Kategorie
Literatura

Przedksiężycowi II – recenzja książki

kantoch_przedksiezycowi_2_front_500Czasami zdarzają się takie recenzje, które pisze się zdecydowanie zbyt długo. Może to być podyktowane wielorakimi problemami – poczynając od absolutnego braku czasu na czytanie, poprzez problemy z komputerem czy dostępem do Internetu, na złej literaturze kończąc. Ale absolutnie najgorszym przypadkiem jest ten, gdy przeczytanie samej książki nie było syzyfową pracą, komputer działał, a czasu było dość.

Zanim spróbuję uporządkować jakoś moje przemyślenia odnośnie książki, dwa słowa o wydaniu: tu jestem bardzo zdecydowana i zachwycona. Książki wydane są przepięknie, w twardej oprawie, z pokręconymi, dziwacznymi ilustracjami, które świetnie pasują do ich klimatu. Piękna rzecz na prezent, świetnie wygląda na półce. Co do treści natomiast…

Czasem po prostu recenzent zupełnie nie wie, co napisać.

Dokładnie ten problem mam w wypadku drugiego tomu Przedksiężycowych Anny Kańtoch. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Powergraph miałam możliwość zapoznać się z obiema częściami powieści – to niestety niczego nie ułatwiło, chociaż pogłębiło moją znajomość historii i psychologii postaci.

Świat przedstawiony jest typową antyutopią: mamy metropolię, która mogłaby być idealnym miejscem do życia, zapewniającym wszelkie wygody, jedzenie, zakwaterowanie oraz z jednej strony znudzonych, a z drugiej strony zastraszonych ludzi, szukających rozrywki w różnych rodzajach degeneracji (na przykład w art-zbrodniach).

Całym tym bałaganem rządzą tajemniczy Przedksiężycowi – rzekomo ludzie, którym udało się dotrwać do Przebudzenia, osiąganego po określonej ilości Skoków. Skoki są rodzajem podróży w czasie, w trakcie której jedna wersja Lunapolis zostaje w przeszłości, druga przesuwa się w czasie do przodu. Starsze wersje przeszłości zaczynają w szybkim czasie degenerować, poddając się entropii: wybuchają w nich łatwiej pożary, rzeczy szybciej się niszczą… I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że w Przeszłości zostają także niektórzy ludzie – oni z kolei z każdym dniem stają się słabsi, bardziej podatni na choroby, szybciej się starzeją. Ci, którym udało się uniknąć tak smętnego losu i pozostali w aktualnym Lunapolis, żywią się zaś nadzieją, iż dotrwają do ostatniego Skoku i zostaną Przebudzonymi. Wszystko to za wiedzą i wolą Przedksiężycowych.

Pojawiają się jednak osoby, które dostrzegają jawną niesprawiedliwość tych w swej istocie tyrańskich rządów i knują skomplikowany spisek, mający na celu zniszczyć system…

Dlaczego tak ciężko napisać jakąkolwiek konkretną recenzję Przedksiężycowych? Na początek: choćby dlatego, że nie mam pojęcia o czym jest ta książka. Czy jest o zdegenerowanym, dekadenckim społeczeństwie żyjącym w ciągłym strachu? Czy o Księżycowym Mieście? A może o bohaterach, którzy przewijają się przez karty opowieści? Trudno powiedzieć – jestem niemal przekonana, że oba tomy rysują scenerię, w której ma rozegrać się jakieś grand finale, ale sceneria ta jest dla mnie nie do końca zrozumiała.

Powiem szczerze: nie potrafię zbyt wiele powiedzieć na temat tej książki. Nie czyta się źle, temat w zasadzie ciekawi, ale mam wrażenie, że ta sama ilość fabuły upchnięta w jednym tomie byłaby dalece bardziej porywająca.

Jestem więc w stanie wystawić Przedksiężycowym trójkę z plusem, z nadzieją na coś więcej…

Tytuł: Przedksiężycowi II
Autor: Anna Kańtoch
Wydawca: Powergraph
Rok: 2013
Stron: 480
Ocena: 3+
Kategorie
Literatura

W przededniu – recenzja książki

w_przededniu_vG

Jakieś trzy czy cztery lata temu wreszcie przeczytałam Grę Endera. Kiedy zaczynałam lekturę, nie podejrzewałam, że książka zrobi na mnie tak duże wrażenie. Skończyłam w stanie dziwacznego wzruszenia i żałoby-po-skończonej-książce, które czasem przydarzają się książkolubom po wyjątkowo dobrym tomiku. To zdecydowanie była jedna z tych historii, które mogłyby zmienić życie, jeśli przeczytać je we właściwym momencie.

Prequel Gry Endera, zatytułowany W przededniu nie jest tak uderzający, nie ma takiej siły – ale fakt, że nie jest książką wybitną, nie oznacza, że nie jest to książka dobra. Logiczne, wiarygodne uzasadnienie tego, jakie wydarzenia musiały zajść, w jaki sposób świat musiał się zmienić, by w końcowym etapie stać się takim, jakim go przedstawiono w Grze Endera jest rzeczą bardzo trudną i sama jestem nieco zaskoczona, że, przy całym moim cynizmie, kupiłam sposób, w jaki wszystko działało. W końcu motyw inwazji z kosmosu i obcych jest tak oklepany, że samo jego wspomnienie wywołuje uśmiech politowania. Tu jednak obca rasa nie tylko działa w sposób logiczny – także jej istnienie oraz wprowadzenie w fabułę nie poddają w wątpliwość inteligencji czytelnika. To chyba właśnie stanowi największą zaletę tej książki: historia jest wiarygodna, wydarzenia wynikają jedne z drugich, na dodatek w sposób prawdopodobny i naturalny, a skutki pozornie niezbyt istotnych działań okazują się być znacznie poważniejsze, niż oczekiwano. Czytając, od pewnego momentu człowiek ma poczucie nieuchronnie nadciągającej katastrofy, podobnie jak w greckich dramatach (może to lekkie nadużycie, ale to moja recenzja, więc napiszę jak uważam).

Narracja prowadzona jest z pozycji obserwatora, opisującego wydarzenia, co również pomaga w uwiarygodnieniu historii. Tylko jeden z wątków pojawiających się w opowieści jest w mojej opinii nieco mniej naturalny, bardziej idealistyczny, ale cnych rycerzy bez wad można po prostu zignorować.

Poza wspomnianym powyżej motywem, postaci są bardzo realne – zarówno te altruistyczne, kierujące się dobrem rodziny czy społeczności jak i egoistyczne. Antagonizmy między bohaterami nie wynikają z opozycji dobro-zło, a raczej z tego, że to odmienne jednostki, posiadające inne, często sprzeczne ze sobą cele – także z tego, jak daleko są w stanie się posunąć aby rzeczony cel osiągnąć. Nie chcę napisać zbyt wiele, by nie zepsuć radości lektury, ale chciałabym w tych kilku słowach książkę szczerze polecić – nie zawiodą się ani fani Gry Endera, ani osoby dopiero wkraczające w dystopiczną przyszłość, którą wykreował Scott Card.

Tytuł: W przededniu [Earth Unaware]
Autorzy: Orson Scott Card, Aaron Johnston
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok: 2013
Stron: 376
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Stone of Tymora – recenzja książki

stone

Prawie każdy z nas miał w swoim życiu jakiś amulet, który uważał za przynoszący szczęście – zakładkę, breloczek czy kamyk. A gdyby przedmiot ten w istocie okazał się być szczęśliwym talizmanem, na dodatek pożądanym przez siły o wiele potężniejsze, niż możecie przypuszczać? Przed tym dylematem staje Maimun, główny bohater niewydanej jeszcze w Polsce książki spod egidy Wizards of the Coast – Stone of Tymora. Napisał ją mistrz wizardowskich czytadeł, R. A. Salvatore’a wraz z synem – Genem. Trzeba przyznać, że sztuka udała się raz jeszcze; z tej rodzinnej kolaboracji narodziła się książka może nie wybitna, ale dość interesująca, ot, lektura na podróż pociągiem z punktu A do punktu B.

Skierowana jest do osób ewidentnie młodszych (podejrzenia potwierdziły informacje na stronie autora), co może w pewnej mierze wpływać na moją ocenę: nie zaskoczyła mnie (mimo licznych zwrotów akcji), nie wciągnęła, postaciom czegoś brakowało, żeby zdobyć moją sympatię i zaangażowanie w ich przygody.

Wbrew tym ostrym słowom, książka nie jest zła. Napisano ją przyjemnym, eleganckim językiem, nie zawiera Dzielnego Bohatera™, wręcz przeciwnie: Maimun jest dość typowym osobnikiem płci męskiej w wieku nastoletnim – krnąbrnym, ciekawskim, przekonanym o własnej wszechwiedzy i sile; te cechy jednak bledną w obliczu niebezpieczeństwa i dopiero dość niefortunny splot wydarzeń sprawi, że chłopak zdecyduje się wyruszyć naprzeciw przeznaczeniu. Autorom udało się w toku opowiadania ukazać przemianę, która zachodzi w postaci – od dość kapryśnego dziecka do chłopaka, który przeżył i widział wiele, zaczyna rozumieć świat, a jednocześnie nie traci pełnego uroku uporu, cechującego osoby praworządne. W dużej mierze historia Maimuna to opowieść o odnajdywaniu tożsamości oraz poczucia własnej wartości – opowieść aktualna i z reguły nastolatkom bliska.

Wiele więcej o fabule powiedzieć niestety nie można, jeżeli nie chce się zepsuć przyjemności czytania – jak wspomniałam wcześniej, zwrotów akcji jest wiele, szkoda pozbawiać się radości odkrywania ich samodzielnie. Dość rozwleczone tempo akcji budzi lekki żal – przez pierwszą połowę książki wydawało mi się, że nie dzieje się absolutnie nic.

Miłą niespodzianką jest niewielkie cameo w wykonaniu znanego i lubianego Drizzta Do’Urdena – dla niektórych nazbyt małe i nieistotne, ale z drugiej strony brak wyraźnie zaznaczonej obecności mrocznego elfa pokazuje, że można napisać niezłą historię osadzoną w Forgotten Realms i bez udziału drowów.

Drugim istotnym elementem, o którym chciałabym wspomnieć, jest wydanie. Takich się już prawie nie spotyka na rynku czytadeł fantastycznych: z obwolutą i materiałową okładką, miłym, niepołyskliwym, a jednocześnie gładkim papierem, dużymi literami. Po prostu cud. Może jednym niewielkim minusem jest zbędne rozbicie tekstu na milion małych rozdzialików – ale struktura ta jest pozostałością po pierwszym, trzytomowym wydaniu Kamienia Tymory.

Stone of Tymora jawi się jako doskonały pomysł na prezent dla nastolatka władającego językiem angielskim w stopniu przynajmniej dobrym – nie wiem jednak czy osobie nieco starszej aż tak bardzo przypadnie do gustu. Niemniej, wydaje mi się, że książka jest przyzwoita i można ją przeczytać. Można, ale nie trzeba.

Tytuł: Stone of Tymora
Autor: R. A. i Geno Salvatore
Wydawca: Wizards of the Coast
Rok: 2012
Stron: 448
Ocena: 3
Kategorie
RPG

Elminster’s Forgotten Realms – recenzja książki

elmAkurat tak się złożyło, że tuż przed napisaniem tej recenzji zbiegły się w czasie dwa wydarzenia: reminescencje z LARP-ów w świecie Forgotten Realms oraz rozpoczęcie gry w Dungeons and Dragons Online. To wszystko uświadomiło mi, jak niewiele wiem na temat multiwersum D&D i jak bardzo upośledza to moją rozrywkę. Ciężko bawić się w świecie, którego się zupełnie nie zna – umykają nam niuanse, smaczki, odniesienia (nie wspominając o tym, że człowiek czuje się idiotycznie, kiedy po grze współuczestnicy zaczynają tłumaczyć, kim był ten wielki, zły arcymag i dlaczego nie zareagowałeś adekwatnie do sytuacji…). Podsumowując: Elminster’s Forgotten Realms spadło mi wprost z nieba.

Egzemplarz recenzencki przyleciał do mnie z Belgii, ale jest napisany w języku angielskim – przeciętnie skomplikowanym, ale mogącym sprawić trudności osobom, które nie przywykły do czytania książek pisanych w tym stylu. Bywały zdania, które musiałam przeczytać dwukrotnie, żeby zrozumieć, o co chodziło. Ale zacznijmy od początku…

Na pierwszy rzut oka uwagę zwraca przede wszystkim przepiękne wydanie – twarda, matowa okładka, utrzymana w mrocznej stylistyce, kredowy papier i mnogość ilustracji (wszystkie przepiękne, autorstwa najróżniejszych artystów). Książka jest w formacie A4, dzięki czemu wszystkie obrazki są widoczne, a druk duży – nie trzeba wytężać wzroku, żeby dostrzec liczne detale. Uroczym dodatkiem są całkiem udane szkice samego twórcy, najczęściej dołączone do oryginalnych maszynopisów, które autor tworzył na potrzeby swoje i swoich znajomych.

Te ramki zawierają najczęściej rozwinięcie lub detale kwestii poruszanych na sąsiednich kartach – a tematyka jest naprawdę szeroka. Tom podzielono na kilka rozdziałów, opisujących najróżniejsze aspekty Krain, od codziennych spraw, poprzez prawo, życie domowe, kwestie finansowe, religijne oraz sztukę; wszystko to bardzo dopracowane, z dużą dbałością o detale. Interesującym bonusem dla mnie, jako osoby zajmującej się zawodowo tłumaczeniami, były małe słowniczki zawierające forgottenkowe odpowiedniki naszych słów. Rzecz jasna, to nie jedyne tak szczegółowe i pomysłowe opisy, jakie spotkamy w Eminster’s Forgotten Realms; podobnie rozczulająca była specyfikacja lokalnych warzyw wraz z przyrządzanymi z nich potrawami (przypisanymi zazwyczaj również do którejś z ras Krain) czy też wykład na temat mundurów straży miejskiej w Waterdeep. Ilość pracy oraz kreatywności, które zostały włożone w wymyślenie i spisanie tych wszystkich szczególików jest imponująca. Większość opisów jest również prowadzona w klimacie, dzięki czemu lepiej oddaje nastrój panujący w dużych, tłocznych miastach, chłodnych lasach czy zatęchłych podziemiach, rojących się od potworów.

Według mnie ta książka jest strzałem w dziesiątkę zarówno dla poważnego MG, który na Forgotten Realms zjadł zęby, jak i dla żółtodzioba, który dopiero rozpoczyna podróż po cudownych, strasznych krainach wyobraźni. Nie udało mi się w niej znaleźć niczego, co by mi się nie spodobało – nie przypuszczałam nawet, że tak bardzo mnie pochłonie. Zawiera interesujące detale, mogące urozmaicić rozgrywkę RPG, jest dobrze napisana i atrakcyjna wizualnie. Polecam wszystkim, którzy są w jakikolwiek sposób zainteresowani D&D, chociaż… sądzę, że nawet jeżeli nigdy nie interesowało Was to uniwersum – to piękne kompendium może zmienić Wasze nastawienie (i BTW – to na pewno byłby doskonały prezent).

Tytuł: Elminster’s Forgotten Realms
Autor: Ed Greenwood
Wydawca: Wizards of the Coast
Rok wydania: 2012
Stron: 192
Ocena: 5
Kategorie
Filmy

Agora – recenzja filmu

1118full-agora-poster

Ostatnio pojawia się w kinach wiele filmów, nawiązujących w jakiś sposób do tradycji antycznych – czasem są to ekranizacje powieści z postaciami mitologicznymi, na przykład Percy Jackson i bogowie olimpijscy, czasem poplątana i radośnie chaotyczna historia używająca postaci bogów na zasadzie licencji poetyckiej (Starcie tytanów), a czasem… No właśnie. Agora.

Jest długa (ponad 2 godziny!) i ciężka emocjonalnie, bardzo odbiega od wspomnianych wcześniej amerykańskich produkcji popkulturowych. W przeciwieństwie do nich nie jest naładowanym efektami specjalnymi filmem akcji, lecz smutną historią osadzoną w Aleksandrii wieku V n.e. Nakręcił ją hiszpański reżyser Alejandro Amenabar, co prowokuje mnie do zapytania: czy to tylko moje odczucie, czy rzeczywiście Hiszpanie zawsze tworzą opowieści o ambiwalentnych bądź smutnych zakończeniach, roztrząsające kwestie ludzkiej podłości i najniższych instynktów? Oglądać Agorę skończyłam o 2 w nocy, przytłoczona uczuciami przybicia, złości na negatywnych bohaterów, zniesmaczona po raz kolejny ciemną stroną natury człowieka i pełna jeszcze większej niż zazwyczaj niechęci do wszelkich zorganizowanych kultów.

Fundamentalizm, uprzedzenia, okrucieństwo w imię religii – w wydarzeniach sprzed 1500 lat odbija się jak w lustrze dzisiejszy świat, z nowo budzącymi się wojnami wyznaniowymi i terroryzmem. Od samego początku wiadomo, jak to wszystko się skończy – nawet, jeżeli wcześniej nie znaliśmy choćby imienia Hypatii. Bowiem kiedy górę zaczynają brać emocje – szczególnie tak negatywne, jak uprzedzenia, nienawiść czy pogarda – nie ma możliwości szczęśliwego zakończenia.

bucCiężko ocenić mi historyczną adekwatność tej wersji opowieści o Hypatii – nie posiadam dostatecznej wiedzy, by krytykować scenografię czy ubiory, ale nawet mnie ukłuła w oczy figura wilczycy kapitolińskiej z piętnastowiecznymi figurkami Romulusa i Remusa. Z innych – już wyczytanych w Internecie – niedoróbek mogę wymienić opóźnioną śmierć Synezjusza (który w rzeczywistości zmarł dwa lata przed Hypatią), umiejscowienie Serapejonu oraz młody wygląd Hypatii w chwili śmierci, bowiem bohaterka w momencie mordu powinna być w wieku od 40 do 60 lat. No i w rzeczywistości nie było miejsca na akt miłosierdzia ze strony dawnego sługi. Hypatia zginęła zadźgana ostrakami, później jej ciało poćwiartowano i spalono (jak podaje Sokrates Scholastyk).

By zakończyć w nieco radośniejszym tonie, chciałabym nadmienić, że rekonstrukcje biblioteki robią ogromne wrażenie – nie ze względu na wspaniałe efekty komputerowe (ten poziom to od lat standard w filmach), lecz ze względu na ideę: tak wielka ilość wiedzy zgromadzona w jednym miejscu, tyle książek – choć w nietypowej dla nas formie. Z drugiej strony jednak, w zakątkach filologicznego umysłu, przebłyskuje przerażenie, co by było gdyby większość tych dzieł przetrwała? Jak wtedy wyglądałby program naszych studiów?…

Reasumując: ten film jest dziwny. Tendencyjny z całą pewnością. Nie ma jakiejś większej wartości edukacyjnej, rozrywkowej – żadnej. Ale i tak warto go obejrzeć. W sumie sama nie wiem, dlaczego.

Tytuł: Agora
Reżyseria: Alejandro Amenabar
Scenariusz: Alejandro Amenábar, Mateo Gil
Obsada: Rachel Weisz, Max Minghella, Oscar Isaac, Ashraf Barhom, Michael Lonsdale
Rok: 2009
Czas: 126 minut
Ocena: 4+
Kategorie
Literatura

Niedobry Królewicz Karolek – recenzja książki

Adobe Photoshop PDFUwielbiam zabawy konwencją. Uwielbiam inteligentnie napisane, dowcipne książki. Dlatego też uwielbiam Niedobrego Królewicza Karolka, który oprócz wymienionych powyżej zalet posiada jeszcze niebanalnie zbudowane postaci, świetną fabułę i estetyczny wygląd. Czegóż więcej chcieć?

Cóż, można by pragnąć perfekcyjnego tłumaczenia. Ale coś takiego nie istnieje, dostajemy więc tłumaczenie bardzo dobre, na dodatek napisane ze swadą i profesjonalizmem. Pani Dominika Schimscheiner przełożyła również odpowiednio nazwy własne, dzięki czemu zamiast Charliego mamy Karolka. Z mojej strony – wyrazy szacunku.

Rzecz jasna, nie dałoby się dobrze przetłumaczyć gniota. Na całe szczęście John Moore, znany już z Heroizmu dla początkujących, napisał kolejną naprawdę dobrą książkę. Udało mu się połączyć aluzje do naszej rzeczywistości (vide – markiz de Zadek), a także kpinę z typowych, fantastycznych ról, jak Wierny Sługa Rodziny (okazjonalnie też Wierny Swat Rodziny).

Na tylnej okładce umieszczono ostrzeżenie Zawiera humor. Potwierdzam, zawiera. W ilościach odpowiednich, by wywołać chichot i wyleczyć nas z melancholii, ale bólu brzucha ze śmiechu nie należy się obawiać. Można natomiast rozkoszować się hukiem rozpadających się pod celnymi uwagami pisarza stereotypów. Czy Zły Uzurpator musi się ubierać na czarno? Czemu gwałt w wykonaniu szlachcica nazywa się uwiedzeniem? Odpowiedzi na te i inne pytania szukajcie w tej właśnie książeczce.

Złą stroną tego wszystkiego jest fakt, iż Niedobrego Królewicza Karolka czyta się aż nazbyt szybko. Intryga goni intrygę, zwroty akcji wręcz depczą sobie po piętach i niestety… Kończą się po raptem 300 stronach.

Pomijając te drobne niedogodności, mogę powiedzieć jeszcze jedną rzecz: Marsz do księgarni!

Tytuł: Niedobry Królewicz Karolek [Bad Prince Charlie]
Autor: John Moore
Wydawca: Red Horse
Rok wydania: 2007
Stron: 312
Ocena: 5
Kategorie
Literatura

Krąg doskonały – druga recenzja

krag-doskonaly

Czym jest krąg? To chyba dla każdego nietrudne pytanie. A czym jest doskonałość? Tu już ciężej o jednoznaczną odpowiedź.

Mogę za to z przyjemnością oznajmić, że wiem, czym jest Krąg doskonały. To książka autorstwa Seana Stewarta, która niedawno ukazała się na rynku. Jako dziecko wydawnictwa Red Horse z daleka przyciąga wzrok, szpanując okładką – są nie niej nawet takie bajery jak te śliskie powłoki i wypukłości.

Ale, rzecz jasna, nie należy oceniać książki po okładce – ani nawet po stronie tytułowej, choć trzeba przyznać, że prezentuje się nader zacnie, ponieważ podobnie jak początek każdego rozdziału przyozdobiona jest półprzezroczystą sepią szkicu Leonarda da Vinci. Fakt ten, rzecz jasna, nie ma większego znaczenia, ale takie małe smaczki dodają pikanterii, a jeżeli na dodatek nie utrudniają czytania, to nic, tylko się cieszyć.

Na poczet przyszłego zawodowego zboczenia należy mi poczytać dużą dbałość o sposób tłumaczenia. Nie miałam przyjemności zapoznać się z oryginałem, ale wydaje mi się, że osoba odpowiedzialna za przekład, pan Andrzej Sawicki oddał bardzo dobrze styl autora – męski, ostry, jednoznaczny. Być może zabrzmi to nieco dziwnie, ale w moim odczuciu książki pisane przez przedstawicieli przeciwnych płci nieco się od siebie różnią – choć w przypadku niektórych pozycji granica ta się zaciera.

Krąg doskonały to jednak perfekcyjny przykład facetowskiego punktu Widzenia – prosta, choć nie prymitywna! budowa zdań, brak rozbudowanych porównań, zdrobnień… I trzeba przyznać, że taki styl świetnie pasuje do treści książki: okraszonej wątkiem fantastyczno-spirytystycznym powieści obyczajowej, swoistego rachunku sumienia czterdziestolatka po przejściach, który opisuje swoje bolączki, miłostki, głębokie ojcowskie uczucie do córki, obawę przed jutrem. Ciekawe jest właśnie, że jednym z istotniejszych motywów jest tu miłość rodzicielska, tak rzadko goszcząca na łamach powieści fantasy. Oczywiście, strona obyczajowa, mimo iż bardzo wyraźnie zaznaczona, jest równoważona przez elementy nadprzyrodzone – bo co inaczej robiłaby recenzja w Tawernie RPG, prawda?

Will, wspomniany powyżej czterdziestolatek jest egzorcystą-amatorem, który niedawno wpadł na pomysł, by spróbować swoich sił w polu odpłatnego wypłaszania duchów. Dzięki swojej zdolności widzi umarłych, co wpłynęło raczej negatywnie na jego rozwój psychiczny… Nie spodziewajcie się jednak numerów w stylu Jakuba Wędrowycza, o nie. On jest jedyny i niepowtarzalny, takie rzeczy to tylko w Polsce. W Kręgu… wszystko jest przedstawione nieco bardziej realistycznie, a główny bohater, mimo swej niewątpliwej inteligencji, jest chwilami dość nieporadny gdy idzie czy to o sprawy metafizyczne, czy o relacje międzyludzkie.

Zastanawiałam się, do czego można by przyrównać tę książkę, ale nie udało mi się nic wymyślić. Jest spójna i niespójna jednoczenie, ma momenty sensacyjne, i wręcz usypiające, fascynuje – tylko po to, żeby później rozczarować. Na okładce znalazłam szumne stwierdzenie Najlepszy horror od czasów Szóstego Zmysłu. W mojej opinii to zdecydowana przesada, niemniej sądzę, że najlepiej będzie się z Kręgiem doskonałym osobiście zapoznać, by móc wyrobić sobie własną opinię.

Miłej lektury!

Tytuł: Krąg doskonały [Perfekt Circle]
Seria: Po zmroku
Autor: Sean Stewart
Wydawca: Red Horse
Rok wydania: 2007
Stron: 332
Ocena: 4
Kategorie
Opowiadania

Lustrzane odbicie

Pik-pik-pik-pik-pik-pik-pik…

Natrętne dźwięczenie budzika wyrwało ją z objęć snu. Żałowała, że nie może nakryć się kołdrą i ponownie zapaść w ramiona Morfeusza. Ale trzeba było wstawać…

Chłód panujący w pokoju był niczym w porównaniu z tym, jak lodowate było jej ciało po przespanej nocy. Szybkim krokiem przeszła do łazienki, zbierając po drodze wszystko, co miało się przydać do porannej toalety. Te same, co wczoraj czynności, proste ruchy nie mające w sobie nic z przyjaznej stałości rutyny, ale raczej drażniące wszystkie nerwy odczuciem stagnacji i nudy. Pośpiesznie zjedzone śniadanie, wyjście z domu, przy wtórze monotonnych głosów rodziny. Wiatr szarpał poły jej płaszcza, wyrywał jasne włosy z więzi sięgającego pasa warkocza.

Dotarła do szkoły i rozpoczęły się lekcje. Ci sami ludzie, te same wiadomości. Strzałka zegara niepostrzeżenie docierała od dzwonka, do lekcji, od dzwonka, do lekcji.

Skończyło się.

Wracała szybko, jakby bojąc się uciekającego czasu. Gdy wspięła się po schodach swego domu i zamknęła za sobą cicho wejściowe drzwi, poczuła się spokojniejsza. Porzuciła płaszcz w przedpokoju, podążając śpiesznie do pokoju, który zwykła zwać sypialnią. Lustro czekało na nią…

Stanęła przed nim. Tak jak zawsze, niepostrzeżenie dla jej wzroku, dokonywała się przemiana. Za każdym razem coś innego… Dziś lustro podarowało jej balową, gotycką suknię. Obróciła się powoli, przyglądając swemu odbiciu… Czarna koronka na samym dole zawirowała pospołu z atłasem. Haftowany onyksem gorset obejmował szczupłą talię, na dekolcie, odsłoniętym przez głębokie wycięcie, lśniły szmaragdy, tak samo jak w upiętych wysoko włosach.

Poczuła dłoń na swej ręce, a drugą na kibici. Odwróciła się i spojrzała w złociste oczy Księcia. Zawsze przychodził. Wiedziała, że to nie magia Lustra zmuszała go do tego – jedynie jego własna wola skłonić go mogła do zrobienia czegokolwiek.

O nie… On przychodził dla niej… dla niej i tylko dla niej. Zawirowali w tańcu, odmieniając wszystko wokół – szarość dnia, zakurzone meble… Pokój stał się przestronną salą, w której, przez ogromne okna, wpadały promienie księżyca. Oparła głowę na jego ramieniu i pogłaskała zbłąkany kosmyk z jego włosów – tak jasnych, że prawie białych.

Nachylił się ku niej i ucałowawszy policzek szepnął na ucho coś, co wywołało uśmiech na jej twarzy – nie ten zwykły, zimny i cyniczny, ale prawdziwy – który dane było zobaczyć tak niewielu.

Została sama.

Westchnęła cicho, pogładziła śliską taflę szkła i zasiadła do nauki.

Kilka tygodni później dziewczyna zaginęła, a po uznaniu jej za zmarłą rodzina przeprowadziła się do nowego mieszkania, pozbywając się większości sprzętów. Wśród sprzedanych rzeczy znalazło się także pewne kryształowe lustro w rzeźbionej ramie… Od tamtej pory stało w antykwariacie, gdzie padały na nie zakurzone promienie słońca, i tylko od czasu do czasu jakieś dziecko dostawało od rodziców burę za niestworzone opowieści o „Pani i Panu z lustra”.

Kategorie
Komiksy

Great Teacher Onizuka, vol. 11 – recenzja mangi

gto-the-early-years-manga-vol-11Czy marzy się Wam nauczyciel-kumpel? Luzak, idealista, trochę narwaniec. Przenieście się do szkoły gdzie naucza Eikichi Onizuka. Były członek gangu motorowego stwierdził, że zostanie pedagogiem. Co z tego wyniknie? Wiele zamieszania, to na pewno.

Nasz blondas jest, jak można się spodziewać, bardzo nietypowym nauczycielem. Jego lekcje socjologii z całą pewnością są… oryginalne. Mimo tego wszystkiego, zdołał jednak przekonać uczniów do siebie i prawie nikt nie narzeka na jakość lekcji. Właśnie, „prawie”.

Grupka malkontentów, którzy trafią się zawsze i wszędzie, wraz z wybitnie antypatycznym anglistą, zdecydowali o pozbyciu się młodego belfra.

W jedenastym tomie akurat udało im się wpędzić Onizukę w niezłe kłopoty.

Wszystko zaczęło się niewinnie – od zielonej szkoły. W wyniku machlojek niezadowolonych uczennic i ich partnera w zbrodni, Eikichi ma teraz do spłacenia dług. I to nie byle jaki – 8 milionów jenów jednak piechotą nie chodzi. A co gorsza – grozi mu utrata ukochanej pracy.

Co wykombinują sympatyzujący z nim, by wyciągnąć lubianego nauczyciela z tarapatów – szkoda mówić. To koniecznie trzeba przeczytać – choćby po to, by uświadomić sobie jaką sympatią cieszy się wśród swoich uczniów Onizuka. Bo, czy któreś z Was sprzedałoby swoje koleżanki w seks-niewolę bandzie zboczonych, podtatusiałych biznesmenów by ratować belfra?

Wzmiankowana powyżej sytuacja daje też pewien ogląd na grupę docelową tej mangi. Zdecydowanie nie są to dzieci, więc dlaczego znów nie ma żadnego znaczka z cenzusem wiekowym? Dobrze byłoby wreszcie zaznaczać takie rzeczy na okładce, choćby po to, żeby nikt nie mógł się przyczepić.

Mimo tego jęczenia, komiks wydany jest bardzo dobrze. Ma podwójną obwolutę, jest porządnie posklejany – czyli nie rozpadnie się po jednorazowym czytaniu. Poza tym, okładka jest po prostu ładna i dobrze pasuje do treści. Podobnie jak kreska pana Toru – dość prosta, oszczędna, a jednocześnie dokładna. To nie LAMP i oczy na pół twarzy, tu styl jest bardziej realistyczny. Cechą wspólną twórcy Onizuki i sławnej grupy pań jest świetne kadrowanie połączone z pewną, mocną kreską, co pozwala tworzyć naprawdę zapierające dech w piersiach sceny. Za idealny przykład posłużyć może Onizuka wskakujący do pokoju oszklonego wieżowca przez rozbite okno. Po prostu rewelacyjne.

Z kolei pożywką dla umysłu są inteligentne, dobrze przetłumaczone dialogi. Pan Ptaszyński spisał się na medal. Dawno nie widziałam tak dopasowanych wypowiedzi do postaci. Klimat zachowany, honor tłumaczy uratowany, a czytelnik zadowolony. I najprawdopodobniej pokładający się ze śmiechu – ja przynajmniej zaśmiewałam się do rozpuku czytając, gdy na scenie pojawiał się Sakurai, czyli wspominany powyżej nauczyciel angielskiego.

Podsumowując, manga nie dla każdego. Ale polecam wszystkim, którzy lubią akcję, ładne panienki i niedwuznaczny humor. Dobra rozrywka gwarantowana.

Tytuł: Great Teacher Onizuka #11
Autor: Toru Fujisawa
Wydawca: Waneko
Stron: 204
Rok wydania: 2006
Ocena: 4