Kategorie
Felietony

Legendy arturiańskie

artur1

Szczypta historii

Nie ma chyba człowieka, obeznanego choć trochę z li­te­raturą, który nie słyszałby czegoś o królu Arturze i jego rycerzach. Ich sława narodziła się na Wyspach Brytyj­skich, ale jak każda chwytliwa historia, nie zagrzała tam długo miejsca. Legendy arturiańskie rozprzestrzeniły się po świecie nie tylko w postaci słów, ale również obrazów (zarówno malowanych, jak i filmowych), a nawet opery (Parsifal Ryszarda Wagnera). Co zde­cydowało o tak wielkiej popularności tej postaci? Być może ludzkie pragnienie posiadania wzorców. Artur we wszystkich wersjach legendy jest ideałem króla. Mądry, sprawiedliwy, idealny przywódca zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. Nawet dziś zajmuje miejsce wśród stu najznamienitszych Brytyjczyków wszechczasów. Można o nim napisać, i napisano już, grubaśne tomy. Ja podjąłem się skrótowego przedstawienia jego osoby i paru rzeczy z nim związanych.

Co do życia legendarnego króla wciąż toczą się debaty. Wielu historyków uważa, że jest on postacią auten­tyczną, żyjącą na przełomie piątego i szóstego wieku. Miałby być rzymsko-brytyjskim przywódcą walczącym z najazdem Anglosasów. Łacińska księga z dziewiątego wieku, Historia Brittonum (Historia Brytyjczyków), podaje dwanaście bitew, w których Artur miał jakoby własnoręcznie zabić 960 ludzi (co daje imponującą liczbę osiemdziesięciu trupów w każdym starciu). W wydanym stulecie później Annales Cambriae (Kroniki walijskie) są wzmianki o jego śmierci. Żadna z tych pozycji nie określa go jako króla, więc tak naprawdę nikt nie ma pewności, jak rozległa była jego władza. Historia Brittonum tytułuje go lux bellorum, czyli przywódcą wojennym, wspominając, że walczył u boku króla Brytyjczyków (sam królem nazywany bywa dopiero w późniejszych romansach). Historycy na podstawie tych przekazów wytypowali kilkunastu ludzi, którzy mogliby być Arturem, ale żadnego nie wskazali z całkowitą pewnością.

Podobnie jest z pozostałymi bohaterami legendy. Pełny spis, kto jest za kogo brany, możecie znaleźć w tej tabelce. Większość tych informacji to jednak nie do końca pewne spekulacje. Trudno odtworzyć coś, co działo się dobre piętnaście wieków temu. Można też, oczywiście, przyjąć, że wszystko co dotyczy Artura i jego rycerzy zostało od początku do końca zmyślone. W każdej legendzie jest jednak ziarno prawdy, więc nie odrzucałbym zbyt pospiesznie historycznych przesłanek.

Artura, jakiego znamy dzisiaj, stworzył Geoffrey z Monmouth w napisanej w okolicach 1130 roku pseudohistorycznej księdze Historia Regum Britanniae (Historia królów brytyjskich). Ta pozycja znacząco wpłynęła na wszystkie napisane po niej opracowania dotyczące króla. Dlatego właśnie, choć pierwsze wzmianki o nim pochodzą z szóstowiecznego walijskiego poematu The Gododdin, nie wiadomo, czy nie zostały zafałszowane (poemat ten znany jest tylko z manuskryptu z trzynastego wieku, czyli z czasów po wydaniu Historia Regum Britanniae).

artur3

Same legendy skupiają się na rozmaitych tematach. Mamy tu mianowanie Artura królem dzięki wyciągnięciu miecza ze skały, utworzenie drużyny Rycerzy Okrągłego Stołu, obronę Brytanii przed Saksonami, różne magiczne przygody rycerzy, poszu­kiwanie Świętego Graala i wiele innych, które postaram się pokrótce przedstawić. Będzie to tylko jedna z wielu wersji, gdyż legendy mają to do siebie, że żyją własnym życiem. Rozrastają się i przekształcają, w zależności od tego, kto je opowiada.

Narodziny

Artur był synem Uthera Pendragona i Igrane. Uther przejął władzę w Brytanii po bracie, Aureliusie. Kraj był w tych czasach najeżdżany przez Saksonów, jednak nowy władca prowadził znakomitą kampanię i udało mu się odeprzeć zagrożenie. Kiedy umocnił swoją pozycję, zaczęło się szukanie żony. Na jego nieszczęście kobieta, która mu się spodobała, Igrane, była już zamężna, do tego jej mężem był inny wpływowy człowiek, Gorlois, diuk Kornwalii. Zgody być nie mogło, więc rozpętała się kolejna wojna, tym razem domowa. Uther zwyciężył, zaślubił Igrane i z tego związku narodził się chłopiec. Artur, gdyż tak go nazwano, został zabrany rodzicom przez Merlina, nadwornego czarodzieja. Trudno powiedzieć dlaczego. Istniało podejrzenie, że dziecko jest synem Gorloisa, a nie Uthera. Musiało więc zniknąć, żeby nie zaogniać atmosfery w kraju. Inna wersja głosi, że to cena, której Merlin zażądał za spełnienie życzenia Uthera (noc przed finałową bitwą z Gorloisem Uther poprosił o nadanie mu wyglądu swego przeciwnika i udał się do łoża Igrane). Jakby nie było, Artur zamiast z rodzicami i siostrą (Morgan Le Fay, córka Igrane z pierwszego małżeństwa; tak naprawdę jednak trudno stwierdzić, ile miał w sumie rodzeństwa) wychowywany był przez sir Ectora, za brata mając Kay’a.

Miecz w skale

artur2W międzyczasie Saksoni znów zaczęli najeżdżać kraj. Artur był już wtedy dojrzałym mężczyzną, a bitwy i stres przywiodły Uthera na krawędź śmierci. Król umarł nie pozostawiając męskiego potomka. Z całej Brytanii zjechali się lordowie chcący na zasadzie turnieju wyłonić nowego władcę. Kay, jako pasowany rycerz, wziął udział w tym turnieju. Artur był jego giermkiem. Zdarzyło się jednego dnia, że giermek zapomniał miecza swego pana. Został odesłany po broń, ale chcąc sprawić się szybciej, bez namysłu wyciągnął miecz wbity w głaz na podwórzu i popędził z nim do rycerza. Wyczyn chłopaka wzbudził po­wszechne zdumienie, gdyż miecza tego nikt nie potra­fił ruszyć (Merlin zadbał o to swoimi czarami), a na ostrzu wyryte były słowa ktokolwiek wyciągnie mnie z kamienia, zostanie następnym królem Brytanii. Tak też stało się z Arturem.

Młody król

Przed nowym władcą stanęło nieliche zadanie. Musiał zjednoczyć kraj, stworzyć armię, odeprzeć zagrożenia i, co nie mniej ważne, ożenić się. Najłatwiej było z tym ostatnim. Jeden z możnowładców bardzo chętnie oddał królowi rękę swojej córki, Ginewry. W posagu znajdował się zaś okrągły stół, pierwotnie wykonany dla Uthera. Stół stał się znakomitym sposobem na rozwiązanie problemu rozbicia Brytanii. Siedzący przy nim ludzie mieli poczucie równości, nikt nie czuł się ważniejszy, więc łatwiej było doprowadzić do jakiegoś wspólnego działania. Zjednoczony kraj z łatwością mógł stawić czoła wszystkim przeciwnikom. To właśnie w tym czasie Artur stoczył sławetne dwanaście bitew. Król starł się nawet z Rzymianami i, co ważniejsze, pokonał cesarza Lucjusza, zajmując jego miejsce. Gdzieś w międzyczasie zniszczeniu uległ miecz, którego Artur używał od momentu wyciągnięcia go ze skały. Na jego miejsce, od Pani Jeziora, król otrzymał legendarny Excalibur.

Zdrada Lancelota

artur5

Podczas nieobecności Artura Brytanią musiał ktoś rządzić. Na to miejsce wyznaczony został bratanek króla, Mor­dred. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Mordred chciał pogrążyć Artura. Najłatwiej oczywiście zrobić to uderzając w bliskich.

Lancelot, najwspanialszy z Rycerzy Okrągłego Stołu, już od dawna zwracał uwagę na królewską żonę. On również nie był jej obojętny. Tą dwójkę połączył romans, który jednak dzięki Mordredowi wyszedł na światło dzienne. Artura rozwścieczyło to na tyle, że skazał oboje ko­chanków na śmierć. Lancelotowi udało się uciec, później jednak wrócił, uratował Ginewrę i zabrał ją na swoje włości. To przelało czarę goryczy i Artur wypowiedział wojnę swemu niegdyś najwierniejszemu rycerzowi. Konflikt jednak nie został rozwiązany.

Mordred

Pragnienie władzy przejęło nad nowym władcą Brytanii kontrolę i w końcu się zbuntował. Artur musiał więc odłożyć na później zemstę na Lancelocie i pozbyć się renegata. Bitwa na równinie Salisbury nie zakończyła się jednak pomyślnie. Mordred co prawda zginął, ale król również odniósł śmiertelną ranę. Umierając poprosił jednego z wciąż pozostałych przy nim rycerzy, aby ten oddał jego miecz Pani Jeziora (czego poproszony dokonał dopiero za trzecim razem; tak wielkie było jego pragnienie posiadania tego oręża). Króla złożono na barce i, według podań, odpłynął do legendarnej krainy, Avalonu, aby pewnego dnia powrócić i ponownie objąć władzę.

Posłowie

Legenda o królu Arturze, choć narodziła się na Wyspach Brytyjskich, roz­prze­strzeniła się już na cały świat. Historię o wyciągnięciu miecza ze skały, czy o okrągłym stole, znają chyba wszyscy. Mam nadzieję, że w tym tekście udało mi się w należyty sposób przedstawić fascynującą postać, jaką bez wątpienia był Artur. Przyjrzawszy się dokładniej legendzie można stwierdzić, że wcale nie sportretowano go jako niezwykłego herosa. Przeciwnie, prezentuje się jak każdy normalny człowiek. Wspomniałem jednak, że jest to tylko jedna wersja legendy. W niektórych jest bardziej mitologizowany, w innych mniej. Zestawienie ich wszystkich przekracza chyba możliwości człowieka. Ja chciałem po prostu pokazać, że obojętnie jak niezwykły się wydaje, był tylko (a może aż) człowiekiem. Ze wszystkimi ludzkimi zaletami i przywarami.

Osoby zainteresowane mogą zerknąć pod podane niżej odnośniki. To najlepsze strony, jakie udało mi się znaleźć, jednak wymagają znajomości angielskiego. Znajdziecie na nich również informacje, których tu nie zawarłem, na przykład o Rycerzach Okrągłego Stołu, czy o Merlinie. To z nich pochodzą również ilustracje zawarte w tym felietonie.

Źródła:

Kategorie
Literatura

Cienioryt – recenzja książki

Krzysztof-Piskorski-Cienioryt

Arahon Caranza Martenez Y’Grenata Y’Barratora – kiedy zobaczyłem to imię, niemal parsknąłem śmiechem. Na myśl przyszły mi automatycznie brazylijskie telenowele, zalewające niegdyś telewizję. Na szczęście, Cienioryt okazał się nie mieć z nimi nic wspólnego. Powiem więcej – to wyjątkowo kompetentna opowieść z gatunku płaszcza i szpady (czy może raczej płaszcza i rapiera) z interesującym konceptem fantastycznym.

Akcja powieści toczy się w portowym mieście Seriva, w realiach do złudzenia przypominających renesansową Hiszpanię. Już samo to podziałało na mnie odświeżająco, bo na palcach jednej ręki mógłbym wymienić przeczytane przeze mnie książki osadzone w tych klimatach. W zasadzie dziwi mnie, że ten okres nie jest bardziej popularny, bo szermierze mają w sobie, moim zdaniem, dużo więcej elegancji i swoistego romantyzmu niż czysto fantastyczni rycerze z półtorakami, zakuci w metalowe zbroje. W każdym razie, w Serivie żyje sobie wspomniany wyżej człowiek o udziwnionym nazwisku, weteran wojen, niegdyś obracający się w najwyższych kręgach władzy, obecnie najemny zabójca, prowadzący niewielką szkółkę szermierki. Po nieudanej akcji, w której zmuszony był zabić własnego ucznia, poszukuje zemsty na zleceniodawcy, nie wiedząc nawet, że wdeptuje w ten sposób w bardzo głębokie bagno. Pozornie niepowiązane wydarzenia zaczynają się splatać, ścieżki bohaterów krzyżować, a intryga zatacza coraz szersze koło.

Niesamowicie spodobał mi się styl Piskorskiego. Nie miałem do tej pory styczności z jego twórczością, ale po Cieniorycie zamierzam nadrobić zaległości. Książka jest wyjątkowo lekko i barwnie napisana, w szczególności w początkowych rozdziałach, w których jest zdecydowanie więcej luzu i humoru. Siłą rzeczy, gdy wydarzenia nabierają wagi, poważnieje również narracja. Spisek goni spisek, a rozmaitych sojuszy zawiązywanych między bohaterami, trudno się doliczyć. Pojawia się kilka gatunkowych klisz (jak na przykład trójka przeciwników walczących między sobą), ale są użyte umiejętnie i powiększają jeszcze satysfakcję z lektury. Przy tym, na przeciętnej ilości stron, skondensowane jest tyle treści, że można by nią obdarzyć kilka innych tytułów. Po prostu ideał powieści awanturniczej.

Nieco gorzej jest z wątkiem fantastycznym, który sprawia wrażenie potencjału, który nie został wykorzystany. Piskorski stworzył realia, w których cienie kryją w sobie zupełnie inny świat, częściowo zagospodarowany przez człowieka. Kraina cienia rozciąga się w głąb, zamiast wszerz, pozwalając na błyskawiczne przemieszczanie się między odległymi punktami. Same cienie również stanowić mogą zagrożenie, gdyż istnieje możliwość zespolenia przez nie umysłów. I to drugie zastosowanie zaintrygowało mnie znacznie bardziej niż pierwsze, a zarazem wydaje się pozostawać w cieniu skracania odległości. Niezmiernie trudno wyobrazić sobie świat, w którym ludzie większość swojej uwagi poświęcają unikaniu ciemnych plam, a w którym większość wydarzeń rozgrywa się w południe i po zmroku. Jeszcze trudniej jest, gdyby się tak zastanowić, dlaczego ludzie nie wykorzystują tego do pozbywania się swoich wrogów. W końcu niczym trudnym nie powinno być napuszczenie jakiegoś pijaka na najlepszego zabijakę w okolicy, żeby wymieszać ich doświadczenie, pozbawiając tego drugiego jego sprawności i odruchów. Już nawet nie mówiąc o tym, jak wspaniale radziliby sobie sędziowie, mogąc wydobyć informacje o przestępstwie bezpośrednio ze wspomnień skazanego. Żadnej możliwości kłamstwa czy choćby przemilczania faktów. Gdyby temat drążyć, można uzyskać naprawdę ciekawe rezultaty. Pytanie tylko, czy byłoby warto poświęcać akcję na korzyść rozwijania świata?

Trochę ponarzekałem, ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się świetnie. Gnająca do przodu akcja nie pozostawia wiele czasu na zastanawianie się nad konstrukcją rzeczywistości, wprawiając czytelnika w stan łagodnego oszołomienia. Książka jako całość wydaje się być znajoma, ale to solidna pozycja ze zwrotami akcji, które parę razy mnie zaskoczyły. Nie mam innego wyboru, jak polecić Cienioryt każdemu, kto ma ochotę na przeżycie barwnej przygody.

Tytuł: Cienioryt
Autor: Krzysztof Piskorski
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok: 2013
Stron: 456
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Dziedzictwo królów – recenzja książki

86233-dziedzictwo-krolow-celia-s-friedman-1

Moja pierwsza styczność z magisterską trylogią zakończyła się pragnieniem poznania ciągu dalszego. Druga jeszcze to uczucie wzmogła, znakomicie rozwijając wątki i poszerzając świat. Trzecia i ostatnia… Cóż, tu mam pewien dylemat.

Dziedzictwo królów, to bez wątpienia godne zwieńczenie serii. Niedopowiedzenia zostają wyjaśnione, losy bohaterów splecione, a wydarzenia konsekwentnie dążą do wielkiego finału. Nie będzie chyba wielkim spojlerem, gdy powiem, że chodzi o bitwę z Duszożercami. Starożytne zagrożenie podniosło łeb, panoszy się na coraz większym terytorium i wymaga podjęcia drastycznych kroków, jeśli ludzie chcą zachować dominującą pozycję w swoim świecie. Mógłbym się, co prawda, czepiać małej skali końcowych wydarzeń i pewnego rodzaju pójścia na łatwiznę (autorka obdarzyła swoich bohaterów takimi supermocami, że nie musieli się nawet specjalnie wysilać – obawiałem się trochę takiego automagicznego zakończenia, czytając Skrzydła gniewu), ale za bardzo mnie to nie raziło. W każdym razie, nie bardziej, niż chodzenie na skróty w innych sytuacjach: sny i wizje naprowadzające bohaterów na rozwiązania problemów, które w danej chwili ich nurtują. Ostatecznie nie rozbijało to aż tak bardzo klimatu.

Czytelnik nie powinien też się spodziewać większych zaskoczeń. W zasadzie tylko Lazaroth wprowadził nieoczekiwany zwrot akcji. Cała reszta dość linearnie dąży do finału, od czasu do czasu prezentując smaczki umożliwiające dokładniejsze zrozumienie poprzednich tomów – koronnym przykładem jest tu przeszłość Colivara. To detale, ale bardzo cieszą oko, bo pomagają spojrzeć z innej perspektywy nawet na, zdawałoby się, domknięte wątki. W ogóle, autorka zwraca dużo uwagi na drobiazgi, których braku pewnie bym nawet nie zauważył, póki nie zostały wspomniane.

I chociaż na rozwijanie świata zbyt wiele miejsca już nie miała, to nieźle poszło jej z postaciami. W każdym razie z niektórymi. Dużo zyskuje Salvator, który z religijnego fanatyka wyrasta na prawdziwego władcę. Ukrytą głębię odsłania wspomniany wcześniej Lazaroth. Ciekawa, choć trochę mniej przekonująca, jest przemiana Colivara. Wobec postaci pojawia się jednak mój największy zarzut wobec książki: jest przegadana. Autorka stworzyła świat, w którym ludzie mogą nawiązywać telepatyczną więź ze zwierzętami i uparła się, żeby pokazać negatywne, dzikie strony takiego połączenia. Przedsmak tego pojawił się już w poprzednim tomie, podczas spotkania Siderei z Petraną. I tam naprawdę robiło to wrażenie, kiedy zwierzęce odruchy i uczucia wzięły górę. Tutaj zaś, co chwila raczeni jesteśmy informacją, jak to w kimś budzi się bestia i kompletnie nic z tego nie wynika. Trudno powiedzieć, czy to brak umiejętności pani Friedman, czy jej zbytniego przywiązania do bohaterów, którym nie chce zszargać reputacji? Przy dialogu dwóch postaci, ponad połowę miejsca zajmuje opis wewnętrznych zmagań rozmówców, co właściwie w żaden sposób nie wpływa na ich zachowanie i jest równie emocjonujące, jak obserwowanie schnącej farby. Rozumiem, że czytelnik miał w napięciu czekać na rozwój wypadków i przygryzać paznokcie na myśl, że akurat teraz bohater straci nad sobą kontrolę. Za pierwszym razem może to i podziałało, ale po dziesiątym miałem dość.

Tym samym książka, w ogólnym rozrachunku dość dobra, momentami niemiłosiernie przynudza. Bez straty dla fabuły można by spokojnie wywalić kilkaset stron. Przy tym zarzucie, wszystkie pozostałe wydają się mało istotne. Więcej nawet, zacząłem doceniać chodzenie na skróty, bo bez tego dostalibyśmy pewnie jeszcze więcej wewnętrznych zmagań. Osobiście bardzo sobie cenię psychologię postaci, ale tutaj jest tak piekielnie niewiarygodna, że nie mogłem jej znieść.

Podsumowując, jeśli zainteresowała Cię trylogia, to poznanie jej finału jest absolutnie obowiązkowe. Nie dlatego, że po przeczytaniu poprzednich tomów warto poznać ostatni, ale dlatego, że to kawałek solidnej lektury. Autorka podjęła błędną decyzję i skupiła się na elementach, które niespecjalnie się jej udały, i trudno się z tym nie zgodzić. To jednak wciąż solidna lektura, która satysfakcjonująco kończy opowieść o Magistrach.

Tytuł: Dziedzictwo królów [Legacy of Kings]
Seria: Magister
Autor: C. S. Friedman
Wydawca: Prószyńki i S-ka
Rok: 2013
Stron: 624
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Skrzydła gniewu – recenzja książki

skrzydla_gniewu_1378722782

Uczta dusz – pierwszy tom opowieści o Magistrach – była dobrze napisaną książką, poruszającą klasyczny temat odradzającego się, pradawnego Zła. Od niedawna dostępna jest jej równie dobra kontynuacja. Skrzydła gniewu miejscami są nawet lepsze, ale kilka rzeczy tu zgrzyta.

Fabuła zaczyna się tam, gdzie zakończyła się akcja poprzedniego tomu. Kamala, wyczerpana walką z Duszożercą i poszukiwana przez Magistrów za zabicie jednego z nich, odzyskuje siły u swojego mistrza. Ten doradza jej udanie się na północ, gdzie nie działa żadna magia. Miałaby tam zbadać sekrety starożytnej boskiej bariery, odgradzającej Duszożerców od świata ludzi. Informacje te mogą okazać się bardzo przydatne zarówno do walki z powracającym Złem, jak i w bardziej prozaicznym celu uratowania własnego tyłka. Na miejscu kobieta natyka się na Rhysa, który wspomógł ją w finałowej walce z poprzedniego tomu. Razem odkrywają, że bariera jest nieszczelna, a świat zagrożony dużo bardziej niż początkowo myśleli.

Niewątpliwie najmocniejszym punktem książki jest rozwijanie wątku Duszożerców – istot, wyglądających początkowo na wyspecjalizowane maszynki do zabijania. Ta teoria okazuje się mieć drugie dno. Pradawne zagrożenie, widowiskowe starcie, które je wyeliminowało, interwencja bogów… Bohaterowie zaczynają odkrywać, że nie wszystko wygląda tak, jak ludzie to pamiętają. To, co powiedziane było w poprzednim tomie, zostaje teraz ukazane w innym świetle. W ten sposób autorka umknęła klątwie sequeli, w której środkowa część trylogii jest zazwyczaj najsłabszym ogniwem. Tu jest wręcz przeciwnie – składanie w całość łamigłówki niemal wymusza na czytelniku przerzucanie kolejnych stron.

Przez to nieco mniej istotny jest wątek Kamali, którą można poniekąd obwołać główną bohaterką (jako jedyną w swoim rodzaju kobietę-Magistra). W każdym razie dla mnie jej osoba stała się zauważalnie mniej interesująca, od kiedy autorka zaczęła odkrywać karty na temat świata przedstawionego. Po części jest to zresztą wina zepchnięcia jej na dalszy plan. W kilku miejscach wciąż odgrywa główną rolę, ale im głębiej wnikamy w historię, tym bardziej skupia się ona na innych ludziach. Motywem przewodnim Uczty dusz było sumienie, a zwłaszcza jego brak u Magistrów, zabijających rzucaniem zaklęć. Skrzydła gniewu za cel obrały sobie zaprezentowanie człowieka, który stracił wiarę we wszystko, co nim do tej pory kierowało. Stąd ważniejszy od Kamali staje się Rhys.

Książka jest jednak nieco zbyt kameralna. Postaci jest niewiele, zaś poczynania Duszożerców są ograniczone i nieustannie odnosi się wrażenie, że losy świata powinny mieć znaczenie dla więcej niż dwóch państw. W poprzednim tomie tak bardzo to nie przeszkadzało, bo nacisk położony był bardziej na poznawanie bohaterów, a odradzające się zło przelatywało gdzieś w tle, wskazując tylko na zbliżające się wydarzenia. Teraz jednak, kiedy fabuła się rozkręca, przydałoby się rozszerzyć trochę jej zasięg, bo w finale może już zabraknąć na to miejsca.

Bardzo nie podobał mi się też jeden z końcowych zwrotów fabularnych, kiedy ludziom ukazana zostaje przeszłość. Na kilometr widać tu pójście na łatwiznę; zacząłem zastanawiać się czy autorka podobnie automagicznie nie pozbędzie się zagrożenia w ostatnim tomie.

Podsumowując – ogólnie „jestem na tak”. Skrzydła gniewu wdzięcznie rozbudowują opowieść o Magistrach, przydają jej głębi i zaskakują kilkoma zwrotami akcji. Bawiłem się przy tej książce znakomicie pomimo pewnych mankamentów. Nie mogę się już doczekać zakończenia i mam nadzieję, że autorka znów mile mnie zaskoczy.

Tytuł: Skrzydła gniewu [Wings of Wrath]
Seria: Magister
Autor: C. S. Friedman
Wydawca: Prószyńki i S-ka
Rok: 2012
Stron: 544
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Strzygonia: Dziedzictwo krwi – recenzja książki

strzygoniadziedzictwokrwiOd czasu do czasu, w odmętach literatury, zdarza mi się natrafić na pozycje genialne, zapierające dech w piersiach i zmuszające do spijania ze stron każdego słowa. Czy Strzygonia do nich należy?

Pierwsze 150 stron tej książki jest najprawdziwszą katorgą dla czytelnika! Autor zarzuca nas tłumem postaci, z których większość nie wyjdzie poza rolę statystów, ale musimy szczegółowo poznać ich wygląd, historię rodu do trzeciego pokolenia wstecz i charakter. Jakby tego było mało, nierzadko mają oni po kilka imion (upraszczam dla przejrzystości), używanych zamiennie przez narratora. Nie do końca wiadomo, skąd to całe zamieszanie się wzięło i dokąd zmierza? Stopniowo, powolutku, pewne rzeczy zostają wyjaśnione, ale zanim do tego dojdzie, trzeba przedzierać się po omacku. Satysfakcjonujące? Czasami. Irytujące? Jak diabli. Każdy sięgający po tę książkę dla rozrywki, już na dobry początek dostaje kułakiem w zęby i potrzeba naprawdę dużo samozaparcia, żeby przedrzeć się przez zakamarki treści, i jeszcze coś z tego zapamiętać.

Kiedy jednak fabuła się rozwinie, może przypaść do gustu. Mam przy tym poważne problemy, z napisaniem czegoś na jej temat, bez wgłębiania się w szczegóły, bo odnoszę wrażenie, że w ten sposób niepotrzebnie odpłynąłbym w dygresje. Jest tu kilka wątków przeplatających się swobodnie i zręcznie poprowadzonych, ale nie są zbytnio odkrywcze. Zasadnicza część powieści opiera się na historii Balladyny, którą znamy z tekstu Słowackiego. Mrugowski rozwija koncept, modyfikuje i dopasowuje do swoich potrzeb, na tych fundamentach, stawiając całą resztę. Szkoda tylko, że właśnie ten zapożyczony koncept wyszedł mu najlepiej. Wszystko opisane wcześniej, sprawia wrażenie pisanego bez przemyśleń, aby przejść do właściwej historii. W efekcie, mamy tu jeszcze pałającego żądzą zemsty Popiela, wędrującego po lasach z bandą Frankończyków. Mamy Czestrę, który knuje jakieś niezrozumiałe intrygi za plecami swojego mocodawcy. Jest masa istot z ludowych baśni i legend, plączących się po okolicy bez ładu i składu, od czasu do czasu zabijających ludzi bez wyraźnej przyczyny (i dziwnym trafem zawsze w okolicy Czestry). Najważniejszym wątkiem jest wątek o półsierocie, niezbyt rozgarniętym chłopaku imieniem Nyjan. Tytuł książki pozwala przypuszczać, że dzieciak jest jej głównym bohaterem, ale przez większość czasu, pojawia się tylko epizodycznie i jest tak niemiłosiernie głupi, pomimo mocy, którą w sobie nosi, że aż żal poświęconego na niego papieru. W okolicach pięćsetnej strony, nagle przechodzi transformację z patałacha w Terminatora i zaczyna pokazywać wszystkim, kto tu rządzi? Od tego momentu, ilość wątków drastycznie spada, stają się sensowniejsze i lepiej opisane. No i… książka się kończy.

Do listy zarzutów dodałbym jeszcze nadużywanie chwytu z prezentowaniem postaci, będących czym innym niż są w rzeczywistości. Jak na przykład w chwili, gdy Czestra schwytał młodego wilkołaczka, który po jakimś czasie, okazuje się być niemiłosiernie brudnym Nyjanem. Nie powiem, czasem trzeba zawrócić w głowie czytelnikowi i zmusić go do zweryfikowania swoich wyobrażeń jakiegoś bohatera czy wydarzenia, ale kiedy taki zabieg stosuje się, co kilkadziesiąt stron, zaczyna być bardzo męczący. Nie wspomnę już o tym, że jest to nudne, bo prędzej czy później, wiadomo już, czego się spodziewać i potencjalne zaskoczenie nim już nie jest. Mrugowski irytował mnie też żartami. Właściwie, każda próba rozluźnienia atmosfery, to znany suchar z długą brodą. Pojawiło się nawet nieśmiertelne pierdnięcie, przerywające nagle zapadłą ciszę.

Pomimo tych wszystkich mankamentów, przebrnąwszy przez początkowy chaos, czyta się tę książkę zaskakująco sprawnie. Jako preludium, przedstawienie bohatera, jestem skłonny je zaakceptować. Mam przy tym szczerą nadzieję, że następczyni będzie lepsza i rozkręci się dużo lepiej. Niebagatelną zaletą Strzygoni jest osadzenie fabuły, w raczej niepopularnym, choć dającym ogromne możliwości interpretacyjne, okresie. Mrugowski potrafi ten okres wykorzystać, przykuwając podania w rzeczywistość, zachowując jednak wiarygodność wydarzeń. Archaizując język, ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w ten świat, a mniej więcej następuje to od połowy książki. Jednakże kiedy w końcu wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi i do czego to zmierza, całość robi się nawet wciągająca. Aczkolwiek, pozostaje sporo mankamentów, ale przynajmniej książka zaczyna z czytelnikiem współpracować, zamiast z nim walczyć.

Podsumowując, jeśli ktoś jest spragniony podobnych klimatów, warto spróbować. Na rynku brakuje autorów pokroju Mrugowskiego, sięgających swojskich, słowiańskich korzeni. Dla pozostałych będzie to jednak przeciętna, nie zapadająca w pamięć historia. Brakuje tutaj jakiegoś charakterystycznego elementu, a postacie są za mało wyraziste, żeby zwracać na siebie uwagę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejne pozycje, opowiadające losy Strzygoni rozwiną się w dobrym kierunku.

Tytuł: Strzygonia: Dziedzictwo krwi
Seria: Strzygonia, tom 1
Autor: Sławomir Mrugowski
Wydawca: Fabryka Słów
Rok: 2012
Stron: 656
Ocena: 3
Kategorie
Literatura

Uczta dusz – recenzja książki

147843_uczta-dusz_400

Celia Friedman postanowiła kiedyś odpowiedzieć na pytanie, co by było, gdyby korzystanie z magii prowadziło do śmierci. I nie chodzi tu o śmierć osoby potraktowanej jakimś paskudnym fireballem, ale maga, który to zaklęcie rzucił. Tak powstała Uczta dusz, otwierająca trzytomową historię o Magistrach.

Wbrew pozorom nie chodzi tu o absolwentów wyższych uczelni. Magistrowie, w powieści pani Friedman, to tacy wysoce zaawansowani czarnoksiężnicy. Zwykły mag (w świecie książki) czerpie moc ze swojej własnej duszy, która powoli się wypala, tym samym skracając własne życie. W dość rzadkich przypadkach, mag pragnący żyć za wszelką cenę i pozbawiony zahamowań moralnych, jest w stanie nauczyć się czerpać energię z dusz innych ludzi. Technicznie on sam jest już wtedy martwy, ponieważ jego wewnętrzny ogień dawno się wypalił. Takich ludzi nazywa się Magistrami. Mają w zasadzie niczym nieograniczoną moc, gdyż to kto inny płaci za jej wykorzystywanie. Mogą żyć wiecznie, przybierać dowolne kształty, naginać rzeczywistość samą siłą woli. Przez długi czas pozycja ta zarezerwowana była tylko dla mężczyzn, gdyż kobiety, według autorki, mają w sobie zbyt wiele współczucia, aby na kimś pasożytować.

Jednym z głównych bohaterów powieści jest kobieta, Kamala, która postanawia udowodnić, że jest inaczej, i dołączyć do grona Magistrów. Nie będzie chyba wielkim zaskoczeniem, kiedy powiem, że się jej udaje. Powieść dość zgrabnie stara się przedstawić sytuację w której się znalazła, nagłe ataki współczucia i winy wobec swojego konsorta (czyli osoby drenowanej), albo wątpliwości, czy warto zabijać jedną osobę, żeby uleczyć inną. Wszystko jest jednak nienachalne, gdyż Magister bez cudzej duszy, to martwy Magister.

Równolegle do wątku Kamali opowiadana jest historia Andowana, księcia najpotężniejszego z królestw w świecie powieści, cierpiącego na tajemniczą przypadłość zwaną Wyniszczeniem, który pewnego dnia sfinguje własną śmierć i ruszy na poszukiwanie źródła jego choroby. To wydarzenie będzie kamykiem rozpoczynającym prawdziwą lawinę, w której centrum znajdą się grupy sprzecznych interesów i prastare zło, ponownie podnoszące swój przebrzydły łeb.

Autorka umiejętnie panuje nad fabułą, przeskakując z akcją na inne wątki w takich momentach, kiedy najbardziej chce się poznać dalszy ciąg, tym samym zmuszając wręcz do nieprzerwanego czytania. Udało jej się stworzyć wyjątkowo ciekawy świat, który zaludniła wiarygodnymi bohaterami. Nie ma w tej książce prostego podziału na dobro i zło. W każdym razie nie wszędzie. Dranie okazują się mieć sumienie, a ulubieńcy wszystkich dają się namówić na niecne czyny. Nie ma co oczekiwać trudów codziennego życia, brudu i zgnilizny, ale odpowiednie zróżnicowanie jest i choćby z tego powodu pisarstwo pani Friedman przypadło mi do gustu. Język powieści jest bardzo potoczysty i naturalny, dość prosty i oszczędny w opisach, ale niespecjalnie to przeszkadza, kiedy kartki zdają się same przelatywać przez palce.

Gdyby jeszcze akcja nie była aż tak podporządkowana doprowadzeniu do końcowego cliffhangera, to byłbym wręcz w siódmym niebie. Nie zdradzając zbyt dużo, uważam, że Andowan jest zbyt żywotny jak na jego stan. Brakuje też trochę logiki koncepcji Magistrów jako takich. Przełknąłem bez większych trudności wszechmoc magii, która jest w stanie zrobić dosłownie wszystko, ale jeśli faktycznie można za jej pomocą zrobić cokolwiek, to po co przywoływać sobie za jej pomocą szklanicę piwa, skoro można od razu uformować swoje ciało tak, aby nie potrzebowało żadnego pożywienia. Ewentualnie czemu by nie przybrać dowolnej formy, niekoniecznie ludzkiej, skoro bez trudu można przekształcić swoje ciało w dowolny sposób. To jednak tylko marudzenie na siłę.

Uczta dusz to jedna z tych książek, których kontynuację chętnie poznam. Mimo pewnych niedociągnięć, wciągnęła mnie już od pierwszych stron prologu i nawet teraz, parę dni po jej przeczytaniu, dość chętnie wracam myślami do poszczególnych wątków. Warto sprawdzić, bo a nuż Wam też się spodoba. Ode mnie mocna piąteczka.

Tytuł: Uczta dusz [Feast of Souls]
Seria: Magister
Autor: C. S. Friedman
Wydawca: Prószyńki i S-ka
Rok: 2012
Stron: 608
Ocena: 5
Kategorie
Gry komputerowe

Diablo III – wrażenia z testów beta

ddb

W zeszły weekend Blizzard udostępnił do testów betę Diablo III wszystkim zainteresowanym. Co prawda możliwy do osiągnięcia poziom kończył się na liczbie trzynaście, a w dodatku dostępny był jedynie pierwszy akt, ale to i tak wystarczyło. Po dwóch dniach grania mogę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że diabeł zdobędzie kolejnych wyznawców.

W D2 zagrywałem się tak dawno temu, że najstarsi górale tego nie pamiętają. To były jeszcze czasy bez dostępu do Internetu, więc musiałem zadowalać się rozgrywką solową, ale i tak miałem problemy z oderwaniem się od komputera. Zawsze był jeszcze ten jeden poziom do zdobycia, lub boss do ubicia. Albo wypadła jakaś nowa błyskotka, którą koniecznie trzeba było wypróbować. Od tamtych czasów zaledwie dwa hack & slashe wywołały u mnie takie emocje: Torchlight i Titan Quest. Cała reszta była albo przekombinowana, albo zbyt prymitywna, albo ogólnie do bani. Na szczęście król powrócił i już na samą myśl o tym zrobiło mi się gorąco.

Zaczęło się jednak niezbyt przyjemnie, bo od konieczności ściągnięcia klienta. Co prawda beta zajmowała zaledwie cztery gigabajty, ale czy to w wyniku obciążenia serwerów, czy też jakichś wewnętrznych ograniczeń, zajęło mi całą noc, zanim mogłem zacząć zabawę. Cóż, anielska cierpliwość najwyraźniej jest niezbędna w kontaktach ze złym. W sumie, może to i lepiej, bo przynajmniej udało mi się wyspać przed rzuceniem się w wir mordowania.

ddb1Kiedy gra w całości rozgościła się już na dysku twardym, przyszła pora na pierwsze uruchomienie. Łączenie z serwerem też potrwało dobrą chwilkę, ale potem zaczęła się czysta poezja. Gra ma niesamowicie zoptymalizowany silnik, działa szybko i sprawnie, bez ekranów ładowania. Nawet największa rozpierducha na ekranie nie powodowała spadku prędkości, co najwyżej czasem zdarzały się lagi w komunikacji z serwerem.

Postaci do wyboru jest pięć: barbarzyńca, mnich, czarnoksiężnik, łowca demonów i witch doctor (coś jakby skrzyżowanie druida z nekromantą). Z reguły nie przepadam za walką twarzą w twarz i wybieram postacie magiczne, dlatego też zacząłem od czarnoksiężnika i satysfakcja była naprawdę ogromna. Szczególnie po przekroczeniu jedenastego poziomu, kiedy jest już w stanie całkiem efektownie i efektywnie eksterminować wrogów. Następny w kolejce był mnich, czyli obijanie przeciwników po twarzach pięściami i stopami. Również niezwykle satysfakcjonujące, i to od samego początku. Prawdziwą frajdę dał mi jednak barbarzyńca. Kiedy już wpakowałem sobie po kosie w każdą łapę i dobrałem odpowiednie umiejętności, potwory rozstępowały się przede mną niczym zboże przed żniwiarzem. Sugestywne dźwięki i niezłe efekty fizyczne (ach, te zwłoki, odrzucane moimi atakami na kilkanaście metrów) sprawiły, że dopiero tutaj poczułem faktyczną potęgę i radość z rozwałki przeszła wręcz w ekstazę. Na tym tle fatalnie wypadli łowca demonów i witch doctor. Grając tymi postaciami miałem cały czas wrażenie, że moje ataki robią przeciwnikom tyle szkody, co komar bzyczący gdzieś koło człowieka. Takie tam popierdółki, bez porządnych umiejętności, nienadające się nawet na przydupasa.

ddb2Ogólna mechanika rozgrywki pozostała taka sama, jak w D2. Biegamy po różnych mniej lub bardziej otwartych przestrzeniach, mordując potwory, zbierając łupy, wykonując zadania i rosnąc w siłę. Mapy nie są już całkowicie losowe, zrobiły się też sporo mniejsze. Kiedy grałem w co-opie nie było właściwie problemu, żeby przejść całą betę w czasie poniżej godziny. Całkowicie przemodelowano za to system umiejętności. Nie ma już, znanych z D2, drzewek, gdzie trzeba było mozolnie wczytać się w każdy opis, rozważyć, co będzie najbardziej przydatne i odpowiednio do tego rozdzielić punkty. Teraz umiejętności są przypisane na sztywno, odblokowywane przy awansach na kolejne poziomy. Są dwa sloty na lewym i prawym przycisku myszy, do umiejętności standardowych i zużywających energię. Do tego cztery klawisze (1-4) o predefiniowanych rolach i trzy sloty na umiejętności pasywne. Każdą umiejętność można jeszcze doładować odpowiednim runem, które też są odblokowywane wraz z postępami. W opisach umiejętności nie ma nawet szczegółów, ile obrażeń zadaje dana zdolność, bo, po prawdzie, komu to potrzebne. Esencją h&s jest rozwałka i tutaj gra robi wszystko, żeby nie odciągać uwagi jakimiś żmudnymi kalkulacjami.

ddb3Ułatwiania jest zresztą więcej. Podobnie jak nie trzeba już rozdawać punktów na umiejętności, nie trzeba ich rozdzielać pomiędzy cechy. Przy awansie na kolejny poziom rozdział punktów odbywa się automatycznie i tak po prawdzie, to nawet nie wiem, jak się u mnie kształtowały. Nie trzeba już bawić się w układanie plecaka, bo przedmioty są identycznych rozmiarów. Na dobrą sprawę nie ma tu nawet many, więc odpada jeden typ buteleczek do noszenia. Owszem, jest jakaś energia (zależna od postaci), ale albo regeneruje się samodzielnie (dość szybko), albo ładuje się ją atakami standardowymi. Tym sposobem jedyne, na czym warto się skupiać, to zaściełanie klepiska ciałami i rozlewanie na wszystkie strony posoki. Gra zresztą premiuje agresywne podejście, naliczając dodatkowe punkty doświadczenia, im więcej przeciwników uda się nam ubić bez dłuższej przerwy. Zwyczajnie nie warto się zatrzymywać.

Znaleziono również sposób na zapychające się złotem kieszenie. W mieście jest teraz dostępny kowal, którego możemy, za odpowiednią ilość waluty, szkolić. Zwiększając jego poziom, zwiększamy również ilość dostępnych receptur. To o tyle ważne, że u zwyczajnych handlarzy nie znalazłem nic ciekawego. Ale może to po prostu problem bety. Jak by nie było, parę rzeczy tu zablokowano. Choćby system aukcyjny, w którym będzie można sprzedawać przedmioty za realną walutę. Już samo to brzmi zachęcająco.

ddb4Diablo 3 będzie rządzić. To hack & slash idealny, ucieleśnione marzenie każdego fana gatunku. Szybki, efektowny, przystępny. Dobry zarówno na krótkie przerwy od poważniejszych tytułów, jak i cały dzień siekania. Nie pozostaje nic innego, jak czekać do premiery.

Kategorie
Literatura

Santa Olivia – recenzja książki

352x500

Debiutujące na rynku wydawnictwo Piąty Peron, to odłam Jaguara, zajmujący się książkami dla dorosłego odbiorcy. O ile same założenia są bez zarzutu, to tytuł, od którego zaczynają, nie został dobrany zbyt szczęśliwie. Książka się broni, ale to w dalszym ciągu młodzieżówka, tyle że nieco cięższa, niż norma przewiduje.

Santa Olivia Jacqueline Carey, to coś na kształt postapokaliptycznej fantastyki. W tytułowym miasteczku, położonym gdzieś na granicy Teksasu z Meksykiem, krwawe żniwo zbiera nieokreślona zaraza. Niedługo po tym przybywają żołnierze, rzekomo by uszczelnić granicę, wzdłuż której grasuje meksykański zbuntowany generał, El Segundo. Santa Olivia zostaje całkowicie odcięta od świata i – na dobrą sprawę – zapomniana.

W takim świecie przyszło żyć Carmen Garron. Młoda dziewczyna pewnego dnia poznaje zagadkowego mężczyznę. Początkowo bierze go za dezertera z armii, ale czuje do niego tak silny pociąg, że nie waha się zaoferować mu noclegu. Martin, jak się przedstawia, jest kimś zupełnie innym, niż oczekiwała. To eksperyment genetyczny, superczłowiek o dużej sile i szybkości, pozbawiony możliwości odczuwania strachu. Rzekomo też sterylny, ale to weryfikuje się w praktyce. Owocem uczucia Carmen i Martina jest dziewczynka, której z inicjatywy ojca nadano imię Loup. I, tak naprawdę, cała dalsza historia opowiada o niej.

Loup Garron – przyznaję, jak zobaczyłem to imię w blurbie z tyłu okładki, trochę mnie odrzuciło. Autorka ma to szczęście, że od razu się z niego wytłumaczyła, ale i tak pewien niesmak pozostał. Tym większy, że poświęcenie większej części fabuły dorastającej dziewczynce kompletnie pani Carey nie wyszło. To mój największy problem z tą książką. Teoretycznie jest ona przeznaczona dla dorosłego czytelnika. Zawiera w sobie masę przekleństw, trochę seksu, odrobinę brutalności (w tym gwałt). I to wszystko przydarza się kilkunastoletnim sierotom, mieszkającym przy kościele. Nawet, jeśli założymy, że w nieprzyjaznym świecie w strefie wojskowej dojrzewa się dużo szybciej niż normalnie, to elokwentne wypowiedzi pięcioletniej dziewczynki wręcz nieprzyjemnie wwiercają się w uszy. Takie założenie zresztą nie jest warte funta kłaków, bo niewielu znam dorosłych, którzy chętnie identyfikowaliby się z nastolatkami.

Dużo lepiej byłoby, gdyby autorka nie pogrywała z czytelnikiem, tylko od razu napisała powieść o ludziach starszych. Różnicy praktycznie by nie było, bo zarówno budowa bohaterów, ich język i zachowania przez cały czas odbierałem jako dorosłe. Jedynie poupychane tu i tam wzmianki o wieku, co chwila wyrywały mnie z iluzji. Owszem, trzeba by zmienić wprowadzenie, inaczej przedstawić całe tło, ale na dłuższą metę byłoby to opłacalne.

Sama historia potrafi wciągnąć. Fabuła jest co prawda jednowątkowa i dość prosta, rozdziały króciutkie, ale wydarzenia następują szybko po sobie; są tak ustawione, że gdy z jednej strony akcja zwalnia, z drugiej coś zaczyna przyspieszać. Utrzymuje to napięcie na odpowiednim poziomie i zachęca do kontynuowania lektury. Dość powiedzieć, że pojawił się u mnie syndrom kolejnego rozdziału, co wciąż nie jest tak częste, jak bym chciał. Bohaterów da się lubić. Są schematyczni, ale zróżnicowani i nad wiek dojrzali, przez co można się z nimi bez bólu identyfikować. Narracja też niczym specjalnym nie zachwyca, ale to przyzwoite rzemiosło, którego pani Carey wstydzić się nie musi.

Nad wydaniem przydałoby się jeszcze popracować. Jest parę literówek (w tym zabawna strefa naturalna, zamiast neutralnej), czasem jakaś postać zmieni płeć, a i łamanie miejscami kuleje. Nie robi to najlepszego wrażenia, choć widziałem już zdecydowanie gorsze wydania. Zgrzyta mi też tłumaczenie, szczególnie rzucane co chwila odmiany dzieciny, którym to zwrotem posługuje się prawie każdy rozmawiający z Loup. To niezbyt zręczna naleciałość z angielskiego, i wypadałoby ją wyeliminować, albo choć ubarwić.

Ogółem więc dostajemy solidnie zrealizowaną lekturę pociągową. Nie ma tu filozoficznych rozważań o naturze zła, czy sławienia inności (jak chce cytat z frontu okładki) ale jakoś mi ich nie brakowało. Santa Olivia to czysta rozrywka. W tych kategoriach należy ją traktować i w nich najlepiej się ją odbiera.

Tytuł: Santa Olivia
Autor: Jacqueline Carey
Wydawca: Piąty Peron
Rok: 2012
Stron: 392
Ocena: 4
Kategorie
Literatura

Nevermore. Kruk – recenzja książki

nevermore-kruk-b-iext3160813

Zdążyłem już wyrobić sobie opinię gościa, który lubi Zmierzch, i w zasadzie było oczywiste, że mroczne romansidła będą przechodzić przez moje ręce. Stąd nie zdziwiłem się, kiedy BAZYL dał mi do zrozumienia, że od przeczytania przeze mnie tej książki zależą losy planety, jak nie całej galaktyki. Blurb z okładki nie wyglądał zbyt zachęcająco, ale podobno nie powinno się po nim oceniać całej książki. Z pewną taką nieśmiałością zacząłem więc czytać opowieść o gocie i czirliderce…

Tak, tak, oczy was nie mylą. Głównymi bohaterami jest para zupełnych przeciwieństw. Ona nazywa się Isobel, przewodzi szkolnej drużynie dopingującej, ma różową kołderkę, różową piżamkę i różowy zegarek, który się stłukł. On, Varen, jest nad wyraz emocjonalnym gotem, z opadającą na oczy czarną grzywą, mrocznym makijażem i zamiłowaniem do twórczości Edgara Allana Poe. Ta dwójka dostaje na lekcji literatury zadanie przygotowania prezentacji o wybranym pisarzu. Nietrudno chyba się domyślić, kogo wybiorą. Równie łatwo wyobrazić sobie, że wspólna niedola zbliży do siebie rzeczoną parę. Nieważne, że do tej pory właściwie się nie zauważali, nieważne, że nic o sobie nie wiedzą i zamienili ze sobą raptem kilkadziesiąt słów (bo zakochana dziewczyna nie może wykrztusić z siebie składnego zdania w obecności chłopaka, który z kolei gustuje w sarkastycznych one-linerach).

Bohaterowie rozpisani są fatalnie. Autorka za nic ma budowanie spójnego portretu psychologicznego, zmieniając go w zależności od wydźwięku sceny. W dodatku Isobel i Varen są tak bezbarwni (no dobra, różowo-czarni), że w każdej sensownej powieści robiliby co najwyżej za wypełniacze tła. Pozostali bohaterowie to już właściwie tylko szept w ciemności. Każdego da się scharakteryzować w dwóch, trzech słowach. Nie ma w tym nic dziwnego, bo coś takiego jak sensowne dialogi właściwie w tej książce nie występuje. W każdym razie dopóki nie dojdzie do oddawania wypracowań.

Wtedy, gdzieś tak w połowie książki, bohaterowie przechodzą magiczną transformację. Varen robi się pierdołowaty i kompletnie niezainteresowany swoim losem, a Isobel nabiera sił, odwagi i chęci, by dla niego przewrócić świat do góry nogami. O dziwo, od tego momentu, książkę da się nawet czytać bez skrzywienia. Niestety, nie jest to zasługa autorki, a Poego, od którego bezczelnie zżyna. Gdyby to był zamieszczony w Internecie fanfik, przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, ale w tradycyjnie wydanej powieści wygląda to tragicznie. A gdy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że tylko to ratuje książkę przed całkowitym pogrążeniem w bezmiarze kiepskich tytułów, robi się wręcz nieswojo.

O bohaterach i ich kompletnie nierealistycznej kreacji już wspomniałem. Spotykające ich wydarzenia albo są do bólu umowne i skrótowe, albo przesadnie rozciągnięte. Męcząca jest narracja, która każdorazowe próby jakiegokolwiek zbudowania napięcia przerywa slapstickowym wtrętem. Wisienką na torcie jest tajemniczy pan Reynolds, który pojawia się w najbardziej oczekiwanych momentach i ratuje bohaterkę z najgorszych tarapatów, a potem dokładnie informuje, co powinna dalej zrobić. Deus ex machina zawsze w modzie. Ach, no i zakończenie, w zasadzie streszczające zawartość drugiego tomu (który dopiero powstaje)… Historia nic by nie straciła na obcięciu dwóch ostatnich rozdziałów. Myślę, że mogłaby wręcz zyskać.

Ciężko mi wykrzesać z siebie choć krztynę entuzjazmu do tej książki. To wręcz modelowy przykład, jak nie powinno się pisać powieści. A już próba podpięcia jej pod Kruka Poego nie jest nawet śmieszna. Ode mnie jedynka za pierwszą połowę i trójka za drugą. Stawiam więc dwóję i, zgodnie z tytułem, nigdy już do Nevermore nie wrócę.

Tytuł: Nevermore. Kruk
Autor: Kelly Creagh
Wydawca: Jaguar
Rok: 2011
Stron: 456
Ocena: 2
Kategorie
Literatura

Excalibur – recenzja książki

excalibur

Każda opowieść, nawet największa, dobiega kiedyś końca. Nie inaczej jest z historią Artura, wodza Brytów. Excalibur, ostatni tom trylogii arturiańskiej Bernarda Cornwella, nie rozczarowuje. W każdym razie, nie fabularnie.

Zacząć wypada od pozytywów, ja jednak muszę się pożalić. Nie lubię zmian. Czasem, owszem, przynoszą znaczącą poprawę, ale zawsze wprowadzają zamęt. Do Excalibura zasiadłem przeczytawszy ponownie Zimowego monarchę i Nieprzyjaciela Boga. Uznałem, że komplet zasługuje na szersze spojrzenie. Zaskoczyła mnie ilość błędów i niespójności w nazwach własnych, której wcześniej nie dostrzegłem, ale to było później. Na początku od Excalibura zwyczajnie się odbiłem. Powieść, która do tej pory była tłumaczona współczesną polszczyzną, teraz dorobiła się stylizacji na coś, co przy dużej dozie dobrej woli można by nazwać językiem średniowiecznym. Nowy tłumacz, zamiast iść w ślady poprzednika, postanowił zrobić wszystko po swojemu i, aż żal mówić, wszystko spaprał. Tłumaczenie wydaje się poprawne, ale to taki ni pies, ni wydra. Archaizmy wydają się miejscami wtrącane na siłę, współczesne zwroty dają się zauważać bez większego wysiłku, a miejscami jest tak koszmarnie niegramatycznie, że aż zęby zgrzytają. Zdrobnienia, jakimi posługuje się twardy wojownik strasznie mnie raziły, a czasem musiałem się cofać, żeby zrozumieć sens jakiegoś zdania. Częściowo jest tu też winna korekta, która swoje zadanie ewidentnie wykonała idąc po linii najmniejszego oporu (o ile w ogóle), ale tak czy siak polskie wydanie Excalibura jest znacząco gorsze od poprzednich tomów, które też idealne nie były. Szkoda, że tak dobra książka nie doczekała się staranniejszej redakcji.

Wyrzuciwszy z siebie żale, mogę przejść do spraw ciekawszych. Tym, którzy jeszcze nie wiedzą, czym rzeczona książka jest, należy się krótkie wyjaśnienie: Excalibur to powieść, która wraz z Zimowym monarchą i Nieprzyjacielem Boga, składa się na trylogię arturiańską. Losy Artura chyba każdy, lepiej lub gorzej, zna. Cornwell najwyraźniej wyszedł z tego samego założenia, bo serwuje nam wersję znacznie odbiegającą od oficjalnej. W jego opowieści brak typowej dla legend naiwności i idealizacji. Nie jest to najbrudniejszy ze znanych mi światów, ale daleko mu do cukierkowych podań, którymi zaczytywałem się za młodu.

Narratorem całości jest Derfel Cadarn, jeden z wojowników i przyjaciół Artura. Będąc już starym człowiekiem, decyduje się spisać opowieść o największym wojowniku swoich czasów. Tak oto jesteśmy świadkami wzniesienia się Artura na wyżyny (w Zimowym monarsze), bolesnego upadku (w Nieprzyjacielu Boga) i wreszcie spełnienia marzeń oraz śmierci. Tom pierwszy promieniował radością i szczęściem, nadzieją na lepsze jutro. Drugi stopniowo dokładał zgryzot i pokazywał świat od paskudnej strony. Jak na ich tle prezentuje się Excalibur?

Już sama okładka mówi bardzo wiele. Rozległa, pusta przestrzeń z krążącym nad nią stadem ptaków, wygląda niczym z porządnej apokaliptycznej wizji. Autor przez dłuższy czas trzymał swoich bohaterów we względnie dobrym zdrowiu i teraz, przez całą lekturę, towarzyszyło mi poczucie pewnej nieuchronności. Ostatecznie od początku wiadomo, że z całej arturowej drużyny ostanie się jedynie Derfel, więc zgony ludzi, których zdążyłem polubić, były pewne. Klasę autora poznać jednak po tym, że będąc świadom tego wszystkiego, przelatywałem przez kolejne strony z wypiekami na twarzy, niecierpliwie pragnąć poznać historię do końca. Nawet największa zagadka pierwszych tomów, czyli odrąbana dłoń Derfla, potrafiła mnie zaskoczyć. Paradoksalnie, akcja zwolniła jeszcze bardziej, a mimo to nie jestem w stanie powiedzieć, że jakiś fragment był nudny albo niepotrzebny. Przestoje doskonale budują klimat.

O samej fabule wypowiadać się nie zamierzam, bo popsułoby to przyjemność osobom, które po trylogię jeszcze nie sięgnęły. Będą bitwy, dramaty, zwycięstwa i porażki. Z grubsza to samo, co poprzednio, nie można jednak powiedzieć, że Cornwell się powtarza. Wszystkie pomysły wyglądają świeżo i nie odniosłem wrażenia, że formuła się wyczerpuje. Nawet bitwy, w których przecież łatwo popaść w schematyzm, są niepowtarzalne. Mimo to cieszę się, że całość została zamknięta w rozsądnej objętości.

Wydaje się więc jasne, że trylogia arturiańska Cornwella to lektura obowiązkowa. Szczególnie osoby zainteresowane Arturem powinny po nią sięgnąć, by poznać historię człowieka, który królem nigdy nie był, bohaterem został z konieczności, a umierał znienawidzony przez tych wszystkich ludzi, za których wcześniej przelewał krew. Za wydanie ocena idzie jednak o pół oczka w dół.

Tytuł: Excalibur [Excalibur: A Novel of Arthur]
Cykl: Trylogia arturiańska, tom III
Autor: Bernard Cornwell
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Rok: 2011
Stron: 580
Ocena: 4+