić się na sytuację, gdzie przy pełnym mapowaniu 3D statku, gubi się dwóch kretynów albo ściąga się hełmy na obcej planecie, bo jest jeden pokój z dobrą atmosferą. Niepamięć w tym zestawieniu jest niestety dużo bliżej Prometeusza, a więc wymagania są spore. Mamy wszak odwołanie do kontynuacji historii. Film także jest oparty o komiks, ale ma aspiracje do pisania historii przyszłości. Niestety logiki nie ma. Żeby nie zdradzać treści, nie można się jednak do tego zagadnienia odnieść.

np6Bardzo mi przeszkadza, że nie wiemy dlaczego to wszystko się dzieje. Jeżeli obcy napadają naszą Gaję, to albo nie chcę znać powodu, bo są brutalni i o nic nie pytają, jak w filmach typu Monster, gdzie ma być inwazja i finał: albo my, albo oni. Tłumaczy to brak kontaktu. Na drugiej szali stawiam obcych, którzy też z nami walczą, ale czegoś chcą, mają jakiś głębszy powód, a skoro trzymamy się Toma, to można przywołać Wojnę światów i poszerzanie przestrzeni życiowej. Jedyna próba górnolotnego odniesienia do jakiejś wewnętrznej refleksji jest użyta tylko po to, żeby bohater mógł wygłosić kwestię potwierdzającą, jaki jest twardy. Nie wiemy nic i nawet nie ma podstaw, żeby się domyślać. Wychwyciłem oczywiście wielkie stacje nad oceanem, ale nadal nie wiem po co tam stały, bo podany powód ma się nijak do rozwinięcia fabuły.

Pytanie najważniejsze – czy warto iść do kina? Na własną odpowiedzialność. Pooglądać postapokalipsę można z przyjemnością. Jeżeli weźmiecie ze sobą słuchawki i będziecie włączać muzykę zagłuszającą dialogi po pierwszej godzinie filmu, to jest nawet szansa na przyjemny odbiór. Zaręczam, że nie stracicie nic z fabuły. Wystarczy posłuchać początku i końca. Wizualnie i dźwiękowo to naprawdę dobry film.

Tytuł: Niepamięć [Oblivion]
Reżyseria: Joseph Kosinski
Scenariusz: Joseph Kosinski, Karl Gajdusek, Michael Arndt
Obsada: Tom Cruise, Morgan Freeman, Olga Kurylenko, Andrea Riseborough, Nikolaj Coster-Waldau
Rok: 2013
Czas: 125 minut
Ocena: 2
Kategorie
Filmy

Hobbit: Niezwykła podróż – recenzja

bobbit

Nastały dziwne czasy. Kiedyś, by móc napisać wyczerpującą recenzję filmu, w zupełności wystarczyło obejrzeć go dwa razy: raz dla przyjemności i pierwszego wrażenia oraz drugi – uważnie. A dzisiaj? Już na starcie mamy do wyboru warianty: klasyczny, 3D 48HFR i 3D DMR; te zaś można dodatkowo przemnożyć przez wersje: z napisami lub dubbingowaną. Ojej.

Ustalmy fakty. Przede wszystkim, obejrzałem Hobbita: Niezwykłą podróż raz, w wersji 3D 48HFR (czyli z podwyższoną – do czterdziestu ośmiu – liczbą wyświetlanych klatek na sekundę). To nie będzie więc wyczerpująca recenzja.

Książkę przeczytałem cztery razy, ale ostatni raz ponad dziesięć lat temu – Hobbita Petera Jacksona spróbuję więc ocenić niemal stricte jako film, nie zaś jako ekranizację (bez obaw, nie zamierzam całkowicie zapomnieć, że coś z książki jednak pamiętam).

mnb1I na koniec przedwstępu: nie wystawię Hobbitowi oceny 5, ani nawet 5+. Nie będzie to również żadne 6, choć – sądząc po garści opinii, na które rzuciłem okiem – płynę tutaj mocno pod prąd. Ta recenzja może więc być nie tylko niewyczerpującą, ale również – moją ostatnią. Jeżeli jacyś fani się nią przejmą. Ojej.

Może zacznijmy od kwestii drażliwej: od technologii. Nie zgadzam się z opiniami, że 3D jest gorsze od 2D. Nie jest też według mnie lepsze. To zupełnie inna koncepcja organizacji obrazu. Wiele pierwszych filmów wyświetlanych w tej technologii pokazywało, że reżyserzy dopiero szukają tu prawidłowych rozwiązań, gdyż tradycyjne podejście nie zawsze się sprawdza. Rzecz w tym, że na płaskim obrazie wszystkie elementy są ostre i widz może wybierać, na których jego elementach się skupia. Jednak po dodaniu głębi sytuacja zmienia się drastycznie – do wyboru pozostaje jedynie pierwszy plan, gdyż dalsze są nieostre. W teorii pozwala to kierować uwagą odbiorcy, o ile ten nie próbuje oglądać 3D jak tradycyjnego filmu i nie przygląda się wróblom na krzaku w tle, gdy główny bohater walczy o życie w jakimś starciu.

mnb2Ale tu pojawia się druga zasadnicza różnica: gdy tylko część elementów obrazu jest ostra, a akcja przyspiesza, dużo trudniej jest nadążyć wzrokiem za wszystkim, ilość informacji do przetworzenia jest większa. Dokładnie tak samo, jak… w rzeczywistości. Chaos scen akcji w filmach trójwymiarowych jest czymś, czego należy się spodziewać, ich cechą, niekoniecznie wadą. O ile reżyser wie, jak sobie z tym chaosem poradzić. Przeskok może nie jest tak duży, ale należy do kategorii sugerowanej przez porównanie: technologia 3D jest trochę dla tradycyjnego kina tym, czym kino było dla fotografii. Nową formą artystyczną, nie zaś jej ścisłym rozwinięciem.

mnb3Jak jest z Hobbitem? Cóż, szału nie ma i sądzę, że reżyserię 3D należy wciąż dopracowywać. Jest już jednak solidnie. Sceny bitew są odpowiednio chaotyczne i nie wymagają obserwowania w nich szczegółów, wysuwające się na pierwszy plan postacie i elementy scenografii nie utrudniają ogarnięcia wzrokiem całych scen, wiele sekwencji zaś powstało wyłącznie z myślą zachwycenia widza zapierającymi dech w piersi widokami… Aż za wiele było takich sekwencji, ale o tym później. W każdym razie, po raz pierwszy 3D w kinie mi nie przeszkadzało i działało raczej na korzyść mojego odbioru filmu. Tutaj tylko jedna uwaga: rezerwujcie sobie miejsca. Oglądanie 3D z jakiegokolwiek innego położenia niż środek sali mija się z celem – cały efekt trafia szlag i pozostają tylko jego wady.

Większą burzę wywołuje jednak dyskusja o płynnie wyświetlanym obrazie w czterdziestu ośmiu klatkach na sekundę. Tu ponownie pojawiają się argumenty, że w 48HFR postacie poruszają się pozornie szybciej, że postrzeganie jest zaburzone, że to, że tamto. Jakoś nie spotkałem się z odwróceniem argumentu: że to niższa gęstość klatek oszukuje oko, tworząc iluzję postaci poruszających się wolniej, i tak dalej. Przyzwyczailiśmy się i nauczyliśmy konkretnej estetyki. Czas się odzwyczaić i nauczyć od nowa. Według mnie przejście na 48HFR będzie dla kina tym samym co przejście na standard HD (kiedy to też pojawiali się kręcący nosami: Po co wam to HD, chcecie zmarszczki aktorów oglądać?). Najwyższa pora.

mnb4Skoro już przy technologii jesteśmy, zajmijmy się efektami specjalnymi. Zapomnijcie o Władcy Pierścieni, gdzie niemal każdy rekwizyt, który dało się wykonać ręcznie, tak właśnie został wykonany. Do dzisiaj armię orków i ich rynsztunek oglądam z zachwytem. Hobbit jednak odszedł od tego i teraz już naprawdę zdecydowana większość efektów od początku do końca powstała w komputerze. Różnicę czuć niestety bardzo wyraźnie, szczególnie, że pojawiają się sceny, gdzie efekty kuleją tak, jak nie powinno się to zdarzyć w filmie o takim budżecie. Stworzone niemal w całości w komputerach bitwy wyglądają momentami jak gra komputerowa, gdzie przeciwnicy padają pod ciosami wedle własnej animacji, która nijak ma się do siły uderzenia powalającego ich ciosu. Innym razem, w Górach Mglistych, drużyna spada wraz z fragmentem rusztowania w przepaść. Klinuje się ono o ściany i łamie w sposób sugerujący, że drewniana konstrukcja w rzeczywistości wykonana jest z belek jakiegoś niezniszczalnego stopu, połączonych w kilku newralgicznych miejscach kruchym plastikiem i suchą trawą.

Również słówko o choreografii walk i szermierki, bo to mój oczywisty fetysz. Hobbit niestety powiela wszystkie grzechy gatunku, gdzie bezładne machanie mieczem jest mordercze dla kolejnych hord wrogów, padających jak muchy od byle muśnięcia, bez względu na stopień opancerzenia. Wygląda to komicznie szczególnie w przypadku Bilba, który broń trzyma pierwszy raz w życiu, macha nią niczym spanikowane dziecko, a jest niemal równie skuteczny w obronie co jego towarzysze broni…

mnb5Za to muzyka utrzymuje tradycyjnie wysoki poziom. Zwłaszcza znany ze zwiastunów chór krasnoludów śpiewających o utraconym domu potrafi wywołać ciarki. Równie dobrze wykonane są weselsze piosenki… Nie zapominajmy wszak, że Hobbit był książką stylowo lekką, przeznaczoną raczej dla młodego odbiorcy. Z tego powodu film staje w niezręcznym rozkroku, z jednej strony przedstawiając wesołą kompanię krasnoludów, piosenki wiernie zachowujące oryginalne słowa, całą lekką i sympatyczną atmosferę książki. Z drugiej strony Hobbit Jacksona próbuje nawiązywać do mroczniejszych wątków znanych z szerokiego Śródziemia, zarówno treścią, jak i sposobem podkreślającą atmosferę zagrożenia reżyserią. Na tym tle kuriozalnie wygląda przedstawienie króla goblinów w sposób przywodzący na myśl gulgoczącego gunguna Boss Nassa z Mrocznego Widma George’a Lucasa. Postać ta jest z każdą chwilą coraz bardziej tragikomiczna, a jej śmierć jest już po prostu wisienką na torcie absurdu. Nie do końca udało się pogodzić ogień z wodą i wrażenie dysonansu towarzyszyło mi aż do napisów końcowych, kiedy to po ucieczce z Gór Mglistych drużyna widzi po raz pierwszy na horyzoncie Samotną Górę i atmosfera tej sceny zostaje rozbita wesołą, niemal skoczną wersją tęsknej wcześniej pieśni krasnoludów rozpoczynającą napisy końcowe.

Może następna część poradzi sobie lepiej, czekają nas w końcu Mroczna Puszcza, pająki i oniryczne biesiady elfów… Części filmu mają być trzy, co już na początku brzmi jak przesadne rozciągnięcie cienkiej przecież książeczki, nawet jeśli wliczyć wszystkie dodatkowe wątki (nawiązania do Silmarillionu oraz dodatków z końca Wojny o Pierścień), jakie mają się znaleźć w ekranizacji. Potwierdza się to w trakcie oglądania. Efekciarskie ujęcia szerokich planów, ujęcia krajobrazu niczym reklamówki technologii 3D w końcu zaczynają nużyć i sprawiać wrażenie sztucznego przedłużania filmu. Strach pomyśleć, jak wyglądać będzie wersja reżyserska!

mnb6Poza dodatkowymi elementami, film zachowuje zadowalającą zgodność z książką. Pewne zmiany dotknęły Rivendell (rada z udziałem Galadrieli i Sarumana; scena ta jednak ma usprawiedliwienie jako przedstawienie tych postaci i ich relacji widzowi nie znającemu książek), mnie jednak ubodła niezrozumiała modyfikacja, jaka dotknęła pojedynek na zagadki między Gollumem a Bilbem. Zmiana sposobu rozwiązania ostatniej zagadki (nieświadoma podpowiedź Golluma zamiast książkowego szczęśliwego trafu) zmienia wydźwięk sceny, nie dając przy tym żadnego wymiernego zysku. Szczególnie, że poza tym jednym elementem sekwencja ta została zrealizowana wyśmienicie – Gollum wywiera na Bilbie coraz większą presję, zachodząc go w ciemnościach od różnych stron i nękając, strasząc. Paniczna prośba o czas, więcej czasu pasowałaby wspaniale…

A więcej czasu nas jak najbardziej czeka – czasu spędzonego z serią. W końcu pozostały jeszcze dwa filmy. Na które z pewnością się wybiorę. Nie tylko dlatego, żeby nie pozostawić rzeczy nieobejrzanej i recenzji niedokończonej. Pomimo całego mojego narzekania, Hobbit to niezły film, przy którym można przyjemnie spędzić trzy godziny. Dobrze wyreżyserowany i zagrany, oferuje piękne widoki, a muzyka, choć nie zapada mocno w pamięć, jest dobra i współgra z obrazem… I choć mogło być dużo lepiej, to warto na Hobbita się wybrać – szczególnie, że dobrego fantasy w kinach jest jak na lekarstwo.

Tytuł: Hobbit: Niezwykła podróż
Scenariusz: Guillermo del Toro, Peter Jackson, Fran Walsh, Philippa Boyens
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage
Rok: 2012
Czas: 169 minut
Ocena: 4
Kategorie
Filmy

Sinister – recenzja filmu

Sinister-2012-เห็นแล้วต้องตาย-HD

Kilka dni po premierze, niedzielny wieczór w londyńskim Vue w Shepherd’s Bush. Kino przepełnione widzami, chcącymi obejrzeć film Sinister. Czy ten obraz, dosyć szeroko reklamowany w UK i US, spełnia oczekiwania widzów i miłośników horrorów?

Fabułę rozpoczyna wprowadzenie się rodziny z dwójką dzieci do nowego domu. Ojciec – Ellison Oswalt jest pisarzem powieści kryminalnych, a jego książki przyniosły mu fortunę. Każda zbrodnia, jaka została opisana w książkach, była szczegółowo odtworzona na podstawie prawdziwych wydarzeń. Było to możliwe dzięki temu, że rodzina mieszkała w miejscach tychże zbrodni, a także dzięki bardzo wnikliwemu prywatnemu śledztwu. Z tego właśnie powodu żona Ellisona, Tracy, wymogła na nim obietnicę, że nowe miejsce zamieszkania nie będzie miało żadnego powiązania z jakimkolwiek morderstwem. Ale – niestety – ten dom do kolejne miejsce dramatycznej zbrodni…

Ellison ma w domu swój własny gabinet, w którym próbuje rozwikłać zagadki kryminalne, a potem skrupulatnie je opisać. Jednakże tym razem pracuje nad zaginięciami dzieci w różnych stanach, mających miejsce w sporych odstępstwach czasu. W tych przypadkach całe rodziny są mordowane w bardzo brutalny sposób; jedynymi osobami, które pozostają przy życiu są dzieci, lecz one z kolei giną bez śladu. Pewnego dnia pisarz, pracując w swoim gabinecie, słyszy uderzenie na strychu. Udając się tam pospiesznie zauważa duże pudło z napisem Home movies, w którym znajduje się pięć taśm. Skąd się wzięły na strychu? Jak to możliwe, że przedstawiały dokładnie te zbrodnie, nad którymi pracował Ellison?

sinMorderstwa, które zostały dokonane, przerosły wyobrażenia pisarza. Były brutalne, wykonane z zimną krwią, dokładnie zaplanowane i niewiarygodne. W toku całego śledztwa pojawia się wiele wątpliwości, ale także kilka rzeczy staje się interesujących i sam widz zadaje sobie pytania, dotyczące tej całej sprawy. Paranormalne zjawiska sprawiają, że ciśnienie samo się podnosi. W pewnym momencie Ellison zatraci kontakt pomiędzy rzeczywistością i to go zgubi, bo sam zaplącze się w swoje własne sidła. Zakończenie jest przewidywalne, ale nie umniejsza to uroku całego filmu.

Gra aktorska jest na naprawdę bardzo dobrym poziomie. W kinie można było słyszeć krzyki ludzi m.in. w czasie sceny, gdy Trevor (syn Ellisona i Tracy), będąc w transie i wychodząc z kartonu, przeraźliwie wrzeszczał. To mówi samo za siebie. Christopherowi Youngowi należy się ogromny szacunek za muzykę. Słyszałam wiele głosów podziwu dla całości, a sama mogę to potwierdzić. Dźwięki i ich synchronizacja z obrazem była bardzo dobra, idealnie wtapiając się w scenerię i dodając dramatyzmu.

sin2Wypadałoby powiedzieć kilka słów o fabule… Dla miłośników np. Grahama Mastertona jest to obowiązkowa pozycja. Początkowo myślałam, że ma on może coś wspólnego z filmem, ale niestety (a może stety?) nie ma. Jednakże są to jego klimaty, czyli groza z domieszką thrillera, zagadki, motywów kryminalnych, zabójstw, które są ze sobą związane i nieprzewidywalna, postać – Mr. Boogie. Wszystko, co ukazano w obrazie jest ze sobą powiązane, tworząc jedną spójną całość. Jedyna rzecz, jaka mnie totalnie zirytowała, to zakończenie. Film trzymał w napięciu, momentami przerażał, jednakże końcówka zdaje się być robiona na szybko, bez specjalnego pomysłu i polotu. Nie wiem czy wytwórni zależało na ukończeniu prac, bo topniały fundusze, czy po prostu komuś zależało na czasie? Wiem za to jedno – jest to zbyt przewidywalne, trochę niejasne i płytkie. Można było stworzyć inne i po roku czy dwóch, wypuścić do kin część drugą, która byłaby równie ciekawa jak pierwsza, o ile nie ciekawsza. Jednakże, pomimo tej jednej wady, film jest naprawdę godny polecenia i nie dziwi fakt, że otrzymał on aż 4 gwiazdki na 5 możliwych w kategoriach horroru w US, co tylko potwierdza, że warto go obejrzeć!

Plusy:

  • fabuła,
  • gra aktorska,
  • muzyka,
  • pomysł ekranizacji.

Minusy:

  • przewidywalne zakończenie.
Tytuł: Sinister
Reżyseria: Scott Derrickson
Scenariusz: C. Robert Cargill, Scott Derrickson
Obsada: Ethan Hawke, Vincent D’Onofrio, James Ransone, Fred Dalton Thompson, Juliet Rylance
Rok: 2012
Czas: 110 minuty
Ocena: 5-
Kategorie
Filmy

Prometeusz – recenzja filmu

7427431.3

Epyon: Nie jestem ortodoksyjnym fanem Obcego. Lubię pierwsze dwa filmy z serii, ale zdecydowanie daleko mi do ślepego zauroczenia. Na seans Prometeusza szedłem więc bez większych oczekiwań, chcąc w razie czego mile się zaskoczyć, aniżeli boleśnie rozczarować. Jak się potem okazało, całkiem słusznie to sobie założyłem.

Danai: Ja z kolei jestem zupełną świeżynką, jeżeli idzie o spotkania z filmowym AlienemPrometeusz był moim pierwszym filmem o Obcym, ale podobnie jak Epyon, idąc na seans, nie miałam skonkretyzowanych oczekiwań. Jestem odbiorcą wysoce niewybrednym – nie musi być innowacyjnie, ale musi być interesująco opowiedziane, drobne braki logiki mnie nie rażą, jeżeli tylko narracja jest w stanie je uciągnąć, efekty specjalne mnie cieszą i nie narzekam. Trzeba wiele, żeby film przyprawił mnie o łapanie się za głowę i irytację na głupotę bohaterów. Prometeuszowi się to udało – ale o tym za chwilę.

Epyon: Zasadniczo Prometeusza można podzielić na dwie części – całkiem przyjemny w odbiorze, interesujący początek oraz chaotyczną resztę. Już od pierwszych minut film przykuwa uwagę świetnymi zdjęciami, scenografiami, kostiumami czy efektami specjalnymi. Warstwa techniczna zresztą trzyma poziom przez cały seans. Podobnie jak gra aktorska Michaela Fassbendera i Charlize Theron, najbardziej wyrazistych i sensownie poprowadzonych postaci. Nieco gorzej wypada Noomi Rapace, ale większą winę ponosi za to scenariusz, niż sama aktorka. Dobrze prezentuje się także Idris Elba jako kapitan Janek, pojawiając się w kilku charakterystycznych momentach.

Całe pierwsze pozytywne wrażenie upada jednak po przybyciu ekspedycji na księżyc LV-223. Od tego momentu film zjeżdża tyłkiem po równi pochyłej pełnej wystających gwoździ, by na końcu wylądować w wannie pełnej wody utlenionej. I choć cała ekipa daje z siebie wszystko, by Prometeusza uratować, to niestety kolejne braki logiki skutecznie temu przeciwdziałają.

407742_1.1Danai: Kiedy średnio kompetentny filolog załamuje ręce nad procedurami bezpieczeństwa na bardzo drogiej, długo planowanej naukowej wyprawie badawczej, to jest bardzo, bardzo źle… Dlaczego banda badaczy po dwuletniej podróży zachowuje się, jakby przyjechała na piknik i musiała po tygodniu wracać do domu, zapominając o podstawowych zasadach? Dlaczego naukowiec, który znajduje się na obcej planecie, w siedlisku obcej cywilizacji, nie zbadawszy powietrza na obecność mikroorganizmów, zzuwa radośnie hełm, żeby pozachwycać się atmosferą? Dlaczego biolog próbuje zaprzyjaźnić się z nieznaną formą życia, wiedząc że poprzednich mieszkańców coś wymordowało? Dlaczego roztopione kwasem tworzywo hełmu zmienia geologa w bezmózgie, drapieżne zombie, którego nie da się zabić, a które magicznie przenosi się tuż pod statek? Dlaczego głupiutka, wierząca w jednorożce dziewczyna, nagle zmienia się w twardą, zimną sukę, zdolną biec sprintem po tym, jak przed chwilą przeprowadziła na sobie samej cesarkę? Dlaczego obca forma życia (wycięta z ciała człowieka za pomocą rzeczonej cesarki) zamknięta w kapsule medycznej nagle rozrasta się do rozmiarów gigantycznych, nie mając żadnego źródła pożywienia? I dlaczego wygląda jak połączenie ośmiornicy z ogromną vagina dentata? Na te i inne pytania nie mam logicznego wytłumaczenia. Podsumowując jednym zdaniem, Prometeusz byłby filmem świetnym, gdyby nie był filmem o głupich ludziach.

Epyon: W gruncie rzeczy Danai przedstawiła wszystkie najważniejsze problemy filmu Ridley’a Scotta, które sprowadzają się do bardzo nielogicznego i sprawiającego wrażenie poskładanego z kilku części scenariusza. Prometeusz na pewno ma wiele zalet, ale część z nich wyraźnie blednie w konfrontacji z głupotami napisanymi przez Jona Spaihtsa i Damona Lindelofa. Nie przeszkadza to jednak, by wyjść z kina z dobrym wrażeniem. Mając na uwadze to, że Prometeusz został fabularnie spłycony do hollywoodzkiego przeboju na lato, to i tak wyróżnia się pozytywnie na tle pozostałych propozycji rodem z Los Angeles.

Tytuł: Prometeusz [Prometheus]
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Jon Spaihts, Damon Lindelof
Obsada: Noomi Rapace, Michael Fassbender, Charlize Theron, Idris Elba, Guy Pearce, Logan Marshall-Green, Sean Harris, Rafe Spall, Emun Elliott, Benedict Wong
Rok: 2012
Czas: 124 minuty
Ocena: 4-

Autorzy: Epyon i Danai

Kategorie
Filmy

X-meni: Pierwsza klasa – recenzja filmu

xxxGdy po raz pierwszy zobaczyłem zwiastun X-meni: Pierwsza klasa, miałem naprawdę złe przeczucia co do kolejnego filmu aktorskiego, tworzonego na bazie komiksów Marvela. Po kompletnej porażce kinematograficznej, jaką był w moich oczach X-men: Geneza, postanowiono stworzyć kolejny prequel do oryginalnej trylogii. I to jaki prequel! Nie kto inny, a sami Charles Xavier i Erik Lehnsherr, powstrzymujący komunistów przed rozpętaniem III wojny światowej. W moich oczach to po prostu nie mogło się udać. I jak to zwykle bywa – myliłem się.

Film rozpoczyna się w tym samym miejscu, w którym swój początek mieli pierwsi X-meni – wyrywający się do matki młody Erik, zniszczona przez chłopaka brama obozu etc. Odmianą jest to, że dane jest nam obejrzeć, co później działo się z młodym Żydem – eksperymenty prowadzone na nim przez nazistowskiego lekarza Sebastiana Shawa, śmierć matki, pierwszy wybuch gniewu, w którym zabija niemieckich żołnierzy.

Dla kontrastu równolegle śledzimy historię młodego Charlesa Xaviera – dziecka przeżywającego beztroskie dzieciństwo, pragnącego jednak poznać mutanta takiego jak on sam. Przypadek sprawia, że na swej drodze spotyka Raven – bezdomną mutantkę, posiadającą zdolność zmiany postaci.

Mijają lata. Charles kończy studia z zakresu genetyki i przygotowuje się do pracy na uczelni. Wraz z Raven, swoją przybraną siostrą, wiedzie spokojne życie amerykańskiego bogacza. Podobne życie nie jest jednak dane Erikowi – dla Żyda cudem ocalałego z zagłady, wojna nigdy się nie skończyła. Podróżując po świecie prowadzi on swoją prywatną kampanię przeciwko hitlerowskim zbrodniarzom, odpowiedzialnym za śmierć jego najbliższych. Przypadek sprawi, że ścieżki Charlesa i Erika przetną się w najmniej spodziewanych okolicznościach, doprowadzając do powstania między przyszłymi wrogami serdecznej przyjaźni. No i, tak na marginesie, do zażegnania kryzysu kubańskiego.

Pierwszą, zasygnalizowaną już zaletą filmu było pokazanie widzowi tego, jak odmienna była młodość głównych bohaterów, w jak skrajnie różnych warunkach dorastali i jak wpłynęło to na ich dorosłe życie. Dorosły Charles jest ufny, nie dostrzega różnicy pomiędzy zwykłymi ludźmi a mutantami. Jest idealistą, któremu nigdy nie było dane doświadczyć okropieństw wojny. Erik, będący świadkiem wymordowania całej rodziny, jest realistą przeczuwającym co stanie się z mutantami, gdy tylko ich istnienie ujrzy światło dzienne – nie ma złudzeń, że losy mutantów potoczą się w dokładnie ten sam sposób, co europejskich Żydów w czasie II wojny światowej, że wobec bezczynności czeka ich nieuchronna zagłada.

xmenGrany przez Michaela Fassbendera Erik Lehnsherr jest zresztą najlepiej przedstawioną postacią w filmie. Widać na nim doświadczenia wojny i chęć zemsty na mordercach najbliższych mu osób. Odrobinę cyniczny, bezwzględny wobec nazistów, jest postacią, która naprawdę może się podobać (chociaż scenarzysta położył zupełnie finałowe przejście Erika na ciemną stronę Mocy). Niestety, również pod tym względem, jego postać kontrastuje z granym przez Jamesa McAvoya Charlesem, który w późniejszej części filmu staje się dość nijaki. Nie mówiąc już o Sebastianie Shawie, którego równie dobrze Erik mógłby zabić na początku filmu – niby jest demonicznym mutantem, który chce doprowadzić do wojny nuklearnej pomiędzy ZSRR a USA, ale nie ma w sobie za grosz charyzmy. Główny adwersarz naprawdę powinien być lepiej przedstawiony, efekt gry aktorskiej Kevina Bacona jest bowiem mierny.

Naprawdę dobrze za to zostały przedstawione sceny akcji – efekty nie są może powalające, ale stoją o klasę wyżej niż te w Wolverine’ie. No i jest w filmie przynajmniej jedna scena, która poziomem wykonania zrównuje się z Bękartami wojny Quentina Tarantino – moment, gdy prowadzący swą antynazistowską krucjatę Erik odnajduje w Argentynie trzech byłych niemieckich żołnierzy, winduje ocenę końcową filmu przynajmniej o pół punktu w górę. Podobnie jak dwudziestosekundowa, najzabawniejsza chyba w filmie scena z epizodycznie pojawiającym się Loganem (co nie świadczy chyba najlepiej o poziomie oglądających go ludzi, ale to akurat temat na dłuższą dyskusję…).

Amerykański film nie może obyć się bez wątku miłosnego, nie inaczej jest więc w nowych X-menach. Trochę jednak szkoda, że scenarzysta (zapewne zbyt skupiony na głównej historii) nie postarał się nieco bardziej przy tworzeniu romansu Raven i Hanka McCoya, bo można było przedstawić go o niebo lepiej, niż jest to widoczne w filmie. Wątek ten jest dość nijaki (żeby nie powiedzieć: naiwny) i spełnia jedynie swą podstawową funkcję – ukazuje, dlaczego, wychowana z Charlesem Raven, decyduje się w przyszłości przejść na stronę Magneto.

xxmenZłego słowa nie powiem natomiast o muzyce – jest tak świetnie wkomponowana w wydarzenia na ekranie, że w zasadzie pozostaje niezauważona. Czyli jest tak, jak być powinno. Choć nie obraziłbym się za jeden bardziej charakterystyczny utwór…

X-meni: pierwsza klasa to film, na który warto się wybrać. Nowa produkcja z mutantami w rolach głównych nie zrewolucjonizuje raczej rynku filmów s-f, ale jest całkiem niezłą propozycją dla wszystkich osób, które chcą wybrać się do kina na niezobowiązujący film akcji. No i wszystkich fanów komiksów Marvela, ale ci zapewne w kinie byli już na długo przed napisaniem przeze mnie tej recenzji. Nie jest to film, który oglądałoby się po wielokroć (taki sentyment mam choćby wobec pierwszych trzech filmów), jest jednak pozycją, którą naprawdę warto obejrzeć. Nic, tylko czekać na kolejny film o mutantach.

Tytuł: X-meni: Pierwsza klasa [X-men: First class]
Reżyseria: Matthew Vaughn
Scenariusz: Jane Goldman, Ashley Miller
Obsada: James McAvoy, Michael Fassbender, Rose Byrne, Jennifer Lawrence, Kevin Bacon, January Jones, Nicholas Hoult, Caleb Landry Jones, Lucas Till, Edi Gathegi
Rok: 2011
Czas: 132 minuty
Ocena: 4-
Kategorie
Seriale

The Cape – recenzja serialu

cape_xlg

Recenzja serialu na podstawie pierwszych odcinków

Niektórzy z nas wychowali się na komiksach. Dwa wiodące na międzynarodowym rynku, amerykańskie giganty – Marvel i DC Comics – przez lata przyzwyczaiły nas do różnych wizji (super)bohaterstwa. Pomijając tych, którzy swoje moce zawdzięczają siłom wyższym, mutacjom, pozaziemskiemu rodowodowi, promieniowaniu, ukąszeniom i innym wypaczeniom, są cztery jednostki na które chciałbym zwrócić szczególną uwagę: Batman (DC, dziedzic fortuny Wayne’ów, stosujący nabyte na dalekim wschodzie umiejętności walki i własne wynalazki), Green Arrow (DC, milioner, który rozbił się niczym Tom Hanks w Cast Away na bezludnej wyspie i by przeżyć nauczył się używać łuku, a po powrocie do cywilizacji walczy z przestępczością, używając zmyślnych strzał-gadżetów), Iron Man (Marvel, Tony Stark – milioner, wynalazca, ekscentryk, walczy używając swojego mechanicznego kombinezonu), Punisher (Marvel, żadnych tajnych mocy, po prostu bardzo wkurzony facet z dużą ilością arsenału i awersją do mafii). Po co ja właściwie o tym piszę? Dla kontekstu. Tak się składa, że główny bohater serialu jest właśnie superbohaterem pokroju tych czterech wymienionych panów – zwykły człowiek z krwi i kości, żadnych mutacji, żadnych mocy. Ponadto, pojawią się różne odniesienia do kultury komiksowej, porównania i odwołania – a ponieważ nie wszyscy znają te pozycje, pozwoliłem sobie na jednozdaniowe podsumowanie.

The Cape jest serialem komiksowym. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest ekranizacją komiksu o tym samym tytule (fikcyjna seria, wymyślona na potrzeby fabuły pojawiająca się w pierwszej scenie, kiedy ojciec czyta komiks synowi – poszczególne zeszyty stają się motywami przewodnimi odcinków). Jak serial może być komiksowy? Nie mam pojęcia. To się po prostu czuje: w tematyce, w sposobie prowadzenia narracji, w tym że każdy czterdziestominutowy odcinek podzielony jest na epizody z osobnymi tytułami.

Główny wątek fabularny rozwija się wokół policjanta Vincenta Faradaya, który od tajemniczego hakera o pseudonimie Orwell otrzymuje wiadomość o skorumpowanych glinach i przemycie niebezpiecznej substancji wybuchowej. Przez omyłkę Faraday zostaje wzięty za groźnego przestępcę znanego jako Szachista (Chess). Telewizja na żywo relacjonuje jak z maską na twarzy ucieka przez zajezdnię kolejową, by zginąć w malowniczym wybuchu ostrzelanej cysterny… Albo i nie. Okazuje się bowiem, iż udało mu się skryć w betonowym kanale serwisowym pod wagonami i w porę nakryć się kawałem stalowej blachy.

carOdnajdują go cyrkowcy, którym chwilowo odpowiada pałająca w policjancie żądza zemsty i dzielą się z nim swoimi umiejętnościami. To jest jeden z najciekawszych wątków w całym serialu. Wspomniałem wcześniej jak niektórzy bohaterowie uzyskali swoje zdolności – poprzez szkolenie, ekstremalne sytuacje, instynkt przetrwania. Tutaj natomiast każdy z nowych kolegów głównego bohatera uczy go jakiejś pojedynczej, przydatnej umiejętności (swoją drogą, przerażająca, psychodeliczna i ponura sceneria zakurzonego, opustoszałego, podupadającego obozu cyrkowców – maestria w budowaniu klimatu). Vincent uczy się hipnozy, wyzwalania się i ucieczek, nieczystej walki (postać lekceważonego Rolo w roli mentora, który wszystkich pokonuje w walce wręcz stosując ciosy poniżej pasa) i w końcu używania nietypowego artefaktu – peleryny utkanej z pajęczej nici (trwałej niczym kevlar, elastycznej niczym guma i lekkiej niczym jedwab). Ostatecznie przyjmuje imię bohatera z komiksów jego syna – Peleryna (The Cape) – i wypowiada walkę przestępczości.

Autorzy serialu postawili na lekkie poczucie humoru i wartką akcję. Drugiego tłumaczyć nie trzeba (zdaje się, że w poprzednim akapicie wspominałem coś o eksplodującej cysternie, czyż nie?) więc przejdę do pierwszego. Dowcip polega na pewnym realizmie i zdystansowanym podejściu do tematu zamaskowanego mściciela. Często objawia się to w dialogach. Weźmy dowolnego superbohatera – kiedy pojawia się na miejscu zbrodni łapiąc złoczyńców, dają się słyszeć słowa: Och nie! To Batman! albo Och, ratuj nas wspaniały Batmanie! czy też Och, dziękujemy ci Batmanie! Innymi słowy – och i ach, złoczyńcy wymiękają, a panny omdlewają. Tutaj doświadczymy rzeczy zupełnie odmiennej – kiedy bohater zdradza swój pseudonim wyratowanemu z opresji obywatelowi, ten z kwaśną miną mówi mu, by popracował nad ksywką… Podczas pojedynku z pewną młodą damą, Vincent mówi: Co ty? Masz dwanaście lat, czy co? by usłyszeć w odpowiedzi: I to mówi facet w pelerynie… Pozbawienie patosu i zdystansowane podejście do absurdu sytuacji, obciążenie rzeczywistością, cięte riposty, dowcip słowny i sytuacyjny to subtelne poczucie humoru, z którym możemy się spotkać oglądając The Cape. Bądźmy ze sobą szczerzy – jak każdy z nas zareagowałby, gdyby z pomocą przyszedł mu facet w pelerynie?

Peleryna pomaga sobie wynalazkami… Oj, moment… Czy ja przypadkiem nie wspomniałem, że cały świat ma go za martwego? Z oczywistych przyczyn nie może pójść do pracy, nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, ani tym bardziej funduszy. Pelerynę z pajęczej nici dostał od cyrkowców, ale nad każdym kolejnym gadżetem pracuje sam. Zagnieździł się w jakiejś piwnicy, a potrzebne przedmioty konstruuje ze śmieci i złomu wyszperanego na targowisku w szemranej okolicy. W ten sposób na przykład z czapki pilotki powstaje maska, a ze starego generatora i maszyny do miotania piłkami baseballowymi – urządzenie do szkolenia w unikaniu noży.

capWspominałem o poczuciu humoru, polegającym na realistycznym podejściu do tematu (o ile da się realistycznie podejść do samotnego mściciela w pelerynie). Tak się składa, że na początku odcinka Vincent dostaje zazwyczaj porządny łomot, musi się szkolić i trenować by pokonać przeciwnika. Niczym dochodzenia w CSI, treningi są jedną z ciekawszych stron opowieści. Peleryna nie jest najsilniejszą jednostką we wszechświecie, z zawsze gotowym planem i najbardziej przydatnym gadżetem przy pasku. Po raz kolejny przejawia się tendencja autorów do lekkiego parodiowania najbardziej oklepanych komiksowych motywów.

Sidekick – to taka postać drugoplanowa. Słabszy heros stojący u boku głównego bohatera by czasem dopomóc mu w walce czy żeby dodać malowniczości pojedynkom plecy-w-plecy. Batman miał Robina (momentami pojawiała się także Batgirl), w ekranizacji Iron Mana Tony Stark funduje swojemu ochroniarzowi kostium, Punisher mógł liczyć na lojalność Dziaranego Dave’a. Jednym słowem wysyłamy komunikat – nie jesteś sam w tej walce. A żeby było estetyczniej, komunikat ten wybrzmiewa kobiecym głosem. Tony Stark otaczał się kobietami, James Bond… dobra, wystarczy tej wymienianki – chodzi o to, że pojawia się piękna kobieta, znająca tożsamość Vincenta i pomagająca mu jak potrafi (a potrafi całkiem sporo). Jest ozdobą na ekranie i początkowo przypuszczałem, że to kolejny żart twórców – czyż jest coś bardziej oklepanego niż pojawiająca się na ekranie atrakcyjna niewiasta, która sprawia iż nie musimy nieustannie oglądać spoconych, bijących się po twarzach facetów? Okazuje się jednak, że ma ona swoją tajemnicę, która rozwija się w całkiem ciekawy wątek fabularny (co jednak nie wyklucza mojej pierwszej hipotezy, zwłaszcza, że bohaterkę wprowadzono ewidentnie dla widza, skoro Vincent wciąż pozostaje wierny żonie – która swoją drogą nie wie, że mąż żyje). W tę rolę wciela się Summer Glau znana między innymi z roli Terminatora w serialu Sarah Connor Chronicles.

Powiedziałem już kilka rzeczy o tym co dzieje się na ekranie, czas powiedzieć jak się dzieje. Wejdźmy za kulisy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście czołówka, która sama w sobie definiuje serial jako komiksopochodny – są to bowiem kadry ze wspomnianego wcześniej komiksu The Cape, które powoli przechodzą w urywki serialu w formie ciekawie zrealizowanego przenikania. Bohaterowie pokazani są na przemian w postaci obrazkowej i aktorskiej. No i muzyka w czołówce… Ciężko ją zdefiniować – to coś jak muzyka z Batmana… Grana na dudach. Trochę pompatyczna, trochę mroczna i bardzo klimatyczna.

cap1Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie – jak na serial. Służą pokazaniu tego wszystkiego, czego aktor nie potrafi zrobić (jako że nie jest mistrzem ucieczek i nie potrafi znikać w kłębie dymu) i tworzą artefakt jakim jest peleryna (szczerze wątpię w istnienie płaszcza, który jest skutecznym narzędziem walki o zasięgu do dziewięciu metrów). Znawcy, oglądający filmy kinowe na zwolnionym tempie by wyłapywać błędy, nie będą może zachwyceni, ale The Cape to serial, który otrzymujemy co tydzień, a nie rozdmuchana produkcja kinowa. Każdy epizod odcinka składa się z budujących klimat ujęć. Kiedy Vincent spaceruje po cyrku przez ekran, można poczuć ciężar tych wszystkich grubych, starych, mocno zakurzonych kurtyn. Chwilę potem są zestawione z ujęciami biura na wyższych piętrach wieżowca – wnętrzem kompletnie sterylnym, szpitalnym.

Przez większość czasu ekranowego jest ciemno – akcja dzieje się w nocy, w podziemiach, w deszczu i zaułkach szemranej dzielnicy, na parkingach. To sprawa, że zdajemy sobie sprawę, iż śledzimy losy przygnębionego, mrocznego mściciela (czyżby kolejne nawiązanie do Batmana – Dark Knight?). Żebyśmy jednak sami nie odeszli od ekranu przygnębieni, twórcy serwują nam subtelne poczucie humoru i budującą postawę Tripa Faradaya (syna głównego bohatera), który nigdy nie zwątpił w niewinność ojca, wykazując niezwykłą niezłomność i siłę charakteru.

Mógłbym napisać cały elaborat na temat akcentów komiksowych w serialu, przytoczyć każdy dowcip, rozwodzić się nad kreacją postaci głównego złego, w nieskończoność porównywać go do każdego możliwego istniejącego komiksu (chyba najwięcej podobieństw jest, mimo wszystko, do Batmana). Tyle, że i tak dużo już napisałem, a nie chcę czytelnikowi psuć zabawy. Serialu nie ma jeszcze w polskiej telewizji, a gdy się wreszcie pojawi, stanowczo doradzam obejrzenie.

Tytuł: The Cape
Reżyseria: Deran Sarafian
Scenariusz: Craig Titley, Bill Wheeler, Tom Wheeler
Obsada: David Lyons, Jennifer Ferrin, Summer Glau, Martin Klebba, James Frain, Keith David
Rok: 2011
Czas odcinka: ok. 45 min.
Ocena: 5+
Kategorie
Filmy

Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu – recenzja filmu

nar1

Kolejny już z serii Opowieści z Narnii film należy rozpatrywać jakoby z dwóch punktów widzenia – jako kolejną ekranizację opowiadania z ksiąg o tym samym tytule i jako samodzielny film o tematyce fantasy. Kiedy szedłem do kina spodziewałem się wiernego oddania zapierającej dech w piersiach podróży flagowego okrętu Narnijskiej Floty; zgodnie z fabułą poprzedniej części (a także kontekstem książki) zdajemy sobie sprawę z tego, że Telmarowie (lud, z którego wywodzi się Kaspian) bali się wody, a zatem przez kilka pokoleń Narnia była nieobecna na wodzie. Całkowity brak doświadczenia na morzu i umiejętności szkutnictwa sprawił, iż Wędrowiec do Świtu był łupiną smaganą falami. Zostało to oddane wspaniale – stateczek był rozkosznie wręcz mizerny. Podobnie jak film, który jako ekranizacja był nędzny i w przeciwieństwie do łodzi już mnie nie zachwycał.

Zacznę od ogólnego wrażenia. Wydaje mi się, że wiem dlaczego film odbiegł aż tak bardzo od swego papierowego oryginału. Być może autorzy chcieli uniknąć epizodyczności tej opowieści, swego rodzaju serialowego charakteru. Załoga bowiem wyruszyła w nieznane, płynęła czas jakiś napotykając wyspę i związane z pobytem na niej trudności, rozwiązywała problem i udawała się w dalszą podróż, płynąc jakiś czas by napotkać wyspę… Dostrzegacie tutaj pewną zależność, nieprawdaż? Film natomiast przedstawia to bardziej w postaci epickiej przygody heroic fantasy niczym z sesji dedeka z akcentem pokemoniastym (zbierzcie je wszystkie by pokonać pradawne zło). Pojedyncza wyspa, która w opowiadaniu była zaledwie epizodem (pogrążona w ciemności wyspa gdzie sny stają się rzeczywiste) stała się punktem kulminacji i głównym celem podróży. Na każdym odwiedzonym lądzie załoga Wędrowca znajdowała jedynie kolejne wskazówki potrzebne do rozwiązania zagadki i magiczne przedmioty, które miały im pomóc w zadaniu (wciąż dostrzegam bardzo silne podobieństwo do dość oklepanych kampanii RPG). Przy czym chciałbym powiedzieć, że w gruncie rzeczy streściłem cały film, choć nie zdradziłem więcej niż zwiastuny.

Brak głębi fabuły nie jest jedynym problemem tego filmu. Lewis miał na celu stworzenie opowiadań o roli moralizatorskiej, niczym uniwersalne opowieści wigilijne zawsze miały drugie dno, każda część opowiadała o swego rodzaju przemianie (ze zdrajcy w wojownika we Lwie, Czarownicy i Starej Szafie czy też z chłopca w króla w Księciu Kaspianie). Mam wrażenie, że film całkowicie odebrał opowieści całą głębię. Na próżno się tam doszukiwać wyraźnej w opowiadaniu przemiany Eustachego, kształtowania się jego przyjaźni z Ryczypiskiem, przemiany światopoglądu z to bajdurzenie w kto raz nogę postawi w Narnii, Narnijczykiem się stanie. Wiem jakie ograniczenia niesie medium jakim jest film; niektórych rzeczy nie da się pokazać, lecz wciąż odnoszę wrażenie, że cała ta przemiana nastąpiła w momencie pojedynku Eustachego z Ryczypiskiem, w jednej z pierwszych scen filmu. Zrzucam to zatem na karb kolejnych braków w głębi – większość postaci była bez wyrazu. Może z wyjątkiem Łucji, jednakże jako faceta średnio pociąga mnie wątek chciałabym być piękna….

nar1Autorzy filmu całkowicie zrezygnowali ze swoistej logiki, sensu i chronologii opowiadania na rzecz… cóż, zdaje się, że najbliższym określeniem jest epickość. Załoga z opowiadania nie chciała podróżować z zesmoczonym Eustachym, bojąc się o swoje zapasy, tymczasem tutaj możemy go oglądać prawie przez połowę filmu. Przyznaję, że na początku krążący dookoła okrętu smok wyglądał imponująco (jak zresztą większość ujęć, ale o tym później), był też ciekawym dodatkiem do pojedynków, lecz kiedy zaczął go ujeżdżać Ryczypisk poczułem się jak na Eragonie – innymi słowy nie to poszedłem oglądać. Także pojedynek z wężem morskim został pokazany zupełnie inaczej – w opowiadaniu był to podstęp, tutaj po prostu taranowali go okrętem przez jakiś kwadrans zanim uderzył go niebieski laser z nieba (jak skomentował siedzący obok mnie brat – Trochę Jedi, co nie?).

Ujęcia są kwintesencją piękna. Jak zresztą w każdym z filmów tej serii. Szczególnie przypadną do gustu pasjonatom żeglarstwa. Już we wstępie pisałem o wyglądzie samego Wędrowca – spodziewałem się większego okrętu, choć muszę przyznać twórcom rację – mały okręt lepiej pasuje do tła opowieści, ponadto zdecydowanie lepiej prezentował się w ujęciach przedstawiających sztorm czy wpływanie do zatoki. Podobnie rzecz ma się z efektami specjalnymi. Byłem bardzo ciekaw jak zostanie pokazany sam moment przejścia między światami (częściowo można to było zobaczyć na zwiastunie) i w tym konkretnym przypadku się nie zawiodłem – zostało zrealizowane w sposób ciekawy, a jednocześnie dość prosty i nieprzesadny. Nie inaczej jest z muzyką. Pojawia się motyw muzyczny serii wpleciony w utwory towarzyszące akcji. Bicie w pokładowy dzwon zostało wkomponowane zgrabnie do niektórych kawałków, pojawia się dużo tryumfalnych trąb. Muzyka przynosi istne rozkosze dla ducha.

Zdaję sobie sprawę, że czytanie tej recenzji może być irytujące. Jestem niczym szczeniak narzekający, że książka była lepsza, podczas gdy piszę recenzję filmu – będącego dziełem zupełnie odrębnym. Postaram się zatem jeden akapit poświęcić na ocenę dzieła wyłącznie jako filmu fantasy. Otrzymujemy wszystko czego dusza może zapragnąć od takiego dzieła. Smoki, miecze, magię, tryumfalne nuty w tle – wszystko to w kompozycji, która buduje napięcie aż do momentu ostatecznej konfrontacji, z której grupa herosów wychodzi zwycięsko dzięki heroicznej postawie najsłabszego spośród nich. Nie ma się co oszukiwać – film zaczerpnąwszy tak wiele z kultury europejskich baśni ludowych musi być przewidywalny. Otrzymujemy także kilka scen komicznych, czyniących z niego przygodowy film rodzinny – tutaj niestety muszę napluć na tlący się płomyk nadziei – większość tych dowcipów w polskim dubbingu została zabita (lub co najmniej poważnie okaleczona). Mam też wrażenie, że film cierpi na bolączkę niektórych przygód RPG (znowu nasuwają mi się skojarzenia, być może scenarzysta naprawdę jest zapalonym graczem?) z serii jeśli jesteś tak potężny to czemu wysyłasz nas byśmy pokonali wielkie zło? czy też jasne powiem wam gdzie są wasi przyjaciele, ale najpierw quest. Postacie są płaskie i mało interesujące, historia jest pozbawiona głębi. Gdybyśmy szli po prostu obejrzeć film, otrzymalibyśmy niezobowiązujący intelektualnie relaks z dużą ilością błyszczących efektów specjalnych i jednym czy dwoma zapierającymi dech w piersiach pojedynkami na miecze – choć zrealizowany z istną maestrią, budujący napięcie i w pięknych ujęciach. Jako film oceniam go więc na marne 4 z dużym minusem – niby wszystko jest, lecz satysfakcji brak.

nar2Jako ekranizację… Cóż, myślę że już wiecie. Film ma naprawdę niewiele wspólnego z opowiadaniem Lewisa. Zaczynam się zastanawiać czy z ekranizacja ciężar nie powinien się przenieść bardziej w stronę na motywach. Pomijając braki w logice, chronologii czy też całkowite zmienianie wydarzeń i pomijanie rzeczy zdawałoby się istotnych, zaczynam się zastanawiać, czemu w czasie gdy większość filmów stara się, aby kolejne części wypadły dobrze, tak lekko zostały uchylone wszystkie możliwe furtki. Dla przykładu – ci, którzy przeczytali Srebrne Krzesło (kolejną część z cyklu) wiedzą, że Kaspian i córka Ramadu będą mieli syna (którego losy śledzimy w kolejnym z opowiadań) tymczasem wątek romantyczny został mocno spłaszczony i ograniczył się zaledwie do wypowiedzianego chórem przez Kaspiana i Edmuna zachwytu urodą Gwiazdy… Wiem, że nie wszystko dałoby się upakować w filmie, ale z drugiej strony wrzucono tam mnóstwo pozmyślanych bezsensów… Jako ekranizacji muszę dać tutaj wielkie paskudne 2 (nie dałem pały zakładając, że tę ocenę Tawerna RPG pozostawia dla totalnego dna…).

Podsumowując – lekki film będący skrzyżowaniem Gamers i Piratów z Karaibów z widowiskowym pojedynkiem na końcu, pięknymi ujęciami i jeszcze piękniejszą muzyką. Pojawia się smok. Jest trochę magii. Do książki ma się nijak.

Tytuł: Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu [The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader]
Reżyseria: Michael Aptedi
Scenariusz: Christopher Marcus, Stephen McFeely, Michael Petroni
Obsada: Georgie Henley, Skandar Keynes, Ben Barnes, Will Poulter
Rok: 2010
Czas: 113 min.
Ocena: 3+
Kategorie
Filmy

Tron: Dziedzictwo – recenzja filmu

tron1

Po prawie trzydziestu latach od premiery filmu Tron studio Disneya zdecydowało się wskrzesić ten tytuł, udostępniając fanom sequel. Nikt nie ukrywał przy tym, że to jest skok na kasę – choć wcześniej podejmowane były rozmowy na temat kontynuacji, dopiero teraz uznano, że dostępna technologia jest odpowiednia do stworzenia tego obrazu i przyniesie twórcom zamierzone zyski. Zyski, które ta produkcja z pewnością osiągnie, choć nie jestem przekonany czy w pełni zasłużenie. Ale jeśli ktoś jest przewrażliwiony na punkcie spoilerów, to lepiej niech w tym miejscu zakończy lekturę; wszyscy inni mogą poznać powody moich wątpliwości.

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Tron: Dziedzictwo nie jest produkcją przełomową. Choć oczywiście stworzony w oparciu o najnowsze technologie (w tym także 3D), nie wnosi sobą niczego, czego nie można było już wcześniej zobaczyć. I jak mu się mierzyć z Tronem, któremu odmówiono nominacji do Oscara za efekty specjalne z powodu oszustwa, jakim rzekomo miało być użycie do produkcji zaawansowanych technologii komputerowych?

Ten film jest jednym wielkim fajerwerkiem – ładnym, widowiskowym, ale szybko się wypalającym i nie pozostającym w pamięci na długo. Najbardziej kuszącym jego elementem miały być efekty specjalne i trzeba szczerze przyznać, że oglądało się je z przyjemnością. Problem jednak w tym, że jak na produkcję będącą niczym jeden wielki efekt specjalny, zupełnie nie wykorzystano potencjału drzemiącego w technologii 3D. Owszem była ona obecna, ale nie budziła emocji, nie współgrała z fabułą, a była jedynie ledwo dostrzegalną oprawą, która na dobrą sprawę niewiele wnosiła do całości.

Druga część historii Flynnów razi także płytkością bohaterów. Tym razem mamy do czynienia z Samem, snem Kevina znanego z obrazu z roku 1982. Jest on dwudziestosiedmiolatkiem, który zna się na komputerach i niewiele poza tym. Nie ma przeszłości, nie ma charakteru, nie ma nawet znajomych. Na pytanie ojca o żonę czy dziewczynę odpowiada przekornie, że posiada psa – zwierzak ten jednak nie odgrywa w fabule żadnej roli; jest tylko takim zamydleniem oczu widza, żartem, który sprawi, że nie będzie się myślało o nijakości bohatera i tego, że podporządkowuje go ona historii, a konkretniej: dziewczynie z komputera, która oczywiście wywrze na bohaterze duże wrażenie.

tron2W ogóle z kobietami w tym filmie jest podobnie, jak było w oryginalnym Tronie. Spełniają funkcję bezosobowego ozdobnika, są zupełnie zbędne i ich usunięcie (bądź zastąpienie mężczyznami) niczego by nie zmieniło. No może poza samym zakończeniem, chociaż Sam bez przeszłości i bez związków równie dobrze mógłby być gejem. Postacie kobiece pojawiają się tutaj dwie – oczywiście jedna dobra i idealna (jak próbują nam wmówić scenarzyści) druga nie wiadomo jaka. Na dobrą sprawę jednak nie okaże się to do końca, bowiem Gem ginie gdzieś w blasku efektów specjalnych i wszyscy o niej zapomną.

Na tle niewyróżniających się specjalnie aktorów nieźle prezentuje się, odgrywający ponownie postać Kevina, Jeff Bridges. Nie jest to jednak jego życiowa rola, a na dodatek w scenach, w których odmłodzono go o 30 lat, animacja twarzy razi sztucznością i przypomina cut-scenki z tych słabszych jak na obecne czasy gier komputerowych. To kolejny element, który w filmie o takiej tematyce powinien być dopracowany nieco lepiej.

Najgorsza z tego wszystkiego jest jednak fabuła. Ot chłopak dostaje się do wirtualnego świata i próbuje się z niego wydostać. Miałoby to sens, gdyby próbował wydostać ojca, uwięzionego tam od dwudziestu lat. Okazuje się jednak, że Kevin tego nie chce, a dokładniej – nie wiadomo czego chce. Z jednej strony nie może, z drugiej się boi, a na koniec i tak podąży za swoim synem. Może i nie raziłoby tak bardzo, gdyby nie przydługawe i miałkie sceny, w których bohaterom nieudolnie próbuje się nadać głębi. Scena posiłku (gdzie się podziały kałuże energii znane z części pierwszej?) czy rozprawa nad książkami (ciekawe jak dostały się do wirtualnego świata, bo coś ciężko mi sobie wyobrazić Flynna wklepującego na klawiaturze tomiszcza Dostojewskiego czy innych) są tak naiwne i niepotrzebne jak nudne i prowadzące donikąd. Na dokładkę na zakończenie, gdy okazuje się, że bohaterom może się nie udać, pojawia się deus ex machina w postaci Trona, który oczywiście podaje im pomocną dłoń (co i tak tylko opóźnia przeciwnika i prowadzi do kolejnego ratunku ni z gruszki ni z pietruszki)…

tron3Złego słowa nie można za to powiedzieć o muzyce. Jak na produkcję o wirtualnym świecie, syntetyczne brzmienia dodają światu charakteru i znakomicie podkreślają klimat, a te orkiestrowe także idealnie spełniają swoją rolę. Jestem pewien, że miłośnicy muzyki tego typu jeszcze długo po projekcji filmu będą do niej wracać, a wszyscy inni docenią kunszt z jakim uzupełniała obraz.

Czym zatem jest Tron: Dziedzictwo? Jest produkcją skierowaną do niewybrednego widza, swoistym hołdem oddanym fanom poprzedniej części, rozmiłowanym w wyścigach wirtualnych motocykli czy walkach na dyski. Nie ma w nim niczego specjalnego, do czego chciałoby się wracać. Są nawiązania i rozwiązania fabularne znane z jedynki, są także niezrozumiałe decyzje, pomoc znikąd i prowadzenie bohaterów do z góry założonego zakończenia. Jedyne, czego w tym wszystkim zabrakło? Pomysłu – historii, która zelektryzowałaby widza i wciągnęła do wirtualnego świata.

Tytuł: Tron: Dziedzictwo [TRON: Legacy]
Reżyseria: Joseph Kosinski
Scenariusz: Adam Horowitz, Edward Kitsis
Obsada: Jeff Bridges, Garrett Hedlund, Olivia Wilde, Beau Garrett, Michael Sheen
Rok: 2010
Czas: 127 min.
Ocena: 3+
Kategorie
Filmy

Zaplątani – recenzja

zapl

Plakaty reklamujące Zaplątanych są jednoznaczne – to najbardziej wyczesana komedia roku. Po ujrzeniu ich pierwszą moją reakcją było: uważajcie, jeszcze uwierzę – no, bo powiedzcie sami, ile takich posterów widzieliście? No właśnie. Poza tym, nie wszystkie z ostatnich produkcji Disneya przypadły mi do gustu. Do kina wybrałem się więc po trosze z nadzieją (pół roku wstecz zauroczyło mnie w końcu Jak wytresować smoka), ale głównie z nastawieniem, że będzie nad czym się powyzłośliwiać w recenzji. Wiecie, miło się czasami rozczarować.

Historia pewnej fryzury

Na początek słów kilka o fabule. A więc tak. Oto mamy kochające się małżeństwo – Króla i Królową – którym do szczęścia brakuje tylko rozwrzeszczanego bobasa, w przyszłości mogącego odziedziczyć królestwo. Para ma jednak pecha – gdy Królowa w końcu zachodzi w ciążę, pojawiają się komplikacje. W dodatku naprawdę spore – nie tylko istnieje poważne ryzyko, że na świecie nie pojawi się ukochany dziedzic, ale za moment może nie być i Królowej. Desperackie sytuacje wymagają… nie, nie desperackich czynów. Wymagają cudów. Tak się jakoś składa, że podobno jeden cud – magiczny kwiat, który leczy, ale i zapewnia wieczną młodość – rośnie w okolicy . Roślina zostaje odnaleziona, wywar z niej uwarzony, Królowa wyleczona, a moc magicznego kwiatu przechodzi na dziecko Królowej – Roszpunkę (a ściślej: jej włosy). Wszystko kończy się dobrze, panuje szczęście – koniec bajki.

Tyle tylko, że ze wspomnianej roślinki przez kilka ostatnich stuleci korzystała niejaka Gertruda. Niezrażona rażącym konfliktem interesów, zakrada się do sypialni Roszpunki i po krótkiej metodzie doświadczalnej (tego nie można obcinać!), zabiera ze sobą źródełko wiecznej młodości, które wychowywać będzie w odciętej od świata wieży jako własne dziecko.

Mija kilkanaście lat, bobas pod pilnym okiem mamusi rozwija się we wcale urodziwą dziewoję. Nastolatka, jak to nastolatka – chciałaby się w końcu ruszyć z domu, ale mama nie pozwala. W tym miejscu na scenę wkracza Flynn – złodziejaszek, który ma na pieńku z okolicznymi władzami. Uciekając po kolejnym wielkim skoku przed królewską gwardią, trafia przez przypadek do wieży Roszpunki, gdzie zostaje sterroryzowany, pozbawiony łupów i obezwładniony przy pomocy patelni. Układ jest prosty – Flynn robi przez jeden dzień za przewodnika po okolicy, a w zamian odzyskuje to, co ukradł. Rad nierad, złodziej pomaga nastolatce w jednodniowym gigancie. Dalej tłumaczyć nie trzeba, prawda?

baz

Ty go oczarowałaś? A niby czym?

Przede wszystkim – tekstami. Ten film po prostu żyje dialogami – Roszpunka i Flynn są tak diametralnie przeciwstawnymi charakterami, że ich wspólna podróż nie ma prawa przebiegać bez ciętych uwag na temat zachowania drugiego bohatera. Zresztą, nie tylko dialogi tej dwójki są świetnie napisane – monologi nie są zrealizowane gorzej. Tworzenie tekstów od podstaw dla wersji polskiej (ech, dlaczego w kinach nie ma chociaż jednego seansu, gdzie można by było obejrzeć oryginał?…) wcale nie wyszło filmowi na złe, co nie jest niestety regułą dla polskich tłumaczeń. Wszystkie kwestie głównych bohaterów napisane są lekko i doskonale pasują do swoich postaci (znowu – nie jest to regułą dla polskich wersji filmów dubbingowanych).

Po drugie – bohaterowie. Ten film ma trzy rewelacyjnie stworzone postacie, które spokojnie mogłyby występować w pojedynkę: Flynn – grany w polskiej wersji przez Macieja Stuhra cwaniakowaty złodziejaszek, przekonany o tym, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych, na prawo i lewo rzucający kąśliwymi uwagami; Roszpunka – uzbrojona (w patelnię) i nie-tak-bardzo-niebezpieczna 18-latka, która wreszcie ma okazję zaszaleć bez nadzoru matki (Jestem wyrodną córką, jestem wyrodną córką… Matka mnie zabije…), pod każdym niemal względem kontrastująca z Flynnem; no i oczywiście, last but not least – Maximus, dzielny ogier królewskiej gwardii z silnym poczuciem obowiązku, chorobliwie niedogadujący się z kryminogennym elementem drużyny, niespełnione marzenie aktorskie Macieja Stuhra (vide: wywiad na temat filmu). Niestety, reszta bohaterów zagrana została raczej średnio (z irytującą mnie miejscami Gertrudą na czele) – wielka szkoda, bo film naprawdę miałby szanse stać się hitem.

Po trzecie wreszcie: pogodna, bajkowa stylistyka filmu (a tak, będę to powtarzał w każdej kolejnej recenzji produkcji z tego studia!) – masa ciepłych kolorów, lokacje, w których chciałoby się znaleźć naprawdę (szczególnie mając w perspektywie biało-szare widoki na zewnątrz), przerysowane, charakterystyczne dla animowanych obrazów Disneya postacie – to wszystko tworzy atmosferę, przyprawiającą największego ponuraka o szczery uśmiech, pozostający na twarzy jeszcze długo po zakończeniu seansu Zaplątanych.

rosz

Śpiewać każdy może… Ale czy powinien?

Ten akapit będzie, przyznaję się bez bicia, najbardziej subiektywną częścią niniejszej recenzji. Wiele osób zapewne się na ten zarzut oburzy, ale muszę to napisać – piosenki mnie po prostu rozczarowały. Tak się jakoś składa, że co kilkanaście minut twórcy raczą nas kolejnymi utworami śpiewanymi, które z początku mnie jedynie irytowały, a później po prostu męczyły; mniej więcej od połowy filmu, słysząc kolejną piosenkę, modliłem się o jej koniec i powrót do właściwej akcji. Naprawdę nie potrafię powiedzieć, co tak bardzo mnie w nich drażniło – chyba najbliżej prawdy będę, jeśli napiszę, że aktorzy (którzy tak świetnie sprawdzili się w dialogach) pomimo wzbijania się na szczyty swych możliwości, w piosenkach są najczęściej po prostu słabi. W oryginalnych utworach, które bez problemu można znaleźć na YouTube, było dużo lepiej – przez cały czas pisania tego tekstu, w słuchawkach leciała ścieżka dźwiękowa z amerykańskiej wersji filmu, która nie tylko mnie nie irytuje, ale też naprawdę może się podobać.

Wybaczam ci… Nie potrafię się na ciebie gniewać…

Wybierając się na ten film nie miałem szczególnie dużych wymagań – ot, chciałem spędzić półtorej godzinki w miłej atmosferze, nie spodziewając się zupełnie tego, że będzie to tak świetna zabawa. Ta produkcja ma wady i to czasami dość spore – ale cóż to za sztuka kochać ideał? Podejrzewam, że Zaplątani nie zapadną widzom w pamięć tak, jak to zrobił pierwszy Shrek i nie zdobędą tak szerokiej publiczności – a szkoda, bo to kawałek naprawdę niezłego kina dla całej rodziny. Co prawda, nie przyznałbym im tytułu najbardziej wyczesanej komedii roku (w moim prywatnym rankingu, na pierwszym miejscu nadal znajduje się tutaj niezagrożone Jak wytresować smoka), ale gorąco polecam wszystkim tym, którzy nie wstydzą się , że w głębi serca są dziećmi i lubią tego typu bajki. Do kina – marsz!

Tytuł: Zaplątani [Tangled]
Reżyseria: Glean Keane, Nathan Greno, Byron Howard
Scenariusz: Josann McGibbon, Sara Pariott
Obsada: Julia Kamińska, Maciej Stuhr, Danuta Stenka, Mirosław Zbrojewicz, Miłogost Reczek
Rok: 2010
Czas: 100 min.
Ocena: 4+